Prolog

62 8 15
                                        

Hej! To moja pierwsza opowieść tutaj – jeśli lubicie mafie, dramat i trochę romansu, dobrze trafiliście. A jeśli nie... cóż, może Ruya Was przekona ;) 


Ciemność była wszędzie. Gęsta, dławiąca, jakby sama noc chciała mnie pochłonąć. Każdy oddech był ciężki, a każdy szelest – bliżej, niż powinien.

Słyszałam krzyk mamy. Był tak przeszywający, że na zawsze wypalił się w mojej pamięci. Wołała moje imię, błagała, aby mnie nie krzywdzili, a potem huk metalu odbił się echem w mojej głowie.
Serce biło mi jak oszalałe, a ciało drżało, jakby chciało rozpłynąć się w ciemności.

I ten ból... ból był wszędzie.
Nie tylko w plecach, gdzie blizna paliła jak rozgrzane żelazo, ale w całym ciele — w każdym mięśniu, w każdej kości, w każdym nerwie. Jakby każdy ruch wywoływał tysiące maleńkich, ostrych kolców wbijających się w skórę.

Serce biło zbyt mocno, jakby chciało wyrwać się z piersi, a oddech był krótki i płytki. Każdy łyk powietrza przypominał mi o bezsilności.
O niemocy, w jakiej się znaleźliśmy.
O tym, że tata nie zdąży nas ocalić.
Że umrzemy.

Nie mogłam nic zrobić.
Nie mogłam uciec.
Nie mogłam ochronić nikogo.

Blizna na plecach paliła mnie jak rozgrzane żelazo — dowód, że to nie sen, że ból jest prawdziwy. A do tego dochodził smród palącej skóry, który wbijał się w nozdrza, dusząc i wywołując mdłości. Każdy oddech był ciężki i gorzki, jakby powietrze było skażone cierpieniem.

Moje dłonie parzyły od dotyku oprawcy — dotyku, który w moim dawnym życiu nigdy nie miał prawa się wydarzyć. Ręce bolały od walki, od desperackiej próby uwolnienia się. Obcy dotyk palił jak ogień, a każdy krok w ciemności wydawał się próbą wyrwania mi duszy.

Czułam, że ciemność jest żywa.
Płynęła między moimi palcami, wślizgiwała się w nozdrza i uszy, otulała mnie jak zimny, wilgotny kokon. Szeptała coś złowieszczego — słowa, których nie rozumiałam, ale czułam w nich czyste zagrożenie.

Serce szumiało mi w uszach, a każdy ruch był wyzwaniem.

Wszystko we mnie krzyczało: uciekaj, walcz, przetrwaj — ale nogi były jak z ołowiu, a ciało unieruchomione strachem. Moje oczy wypełniała ciemność, tylko uszy słyszały krzyk...
Krzyk jednej z najważniejszych osób w moim życiu.
Krzyk bólu, rozpaczy, łamania duszy.

Moja mama.
Mój jeden kawałek duszy rozpadał się na moich oczach, aż w końcu nastała cisza.

Cisza, która odbijała się w mojej głowie.

Ogarnął mnie paraliżujący szloch. Trzęsłam się jak w agonii, a z moich ust wydostawał się tylko szept:

— Mamo... mamo, błagam, nie poddawaj się...

Odpowiedziała mi tylko cisza.
A po chwili — śmiech.
Śmiech człowieka, który mnie złamał i odebrał mi część duszy.

Wszystko we mnie krzyczało:
Nie mogłam jej ochronić...
Nie mogłam nic zrobić...
Jestem taka słaba i żałosna...

Otworzyłam oczy gwałtownie.

Serce waliło mi w piersi jak młot, a oddech był krótki i piskliwy. Ciemność pokoju była realna — zimna i obca — a wiatr wpadający przez uchylone okno ścinał skórę.

Przez kilka sekund ciało odmówiło mi posłuszeństwa, a w głowie wciąż dudniły krzyki matki i huk metalu.

Powoli uświadomiłam sobie, że ręce nie parzą tak jak w śnie.
Że blizna nie pali.
Że smród palącej skóry istnieje tylko w mojej pamięci.

A jednak serce nadal biło jak oszalałe, a koszmar wciąż unosił się w powietrzu — niemal namacalny.

Zapaliłam lampkę stojącą na komodzie obok łóżka. Światło rozświetliło mój pokój. Wzrok skierowałam na rękawiczki leżące obok mnie — samotne świadectwo mojej nieufności do świata.
Świadectwo mojego złamania, straty i bólu.

Dotyk, którego boję się do dziś, bo przypomina mi o tym, co się stało.
Ból wciąż pulsował w kościach i sercu, a wspomnienie tamtego dnia wnikało w duszę jak trucizna.

Jestem Ruya.
A to jest moja historia. 

RuyaDonde viven las historias. Descúbrelo ahora