Rozdział 12 - Cień wśród ksiąg

16 2 28
                                        

Kolejny dzień przywitał Brexton szarą mżawką i wiatrem, który wciskał się pod kołnierze i nie dawał o sobie zapomnieć. Dziedziniec treningowy już od świtu tętnił ruchem. Mokry piach kleił się do butów, a stal dźwięczała ostrzej niż zwykle, gdy ostrza ślizgały się po wilgoci.

Adeela zacisnęła palce na rękojeści miecza, czując, jak rękaw przesiąka wodą. Warkocz przyklejał się do karku, a oddech unosił się w chłodnym powietrzu krótkimi, nierównymi chmurami. Naprzeciwko niej stał jeden z adeptów, wyraźnie wyższy i cięższy, który od rana nie krył satysfakcji, gdy tylko ktoś popełniał błąd.

— Jeszcze raz — rzucił mistrz.

Głos był spokojny, ale nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.

Mistrz Roland — jeden z najlepszych szermierzy w Brextonie — stał nieco z boku, z rękami splecionymi za plecami. Jego spojrzenie było uważne, chłodne, wychwytujące każdy detal. Był wysokim, barczystym mężczyzną po czterdziestce, o krótko przystrzyżonych, stalowo-szarych włosach i twarzy naznaczonej cienką blizną biegnącą od skroni do policzka, która nadawała mu jeszcze surowszy wyraz.

Adeela ruszyła pierwsza. Uderzenie, skręt, szybki krok w bok. Przez chwilę wszystko szło dobrze — aż przeciwnik wyprowadził kontrę szybciej, niż się spodziewała. Ostrza zgrzytnęły o siebie, a jej miecz odsunął się o ułamek sekundy za wolno.

— Za wysoko — odezwał się Roland, nie podnosząc głosu. — Przez to otwierasz bok.

Adeela cofnęła się o krok, zaciskając szczękę.

— Wiem.

— Cieszę się, że wiesz, ale to nie jest odpowiedź — odparł spokojnie. — Pokaż, że rozumiesz.

Tym razem nie odpowiedziała. Poprawiła chwyt i ruszyła ponownie.

Kolejne starcie było krótsze. Bardziej zdecydowane. Nie idealne, ale lepsze.

Roland skinął głową.

— Lepiej, ale wciąż myślisz za długo. W walce nie ma czasu na zastanawianie się, czy ruch jest dobry.

— A jeśli jest zły? — rzuciła, łapiąc oddech.

Kącik jego ust drgnął nieznacznie.

— Wtedy przekonasz się o tym bardzo szybko i będzie za późno.

Obok ktoś parsknął śmiechem, ale ucichł natychmiast, gdy mistrz rzucił krótkie spojrzenie.

Deszcz przybrał na sile. Krople uderzały o metal i kamień, tworząc jednostajny rytm, który zlewał się z odgłosami treningu. Adeela stoczyła jeszcze kilka sparingów. Raz udawało jej się wyprowadzić czystą kontrę, innym razem lądowała na mokrym piachu, czując, jak powietrze ucieka jej z płuc.

Nie była najlepsza, ale nie zamierzała się tak łatwo poddawać. Niedługo egzamin, więc musiała być dobrze przygotowana.

— Wystarczy — padło w końcu.

Słowa mistrza rozeszły się po dziedzińcu niemal z ulgą. Adepci zaczęli się rozchodzić, otrzepując mokre ubrania i zbierając sprzęt.

Adeela opuściła miecz, czując ciężar w ramionach. Przez moment stała z ręką podpartą na biodrze oddychając ciężko po treningu. Schowała miecz do pochwy, odwróciła się i ruszyła szybkim krokiem w stronę kwater.

W środku było cieplej, choć wilgoć wciąż wisiała w powietrzu. Zrzuciła przemoczoną tunikę niemal od razu, odkładając ją na ławę. Woda spływała po skórze, włosy rozplątały się częściowo z warkocza, ciężkie i splątane.

Mistrzowie Żywiołów. Łza Chaosu #1Where stories live. Discover now