Cztery lata.
Brzmiało absurdalnie.
Gdyby ktoś powiedział mi cztery lata temu, że będę siedział o pierwszej w nocy w ukradzionym golfie na opuszczonym parkingu i całował się z chłopakiem, którego wtedy ledwo znałem, prawdopodobnie wyśmiałbym go prosto w twarz.
A jednak.
Siedziałem rozwalony na fotelu pasażera, z nogami opartymi o deskę rozdzielczą. W uchylonym oknie wisiał dym papierosowy, a radio charczało tak cicho, że bardziej przypominało szum niż muzykę.
Sasza prowadził przez ostatnie pół godziny, chociaż obaj wiedzieliśmy, że nie mamy żadnego celu.
Po prostu jeździliśmy.
Bo mogliśmy.
Bo nikt nas nie szukał.
Bo czasem dobrze było udawać, że świat nie istnieje.
Sasza wyrwał mi paczkę papierosów z dłoni, zanim zdążyłem schować ją z powrotem do kieszeni. Obejrzał ją z każdej strony, marszcząc brwi z takim skupieniem, jakby właśnie analizował wyniki badań laboratoryjnych.
— Nie mogłeś kupić normalnych?
Oparłem głowę o szybę i westchnąłem teatralnie.
Zaczynał.
Dokładnie wiedziałem, że zaczynał.
— Są normalne.
— Kuba.
Nie odpowiedziałem od razu. Patrzyłem, jak obraca paczkę między palcami. Jak przesuwa kciukiem po zagiętym kartoniku. Jak już szykuje sobie argumenty, choć nawet jeszcze nie zaczął porządnie narzekać.
— Są tańsze — stwierdziłem w końcu.
Sasza prychnął pod nosem.
Takim charakterystycznym prychnięciem, które oznaczało, że właśnie usłyszał coś wyjątkowo głupiego.
— Oczywiście, że są tańsze. — Wyciągnął jednego papierosa. — Gdyby były droższe, to byłby skandal.
— Nie każdy musi palić te twoje ukochane camele.
— Bo moje ukochane camele smakują jak papierosy.
— A te?
Sasza wsunął papierosa między wargi i spojrzał na mnie z miną człowieka zmuszanego do udziału w eksperymencie.
— Te smakują jak kara za grzechy.
Parsknąłem śmiechem.
Przez chwilę próbował jeszcze zachować powagę, ale po sekundzie sam się uśmiechnął.
Rzadko się uśmiechał.
Może właśnie dlatego tak lubiłem na niego patrzeć.
Odpaliłem mu papierosa. Pomarańczowy błysk zapalniczki na moment rozświetlił wnętrze samochodu. Zobaczyłem zmęczenie pod jego oczami. Ślady po nieprzespanych nocach. Kilkudniowy zarost.
Ostatnio wyglądał, jakby spał po trzy godziny.
Sasza zaciągnął się i od razu skrzywił.
Nie teatralnie.
Naprawdę.
Jakby właśnie potwierdziły się wszystkie jego najgorsze przypuszczenia.
— No i co? — zapytałem.
Wypuścił dym przez nos, nie odrywając wzroku od przedniej szyby.
— Nic.
— Czyli dobre?
VOCÊ ESTÁ LENDO
Smoking is My Love Language
Ficção Geralnie chcialo mi sie robic okladki sorki haha
