Najpierw była zieleń.
Nie niewinna. Tylko dobrze udająca.
Cienki papier uginał się pod palcami. Szorstki, suchy, drażniący skórę jak coś, co od początku miało zostawić ślad. Dźwięk był krótki. Głodny. Jak pierwszy wdech, po którym już wiesz, że nie przestaniesz.
Potem zapach.
Ciężki. Lepki. Wchodzący pod skórę, jakby chciał tam zostać na zawsze.
I ty...
Jak konsekwencja, nie wybór.
Mówiłeś, żebym odeszła.
Powtarzałeś to tak długo, aż przestało brzmieć jak ostrzeżenie, a zaczęło jak przyzwolenie.
Zieleń przestała być kolorem.
Stała się głodem.
Twoje oczy.
Pieniądze.
Wszystko smakowało tak samo — ostro, brudno, uzależniająco.
Nie żałuję.
Ani nocy, które kończyły się zanim zdążyły się zacząć.
Ani alkoholu, który zmywał ze mnie resztki wstydu.
Mówiłeś, że jestem doskonała.
Doskonałe rzeczy nie gniją od środka.
Ja gniłam powoli.
Świadomie.
Z premedytacją.
Jak pomarańcze zostawione w słońcu za długo.
I właśnie to było we mnie najlepsze.
Zepsucie.
BẠN ĐANG ĐỌC
Rotten Perfection
Lãng mạnGranada pachnie pomarańczami, kurzem i czymś, co zostaje na skórze dłużej niż noc. Wciąga jak grzech, którego nie chcesz przestać popełniać. Ona nie ma imienia. Córka komendanta, która chce kupić sobie wolność. On ma wszystko, czego nie powinno się...
