Prolog

75 12 5
                                        


Najpierw była zieleń.
Nie niewinna. Tylko dobrze udająca.

Cienki papier uginał się pod palcami. Szorstki, suchy, drażniący skórę jak coś, co od początku miało zostawić ślad. Dźwięk był krótki. Głodny. Jak pierwszy wdech, po którym już wiesz, że nie przestaniesz.

Potem zapach.
Ciężki. Lepki. Wchodzący pod skórę, jakby chciał tam zostać na zawsze.

I ty...
Jak konsekwencja, nie wybór.

Mówiłeś, żebym odeszła.
Powtarzałeś to tak długo, aż przestało brzmieć jak ostrzeżenie, a zaczęło jak przyzwolenie.

Zieleń przestała być kolorem.
Stała się głodem.
Twoje oczy.
Pieniądze.
Wszystko smakowało tak samo — ostro, brudno, uzależniająco.

Nie żałuję.

Ani nocy, które kończyły się zanim zdążyły się zacząć.
Ani alkoholu, który zmywał ze mnie resztki wstydu.

Mówiłeś, że jestem doskonała.
Doskonałe rzeczy nie gniją od środka.

Ja gniłam powoli.
Świadomie.
Z premedytacją.
Jak pomarańcze zostawione w słońcu za długo.

I właśnie to było we mnie najlepsze.

Zepsucie.

Rotten PerfectionNơi câu chuyện tồn tại. Hãy khám phá bây giờ