Koniec, który dojrzewał od dawna

6 1 0
                                        

Wojtek wrócił do mieszkania późnym popołudniem, jeszcze w sportowej bluzie z emblematem szkoły. Klucze zadźwięczały o blat, a w kuchni unosił się zapach pizzy — tej samej, którą jego chłopak zamawiał co drugi wieczór. Westchnął. Znowu.

— Serio, Bartek? — zapytał bez siły, patrząc na pudełko stojące otwarte na stole.

— No co? — Bartek wzruszył ramionami, siedząc w dresie przed telewizorem. — Miałem ciężki dzień. Nie każdy ma energię na bieganie po siłowniach po pracy.

Wojtek ściągnął buty, przeszedł kilka kroków i oparł się o framugę.

— Nie chodzi o siłownię. Chodzi o to, że już od miesięcy nic ci się nie chce. W pracy się męczysz, potem siedzisz do północy przed ekranem, śpisz po cztery godziny, a w weekendy tylko jesz i narzekasz, że źle się czujesz.

— Bo się źle czuję — odparł ostro — Ale wiesz, co mi nie pomaga? To twoje wieczne ocenianie. Ciągle tylko „powinieneś", „zrób", „rusz się". Jakbyś był moim trenerem, a nie facetem.

Wojtek milczał chwilę. Wiedział, że Bartek ma trochę racji. Ale nie potrafił inaczej.

— Może dlatego, że mi zależy. Bo patrzę, jak się powoli rozkładasz i nic z tym nie robisz. A ja nie umiem na to spokojnie patrzeć.

— Zależy ci? Nie, Wojtek. Ty po prostu potrzebujesz kogoś, kto wygląda tak jak ty. Kto będzie biegał z tobą rano i pił szejki z jarmużu. Jak lalka do pary.

Słowa uderzyły jak cios. Mężczyzna poczuł, jak zaciska szczękę.

— Nie chodzi o wygląd, tylko o to, że nie chcę żyć z kimś, kto się poddał.

— A ja nie chcę żyć z kimś, kto mnie ciągle poprawia.

Między nimi zapadła cisza. W tle słychać było tylko brzęczenie telewizora i odgłos przejeżdżających aut z ulicy. Bartek w końcu wstał, minął go bez słowa i zamknął się w sypialni. Drzwi trzasnęły. Wojtek został w pustym salonie. Stał tak chwilę, potem usiadł na kanapie i oparł łokcie na kolanach. Czuł się, jakby w środku coś w nim pękło — nie gwałtownie, tylko cicho, tak jak pękają stare nici. Zawsze myślał, że miłość to wspólna praca. Że jak się kogoś kocha, to się pomaga mu wstać, nawet jeśli trzeba go pociągnąć. Ale może tym razem pociągnął za mocno.

Z sypialni dobiegł odgłos otwieranej szafy, potem trzask zamka walizki. Bartek wyszedł po chwili, z torbą na ramieniu i zapuchniętymi oczami.

— Nie musisz nic mówić — mruknął. — To już od dawna było do przewidzenia.

Wojtek chciał coś odpowiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Drzwi zamknęły się z hukiem, a w mieszkaniu zapadła cisza tak gęsta, że aż bolała.

Usiadł przy stole, patrząc na zimną pizzę. Przez chwilę pomyślał, że mógłby ją wyrzucić — z gniewu, z zasad, z żalu. Ale nie ruszył się.
Wziął kawałek, zjadł powoli, czując, że smakuje jak porażka. Długo siedział w milczeniu. Patrzył na ścianę naprzeciwko kanapy, na której jeszcze rano leżał jego chłopak. W mieszkaniu było za cicho. Nie mógł już tego znieść.

Wstał, wciągnął sportowe spodnie, koszulkę i wybiegł na zewnątrz. Zimne, nocne powietrze uderzyło go w twarz, jakby chciało go otrzeźwić. Zaczął biec — najpierw powoli, potem szybciej, aż tętno przegoniło myśli.
Znał każdą uliczkę w tej okolicy, każdy zakręt parku. Nocne lampy odbijały się w mokrym asfalcie, a powietrze pachniało jesienią i dymem z kominów. Biegł długo. Z każdym krokiem próbował wypocić z siebie złość, żal, tę duszną bezsilność. Ale im szybciej biegł, tym bardziej czuł, że wszystko w nim drży i już nie tylko ciało.

Zwolnił dopiero, kiedy na końcu alejki zauważył znajomą sylwetkę. Szymon — w długim płaszczu, z czapką naciągniętą na uszy, prowadził na smyczy swojego starego labradora, Gustawa. Gdy tylko go zobaczył, pomachał mu ręką.

— Wojtek? To ty czy zjawa? — krzyknął z uśmiechem. — Wiesz, że normalni ludzie o tej porze śpią?

Wojtek tylko westchnął, zatrzymując się obok. Pot spływał mu po karku.

— Nie mogłem siedzieć w domu.

Szymon spojrzał uważnie, a uśmiech zniknął mu z twarzy.

— Pokłóciliście się?

Powoli skinął głową.

— Tym razem na dobre. Spakował się i wyszedł.

— Cholera... — Szymon zagwizdał cicho, a Gustaw obwąchał buty Wojtka, jakby też chciał wiedzieć, co się stało. — O co poszło?

— O to samo co zawsze — O to, że mu nie zależy. Na sobie, na nas. Wiesz, ja nie potrzebuję ideału, ale... chciałem, żeby mu się chciało.

Zamilkł na chwilę, wpatrując się w ciemność nad jeziorem. — A może po prostu za bardzo chciałem go zmienić.

Szymon nie od razu odpowiedział.

— Wiesz, czasem próbujemy kogoś naprawić, bo nie chcemy zobaczyć, że to my jesteśmy w rozsypce.

Wojtek zaśmiał się krótko, bez radości.

— Filozof z ciebie, jak zwykle.

— Nauczyciel geografii, proszę pana. Znam się na przesunięciach tektonicznych. Wiem, jak to jest, kiedy coś pęka. — uśmiechnął się łagodnie. — Chcesz, żebym wpadł jutro z kawą?

— Nie, dzięki. Muszę trochę pobyć sam. Może po prostu pójdę do szkoły wcześniej, zająć się papierami.

— Jak chcesz. Ale nie zamykaj się na długo, dobra? — klepnął go w ramię. — Bo wiem, jak to się kończy. Najpierw bieganie, potem izolacja, a potem zaczynasz mówić do sztang na siłowni.

Wojtek parsknął śmiechem mimo siebie.

— Obiecuję, że jeśli zacznę gadać do sztang, zadzwonię do ciebie pierwszy.

Szymon uśmiechnął się i pociągnął Gustawa w stronę parku.

— To dobrze. Bo nawet te sztangi by ci nie odpowiedziały.

Zostali jeszcze chwilę w milczeniu. Wiatr poruszał liście, latarnie migotały, a miasto spało. Wojtek patrzył w wodę, w której odbijało się żółte światło lamp. Czuł, że coś w nim się kończy — i że nie wie jeszcze, co zacznie się w zamian.

Wrócił do mieszkania koło północy. Zrzucił buty przy drzwiach, zgaszone światła witały go ciszą. W kuchni wciąż stało pudełko po pizzy, zimne i krzywe. Przeszedł obok, nawet na nie nie patrząc. Zrzucił z siebie bluzę, włączył lampkę stojącą przy kanapie i sięgnął po telefon. Nie chciał tego robić — wiedział, że to głupie — ale dłonie same otworzyły Instagram. Przewijał przez przypadkowe zdjęcia znajomych, bezmyślnie, aż wpadł na profil, którego nazwę pamiętał aż za dobrze:
konrad.lis_

Kliknął.

Zdjęcie profilowe — uśmiechnięty chłopak o jasnych włosach, koszulka na ramiączkach, tatuaż na obojczyku. Wojtek przełknął ślinę. Wiedział, że to nie powinno go obchodzić. Konrad był jego uczniem. Jednym z tych, którzy rzucali żartami, spóźniali się na WF, ale mieli w sobie to coś... coś, czego nie dało się nazwać.

Przewijał dalej. Zdjęcie z plaży. Zdjęcie z występu tanecznego, z jakiegoś szkolnego festynu. Kolejne — ujęcie w lustrze, w klubie, w czarnej koszulce, z tym samym rozbłyskiem w oczach. Wojtek poczuł, jak coś ściska mu gardło. Bartek nigdy nie patrzył tak. Nigdy nie miał w sobie tego życia, tego blasku, tej naturalnej pewności. Z Konradem zawsze musiał zachować dystans, udawać, że nic nie widzi. Ale teraz, gdy na niego patrzył zdał sobie sprawę, że wszystko, co czuł, miało w sobie tę samą nutę: ciekawość, niepokój, przyciąganie.

Wzdychnął, odłożył telefon na stolik i oparł się o kanapę. Czuł w piersi ciężar, który nie miał nic wspólnego z bieganiem. Może to była wina samotności. A może tego, że po raz pierwszy od dawna coś w nim naprawdę drgnęło. Światła miasta odbijały się w szybie. Wojtek siedział tak długo, aż ekran telefonu sam zgasł, a w głowie została tylko jedna myśl, której bał się wypowiedzieć na głos:

Bartek nigdy nie był tym, kogo pragnął.

MaskedHistorias para obsesionarse. Descúbrelo ahora