AKT I SCENA I

53 13 37
                                        

Odetta nienawidziła zimowych poranków.

Los chciał, że właśnie tego zimowego poranka jej trumna została zakopana trzy metry pod ziemią.

Chłodny powiew wiatru rozwiał włosy koleżanki z klasy, która nie ruszyła się nawet na milimetr podczas całej ceremonii. Nie była w kościele, nie modliła się. Stała i wpatrywała się w znikającą ciemną, drewnianą trumnę, która traciła swój kształt pod zrzucaną na nią ziemią.

— Powinna być różowa... — wyszeptała sama do siebie, zaciskając dłonie na gałązkach zerwanych kwiatów. — Powinna być, kurwa, różowa!

Zoja rzuciła się w stronę dziury. Wskoczyła w wykopany dół, uderzając koturnami o trumnę. Rękoma odkopywała swoją najlepszą przyjaciółkę. Śmiała się i szlochała jednocześnie. Każdy pomyślałby, że jest wariatką. Pracownicy domu pogrzebowego zresztą tak pomyśleli.

Stali osłupieni, nigdy nie zdarzyło im się, żeby ktoś wskoczył z własnej woli w rozkopane miejsce wiecznego spoczynku. Jeden z mężczyzn usiłował wyciągnąć stamtąd Zoję, choć wydawałoby się to z początku ciężkie, wcale takie nie było.

Dziewczyna była jak piórko. Drobna, posinaczona i wybrudzona od ziemi. Jej śnieżnobiała koronkowa sukienka nie pasowała do uroczystości. Nie pasowała też do brudu pod paznokciami, rozmazanego makijażu i tych rozszerzonych źrenic, i przekrwionych oczu.

Uderzała w topniejący śnieg raz za razem, wciskając go w mokrą trawę niczym klawisze pianina, którego tak bardzo nienawidziła.

Najpewniej zdarła już gardło. Najpewniej była to ostatnia rzecz, którą ją interesowała.

Cała ulica Mehoffera w Warszawie usłyszała ten wrzask, krzyk i płacz, którego Zoja nie potrafiła powstrzymać. Nie powstrzymywały ją nawet struny głosowe, które raz za razem bolały coraz to mocniej.

Mogła je zedrzeć. Mogła stracić głos.

Nie mogła jednak zapomnieć o Odettcie.

Przyjaciółce, wspólniczce i jej pierwszej miłości, która nawet nie mogła spocząć w tej różowej trumnie.

SzubienicaStories to obsess over. Discover now