2.

5 0 0
                                        

Sygnał oczekiwania nie zdążył wybrzmieć nawet raz. Wiktoria odebrała tak gwałtownie, jakby trzymała palec na zielonej słuchawce.

— No nareszcie! Sawicka, czy ty oszalałaś?! — Głos Wiktorii uderzył w głośnik z siłą wodospadu, zagłuszając szum deszczu za oknem. W tle słychać było rytmiczny, klubowy bit i czyjś śmiech. — Tydzień? Cały tydzień bez znaku życia? Myślałam, że cię tam pod tą Redą jakieś dziki zagryzły!

Julia odsunęła telefon od ucha i uśmiechnęła się blado. Usiadła z powrotem na wysokim krześle kreślarskim.

— Burza zerwała linię. Nie było prądu ani sieci, dopiero przed chwilą włączyli centralę — wyjaśniła, opierając łokieć o blat.

— Jezu, wy tam naprawdę żyjecie w dziewiętnastym wieku. Dobra, nieważne, słuchaj mnie teraz uważnie, bo nie będę powtarzać — Wiktoria mówiła tak szybko, że ledwo łapała oddech. Julia słyszała w słuchawce stukot jej obcasów o kafelki; Wiktoria zawsze chodziła po pokoju, kiedy była nakręcona. — Widziałaś maila od Januszewskiego? Oficjalny komunikat?

— Przeczytałam tylko twoje wiadomości. Konkurs na „Aurora Residence", tak?

— Mało powiedziane „konkurs"! Jula, to jest hit tego roku. Wroński Development robi zamknięty, elitarny nabór. Tylko Politechnika Gdańska, Warszawska i Wrocławska. Żadnych zgłoszeń z ulicy, żadnych amatorów. Tylko ostatnie roczniki magisterskie. Mój ojciec osobiście przepchnął ten pomysł w zarządzie, żeby wyciągnąć najlepszych ludzi, zanim zgarnie ich konkurencja. Januszewski właśnie wrzucił oficjalny regulamin i wytyczne. Termin jest krótki, mamy niewiele czasu, więc musimy zacząć natychmiast.

Julia bezwiednie dotknęła palcem krawędzi mosiężnego ołówka. Nazwisko Wrońskiego przewijało się w ich rozmowach od pierwszego roku, ale zawsze brzmiało jak nazwa odległej planety. Dla Julii ojciec Wiktorii był po prostu facetem w drogim garniturze, który rzadko bywał w domu, a jego firma budowała szklane wieże, które Julia mijała w Gdańsku.

— Wiktoria, zwolnij — przerwała jej Julia. — Przecież my za chwilę zaczynamy semestr dyplomowy. Januszewski nas zajeździ, jeśli weźmiemy coś dodatkowego.

— Odrzuć ten racjonalny ton, błagam cię! — warknęła Wiktoria, a w słuchawce rozległ się dźwięk zamykanych drzwi; prawdopodobnie wyszła na balkon, bo muzyka w tle nagle ucichła. — Konkurs jest tylko dla zespołów dwuosobowych. Regulamin już czeka na twojej skrzynce. Zakładam, że nie muszę pytać, z kim startujesz, bo jeśli powiesz, że nie masz czasu, to osobiście przyjadę do tego twojego lasu i spalę ci te wszystkie tekturowe makiety.

Wiktoria była w swoim żywiole. Córka dewelopera, dziewczyna, która miała w Gdańsku wszystko, na co wskazała palcem, a jednocześnie jedyna osoba na roku, która potrafiła zmusić Julię do wyjścia z bezpiecznej strefy komfortu. Bywała rozpieszczona, potrafiła rzucić focha o źle zaparzoną kawę w akademickiej kawiarni, ale kiedy przychodziło do pracy – była lojalna do bólu. I piekielnie zdolna.

— Dwuosobowe zespoły? — powtórzyła Julia, patrząc na swój czysty szkicownik.

— Tak. Ja ogarniam wizualizacje, marketing i całą tę papierologię, na którą ty masz alergię. Ty dajesz ten swój genialny, surowy detal i konstrukcję. Tworzymy duet idealny i doskonale o tym wiesz. Zobacz regulamin, wysłałam ci PDF.

Telefon pisnął, sygnalizując nadejście pliku. Julia przełączyła na głośnik, położyła aparat na stole i otworzyła dokument.

Ekran rozświetlił się chłodnym, minimalistycznym logo: *Wroński Development*. Poniżej pogrubioną czcionką wypisano najważniejsze informacje.

*„Konkurs zamknięty: Aurora Residence – luksusowy kompleks apartamentów nad Motławą. Projekt koncepcyjny zagospodarowania terenu oraz bryły głównej."*

Julia zjechała palcem niżej, szukając najważniejszego.

*„Termin składania prac: 15 listopada."*

— Niecałe dwa miesiące? — Julia zmarszczyła brwi. — Wiktoria, to jest nierealne. Zrobienie pełnej koncepcji takiego obiektu od zera w sześć tygodni, łącząc to z początkiem semestru?

— Dla innych nierealne. Dla nas to spacer po parku — głos Wiktorii w słuchawce brzmiał z absolutną, niezachwianą pewnością siebie. — Przestań marudzić, Sawicka. Nagrodą jest komercyjna realizacja. Wiesz, co to znaczy? Twoje nazwisko na tablicy informacyjnej na placu budowy w centrum Gdańska, zanim w ogóle odbierzesz dyplom magistra. Inni będą po studiach rysować rzuty piwnic w sieciówkach za najniższą krajową, a my wejdziemy na rynek z buta. I tak, mój ojciec naprawdę będzie w komisji. Musimy w to wejść razem!

Julia milczała. Wpatrywała się w czyste, białe karty swojego szkicownika. Gdzieś z tyłu głowy, obok sceptycyzmu, zaczął kiełkować ten znajomy, architektoniczny głód. Ten sam, który kazał jej siedzieć po nocach nad projektami pawilonów na drugim roku.

— Muszę to przemyśleć — powiedziała cicho.

— Nie ma czego myśleć. Jutro o dziesiątej pod wydziałem. Przynieś kawę, ja przyniosę mapy działki. Pa!

Telefon zamilkł. Wiktoria rozłączyła się w swoim stylu – bez czekania na ostateczną odpowiedź, po prostu uznając sprawę za załatwioną.

W pokoju pod skosem dachu znowu zapadła cisza, ale nie była już tak spokojna jak po południu. Julia zeszła na dół, do gabinetu Anny, gdzie stała stara, głośno pracująca drukarka. Kliknęła „Drukuj". Urządzenie szarpnęło, wydając z siebie rytmiczny, mechaniczny pisk, i po chwili na plastikową tackę zaczęły wyskakiwać ciepłe, zadrukowane kartki regulaminu.

Wróciła na górę z plikiem kartek. Usiadła przy stole kreślarskim, włączyła mocniejszą lampkę i zaczęła czytać regulamin linia po linii.

Wymagania były surowe. Inwestor oczekiwał nowoczesności, ale z zachowaniem historycznego charakteru nadrzecznej zabudowy. Bryła miała być odważna, dynamiczna, rzucająca się w oczy, ale nie mogła przytłaczać otoczenia.

Julia wzięła do ręki ciężki, mosiężny ołówek i odruchowo przekręciła rubinowy pierścień na lewej dłoni.

Przyłożyła grafit do papieru. Najpierw niepewnie, kreśląc delikatną linie rzeki. Potem mocniej. Jej dłoń, prowadzona nagłym impulsem, zaczęła ciąć przestrzeń ostrymi, geometrycznymi liniami. Dach schodzący kaskadowo w stronę wody. Elewacja łamiąca się pod nieregularnymi kątami – dynamiczna, drapieżna, przypominająca napięte mięśnie zwierzęcia gotowego do skoku. Kolejna linia. Ostry, niemal agresywny zarys narożnika budynku, który w świetle lampki wyglądał jak...

Julia cofnęła dłoń. Spojrzała na rysunek. Znowu to zrobiła. Znowu wpuściła na papier ten sam, organiczny kształt, który od lat prześladował ją w szkicach.

Wyprostowała się na krześle i odłożyła ołówek. Wzrok Julii padł na pierwszą stronę wydrukowanego regulaminu, gdzie w prawym górnym rogu widniało czarne, eleganckie logo fundatora.

*Wroński Development.*

Jeszcze kilka godzin temu myślała o tym, jak przetrwać ostatni rok studiów i spokojnie obronić dyplom pod okiem Januszewskiego. Teraz, patrząc na te litery, poczuła dziwny chłód.

Przesunęła dłonią po gładkim papierze, zakrywając logo.

„Jeżeli wygram ten konkurs, moje życie może zmienić się na zawsze" – pomyślała.

Deszcz za oknem zaczął powoli cichnąć, zamieniając się w drobną mżawkę, ale Julia wiedziała, że tej nocy już nie zaśnie.

Skradziony Projekt Povești de care să fii obsedat. Descoperă acum