Kolejny dzień przywitał Brexton szarą mżawką i wiatrem, który wciskał się pod kołnierze i nie dawał o sobie zapomnieć. Dziedziniec treningowy już od świtu tętnił ruchem. Mokry piach kleił się do butów, a stal dźwięczała ostrzej niż zwykle, gdy ostrza ślizgały się po wilgoci.
Adeela zacisnęła palce na rękojeści miecza, czując, jak rękaw przesiąka wodą. Warkocz przyklejał się do karku, a oddech unosił się w chłodnym powietrzu krótkimi, nierównymi chmurami. Naprzeciwko niej stał jeden z adeptów, wyraźnie wyższy i cięższy, który od rana nie krył satysfakcji, gdy tylko ktoś popełniał błąd.
— Jeszcze raz — rzucił mistrz.
Głos był spokojny, ale nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.
Mistrz Roland — jeden z najlepszych szermierzy w Brextonie — stał nieco z boku, z rękami splecionymi za plecami. Jego spojrzenie było uważne, chłodne, wychwytujące każdy detal. Był wysokim, barczystym mężczyzną po czterdziestce, o krótko przystrzyżonych, stalowo-szarych włosach i twarzy naznaczonej cienką blizną biegnącą od skroni do policzka, która nadawała mu jeszcze surowszy wyraz.
Adeela ruszyła pierwsza. Uderzenie, skręt, szybki krok w bok. Przez chwilę wszystko szło dobrze — aż przeciwnik wyprowadził kontrę szybciej, niż się spodziewała. Ostrza zgrzytnęły o siebie, a jej miecz odsunął się o ułamek sekundy za wolno.
— Za wysoko — odezwał się Roland, nie podnosząc głosu. — Przez to otwierasz bok.
Adeela cofnęła się o krok, zaciskając szczękę.
— Wiem.
— Cieszę się, że wiesz, ale to nie jest odpowiedź — odparł spokojnie. — Pokaż, że rozumiesz.
Tym razem nie odpowiedziała. Poprawiła chwyt i ruszyła ponownie.
Kolejne starcie było krótsze. Bardziej zdecydowane. Nie idealne, ale lepsze.
Roland skinął głową.
— Lepiej, ale wciąż myślisz za długo. W walce nie ma czasu na zastanawianie się, czy ruch jest dobry.
— A jeśli jest zły? — rzuciła, łapiąc oddech.
Kącik jego ust drgnął nieznacznie.
— Wtedy przekonasz się o tym bardzo szybko i będzie za późno.
Obok ktoś parsknął śmiechem, ale ucichł natychmiast, gdy mistrz rzucił krótkie spojrzenie.
Deszcz przybrał na sile. Krople uderzały o metal i kamień, tworząc jednostajny rytm, który zlewał się z odgłosami treningu. Adeela stoczyła jeszcze kilka sparingów. Raz udawało jej się wyprowadzić czystą kontrę, innym razem lądowała na mokrym piachu, czując, jak powietrze ucieka jej z płuc.
Nie była najlepsza, ale nie zamierzała się tak łatwo poddawać. Niedługo egzamin, więc musiała być dobrze przygotowana.
— Wystarczy — padło w końcu.
Słowa mistrza rozeszły się po dziedzińcu niemal z ulgą. Adepci zaczęli się rozchodzić, otrzepując mokre ubrania i zbierając sprzęt.
Adeela opuściła miecz, czując ciężar w ramionach. Przez moment stała z ręką podpartą na biodrze oddychając ciężko po treningu. Schowała miecz do pochwy, odwróciła się i ruszyła szybkim krokiem w stronę kwater.
W środku było cieplej, choć wilgoć wciąż wisiała w powietrzu. Zrzuciła przemoczoną tunikę niemal od razu, odkładając ją na ławę. Woda spływała po skórze, włosy rozplątały się częściowo z warkocza, ciężkie i splątane.
YOU ARE READING
Mistrzowie Żywiołów. Łza Chaosu #1
Fantasy„Kiedy legenda staje się prawdą, nawet żywioły muszą wybrać stronę" Od wieków cztery żywioły utrzymywały równowagę w świecie Aelionu - aż do dnia, gdy płomienie wojny pochłonęły neutralne miasto. Wśród ruin znaleziono jedynie garstkę ocalałych dziec...
