wyprani z kolorów

171 13 2
                                        

Wskazówka zegara przesuwa się we własnym tempie po plastikowej tarczy, wydając przy tym symptomatyczny brzdęk, który z każdą sekundą roznosi się po wnętrzu kuchni. Przerywa ciszę spokojnej nocy, odbija się echem od jasnych ścian, i nie przestaje, nawet kiedy strzałka zakończona ostrym szpicem, po raz drugi mija wymalowaną na syntetyku dwunastkę. Przy piątym okrążeniu zaczynam go naśladować. Uderzam lekko koniuszkiem języka o swoje podniebienie, wpatrując się w biegające po zegarze cyferki. Są rozproszone, nieuporządkowane, zaplątane w dwóch niekształtnych wskazówkach. Wszystko waha się między trzecią osiemnaście a czwartą siedem, i rozpływa się na tapecie. 

Słychać tylko chaos, chaos i brzdęk.

Siedzę na krześle w samej bieliźnie. Podciągam kolana pod brodę, skóra styka się ze skórą, stół przesuwa się po drewnie z urwanym falsetem i myślę o tym, że oprócz mnie, znajdują się tu również meble. Obok stoi lodówka z popsutym abecadłem magnesów po waniliowych jogurtach kupowanych na promocjach. Pod literą P(amięci) przyczepiona jest lista z niezrobionymi zakupami. Skreślone mleko, sok pomarańczowy, ramen i dopisane niebieskim długopisem papierosy. Może gdzieś dalej stoją dwa kubki, oczekujące na wsypanie taniej, granulowanej kawy oraz rozerwana w połowie roleta z niedopowiedzianą nigdy historią. Wpuszcza do środka przydymione światło latarni, dotykające płatki czerwonej róży w słoiku.

Ale przecież to wszystko nie ma sensu. Ja też tu siedzę i nie mam sensu.

Żadnego.

Czas płynie, przelewa sekundy przez palce i unosi moje myśli poza ściany mieszkania. Przedziera się tokijskimi uliczkami, zasnutymi lepką mgłą świtu. Niebo pokryte jest watą cukrową, przeżutą gumą miętową i nienasyconymi morelami. Ktoś właśnie budzi się z nieprzyjemnego snu. Ktoś wychodzi z nocnego klubu, zataczając się do rzędu taksówek. Ktoś próbuje popełnić samobójstwo na tęczowym moście. Ten niedokończony świat, wywianowany jedynie w niedoskonałe kontury, śpi snem płytkim bez ludzi, zmierzających donikąd. Tylko cichy chaos spaceruje po chodniku.

Brzdęk.

Płatek róży opada na parapet. Chyba usycha.

W pokoju gościnnym zapala się światło, a zaraz po tym słychać odgłos kroków – ostrożne i niespieszne, bojące się przekroczyć próg kuchni. Wiem kogo zobaczę. Dokładnie znam tę twarz, różowe włosy i popękane oczy. Może dlatego zaczynam wertować w myślach kalendarz. Zdaję sobie sprawę, że jest jeszcze niedziela, okryta papierowymi nerwami, które chcę podrzeć, ale dłonie za każdym razem spotykają się ze sobą i zostawiają na skórze zaczerwienia. Nie lubię niedziel. Są uszyte z tkanin złudzeń, fastrygowane fałszem i barwione odcieniami pozostałych dni tygodnia. Naprawdę ich nie lubię.

Pomiędzy tykanie zegara znowu wlewa się bezład. Przez chwilę wydaję mi się, że wszystko bezwiednie faluje, zanim w kuchni nie pojawia się druga osoba. Nikt się nie odzywa. Słowa powitań zamierają na ustach, a popękany mahoń spotyka się z pustką barw i zupełnie nic się nie dzieje. On patrzy na mnie, ja patrzę poza nim. Poziom dopaminy nie wzrasta, żadne owady nie zjadają się w moim brzuchu, żeby rozlać na zapadniętych policzkach ciepło, chociaż wiem, że powinno być odwrotnie. Od paru miesięcy jest tak samo. Popadamy w rutynę. Bratamy się z nią. Otwieramy jej drzwi i robimy gest dłonią, aby się rozgościła w mieszkaniu, mimo że nie ma w nim miejsca choćby dla dwóch osób. To sposób na bycie. Takie trzymanie się blisko, na siłę i z przyzwyczajenia.

Brzdęk. Nasza data ważności już dawno przeminęła.

– Może masz ochotę na kawę? – pytam, żeby krążąca między ścianami cisza na chwilę ustała. 

Próbuję dojść do blatu po trzech nieprzespanych nocach. Stawianie kroków na podłodze przypomina zagłębianie stóp w szorstkim piasku. Jak spacerowanie zimą po plaży z obuwiem w odmarzniętych dłoniach. Czuję na sobie jego wzrok. W końcu pierwszy raz to ja inicjuję rozmowę. O ile da się to nazwać rozmową. Itadori nawet nie lubi kawy.

Nie odpowiada.

Nalewam wodę do starego czajnika i stawiam go na gazie. Pomiędzy tymi czynnościami staram się przypomnieć sobie własne imię. Może nazywam się Megumi Fushiguro. Może całkowicie inaczej. Jestem tylko pewien tego, że od roku choruję na chroniczną bezsenność. 

Jednego dnia Itadori zabiera mnie do lekarza, po tym jak próbuję zasnąć po wzięciu za dużej dawki hydroksyzyny. Wtedy nie widziałem w tym sensu i nadal nie widzę. Siedzę w skórzanym fotelu, przysłuchuję się zaleceniom łysiejącego mężczyzny, który dawno nikogo nie posuwał, aby w końcu między jego seksualnymi frustracjami, zapytać czy to możliwie, że ktoś podmienia mój scenariusz, że kiedy biegnę na swoje przedstawienie z pośpiechu mylę salę i znajduję się na scenie wśród obcych ludzi, którzy bez żadnych słów każą mi improwizować, że kiedy budzę się w swoim łóżku, obok mnie leży osoba, która jedynie przypomina Yuji'ego. 

Nie słyszę odpowiedzi. Na karcie widnieje literka F z dwoma cyferkami obok. Recepty nie zabieram ze sobą.

Brzdęk.

Zmywam to wspomnienie wrzątkiem. Po kuchni roznosi się świeży aromat kawy, zaplątujący się w podminowaną atmosferę, która więzi nas w tych czterech ścianach. Jest ciasno, wręcz klaustrofobicznie. Odwracam się i spotykam na swojej drodze te popękane oczy. Potem szorstkie usta. Następnie smak pasty do zębów zostaje na moim podniebieniu. Później desperacki dotyk stara się nanieść na skórę mrowiącą ścieżkę, po której paznokcie kreślą znaki. Zatapiają się w nią, rozpaczliwie chcą znaleźć emocje, tak jak usychająca róża na parapecie łaknie odrobiny światła. Zamykam oczy i stoję w miejscu, trzymając kubki z rozlewającą się na podłogę kawą. Ciecz parzy nasze nagie stopy. Czuję na wargach coś słonego. Po chwili odgłos płaczu zagłusza tykanie zegara. Jest tak głośny. Pochłania ze sobą wszystkie dźwięki, zjada je niekontrolowanie, pozostawiając na ustach jedynie niemą prośbę, której nie mogę spełnić.

Itadori wychodzi z kuchni. Z każdym krokiem gubi cząstkę siebie, jest go coraz mniej, ubywa w moich oczach w najpowolniejszy sposób. Złudzenia wysypują się z jego kieszeni bluzy, a świat wyobrażeń przestaje istnieć. Coś, co nazywa nadzieją, właśnie zostaje wyprane z kolorów.

Brzdęk. 

Róża na parapecie więdnie.

wyprani z kolorów (itafushi)Mga kuwentong kahuhumalingan mo. Tumuklas ngayon