Prolog

8 1 0
                                        

Leonardo Vitale
28 lat wcześniej

— Panie Vitale! Panie Vitale! Dziecko zniknęło!

Krzyk rozdarł ciszę prywatnego skrzydła szpitala i odbił się echem od marmurowych ścian, zimnych jak wnętrze grobowca. Jeszcze kilka minut wcześniej to miejsce pachniało sterylnością, drogimi perfumami i ulgą po długich godzinach oczekiwania. Teraz w powietrzu wisiało coś zupełnie innego — panika. Zamarłem. W ciągu ostatnich godzin słyszałem wiele dźwięków, które powinny były pozostać ze mną na zawsze: płacz mojej żony, urywane polecenia lekarzy, pierwszy krzyk mojej córki — cienki i delikatny, a jednak potężniejszy niż wszystkie przysięgi, jakie kiedykolwiek składałem. Nigdy wcześniej nie słyszałem jednak strachu tak nagiego, tak rozpaczliwego, że aż zwierzęcego.

Odwróciłem się gwałtownie. Pielęgniarka biegła w moją stronę, potykając się niemal o własne nogi. Była blada jak papier i przerażona do tego stopnia, że nie potrafiła ukryć drżenia rąk. Wtedy zrozumiałem, że stało się coś złego. Coś tak potwornego, że nawet ludzie przyzwyczajeni do krwi i tragedii nie umieli znaleźć słów.

— Gdzie jest moje dziecko?

Mój głos był spokojny. Zbyt spokojny. Od lat ludzie powtarzali, że najbardziej niebezpieczny człowiek w pomieszczeniu nigdy nie podnosi głosu, i tamtego dnia rozumiałem to lepiej niż kiedykolwiek. Pielęgniarka zatrzymała się kilka kroków przede mną, jakby bała się podejść bliżej.

— My... my nie wiemy.

Przez chwilę patrzyłem na nią bez słowa — nie dlatego, że nie rozumiałem, lecz dlatego, że odmawiałem przyjęcia tej informacji do wiadomości. Moja córka przyszła na świat niecałą godzinę wcześniej. Widziałem ją, trzymałem ją, czułem ciepło jej maleńkiego ciała na własnych dłoniach. Jeszcze chwilę temu żyła, oddychała, płakała, a cały mój świat miał imię, którego nawet nie zdążyliśmy wypowiedzieć na głos.

— Powtórz.

Pielęgniarka przełknęła ślinę.

— Dziecko zniknęło.

Świat stanął w miejscu. W jednej chwili ucichły rozmowy, kroki, a nawet bicie mojego serca. Zniknęło. Nie — to było niemożliwe. Nie można zgubić dziecka Leonarda Vitale. Nie można wejść do mojego szpitala, minąć moich ludzi i dotknąć mojej rodziny. A jednak ktoś właśnie to zrobił.

Powoli zacisnąłem dłonie. — Zamknąć budynek. Pielęgniarka zadrżała. — S-słucham? — Zamknąć budynek — powtórzyłem. Każde słowo było lodowate. — Nikt nie wychodzi. — Panie Vitale... — Nikt. Nie obchodziło mnie, kim byli: lekarze, pacjenci, policjanci. Nikt nie opuści tego miejsca. Nie bez mojej córki.

Godzinę później szpital przypominał twierdzę. Moi ludzie byli wszędzie. Przeszukiwali sale, piwnice, magazyny i dach — każdy centymetr budynku. Bez skutku.

Stałem przy oknie sali porodowej. Za moimi plecami siedziała Bianca, moja żona. Nasza córka miała być naszym pierwszym dzieckiem. Miała odziedziczyć wszystko: nazwisko, imperium, przyszłość. A teraz łóżeczko stojące obok szpitalnego łóżka było puste.

— Leo... Jej głos był cichy, złamany.

Nie odwróciłem się. Nie mogłem. Wiedziałem, że jeśli jeszcze raz spojrzę na puste łóżeczko, ktoś umrze.

— Znajdę ją.

— A jeśli...

— Znajdę ją. Powiedziałem to z taką stanowczością, jakbym próbował przekonać samego siebie, bo po raz pierwszy od wielu lat nie miałem kontroli.

Minęły trzy dni. Trzy dni bez snu, trzy dni bez odpowiedzi, trzy dni piekła. Kiedy weszli do gabinetu, od razu wiedziałem, że nie przynoszą dobrych wiadomości. Mój capo położył na biurku niewielki srebrny krzyżyk. Znałem go. Był owinięty wokół nadgarstka mojej córki, kiedy trzymałem ją po raz pierwszy.

— Gdzie to znaleźliście?

Nikt nie odpowiedział. Powoli podniosłem wzrok. — Gdzie? — Mój głos był lodowaty — Nad rzeką. Poczułem, jak coś we mnie pęka. — Ciała nie znaleziono.

Nie. Nie chciałem słyszeć reszty. Nie chciałem słyszeć słowa „śmierć". Nie chciałem słyszeć słowa „pogrzeb". Nie chciałem słyszeć żadnego z nich, bo gdzieś głęboko we mnie tliła się jeszcze wiara. Wiara, że żyje. Że oddycha. Że ktoś ją zabrał. Że pewnego dnia wróci.

Ale świat nie pyta o wiarę. Świat zabiera wszystko, co kochasz, a potem patrzy, jak próbujesz z tym żyć. Tego wieczoru cała Cosa Nostra dowiedziała się, że córka Leonarda Vitale nie żyje. Tego samego wieczoru przysiągłem jedno: jeśli kiedykolwiek odnajdę człowieka odpowiedzialnego za jej zniknięcie, nie będzie błagał o życie. Będzie błagał o śmierć.

Nie wiedziałem wtedy, że moja córka żyje. Nie wiedziałem, że dorasta gdzieś daleko ode mnie. Nie wiedziałem, że za dwadzieścia osiem lat los ponownie postawi ją na mojej drodze. A kiedy to zrobi... cały Nowy Jork stanie w ogniu. 

Bloody RevengeStories to obsess over. Discover now