Prolog

433 15 63
                                        

14 marca 1254 r.

Novigrad.

Rybą i deszczem cuchnęły ulice Novigradu, szczególnie tego dnia, gdy na pobliskim Bazarze Zachodnim odbywał się coroczny rybi targ gdzie, połowa miasta tonęła w morzu łusek, soli i wrzasków przekupek. Ulica, przy której Margarita Laux-Antille wynajmowała jeden ze swoich apartamentów, choć daleka od samego rynku, zwała się „Łososiowa" – nietrudno zgadnąć dlaczego. I choć dzisiaj stoją tu dostojne kamienice, zapach pozostał ten sam. 

Koenrad zapukał w solidne, dębowe drzwi. Zawsze pukał. Z zasady i z ostrożności.

— Wejdź.

Głos był ciepły, acz podszyty nutą znużenia, jaka cechuje kobiety, które widziały już zbyt wiele, byle czym się ekscytować. Zapach, na który wiedźmin, z racji mutacji i fachu, zwracał uwagę w pierwszej kolejności, był u Margarity zgoła odmienny od ulicznego fetoru. Panowała tu kojąca woń różanych olejków, wosku i starego pergaminu, zapach wiedzy i luksusu.

Dopiero po chwili jego wzrok spoczął na niej. Margarita uniosła się z fotela, odkładając na inkrustowany stolik opasłe tomisko. Jej falujące, jasnoblond włosy opadały swobodnie na ramiona, w uszach lśniły szafiry, a prosta, zielona suknia opinała postać tak doskonałą, że na jej widok nawet marmurowe posągi bogiń w świątyniach Melitele mogłyby popękać z czystej, kamiennej zawiści.

Koenrad, zazwyczaj opanowany, cyniczny i pewny siebie jak każdy cechowy zabójca potworów, poczuł, jak na moment zapomina, po co właściwie przeszedł ów próg. Przełknął ślinę, konstatując z niejakim zdziwieniem nagłe, obce mu zakłopotanie. Wyglądała, do diabła, wyjątkowo. Odzyskawszy rezon, zsunął mokry od kapuśniaczku płaszcz i kaptur. Otrzepał go, po czym położył przed czarodziejką ciężką, oprawną w popękaną skórę księgę.

— Znalazłem to na Faroe — rzekł, starając się brzmieć rzeczowo. — Pieczęć jest tak silna, że medalion drży mi na szyi za każdym razem, gdy biorę to w ręce. Nawet teraz.

Margarita kątem oka zarejestrowała drgania srebrnego gryfa, lecz jej uwagę, co naturalne, przykuł wolumin. Uniosła brwi, w geście tyleż pytającym, co powątpiewającym.

— I czegóż to przychodzisz z tym do mnie, wiedźminie? Zamiast, bo ja wiem, do antykwariusza?

— Nie znam wielu czarodziejów, jak wiesz — mruknął, uciekając wzrokiem. — Poza tym... i tak bym tu przyszedł. Bo jesteś jedyną czarodziejką, której ufam. I którą... szanuję.

W jej spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego, cień uśmiechu, który nie był, jak to u czarodziejek bywa, maską. Koenrad nigdy tak wylewny nie bywał. Z jego postawy biła śmiałość, jakiej wcześniej nie okazywał.

— To nie jest zwykła księga — powiedziała cicho, przesuwając palcami po grzbiecie, a jej głos nabrał profesjonalnej, akademickiej powagi. — Emanuje magią, to na pewno robota pieczęci. Inicjały...

— Oczywiście — przerwał jej z krzywym półuśmiechem. — Dlatego przyszedłem do ciebie, Rita. Ale na razie nie otwieraj. Wpierw musisz usłyszeć, jak wszedłem w jej posiadanie. To historia... pouczająca.

— No więc? — nachyliła się, a zapach róż stał się intensywniejszy. — Jak?

Koenrad nalał sobie wina z karafki stojącej na stole, nie pytając o zgodę. Dość bycia jeno posłańcem, pomyślał, czując, jak dłoń mu lekko drży, gdy postanowił zaryzykować i przekroczyć niewidzialną granicę etykiety. Rozparł się wygodnie, maskując napięcie.

— To było podczas roboty dla Kratzena i Moltza. Dwa kupczyki, chciwe jak diabli. Ochraniałem ich krypę przed potworami i piracką szumowiną. Rejs miał być ostatnim. Handlowali rarytasami z Wysp Skellige i Faroe. Kratzen ma słabość do faroańskich serów, sam widziałem, jak łkał nad starym kozim serem, bo jeden...

Ostatni Gryf | Gra o dominacjęStories to obsess over. Discover now