Prolog

25 12 4
                                        


      Świat rozpadał się na kawałki, a ja stałem w samym środku tego chaosu — ranny, zakrwawiony, bezsilny. Jeszcze przed chwilą wierzyliśmy, że da się to powstrzymać. Że ten świat, choć napięty do granic możliwości, zdoła przetrwać. Ale przestało już chodzić o wiarę. Przestało chodzić o słowa. Teraz zostało tylko zniszczenie.

Granica między śmiertelnikami a dziećmi bogów nie istniała. Jeszcze. Ale czułem ją — jak coś, co powoli budzi się z głębin i zmierza ku powierzchni. Wiedziałem, że to, co nadchodzi, nie będzie miało litości. Bariera miała powstać tu i teraz, w odpowiedzi na rozpacz, na gniew, na śmierć.

Katedra Dynamis waliła się na moich oczach. Była sercem tej ziemi. To tu swoje moce doskonalili półbogowie-potomkowie bogów i śmiertelników oraz bogowie- dzieci pierwszych bogów. Od niej wszystko się zaczęło i na niej wszystko miało się skończyć. Gdy runęły pierwsze kolumny, powietrze przeszył jęk jak zranionego stworzenia. Kamień łamał się z głośnym trzaskiem, jakby sama ziemia pękała. Na placu, który kiedyś tętnił życiem, teraz zalegały gruzy, popiół i ciała. Setki ciał.

Szedłem przez zgliszcza jak przez sen. Szukałem Ayoze. Nie widziałem go od momentu, gdy rozdzielił nas podmuch magii. Krzyczałem jego imię, ale mój głos znikał w huku, dymie i krzykach konających. Wszystko drżało. Wszystko się chwiało. Każdy krok kosztował mnie więcej niż poprzedni. Czułem, jak rana na moim boku rozrywa się głębiej z każdym ruchem, jak ciepła krew spływa mi po skórze i nasiąka materiał płaszcza.

Panika zaczęła dusić mnie od środka. Nie tylko z powodu Ayoze, ktorego nie widziałem na polu walki od wielu godzin. Coś jeszcze wisiało w powietrzu. Coś obcego. Zbliżającego się. Nieokreślonego, ale nieubłaganego.

-Ayoze!

I wtedy zostałem uderzony.

Nie widziałem, kto to był. Ktoś z wrogiego oddziału, być może jedno z tych złowrogich stworzeń, które wyłoniły się z magicznych pęknięć w rzeczywistości. Uderzył mnie w plecy, brutalnie. Upadłem na kolana. Odetchnąłem z trudem, wciągając do płuc dym, który palił gardło i oczy. W uszach mi dudniło. Przez chwilę myślałem, że to koniec.

Ale świat wciąż nie przestawał się rozpadać.

Ziemia pod moimi stopami pękała. Z ruin katedry wzbiły się ogniste języki mocy. Były chaotyczne, dzikie, pozbawione celu, ale potężne. Pochłaniały wszystko na swojej drodze. Jedno z drzew rosnących przy placu zostało rozerwane na strzępy, jakby coś oderwało mu duszę.

Nieopodal płynęła rzeka — jej spokojny nurt, niegdyś szeroki i leniwy, teraz był rwącym, brudnym wirem, który porwał most, zalał połowę doliny i pochłaniał martwe ciała. Ludzie, którzy polegli w walce, teraz dryfowali bez życia w lodowatej toni. Zbroje błyszczały w wodzie martwym blaskiem, miecze bez właścicieli lśniły między kamieniami. Niektórzy mieli otwarte oczy, jakby wciąż byli świadkami tego, co się działo. Jakby chcieli zapamiętać ostatnią chwilę świata takim, jakim był — zanim rozpadł się na dwa.

Rzeka śmierci. Tak będę ją pamiętał.

Widziałem, jak dziecko klęka przy ciele swojej matki. Nie płakało. Patrzyło tylko przed siebie. Może nie rozumiało. Może rozumiało zbyt dobrze. I nagle wszystko wokół niego zgasło. Powietrze zgęstniało, ziemia zadrżała jeszcze mocniej, a niebo przeciął jeden, długi błysk. Błysk nie od boga, nie od magii — od czegoś nowego. Obcego. Surowego.

I wtedy się zaczęło.

Bariera.

Najpierw był dźwięk. Cichy, ale nieludzki. Jak oddech istoty, która nigdy nie powinna się obudzić. Potem przyszło światło — cienkie smugi, które przecięły powietrze i zaczęły się ze sobą splatać. Białe, ale zimne. Świeciły jak szkło o północy, jak księżyc nad zamarzniętym jeziorem. Każda z nich niosła moc, której nie dało się nazwać.

Nie było żadnego rytuału, żadnego zaklęcia. Tylko czysta, dzika reakcja świata. Jakby sam wszechświat powiedział: „dosyć".

Ziemia wyrzucała z siebie kolumny światła. Niektóre były przezroczyste, inne czarne jak otchłań. Powietrze pękało w zgrzytach, wstrząsach, które przewracały ludzi na ziemię. Gdy spojrzałem w niebo, nie było tam już słońca. Tylko ciemność — nie noc, ale pustka.

Bariera rosła. Wysoko, wyżej niż jakikolwiek mur, wyżej niż wieże, które niegdyś stały w Dynamis. Otaczała pole bitwy, rozciągała się na doliny, góry i miasta. Oddzielała. Odcinała. Dzieliła. I nic nie mogło jej powstrzymać.

Ludzie krzyczeli. Część próbowała przedostać się na drugą stronę, ale nie zdążyli. Przez moment widziałem parę — kobieta wciągała dziecko za sobą, a jej towarzysz biegł z drugiej strony. Chciał do nich dotrzeć, ale bariera przecięła przestrzeń między nimi. Zatrzymał się. Ręce obie strony przyłożyły do lśniącej powierzchni. W milczeniu. I wtedy bariera zamknęła się na dobre.

Nigdy więcej się nie zobaczą.

A ja? Leżałem na ziemi, coraz słabszy. Ramię bolało tak bardzo, że nie czułem już palców. Krew z rany na boku przesiąkła tunikę. Podparłem się dłonią i spojrzałem na rzekę, która rozlała się przez całe przedmieścia. Widok ciał w wodzie wrył mi się w pamięć. Ich bezruch był głośniejszy niż wszystkie krzyki.

Świat płonął, a jednocześnie zamarzał.

Potęga, która stworzyła barierę, nie miała ciała, nie miała twarzy. Była tylko odpowiedzią. Na zdradę. Na rozpacz. Na śmierć. Na wszystko, co się wydarzyło. To nie była moc jednego boga. To była decyzja rzeczywistości.

Zamknąć. Rozdzielić. Odciąć. Utrzymać resztki porządku za wszelką cenę.

Patrzyłem na to i czułem, jak moje serce powoli zwalnia. Każdy oddech był cięższy, każdy ruch sprawiał ból. W oczach miałem łzy, ale nie z bólu. Z żalu. Ze straty.

Ayoze. Jeśli żyjesz... jeśli przetrwałeś... jesteś teraz po drugiej stronie.

Oni wszyscy tam są. Po drugiej stronie.

A ja jestem tutaj. Sam.

Z ruiną, popiołem i rzeką pełną martwych.

Kiedy bariera przestała rosnąć, świat ucichł. Niebo znów zrobiło się jasne, ale nie było już błękitu. Tylko biały, matowy blask, jakby niebo przestało być niebem, a stało się dachem klatki.

Zostałem tam jeszcze chwilę. Dłużej nie mogłem. Opadłem na kamień, otoczony ruinami Dynamis, i pozwoliłem, by ciemność w końcu mnie pochłonęła.

Świat się rozpadał.

A ja byłem jego świadkiem.

PomostWhere stories live. Discover now