Najpierw rozległ się pisk. Ostry, martwy, wiercący w czaszce. Dopiero potem nadciągnął ból — ciężki, tępy, rozlewający się za oczami.
Spróbowała zaczerpnąć powietrza, ale żołądek wyprzedził głowę. Zwymiotowała w błoto, żółć skleiła policzek i włosy. Dyszała, jeszcze bez kontroli nad własnym ciałem.
— Ja pierdolę! Co tu się, kurwa, dzieje?
Plamy. Zieleń. Zbyt żywa, zbyt ostra, nieludzka. Gdzie ściany? Gdzie sufit?
Nad nią czysty błękit. Zero smug, zero dronów. Nic.
Zamknęła oczy. Piskliwy trel ptaków. Szum wiatru. Dźwięki z innego świata.
Serce tłukło w żebra. Zimny pot na czole.
Zacisnęła powieki. Za mocno. Ból niczego nie poprawił.
Musi zobaczyć kafelki. Cokolwiek innego było nie do przyjęcia.
— Robert... — wychrypiała. Spróbowała się podnieść. Ból uciął ruch w połowie. Szarpnął nią kolejny skurcz, ale żołądek był już pusty. Opadła z powrotem. Nic już nie miała do wyrzucenia.
Spojrzała w bok. I wtedy go zobaczyła.
Leżał tuż obok. Krew sączyła się z nosa i spływała w trawę, ciemną, gęstą plamą.
Oddychał. Wciąż ją trzymał. Między ich dłońmi tkwił czarny sześcian. Wciśnięty miedzy ich palce niczym klin.
Zimny. Nie chłód — ból. Jęknęła i szarpnęła ręką. Sześcian wypadł i uderzył o ziemię głuchym stukiem. Trawa wokół niego zbielała od szronu. Zesztywniała. Pękła z suchym trzaskiem i rozsypała się w pył.
Otworzył oczy. Przekrwione. Niespokojne. Nie mogły znaleźć punktu zaczepienia.
— O kurwa... — wycharczał. Z ust pociekła czerwona strużka. — Aga... Gdzie my...?
Próbował skupić wzrok na niej.
— Nie wiem — wydusiła — ale to nie jest Instytut.
Chciała się skulić. Zamknąć oczy i obudzić się w domu. Ale zimna wilgoć wsiąkała w ubranie, a smród wymiocin przypieczętował rzeczywistość.
Wtedy to usłyszeli. Głosy. Szorstkie, warczące. Zbyt wiele.
Zesztywnieli. Wbiła paznokcie w jego ramię. Instynkt krzyczał: biec. Ciało nie słuchało.
* * *
Wypadli zza wzniesienia; sfora wściekłych psów. Smród potu, brudu i darcie ryja....
Tłuszcza. Twarze upstrzone gliną, oczy rozpalone strachem i żądzą mordu.
Zerwał się na nogi, szarpiąc ją za nadgarstek.
— Uciekaj! — warknął. — Kurwa, biegnij!
Popchnął ją tak mocno, że omal nie runęła z powrotem w błoto.
— Co ty robisz, idioto?! — syknęła, szarpiąc go za ramię. — Nie prowokuj ich!
— Nie prowokuj?! — Prychnął. — Myślisz, że potrzebują powodu?
W chwilę zostali zamknięci w kręgu wideł, cepów i toporów. Tłum falował, ale trzymał dystans, bali się. Gapili się na siebie wrogo nawzajem. Z kręgu wystąpił starzec. Twarz przypominała zeschły korzeń. Śmierdział tak, że żółć znów podeszła jej do gardła.
— Skąd żeście? — Głos starca na czele przypominał chrobot żaren mielących piach. Miał siwą brodę, sękatą laską wycelował w ich piersi. — Coście za czarty?
YOU ARE READING
Cuiavia
Historical FictionDla pary naukowców, to miał być ich wkład w początek nowej ery dla ludzkości. Jednak podczas jednego z przełomowych eksperymentów dochodzi do katastrofy, która wywraca ich życie. Wyrzuceni tysiąc lat w przeszłość, trafiają do surowego świata, gdzie...
