Rozdział pierwszy - Tajna narada

56 11 23
                                        

Frycollin doszedł do wniosku, że fucha w najbezpieczniejszym budynku świata to raczej mało ambitny początek kariery ochroniarza. Z drugiej strony mógł na swojej liście odhaczyć miejsca, które chciał zobaczyć. A przecież nie każdy może oglądać Pentagon od środka.

Szerokie korytarze prowadziły przed siebie jak w mordę strzelił i załamywały się pod tym kątem jaki występuje między ścianami w foremnym pięcioboku. Czyli... cholera wie.

Gdy tylko przekroczył bramki, dzisiejszego poranka, zaskoczyło go to, że wcale nie było tu takiego tłumu, jaki oglądał na filmach. Nie panował też ten straszny pośpiech, rozgardiasz podkreślający, jak wyczerpującą pracę wykonują urzędnicy siedziby Departamentu Obrony USA. Nie zdziwiłby się więc, gdyby wrzucali piąty bieg tylko po to, żeby przepędzić przerwy na świeżym powietrzu placu Ground Zero z kubkiem Starbucksa w dłoni. Plac ten, w kształcie pięcioboku – a jakże – wypełniony zielenią i alejkami, mieścił się w centrum rozległego biurowca i miał zapewnić spracowanym urzędnikom namiastkę, tak potrzebnego, relaksu

No tak, Frycollin sam żałował, że nie zdążył tam zawitać.

– Spokojnie, Malik – przypomniał o sobie jego klient, drepcący obok, zapewne źle odczytując jego nieprzerwane rozglądanie się we wszystkie strony. – Nie jestem aż tak ważny, żeby ktoś porywał się na próbę zabójstwa wyskakując z jednego z Klinów.

Frycollin zgadzał się z nim, ale postanowił nie wyprowadzać go z błędu.

– Z całym szacunkiem, sir, znam swoje obowiązki.

Mile połechtany starszy mężczyzna uniósł krzaczaste, siwe brwi i obrzucił go jowialnym spojrzeniem.

– Ech, młokosy – westchnął. – Przypomnij mi, Malik, ile masz lat.

– Dwadzieścia cztery, sir.

Mimo przekroczonej sześćdziesiątki, niewysoki i korpulentny mężczyzna poruszał się ze względną gracją. Pokiwał głową ze zrozumieniem i nutką zazdrości za utraconymi latami. Sam sobą reprezentował relikt połowy XX wieku. Nosił się również w tym stylu. Kamizelka zasłaniała białą koszulkę jak drzwi do saloonu małego miasteczka gdzieś na prerii. Spodnie z wysokim stanem z pewnością zasłaniałaby pępek, gdyby ten był widoczny. Kozaki ze skóry krokodyla współgrały z ozdobną laską, którą nosił raczej jako symbol dystynkcji niż realnej potrzeby. Zaś jedwabny fular na jego krótkiej szyi połyskiwał refleksami dziennego światła wpadającego przez liczne okna.

– A czy ty wiesz, młody człowieku, że ogromny ten obiekt – wykonał zamaszysty gest swoją krótką ręką – jest tak skonstruowany, że wszędzie można dotrzeć w ciągu kwadransa.

– To bardzo ciekawe, sir.

Frycollin oczywiście o tym wiedział. Sprawdził, na ile to możliwe zaułki korytarzy i klinów na elektronicznym mapach. Poznał ich podział na pięć koncentrycznych pierścieni połączonych dziesięcioma holami. Wtedy ciężko mu było uwierzyć, że ich łączna długość to ponad siedemnaście mil. Teraz, postukując obcasami obok starszego pana doświadczał prawdy tych informacji.

Gdy przekraczali wejście do Sali Briefingów Prasowych, jego podopieczny zatrzymał się i wymierzył w niego czarną laskę, zakończoną gałką z kości słoniowej.

– To twój pierwszy dzień, Malik, mój chłopcze, więc wspaniałomyślnie wybaczę ci to „sir". Zapewne zdajesz sobie sprawę, że wszyscy nazywają mnie tu...

– Uncle Prudent! – zagrzmiał niski, chrypliwy głos z wnętrza pomieszczenia.

Prudent mrugnął oczkiem Frycollinowi.

RoburStories to obsess over. Discover now