Hunger Doesn't Check the Clock

338 15 38
                                        

Głód nie pyta o godzinę

Złota myśl: Bo seks oralny między mężczyznami jest jak gra na flecie, nie trzeba grać idealnie, by sprawiał przyjemność

Sobota była inna. Nie miała w sobie pośpiesznego rytmu powszednich dni, tego gorączkowego tupotu pomiędzy obowiązkami i odpowiedzialnością. Była pustą, cichą kartą, wypełnioną jedynie szelestem pościeli i wspólnym ciepłem dwóch ciał.

Za panoramicznym oknem sypialni świat wciąż pogrążony był w głębokim zimowym śnie. Wybiła godzina szósta. Poranek był czarny jak smoła, rozświetlany jedynie przez pojedyncze latarnie uliczne, które uwidaczniały na szybach smugi zimnego deszczu. Krople, nieśpieszne i ciężkie, spływały po szkle, tworząc hipnotyzujący, jednostajny rytm. To był jedyny dźwięk z zewnątrz — wilgotny, zimowy szmer.

Wewnątrz panowała cisza przerywana tylko równomiernym, głębokim oddechem Maksa. Leżał na wznak, jego potężna sylwetka alfy zarysowywała się pod bawełnianą kołdrą. Jego ramiona, szerokie i pokryte siecią blizn i tatuaży, były teraz bezwładne w odpoczynku. Twarz, zwykle naznaczona twardym wyrazem determinacji, była rozluźniona, usta miał lekko rozchylone.

Leo, jego omega, nie spał. Leżał zwinięty jak ćma przyciągnięta blaskiem płomienia, wtulony w biodro swojego pana i męża. Jego drobniejsze ciało, stworzone do wtapiania się w kształt alfy, było napięte nie z niepokoju, ale z cichej, skupionej adoracji. Wpatrywał się spod lekko uniesionej kołdry w profil Maksa, pijąc oddechem jego spokój, jego siłę, która nawet we śnie zdawała się promieniować.

To pragnienie narastało w nim od chwili, gdy obudził się godzinę wcześniej. Głód. Nie ten zwykły, na pożywienie, które miał w lodówce. To było głębsze, instynktowne wołanie, które płynęło z samego rdzenia jego natury omegi. Potrzeba połączenia, służenia, karmienia się esencją swojego alfy.

Poruszył się bezgłośnie, jak cień. Jego dłonie, delikatne i sprawne, odsunęły kołdrę, odsłaniając potężny tors Maksa. Skóra pachniała czystym snem, delikatnym aromatem słoności i tym jedynym, niepowtarzalnym zapachem — mieszaniną bezpieczeństwa, dominacji, domu. Leo pochylił się, wciągając ten zapach głęboko do płuc, niemal odurzając się nim.

Jego usta, miękkie i wilgotne, rozpoczęły wędrówkę. Całował muskularny brzuch, ocierał policzek o przylegające do skóry włosy. To był rytuał uwielbienia. Każdy pocałunek był cichym wyznaniem, każdy dotyk przysięgą wierności.

Powoli, z czułością graniczącą z namaszczeniem, jego dłonie odpięły guziki luźnych, bawełnianych spodenek Maksa. Materiał ustąpił, odsłaniając kłębek ciemnych włosów i półśpiący, ciężki kształt, który drgnął pod jego dotykiem. Leo wstrzymał oddech. Zapach stał się intensywniejszy, zwierzęcy, oszałamiający. To był zapach jego alfy.

Bez pośpiechu, kierowany głęboko zakorzenionym instynktem, zanurzył twarz w tej ciepłej gęstwinie. Jego język, giętki i ciepły, wysunął się, by delikatnie polizać podstawę. Maks westchnął głęboko we śnie, a jego biodra mimowolnie drgnęły. To był sygnał. Pozwolenie. Zachęta.

Leo objął ustami zwisające, ciężkie jądra, pieścił je językiem, nadając im wilgoć i ciepło swojego wnętrza. Wyraźnie słony smak, zmieszany z esencją męskości Maksa, wypełnił jego usta. To był smak, za którym jego ciało szalało. Otrzymał pierwsze krople nektaru, który utrzymywał go przy zdrowych zmysłach, który scalał jego duszę.

Gdy czuł, że członek Maksa staje się twardszy, pełniejszy, pulsujący życiem, przesunął się wyżej. Obejrzał go przez chwilę w półmroku — był majestatyczny, groźny i piękny. Symbol władzy jego alfy. Źródło jego omegowego poczucia spełnienia.

Kres mej drogi w Hiacyncie i inne opowiadania. Yaoi 18+Stories to obsess over. Discover now