Prolog

970 34 3
                                        

Zawsze myślałam, że wiem, co to znaczy być idealną. Idealna w szkole, w gimnastyce, w oczach tych, od których desperacko oczekiwałam uznania. Przez siedemnaście lat budowałam ten szklany zamek, cegła po cegle, dbając o każdy detal. A jednak tego dnia… wszystko rozsypało się w drobny mak.

Moje siedemnaste urodziny. Dzień, który miał być wyjątkowy, wypełniony uśmiechami i radosnym świętowaniem. Zamiast tego stał się momentem, który zapamiętam jako koniec mojego złudzenia o idealnym życiu.

Wszystko wydarzyło się na korytarzu, wśród echa stukotu obcasów i gwaru uczniów spieszących na lekcje. Zobaczyłam coś, czego nigdy bym się nie spodziewała po nim. Nathan. Mój chłopak. Ten, który obiecywał mi wierność i wspólne plany. Stał przy swojej szafce, ale jego ręka nie należała już do mnie. Zamiast szukać mojego wzroku, patrzył na nią – uśmiechniętą dziewczynę, którą oplatał w pasie. Ich pocałunki, tak swobodne i publiczne, przeszyły moje serce ostrzej niż tysiąc igieł.

Zdrada. To słowo dudniło mi w uszach, gdy nasze spojrzenia w końcu się spotkały.

– Lillia… – zaczął, a jego głos brzmiał pusto, jak echo w opuszczonym budynku.

Nie miałam siły odpowiedzieć. Każdy oddech ważył tonę. Moje dłonie drżały tak mocno, że ledwo mogłam puścić uchwyt szafki. Uciekłam, przepychając się przez tłum, aż znalazłam schody prowadzące na dach – miejsce, gdzie nikt nie zaglądał i gdzie w końcu mogłam się rozpaść.

Ale nie byłam tam sama.

– Wow… – niski, chrapliwy głos przeciął chłodne powietrze. – Wygląda na to, że ktoś tu dostał wyjątkowo podły prezent urodzinowy… w formie zdrady.

Poczułam, jak gniew błyskawicznie miesza się z upokorzeniem. Zyran Evands. Mój szkolny rywal, kapitan drużyny koszykówki i chłopak, który kochał chaos tak bardzo, jak ja kochałam porządek. Nie był bohaterem z bajki. Pojawił się tutaj pewnie tylko dlatego, by nacieszyć oczy spektaklem mojego upadku.

– Zyran, odejdź. Teraz – rzuciłam lodowatym tonem, choć wewnątrz płonęłam z wściekłości.

– Nie mogę odejść, kiedy dzieje się coś tak interesującego – odpowiedział, podchodząc bliżej z tym swoim irytującym, pewnym siebie krokiem. – Chyba że chcesz, żebym zrobił coś… pożytecznego.

Zmrużyłam zapłakane oczy. Wiedziałam, że „pożyteczne” w jego słowniku zazwyczaj oznaczało kłopoty.

– Czego chcesz, Evands? – spytałam prosto z mostu.

– Pozwolę ci odejść z klasą – odparł z lekkim, nieczytelnym uśmiechem. Nagle, ku mojemu zaskoczeniu, kucnął przede mną, zmuszając mnie, bym spojrzała mu w oczy. – Mogę być twoim fałszywym chłopakiem. Tylko na tyle, żeby pokazać temu błaznowi, że zrobił błąd życia.

Moje serce na moment zamarło. On? Ten cholerny koszykarz, z którym darłam koty od lat?

– To szaleństwo – wyszeptałam, kręcąc głową. – Nie potrzebuję twojej litości.

– To nie litość, Gilbert – odparł cicho, a w jego głosie usłyszałam dziwny spokój. – To propozycja. Ale jeśli wolisz dalej tu szlochać, mogę się nie mieszać. Twój wybór.

Spojrzałam w jego ciemne oczy i po raz pierwszy od lat poczułam coś innego niż czystą niechęć. To było dziwne uczucie – świadomość, że ten chłopak widzi mnie naprawdę, w całej mojej zrujnowanej „perfekcji”, i nie odwraca wzroku z politowaniem.

Zyran nie naciskał. Stał tam, jakby czytał moje myśli. Czułam jego obecność – silną, stabilną, tak różną od kłamstw Nathana.

– Cokolwiek się stanie – dodał po chwili ciszy – będę tutaj. I jeśli zdecydujesz, że wchodzisz w to… będę po twojej stronie. Nawet jeśli to tylko gra.

Gra. Słowo, które przyniosło mi dziwną ulgę. Mój idealny świat właśnie legł w gruzach, ale ten chaos, który oferował mi Zyran, wydawał się jedynym ratunkiem.

Stałam tam, na dachu, między bólem a szaloną propozycją. Wiedziałam jedno: Zyran Evands zamierzał wywrócić moje życie do góry nogami. I, wbrew wszystkiemu… zamierzałam mu na to pozwolić.

Udawaj że mnie kochaszStories to obsess over. Discover now