Nie wiedziała, kiedy dokładnie pojawił się pierwszy raz.
Może zawsze tam był.
Mały, ledwo widoczny symbol na wewnętrznej stronie nadgarstka - coś pomiędzy blizną a tatuażem. Nikt nigdy nie potrafił powiedzieć, co przedstawia. Nawet lekarze tylko wzruszali ramionami.
- „Może urodzeniowy" - mówili.
Tyle że ona wiedziała, że to nie było prawdziwe wyjaśnienie.
Bo znak... zmieniał się.
W dzieciństwie był blady, niemal niewidoczny. Z czasem zrobił się ciemniejszy. Jakby reagował na coś, czego nikt inny nie widział.
Aż do dnia jej siedemnastych urodzin.
Tego dnia wszystko się zmieniło.
Zaczęło się od bólu.
Nie takiego zwykłego - nie jak skaleczenie czy siniak. To było jakby coś pod skórą nagle się obudziło. Jakby znak... oddychał.
Rose siedziała przy biurku, patrząc na swoje odbicie w ekranie telefonu. W pokoju było cicho, aż za cicho. Nawet zegar jakby przestał tykać.
Wtedy zobaczyła światło.
Delikatne, niebieskawe pulsowanie spod skóry.
Zamarła.
- To niemożliwe... - wyszeptała.
Przetarła nadgarstek ręką, jakby mogło to zniknąć. Ale światło tylko się wzmocniło.
I wtedy usłyszała pierwszy szept.
Nie z zewnątrz.
Z jej głowy.
„Wreszcie..."
Telefon spadł jej na podłogę.
Rose odskoczyła od biurka, serce waliło jej jak oszalałe. Rozejrzała się po pokoju.
- Kto tam?! - krzyknęła, choć wiedziała, że jest sama.
Odpowiedziała jej cisza.
Ale znak nadal świecił.
I wtedy na szybie okna zobaczyła coś jeszcze.
Odbicie.
Nie jej.
Stała tam druga postać.
Za nią.
Rose odwróciła się gwałtownie.
Pusty pokój.
Ale w odbiciu - nadal tam był.
Mężczyzna. Albo coś, co wyglądało jak człowiek.
Zbyt blade oczy. Zbyt spokojny uśmiech.
I zanim zdążyła krzyknąć, światło z nadgarstka eksplodowało.
Wszystko zrobiło się białe.
A potem... ciemność.
