Gdy stawiał kolejny krok, jego stopa ześlizgnęła się z polerowanego przez tysiące ulew kamienia. Świat zanurkował. Dax chciał zakląć, lecz z gardła wyrwał mu się jedynie nic nieznaczący warkot.
To koniec – przemknęło mu przez głowę.
A potem poczuł szarpnięcie. Lewa dłoń wniknęła w szczelinę; ból był ostry, wręcz palący, ale przywrócił go do świata żywych.
Znalazł oparcie dla stóp, najpierw jednej, później drugiej. Dopiero po dłuższej chwili uspokoił oddech.
Głód wciąż ściskał mu żołądek, a ból mięśni sprawiał, że każda myśl o dalszej wędrówce była jak kopniak. Nie rozważał jednak poddania się – o nie! Miał do połamania jeszcze kilka kości... nie swoich.
Błyskawica rozerwała świat na dwoje i rozświetliła krajobraz. Setki ton skał przypominały nieskończone cmentarzysko. Grzmot nadszedł chwilę później – wściekły, rozdzierający uszy ryk czegoś, co czaiło się ponad chmurami.
Noc zapowiadała się zimna i bezlitosna. Spanie pod gołym niebem, z którego bogowie wciąż ciskali błyskawicami dla rozrywki.
– Vicami, er haine! – ryknął w stronę nieba.
Wciągał powietrze krótkimi, urywanymi haustami, gdy dojrzał coś, co wywołało spazm gorzkiego śmiechu. Ze skał wystawał spróchniały kij, na którym przywiązano miotany wiatrem skrawek wyblakłego już materiału. Jeżeli bogowie postanowili go jednak ratować, to żałował, że nie obraził ich wcześniej.
Zebrał siły i wyszarpnął ze szczeliny swoją wielką, owłosioną dłoń. Kolejny błysk odsłonił oderwany płat skóry, krew i coś białego.
Kość.
Lepsze to niż sznur kata – pomyślał, gdy poczuł metaliczny zapach krwi.
Splunął na poranioną dłoń, zacisnął palce, raz, drugi, trzeci. Ból uderzył z siłą młota, lecz Dax był na niego przygotowany. Droga do wolności często spływa krwią. Dlaczego zawsze moją? – miał ochotę zapytać.
Nie zdobył się na wspinaczkę do miejsca, z którego się ześlizgnął. Skały nad nim były nie do zdobycia w tym stanie. Zamiast tego ruszył w dół. Może znajdzie przejście, które go nie zabije.
– Cholerne robactwo! – warknął, gdy coś ugryzło go w kark. Uderzył odruchowo otwartą dłonią, tą samą, którą przed chwilą niemal zmiażdżył w szczelinie.
Przeklęta głupota. Krew miał wszędzie – na dłoni, na szyi, nawet na kamieniach pod stopami. Teraz nie sposób było stwierdzić, czy zgniótł to coś, czy tylko odgonił. Nawet nie miał jak zająć się raną; nie nadszedł jeszcze moment, aby o siebie zadbać.
Mięśnie ramion i nóg paliły jak żywy ogień, gdy Dax wrócił wreszcie na szlak. To, co wydawało się łagodniejszym wejściem, zostało okupione otarciami i siniakami, które barwiły jego przedramiona i uda niczym brunatne smugi atramentu. Dyszał ciężko, zimno szczypało, ale pot spływał mu po plecach – czuł go nawet mimo deszczu, który na chwilę ustał. Wiedział, że niebo już zbierało się do kolejnego natarcia.
Wyłowił wzrokiem zatknięty na kiju skrawek materiału. Odwiązał go. Dłoń piekła, jak gdyby przyłożył do niej rozpalony pręt, nie zaś mokrą szmatę. Po chwili poczuł ulgę, krótką jak oddech.
Dax sięgnął po spróchniały kawałek drewna, który najwyraźniej lata temu był włócznią i cisnął go na ziemię.
Podążaj żółtym szlakiem – powtórzył w głowie słowa strażnika. Dlaczego miałbym ułatwiać życie tym, którzy będą szli po mnie? – ta myśl wywołała u niego szeroki, bezczelny uśmiech.
YOU ARE READING
Uczta
FantasyW Skalnej Dolinie każdy krok może być ostatnim. Dax, walcząc o przetrwanie, trafia na ognisko i obcego człowieka. Spotkanie, które miało zakończyć się śmiercią nieznajomego, przeradza się w rozmowę, zmuszającą do konfrontacji z czymś więcej niż głód...
