Zapatrzyła się we własne odbicie w lustrze. Musiała przyznać samej sobie – przyciągało uwagę. Miała nadzieję, że któryś z chłopców dostrzeże wysiłek, jaki krył się za włosami starannie ułożonymi w loki. Mogła przestać się łudzić – to był bal, impreza, na którą młodzi mężczyźni podjeżdżali po swoje dziewczyny szpanerskimi brykami pożyczonymi od starych. Ją to nie czekało.
– Gotowa, żeby jechać?
– Gotowa! – odkrzyknęła.
Zarzuciła na ramię małą torebeczkę, będącą właściwie chyba bardziej dekoracją aniżeli faktycznym pojemnikiem na cokolwiek – mieścił się w niej jedynie telefon i karta kredytowa, tak na wszelki wypadek, gdyby była potrzebna. Szła wolno, prosto do samochodu. Miała mieszane odczucia co do tego, że odwoził ją tata – z jednej strony czuła wzruszenie, lecz z drugiej była zła na to, że nikt jej nie zaprosił. Dosłownie wszystkie dziewczyny, które znała, szły z kimś. Co prawda niektóre z zupełnie losowymi kolesiami, ale jednak. Marcy nie wiedziała, czy nie wolałaby w ten sposób.
Droga do hotelu wypełniona jest mrugającymi światłami samochodów i rozświetlonymi szyldami. Do Marcy dociera, jak piękne jest Libby, i jak trudno będzie jej opuścić to zabite dechami miasteczko, kiedy pojedzie na studia.
Wkraczanie do hotelu było jak wchodzenie na czerwony dywan. Przedziwne doświadczenie, szczególnie że była sama. Na wejściu dostała bezalkoholowego drinka, całkiem niezłego, jak na coś, co nie zawiera ani kropli alkoholu. A może właśnie dlatego był dobry?
Wtedy ją strzeliło. Dokładnie na wprost, nieco przysłonięty przez kręcących się tu i ówdzie ludzi, stał chłopak. Chłopak, którego znała bardzo dobrze – chodziła przecież z nim kilka lat do tej samej klasy, ale miała wrażenie, jakby widziała go po raz pierwszy. Gdyby był choć trochę ładny, to by to jeszcze zrozumiała, ale on nie miał w sobie ani grama przystojności. Ani ogłady – tego też mu brakowało. Śmiał się zawsze w nieodpowiednich momentach, w ogóle żartował z tego, co było zakazane, a na dodatek uważał, że człowiek jest marnym prochem i można go zadeptać ot tak, jak się zadeptuje robaka.
To było niewiarygodnie głupie. Usiłowała pozbyć się tego uczucia poprzez napchanie się ciastem, a potem taniec z tym wypchanym do granic możliwości brzuchem, aż dziw, że nie zwymiotowała. Prawdziwą ulgę przyniósł jej jednak dopiero alkohol. To był jej pierwszy raz. Rzadko była zapraszana na imprezy, a jak już tam była, nigdy nie piła. Jakoś tak się złożyło, nie zależało jej zresztą na tym. Być może dlatego, że jej rodzice nigdy nie potępiali alkoholu ani też nie sprawdzali jej zbyt mocno. Ufali jej, co podkreślali na każdym kroku, ale z drugiej strony nie zakazywali też niczego. Wierzyli w jej intuicyjny lęk przed zagrożeniem, jaki posiada w pewnym stopniu przecież każdy człowiek, nawet ten młody.
W każdym razie siedzi teraz, oparta o cienką ściankę publicznej toalety i trzyma w ręce piwo. Pachnie oszałamiająco. Smakuje nieco gorzej, stwierdza, upiwszy łyczek, na próbę.
– Długo tam? – Pukanie brutalnie przerywa jej degustację.
– Już, już – odmrukuje niechętnie Marcy i wychodzi z łazienki.
Dziewczyna, którą zna tylko z widzenia, mierzy ją rozbawionym, ale i wyrozumiałym spojrzeniem.
– Nie musisz się tak z tym chować. Spokojnie. Nauczyciele chodzą do innej łazienki.
Wchodzi do środka i zamyka za sobą drzwi. A Marcy upija kolejnego łyka. I tak aż do dna. Już rozumie, dlaczego niektórzy ludzie ubóstwiają tak ten trunek, rozumie, dlaczego się od niego uzależniają. Czuje, że ten napój napełnił ją przedziwną mocą, nie wie tylko jeszcze, jak mogłaby ją wykorzystać.
YOU ARE READING
Libby
Action"Alex siada na piasku malutkiej plaży, wciśniętej między drzewa a wodę. Marcy również siada, ale w pewnej odległości od niego - tak na wszelki wypadek. - Miałem dość tego balu - wyznaje. - Dość hipokryzji tamtego miejsca. - Hipokryzji? - Podparła...
