Druga praca konkursowa @GrupaNOS - Opowieść Cichej Nocy
Plemię Lodu pierwszy raz od trzech śniegów mogło cieszyć się obchodami Świąt bez iskrzącego płomienia żałoby.
Ten rok od początku wydawał się weselszy, a śmierć młodej córki wodza plemienia powoli stawała się okrutnym faktem, a nie ciągłą zapałką płaczu. W przesilenie letnie każdego roku, w którym jeden z synów wodza wchodził w dorosłość, dostawał on swój własny totem, który miał oznaczać jego rolę dla plemienia i przyszłość zapisaną w gwiazdach. Najczęściej do świąt, każdy z nich znał już swoje przeznaczenie napotykając osobę albo wydarzenie, które zmieniało jego bieg.
Siódmy syn władcy jednak już od wielu zim nie odkrył, co miało stać się jego drogą życia ani jaką rolę powinien pełnić do jego końca.
Nawet podczas Świąt Narodzin Bóstwa był bezużytecznym synem. Ciężko było się dziwić, skoro Viggo II Kvalheim jako jedyny z dzieci rodu Mroza został bez przeznaczenia. W pierwszy dzień świąt wysłano go więc do Lasu Merva, skąd rok w rok przytaszczali mięsa i inne produkty potrzebne do uczty. Była to ich ostatnia podróż przed najmroźniejszymi miesiącami roku. Później plemię świętowało aż dwanaście dni, żeby potem zimować w zamknięciu.
Viggo parł przez olbrzymie zamiecie starając się dotrzeć do połowy drogi powrotnej zanim mógłby kazać swojej gromadzie ludzi i psów stanąć na postój. Kiedy ponury dzień zmienił się w czarną noc, młody mężczyzna rozkazał w końcu zatrzymanie. Jego ludzie zaczęli w pośpiechu rozstawiać namioty pod połaciami iglastych drzew tuż obok. Mężczyźni i kobiety zgromadzili się razem w trzech namiotach ogrzewając od płomieni Suldanu, które zsyłał im co roku dziadek Viggo. Sam Dziadek Mróz strzegący Świąt w ich terenach. Poprzedni wódz plemienia, który mimo trzystu lat na ziemi wciąż wyglądał przerażająco i młodo.
Viggo położył głowę na materiale próbując zasnąć przynajmniej na kilka godzin, chociaż im szybciej by ruszyli tym lepiej. Czekało ich jeszcze kilka ładnych godzin w śniegach, a ich psy męczyły się coraz bardziej. Chociaż Pierwsza Gwiazda wciąż mocno jaśniała sprawiając, że nawet mrok nocy nie był zbyt obezwładniający – to mężczyzna chciał już wrócić do domu. Zwykle ich przewodniczka promieniała całe tygodnie, żeby wszyscy mogli powrócić z podróży do plemienia – tak orkiestrował to jego dziadek magią mrozu. Viggo był jednak niecierpliwy. Pragnął przytulić swoje siostry i pomóc matce w przygotowaniach do pierwszej wieczerzy, która miała odbyć się pod koniec kolejnego dnia.
A jednak nawet wtedy nie dane mu było odpocząć.
Na zewnątrz rozległy się krzyki, a mężczyzna mimo snu zalegającego wciąż w jego oczach i duszy musiał podnieść się czym prędzej, aby zareagować.
- Panie, panie! – krzyknęła kobieta, którą wyznaczył wcześniej na strażniczkę. – Mamy złodzieja.
Viggo westchnął – dzień nie mógł się kończyć jeszcze gorzej. A w końcu powinien czuć tę pradawną magię świąt, o której wszyscy wszędzie huczeli. On jej nie czuł. Nie czuł chyba nic. Brakowało mu rodziny, ale magii nigdzie wokół nie widział. Ani patrząc w gwiazdy, ani słysząc przyśpiewki świątecznych pieśni swoich współbraci i sióstr. Radowali się, bo wracali do swoich żon lub mężów, a on – on był ułudą szczęścia. Szron mógł go głaskać, a płatki śniegu łaskotać, a na jego twarz wciąż widniał ten sam cichy sprzeciw. Obudził się ze smutkiem i tak już kilka lat, od kiedy jego przeznaczenie postanowiło uciekać. Chociaż nikt z miotu go nie winił, to ich zwyczajne współczucie bolało jak upadek z lodowca.
Inne plemiona mogły wytykać go palcami, a jego rodzina i tak by go wspierała.
Jak cały los się zmienia, kiedy z każdym świętem życząc sobie nawzajem marzenia, każdy z nich widział go jako kolejnego wodza, a potem kolejnego Ojca Mroza. Było wiadome, że w tym roku jedząc płatki Ghevi nie miał usłyszeć takich słów. Nie mogli przecież mieć wodza, którego totem wciąż świecił.
YOU ARE READING
Plemię Lodu
FantasyW dzień przed Świąteczną Wieczerzą Viggo - syn wodza odnajduje swoje przeznaczenie.
