W pokoju panował głęboki mrok, rozpraszany wyłącznie blaskiem księżyca. Zimne, srebrzyste światło wlewało się przez okno, sprawiając, że niebo nad otuloną we śnie osadą wydawało się trwać we własnym, nocnym rytmie. Ten martwy spokój drażnił mnie, drwiąc z ciszy, której sam nie potrafiłem odnaleźć. Zamiast ukojenia, przynosił rozgoryczenie i złość, które skutecznie spędzały sen z powiek, raz po raz przywołując wydarzenia z kolacji - tych, których za nic nie potrafiłem wyprzeć z pamięci.
Przekręciłem się na drugi bok, wsuwając dłoń pod policzek. Desperacko szukałem wygodnej pozycji, która pozwoliłaby mi w końcu zasnąć. Chciałem po prostu uciec od natłoku myśli, jednak im mocniej zaciskałem powieki, tym obraz zachowania Ethana stawał się wyraźniejszy, a echo wypowiedzianych słów - głośniejsze. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego nazwa Ustronie wywołała w nim tak wielkie poruszenie. O ile samo zaskoczenie było dla mnie jasne - to słowo pochodzi z języka nomadów i nikt poza nimi nie powinien go znać - o tyle jego nagła, gwałtowna reakcja wciąż pozostawała niewiadomą.
To, co zobaczyłem, całkowicie zaprzeczało naturze, którą nomada wpajał mi od dziecka: niewzruszonej, wypranej z uczuć i przypominającej bardziej bezlitosny instynkt drapieżnika niż kruchą psychikę zwykłego człowieka. Widok słabości u kogoś, kto od zawsze był moim wzorem przetrwania, przeraził mnie bardziej niż widmo śmierci sprzed kilku dni.
Wiedziałem przecież, kto pociąga za sznurki i że pozycja zarządcy wisi na włosku, jednak to nie polityczne gierki odebrały Ethanowi spokój. Pod tą reakcją kryło się coś znacznie głębszego. Tak jakby słowo „Ustronie", miało jakieś drugie, ukryte znaczenie, o którym nie miałem pojęcia. I choć instynkt podpowiadał, by natychmiast żądać wyjaśnień, wiedziałem, że jedyną odpowiedzią będzie milczenie. Musiałem znaleźć inną drogę do prawdy, choć wewnętrzny głos szeptał, że jeśli tylko tu zostanę, ona i tak sama mnie dopadnie.
Wiedziałem, że pewnych pytań lepiej nie zadawać, zwłaszcza jeśli chodziło o mojego opiekuna i jego naturalną niechęć do odpowiadania. Na samą myśl, że uciąłby temat jednym spojrzeniem, poczułem narastającą rezygnację.
Minuty mijały, a sen nie nadchodził. Choć desperacko pragnąłem spokoju, moje ciało trwało w trybie czuwania - zupełnie jakbym nigdy nie opuścił szlaku, gdzie odpoczynek był luksusem, a głęboki sen śmiertelną pułapką. Pieczenie pod powiekami stawało się nie do zniesienia, lecz oczy, nawykłe do wypatrywania zagrożenia, uporczywie skanowały mrok. Miękkie łóżko zamiast koić, tylko drażniło czujność, trzymając każdy mięsień w napięciu i gotowości na atak, który w tej głuchej ciszy wydawał się nieuchronny.
Próbowałem odciąć się od dźwięków domu, zwłaszcza od skrzypienia starej podłogi, która pod osłoną nocy do złudzenia przypominało skradające się kroki. Niestety, bezskutecznie. Nawet ciężki, gryzący koc - jedyna ochrona przed chłodem - z czasem stał się przeszkodą. Odrzucałem go na bok w przypływie irytacji, by zaraz potem, dygocząc z zimna, znów szukać pod nim schronienia i nieustannie miotać się między zmęczeniem a gotowością do walki.
Trwałem tak do momentu, aż szarość poranka zaczęła nieubłaganie wypierać resztki mroku z kątów pokoju. Gdy w końcu dotarło do mnie, że noc ustępuje miejsca nadchodzącemu dniu, jednym gwałtownym ruchem odrzuciłem zakrywający po czubek nosa koc i usiadłem na krawędzi łóżka, wstając po chwili namysłu.
Podszedłem do okna, rozciągając zesztywniałe ciało. Zbyt miękkie posłanie rozleniwiło moje mięśnie, pozostawiając po sobie jedynie tępy ból i poczucie słabości, którego szczerze nienawidziłem. Oparłem dłoń o chłodną szybę, patrząc, jak noc przemija w milczeniu. W sinym świetle budzącego się poranka osada powoli wyłaniała się z mroku - nie było w nim blasku, a jedynie martwa biel, która zdawała się pożerać każdy kształt. Mgła szczelnie otulała wyspę, tworząc barierę odcinającą ją od świata i przypominając mi, że krótki czas wytchnienia właśnie dobiegł końca.
YOU ARE READING
NOMADA: Otchłań Bezprawia
General FictionŚwiat, który znaliśmy, przestał istnieć. Upadł wraz z pojawieniem się Bestii - drapieżców, którzy zepchnęli resztki ludzkości za mury Megalopolis. Dla Hadisa to jednak nie mury są domem, lecz droga. Popychany nienawiścią, przemierza ruiny dawnej cyw...
