Przybycie

20 0 0
                                        

Zmęczone słońce zmierzało już ku odpoczynkowi. Przez ponad dwie godziny jechałem prostą, asfaltową drogą, trzymając dłoń na kierownicy. Po obu stronach otaczały mnie typowe dla Luizjany bagna. Przerzedzone, pozbawione liści krzaki niemal całkowicie odsłaniały ciągnące się po horyzont lustro wody, zacierając różnice między niebem a ziemią. Pojazd niemal sam się prowadził. To zawsze jest dla mnie okazja do przemyśleń. Można to wręcz nazwać medytacją za kółkiem. Nigdzie indziej nie mam takiego spokoju jak we własnym samochodzie w czasie podróży.

Dziś mam na tapecie swoją rozterkę dotyczącą powrotu. Mojego powrotu. Minęło kilka miesięcy odkąd wróciłem do rodzinnego miasteczka.

– Czy to była dobra decyzja? Cały czas się waham. Znam to miasto, ono zna mnie, ludzie też mnie znają. Tylko czy ja jeszcze znam ich? Inna sprawa, że rezygnacja ze stanowiska wojskowego prokuratora na rzecz detektywa w lokalnej policji – tego chyba nie można nazwać awansem. Choć muszę przyznać, że mam zdecydowanie mniej pracy, a więcej czasu dla siebie. Może właśnie tego było mi trzeba?

Spojrzałem w lusterko. Twarz ciągle przemęczona, chociaż odkąd tu jestem dobrze się wysypiam. Pewnie to wieloletnie umęczenie już nigdy nie zniknie. Zaczesałem dłonią włosy na bok. Tylko z przyzwyczajenia, bo akurat je zawsze miałem ułożone idealnie. Przejechałem dłonią po twarzy, poczułem kilkudniowy zarost. Poprawiłem niebieski krawat na białej koszuli, przykrytej granatową marynarką.

Słońce schodziło coraz niżej, rozświetlając zarówno niebo, jak i stojącą pod nim wodę na piękny, pomarańczowy kolor. Ciągle przeplatały mi się różne myśli, aż w końcu, pośród mokrych pustkowi, z letargu wyrwał mnie widok lasu. Cel mojej podróży. Wyglądało to co najmniej dziwnie. Prosta droga, po horyzont stojąca woda, a pośród tego wszystkiego – las z wysokimi drzewami, o powierzchni dosłownie tysiąca akrów.

– Mam nadzieję, że prowadzi do niego jakaś sensowna droga – powiedziałem, chociaż w samochodzie nikogo ze mną nie było.

Jadąc jeszcze przez kilkanaście minut, w końcu zobaczyłem zjazd w prawo. Skręciłem. Na szczęście droga, mimo iż wyglądała na bardzo starą, nieremontowaną od dziesięcioleci, ciągle była w niezłym stanie. Choć już o wiele bardziej kręta. Mogłem zapomnieć o relaksie w czasie jazdy. Zresztą bardzo szybko znalazłem się pomiędzy drzewami, naprawdę wysokimi, na kilkadziesiąt metrów. Wśród nich rosły gęste, zielone krzaki, które skutecznie wszystko zasłaniały. Zachód słońca oraz otaczające mnie z każdej strony zarośla sprawiały, że dochodziło tu niewiele światła, było znacznie ciemniej niż poza lasem. Na szczęście mogłem się jeszcze obejść bez świateł w samochodzie. Za jednym z zakrętów zobaczyłem wjazd na teren posiadłości, policyjny samochód oraz stojących przy nim dwóch ludzi. Wyglądali na policjantów.

Zatrzymałem się tuż przy zamkniętej bramie. Dwa czarne, metalowe skrzydła. Pionowe pręty zakończone szpicami, połączone krętymi elementami przypominającymi gałęzie drzew. Od nich z obu stron wychodził wysoki na kilka metrów prosty, biały niegdyś mur. Dziś już mocno zniszczony, poczerniały, z odpadniętym w wielu miejscach tynkiem. W dolnych partiach porośnięty mchem i pozieleniały.

– Zbudowanie tego ogrodzenia musiało być budowlanym koszmarem. Nie wyobrażam sobie wjechać tu ciężkim sprzętem – pomyślałem.

Jeden z policjantów, zamiast otworzyć bramę, wyciągnął otwartą dłoń w moją stronę. Spojrzałem na niego niechętnie. Wiedziałem, że to będzie tylko zawracanie głowy, a koniec końców i tak wjadę do środka. Funkcjonariusz ruszył w kierunku drzwi samochodu. Otworzyłem szybę, by wyjaśnić mu okoliczności mojej wizyty.

– Tu nie można wjeżdżać. Teren posiadłości jest tymczasowo zamknięty.

Bez słowa wyjąłem odznakę, kierując ją w stronę rozmówcy, który nachylił się by odczytać moje dane.

Daniel Clark Atrapa (Krótkie Opowiadanie)La tua prossima ossessione. Scoprilo ora