⤙⤛⤛⤛⤛⥈⤜⤜⤜⤜⤚
Palce wybijały przyśpieszony rytmiczny stukot o marmurowy blat. Brązowe włosy, na których były ślady po nieudanym farbowaniu na kolor, wyglądający na zielony, miał wysoko upięte. Jednak krótsze pasma, uciekające spod rzemyka, którym były związane, nadal opadały na twarz, wchodząc w oczy i go denerwując. Odgarnąwszy je niecierpliwym ruchem za ucho, usiadł prosto. Czekał już dość długo aż jego drużyna się zbierze. Wyraźnie im mówił, że to ważne, żeby się nie spóźnili i co istotniejsze żeby w ogóle przyszli. Przez pustą salę przeszedł lodowaty powiew. Wszechobecny biały marmur, na posadzce ścianach, kolumnach, nawet na blacie eliptycznego stołu, zdawał się pochłaniać wszelką dobrą energię, kojarząc się Riverowi ze sterylnymi salami medycznymi w których spędził wiele tygodni w swoim czasie. Zirytowany wypuścił powietrze przez nos i zacisnął dłonie w pięści. Oczywiście, że nie wzięli tego poważnie.
Wstał z zamiarem pójścia do siebie, gdy usłyszał kroki i rozbawione głosy. Po chwili drzwi się otwarły. W progu stali nie kto inny jak najbardziej perfekcyjna para na całym świecie, za rączki wchodząc do sali. Ale na pewno nie przyszli na umówione spotkanie. Widoczne było, że mieli inne plany. River zmarszczył nos w obrzydzeniu, spoglądając na wchodzącą parę.
- Nie dość, że macie mnie gdzieś to jeszcze musicie chodzić ze sobą z językiem w dupie bo za rączki to za mało. Mam już kurwa dość – warknął tylko, zaskakując obydwóch swoich przyjaciół. Chociaż w tym momencie wątpił że nimi naprawdę byli. Nie zważając na ich nawoływania, szybkim krokiem zostawił salę za sobą, z podjętym postanowieniem w myślach. Jak burza wpadł do swojego pokoju, w pośpiechu zbierając przygotowywane od tygodni rzeczy. To był ten dzień, ten wieczór. Plik kartek wcisnął do płaszcza, nie zwracając uwagi czy się pogniotą czy poprzerywają. Przeszukiwał nerwowo półki, nie mogąc przypomnieć sobie gdzie schował swoje... Zatrzymał się w miejscu, gdy w pamięci kliknęło. Gwałtownie się obrócił, płaszcz zawirował, gdy podszedł do szafki. Pierwsza szuflada, na prawo i... Jest. Piękny, prawie przeźroczysty kryształ przypominający kawałek stłuczonego lustra. Również tak samo ostry. Z mruknięciem schował go razem z resztą, przygotowując się do wyjścia. Obejrzał się dokładnie raz, mierząc wzrokiem każdą powierzchnię, pozwalając sobie na chwilę wspominek. Wyjąwszy jedną z pogiętych kartek, podszedł do biurka. Rzucił okiem na swoje własne koślawe pismo zajmujące całą stronę, złożył ją i po znalezieniu pióra, podpisał „Edel". Po tym wyszedł, nie odwracając się już więcej.
Słysząc odgłos butów na posadzce i podniesione głosy, wybrał dłuższą drogę prowadzącą od jego pokoju prosto do głównego wejścia. Nerwowo obracał się co chwilę, każdy kolejny krok cięższy od poprzedniego. W końcu westchnął z frustracją, zaczynając biec. Nie zamierzał się rozmyślić, ale wolał mieć to już za sobą. Nie zatrzymał się ani przy szeroko otwartej bramie, ani przy moście, którego stan pozostawiał koszmary w umysłach architektów. Jak z oddali słyszał własne dyszenie, przyśpieszone bicie serca i swoje imię wypowiadane różnymi głosami. Miał sporą przewagę nad nimi, pomimo tego tylko przyśpieszył, ścigając się z wiatrem i własnymi myślami. Po chwili w zasięgu wzroku nie było niczego poza poprzecinanymi ogrodzeniami łąkami. Głośno oddychając w końcu się zatrzymał. Krew w uszach ogłuszała, przeszkadzając w myśleniu. Oddech przyśpieszył, gdy na środku wydeptanego gościńca klęknął, wyjmując wepchnięte wcześniej kartki. Rozłożył je przed sobą, przy wtórze dudnienia krwi w uszach i własnej jednej myśli. „Teraz, teraz, teraz, teraz, teraz, teraz" dźwięczało jak przeklęta mantra, sprawiając, że każdy jego ruch był bardziej nerwowy od poprzedniego. Planowało to od tygodni, nawet miesięcy. Potrzebował tylko potwierdzenia, małej rzeczy, która by go popchnęła. I się jej doczekał.
Na kartkach były jego koślawe notatki, coś co miało nadać sens jego życiu. Zacisnął pięści, wbijając paznokcie w dłonie, pół głosem czytając zdania napisane w języku, którego żaden żywy nie mógł nazwać ojczystym. Jego oddech zaczął się uspokajać, puls zwolnił, dziwne uczucie spokoju przykryło wszystko co do tej pory czuł. Kontynuując inkantację, sięgnął do kieszeni. Nic w niej nie było. Spanikowany zaczął przetrząsać inne, desperacko szukając lustrzanego kryształu, nie przerywając cichych nakazów. Jego palce dotknęły chłodnej powierzchni. Z ulgą wyciągnął przedmiot, po raz pierwszy podnosząc wzrok znad notatek. W oddali a zarazem blisko widział czarną istotę. Wydawała się być cieniem, niematerialnym odbiciem, jednocześnie będąc tak samo rzeczywista jak River. Nie można było określić jej kształtu, raz była wielkości konia, by za chwilę być nie większa od domowego kota. Jedynym co pozostawało nie zmienne były wbite w chłopaka oczy. Przypominały te kocie, niebieskie jak głęboka woda, zwężone źrenice. Było w nich jednak coś innego. Coś co sprawiało, że dreszcze mimowolnie przechodziły po plecach. Mimo tak dużego podobieństwa do bestii, były to oczy czegoś rozumnego. Brązowowłosy przełknął ślinę, patrząc na trzymany kawałek. Mógł jeszcze zawrócić. Wystarczyło tylko przerwać.
YOU ARE READING
AB Zero
HorrorŚmierć nie zawsze jest końcem, czasem jest i początkiem. A może być początkiem cyrku. River, bohater i rozjemca wszelkich konfliktów, ma szansę się o tym przekonać w pierwszym rzędzie, gdy moralnie płynny nekromanta wlecze go z powrotem do życia. Cz...
