Caffe latte

61 9 7
                                        

O nieee... pomyślałam w duchu słysząc dźwięk mojego budzika. Sięgnęłam leniwie ręką po telefon, żeby nacisnąć 5-minutową drzemkę i natychmiast naciągnęłam kołdrę na głowę. Chciałam za wszelką cenę opóźnić perspektywę kolejnego tygodnia spędzonego w dziale księgowości NYU. Poniedziałki, a zwłaszcza poniedziałkowe poranki to nie moja bajka. Ułożyłam się wygodnie, próbując złagodzić pulsujący ból w skroniach. Weekend był szalony – urodziny Sebastiana wymknęły się spod kontroli, a ilość wypitego alkoholu sprawiła, że moje wspomnienia z powrotu do domu były, delikatnie mówiąc, dziurawe. Najważniejsze, że obudziłam się we własnym łóżku. Westchnęłam ciężko i niemal natychmiast odpłynęłam.

– Kurwa – wyrwało mi się soczyście chwilę później, gdy gwałtownie zeskoczyłam z łóżka. Aż mi się w głowie zakręciło, co spotęgowało tylko okropnego już kaca. Moja drzemka zdecydowanie nie trwała pięć minut. Jak zwykle moje niezdarne paluchy wyłączyły budzik.

– Rose, idiotko, w końcu cię wywalą z tej uczelni – mruknęłam do siebie, patrząc z przerażeniem na zegarek.

Wystarczy czasu na szybki prysznic i niedbały makijaż. Nie zwlekając już dłużej wpakowałam swoje skacowane zwłoki do łazienki i rozpoczęłam przyspieszoną poranną rutynę. Myjąc twarz, spojrzałam w lustro i przez chwilę zobaczyłam w nim moją matkę – kobietę o najcieplejszym sercu, która jednak nigdy nie miała odwagi tupnąć nogą. „Rób to, co kochasz, Rose", szeptała mi zawsze na ucho, by sekundę później przytaknąć ojcu, gdy ten grzmiał o „stabilności" i „poważnym zawodzie". No i proszę, tato. Jestem poważną księgową na prestiżowym uniwersytecie, mam poważne nudne życie i jeszcze poważniejszego kaca.

Związałam włosy w niedbały kucyk, wciągnęłam dżinsy i jedyną wyprasowaną koszulę, jaka ostała się w szafie. Wybiegłam z domu jak oparzona.

– No nie, tylko tego brakowało – krzyknęłam niezadowolona spoglądając na pusty podjazd.

Mój samochód najwyraźniej został pod domem Sebastiana, czyli po drugiej stronie miasta. Świetnie. Licząc na cud, pobiegłam w stronę przystanku. W ostatniej chwili, niemal blokując drzwi ramieniem, wpadłam do autobusu. Odetchnęłam z ulgą i zajęłam miejsce przy oknie. Przede mną było kilkanaście minut drogi zanim dotrę na NYU, dlatego odpaliłam jeden z mich u lubionych podcastów kryminalnych i postanowiłam się odprężyć. To była moja jedyna ucieczka od rzeczywistości, w której cyfry rządziły moim światem.

Gdy wysiadłam pod uczelnią, zerknęłam na zegarek. Miałam jeszcze chwilę, zanim będę musiała zamknąć się w swoim dusznym biurze, więc skierowałam się do pobliskiej kawiarni. Już w progu uderzył mnie zbawienny zapach palonych ziaren i niemal mogłam poczuć jej smak na ustach. Josh, jak zwykle, rozpoznał mnie od razu i bez słowa zaczął przygotowywać mój „zastrzyk życia". Uwielbiałam czarną, mocną kawę z rana tylko ona mogła sprawić, że ten dzień nie skończy się moją totalną kompromitacją nad zestawieniem kosztów.

Odebrałam kubek, posyłając Joshowi najszczerszy uśmiech, na jaki było mnie stać w tym stanie, i gwałtownie odwróciłam się w stronę wyjścia, gotowa stawić czoła papierkowej robocie, która powoli wysysała ze mnie młodość.

– Cholera! – usłyszałam męski głos za sobą. Zanim się zorientowałam co się dzieje upadłam z hukiem na tyłek. Jakby tego było mało cała zawartość płynu z kubka mojego oprawcy wylądowała na mnie.

– Kurwa – to soczyste słowo już drugi raz wypadło z moich ust.

– Nic ci nie jest? – usłyszałam nad sobą ten głęboki, niemal kojący głos, który teraz brzmiał jednak wyjątkowo irytująco.

– Uważaj, jak chodzisz! – syknęłam, próbując ratować resztki godności, choć siedzenie na brudnej podłodze z plamą kawy na piersiach nie ułatwiało zadania.

Kawa, miłość i katastrofaStories to obsess over. Discover now