Jego pusty wzrok wpatrzony był tylko w nią.
Powietrze pachniało kurzem, starością i ogromnym pragnieniem. Chwila była zawieszona. Uczucie wyczekiwania wypełniało korytarze pałacu pozbawionego życia. Wycie utrapionego wiatru pragnącego dostać się do pustego pomieszczenia zostawiało ślady na oknach. W żyłach huczała krew. Bardzo głośna, a jednak niesłyszalna.
Jego źrenice poruszały się za jej sylwetką.
Przezroczysta szata okalała jej blade, nagie ciało, nie zasłaniając jednak nic. Czuła się komfortowo, wszystko wokół niej było znane. Zwiewnym ruchem włączyła gramofon, który wypełnił pustkę najpierw skrzeczącym dźwiękiem, a potem płynną melodią, która uniosła się echem przepływającym przez każdą szczelinę. Kołysała się delikatnie. Jej ręka gładziła białe róże zerwane rano w ogrodzie. Blask księżyca, ugryzionego w jednym miejscu, padł na jej jasne włosy. Ona rytmicznie obróciła się i rzuciła się na łóżko. Zmierzwiona pościel uniosła się do góry i szybko upadła, wcale nie okalając jej ciała. Lekki chłód pałacu ukołysał ją do snu.
Co noc spotykali się w sypialni.
Jej bezbronne nagie ciało było zachętą. Gramofon wydał z siebie ostatnie dźwięki. Ciche, jednak zdecydowane kroki wypełniły komnatę. Jego wzrok pełen tęsknoty i pragnienia spoczął na niej. Jej otwarte usta pragnęły drugich ust. Jej otwarte ciało pragnęło drugiego ciała. On podszedł do niej, jak zazwyczaj, odgarniając kosmyk jasnych pukli. Zawsze zastanawiał się jak wygląda Ona w blasku słońca. Jak wygląda Ona cierpliwie czekając na niego. Jak wygląda walcząc ze snem, który zawsze wygrywa, a ona nigdy nie może ujrzeć Jego. Jego ciemny płaszcz był dziwnym kontrastem na tle tej jasności. Jego szorstkie palce pogładziły jej miękki, jeszcze zarumieniony policzek. Ona, jakby zachęcona dotykiem, wyciągnęła ciało, odsłaniając nagą szyję. On nie umiał się oprzeć pokusie. Jego delikatne wargi muskały jej skórę. Pocałunki były jak płatki białej róży, którą nadal Ona kurczowo trzymała. Jej usta zetknęły się z Jego ustami. Zawsze smakowało to tak samo, a jednak inaczej. Dzisiejszej nocy niczym obietnica. Słodko-gorzka obietnica. Chwila trwała wieki, jednak wieki mijały zdecydowanie za szybko. Jasny promień pierwszego promyka słońca uderzył w chłód jego ciała i tego miejsca. Chwila prysnęła. Jego usta oderwały się od Jej ust. Natychmiastowe uczucie pustki wstąpiło w jego duszę. Nie było czasu. Jego źrenice łapczywie obejmowały ostatnie fragmenty Jej ciała. Gwałtownie cofał się, póki on cały nie zanurzył się w cieniu. Kontrast pomiędzy jego ciałem i ciemnością zaczęła się zacierać. Do zobaczenia kolejnej nocy, moja miłości.
Słońce wzeszło już zupełnie a jego promienie natarczywie próbowały dostać się w każdy zakamarek ciemnego pałacu. Ona przeciągnęła się i wykopała się spod pościeli. Oblizała łapczywie usta w pragnieniu poszukując wody. Jej bose stopy kręciły się po komnacie jeszcze chwilę, póki nie narzuciła na siebie narzuty. Spięła włosy i rytmicznym krokiem opuściła komnatę. Na korytarzu słychać było echo jej kroków. Jej sylwetka jednak zniknęła.
Ten sam schemat powtarzał się każdej nocy.
Każdej nocy kochankowie spotykali się, jednocześnie nie mogąc się spotkać.
Każda noc tak wyglądała, a minęło ich 3652.
Noc 3653 też podążała utartym schematem.
Jego źrenice poruszały się za jej sylwetką. Dzisiaj nie kołysały ją żadne dźwięki do snu. Zakopała się wśród białej pościeli, a jej jasne włosy rozsypały się na poduszce. Wyglądała jak z obrazu. Jak bóstwo. Jak święta. Jego kroki dudniły w komnacie. Zbliżył się On do Niej. Pragnienie wypełniło Jego ciało oraz zawładnęło Nim. Powietrze stało się w tej samej momencie duszne, parne, za ciężkie. On pochylił się nad Nią. Jego dłoń powędrowała wzdłuż Jej wyciągniętego ciała. Upadł na podłogę. Na kolanach. Całe jego ciało biło dla Niej. Jego ręka powędrowała w kierunku jasnych włosów. Tak pięknych, tak unikalnych, tak delikatnych. Drżące wargi dotknęły kącika drugich warg. Aksamitny dotyk rytmicznie nasilił się. Intensywność smakowała jak błyskawice wzburzające wcześniej spokojne morze. W komnacie zrobiło się natychmiastowo ciemno. Tarcza pełnego księżyca zniknęła, przybierając krwistą barwę. Chwila przed burzą. Dwa ciała złączyły się w jedno. Jedne usta. Jeden oddech. Jeden smak. Smak ostateczności. Krew przepływała znacznie żwawiej w ich ciałach. Krew trysnęła również z warg. Jej smak podrażnił Jego język. Czystość i jasność Jej została zaplamiona. Szkarłatny burgund wylał się po komnacie. Jego druga ręka wpiła się w Jej delikatną, która zacisnęła się kurczowo. Drżenie ciał i bicie serc. Jego oczy dotychczas zamknięte podniosły się z wielbieniem na Jej twarz. Jej oczy zawsze zamknięte otworzyły się. Niewinność. Ulotność. Blask słońca na tafli wody. Tak wyglądały najdroższe kamienie szlachetne. Tak wyglądało Życie. Czerń i pustka spotkały się z Życiem. Śmierć spotkała się z Życiem.
Śmierć potrafi być delikatna. Nasiąknięta pięknem i smakiem obietnicy. Tej słodko-gorzkiej.
