We've updated our Content Guidelines.
Review the latest guidelines to keep sharing stories safely.

Rozdział I - Inception

6 1 0
                                        

- Soori, przyjdziesz dzisiaj? Proszę? - głos przełożonej w słuchawce zabrzmiał niemal błagalnie. Westchnęłam ciężko. Mój urlop przekładano już dwa razy. Zawsze ktoś chorował, ktoś brał wolne, ktoś nagle znikał z grafiku, a ja zostawałam. Superbohaterka bez peleryny. I oczywiście bez dodatkowego wynagrodzenia. Wszyscy przywykli do tego, że jestem dostępna na każde zawołanie. W pewnym momencie sama też zaczęłam w to wierzyć i trochę o sobie zapomniałam.

Dlatego tak bardzo cieszyło mnie, że tym razem naprawdę jechałam na wakacje, zamiast tylko czekać na kolejny telefon z pracy. Dziadków nie widziałam od kilku lat. Mieszkałam w mieście na drugim końcu kraju, oni w małej wiosce nad morzem. Nie miałam czasu na weekendowe odwiedziny, a nawet kiedy go znajdowałam, brakowało mi siły, żeby ruszyć palcem, nie mówiąc już o podróży dłuższej niż dwie godziny.

- Nie przyjadę. Jestem właśnie na lotnisku i lecę do dziadków - powiedziałam bez chwili wahania. Przysięgam, jeszcze jedna taka akcja, a albo sama się zwolnię, albo ktoś będzie mnie wieźć w kaftanie bezpieczeństwa do najbliższego szpitala psychiatrycznego.

- Proszę... - usłyszałam w słuchawce przeciągnięte, błagalne słowo. Westchnęłam jeszcze ciężej.

- Nie. Jestem już w strefie bezcłowej. Do zobaczenia za dwa tygodnie - ucięłam. Nie miałam siły ani ochoty dłużej z nią rozmawiać. Rozłączyłam się i wyciszyłam telefon.

Oczywiście wcale nie byłam w strefie bezcłowej. Skłamałam celowo. Stamtąd nie dałoby się mnie tak po prostu zawrócić, a przynajmniej miałam nadzieję, że moja przełożona właśnie tak to zrozumie. Do wylotu zostały mi jeszcze jakieś trzy godziny, więc siedziałam na niewygodnym krzesełku w terminalu i cieszyłam się wolnością. Przynajmniej przez najbliższe dwa tygodnie. Potem będę musiała wrócić i znowu udawać, że normalne życie nie jest tylko elegancką nazwą dla ciągłego zmęczenia.

Skoro miałam czas, zaczęłam krążyć po terminalu bez celu, ciągnąc za sobą walizkę i udając, że nie boję się ani lotu, ani tego, że telefon znowu zawibruje. W końcu zatrzymałam się w małej kawiarni. Potrzebowałam solidnej porcji kofeiny, najlepiej takiej, która postawiłaby na nogi nawet martwego. Zamówiłam americano i usiadłam w rogu. To nie była jedna z tych wielkich, identycznych sieciówek, w których wszystko pachnie tak samo. Za barem stał starszy pan, sam przyniósł mi kawę do stolika, jakby miał na to cały czas świata. Otworzyłam książkę. Do rozpoczęcia odprawy bagażowej miałam jeszcze trochę czasu, więc mogłam wykorzystać go ambitniej niż na przewijanie telefonu. Po chwili uniosłam wzrok znad stron i spojrzałam na obraz wiszący na brązowej ścianie. Przedstawiał morze i wielki, stary statek. Wpatrywałam się w niego przez kilka sekund, zanim zorientowałam się, że fale poruszają się naprawdę, a po pokładzie biegają spanikowani ludzie. Zamarłam. Może to jakaś nowa technologia? Odwróciłam się do właściciela kawiarni.

- Skąd pan ma ten obraz? - zapytałam z zachwytem, bo nie wyglądał ani jak monitor, ani jak cokolwiek, co mogłoby wyświetlać ruchomy obraz.

- Obraz? - Mężczyzna zmarszczył brwi. - To są lustra.

- Przecież obraz tut... och. - Nie dokończyłam. Kiedy odwróciłam głowę, na ścianie wisiało lustro. Miało tę samą ramę, ozdobioną dziwnymi zawijasami, ale odbijało jedynie wnętrze kawiarni. Żadnej wody. Żadnego statku. Żadnych ludzi. Zamrugałam kilka razy. - Przepraszam. To pewnie ze zmęczenia - mruknęłam, drapiąc się po głowie. Byłam pewna, że przed chwilą patrzyłam na obraz. Nie spałam najlepiej w nocy, jasne, ale żeby od razu takie urojenia?

- Pasażerowie lotu 452 linii Korean Air w kierunku Busan proszeni są o podejście do stanowisk odprawy - rozległ się z głośników niewyraźny komunikat. Głos kobiety brzmiał tak, jakby samo oddychanie było dla niej przykrym obowiązkiem.

W poszukiwanu kompasuStories to obsess over. Discover now