Pomnik

6 1 0
                                        

  Z letniego, błękitnego nieba leje się żar, a silne promienie słońca pełzają zwinnie po metalowej postaci. Zaznaczają jej walecznie uniesioną głowę z zaciętą, za poważną jak na dziecko miną, razem z warkoczem spływają po szczupłych ramionach do wątłego torsu, opartego pewnie na cienkich nóżkach. Na trzymanym, niczym jakaś magiczna broń, transparencie zamiast sloganu widnieje prosta dedykacja: Działaczom klimatycznym.

Myślę, że musi być jej tam potwornie gorąco, na tym postumencie, bo drzewa, które mnie chronią przed słońcem, są jeszcze na tyle niskie, że nie zasłaniają też jej. Co prawda od równej, kamiennej ścieżki, która otacza pomnik, a na której teraz stoję, też nie bije chłodem, ale ja zawsze mogę zrobić parę kroków i znaleźć się na trawniku, a figura przecież z podwyższenia nie zejdzie.

To potwornie dziwne uczucie, patrzeć na nią. W centrum miasta, chronioną prawem. Zupełnie inaczej wyglądała te dwadzieścia lat temu. Tak, stała tak samo dumnie, choć za tą dumą skrywała strach. Ale tu nie widać, że stała w obliczu policjantów, ściągających ją siłą z blokady miasta albo prowadzących ją do suki za namalowanie czegoś na parkometrze korektorem. Parkometr w centrum miasta... Jak ja dawno tego nie widziałam.

Z rozmyślań na chwilę wyrywają mnie radosne okrzyki dzieci, ścigających się wokół placu.

— To nie fair, wózek jeździ szybciej, niż ja biegam! — rozlega się lament.

— Ale ty możesz ściąć trawnikiem, a ja nie!

— No dobra, masz rację...

One chyba nie zdają sobie sprawy, że jeszcze nie tak dawno nie miałyby nawet możliwości się tu ścigać. Kiedy ja byłam w ich wieku, a nawet w wieku dziewczynki z pomnika, w tym miejscu znajdowała się dwupasmówka. Zresztą, ta dziewczynka. Czemu ona stoi sama, skoro było nas tak wielu? Wiem, wiem, bohater zbiorowy, ale to strasznie dziwne. Chociaż rządzącym chyba rzeczywiście bardziej podoba się ten obraz pojedynczego, wielkiego bohatera, bo tacy ludzie nie istnieją. A oni obserwowali przecież na własne oczy, co dzieje się, gdy masy „szaraków" stają się zjednoczone.

Dla tych dzieci ten pomnik to symbol jakiejś abstrakcyjnej, ale bardzo poważnej i słusznej idei, którą należy traktować z czcią i patosem, tak jak ja z dzieciństwa wspominam pomniki związane z drugą wojną światową. A dla mnie to symbol naprawdę niezłej farsy. Kapitalizm niby usunął się z areny dziejów, nareszcie świadomie leczymy się z kolonializmu, a polityka jak cyrkiem była, tak cyrkiem do dziś pozostała.

Gdy zaczęto pomalutku wprowadzać te wszystkie ograniczenia, zakaz wjazdu samochodami osobowymi do centrów miast, dyrektywy odnośnie naprawialności sprzętów i dopuszczalnych opakowań, cieszyłam się, jak dziecko. Kiedy nareszcie klepnięto budowę elektrowni atomowej w Polsce, poszłam pić z przyjaciółmi. Gdy Parlament Europejski przegłosował prawo, nakładające sensowne podatki na korporacje, z radości obiegłam wtedy jeszcze betonowy Plac Defilad w kółko trzy razy. Myślałam, że nareszcie coś się zmienia. Miałam rację, ale jakoś nie wzięłam pod uwagę, kto w związku z tym zostanie zapamiętany.

Ze szklanego bloku nieopodal wychodzi właśnie jakaś rodzina z dziećmi. Matka w hidżabie próbuje powstrzymać rozbrykane bliźniaki od wyprucia na łeb na szyję do parku, a krępy blondyn, jej mąż, wypycha wózek z jeszcze jedną pociechą, kwiląc do niej po ukraińsku. Dziwne, że w rzeczywistości, w której się znaleźliśmy, istnieją jeszcze państwa narodowe. Przysięgam, że w swojej okolicy widuję więcej emigrantów klimatycznych z Południa, niż „białych Polaków katolików". Może wynika to z tego, że też mieszkam w jednym z takich eksbiurowców, gdzie od początku przygarniali ich skłotersi, a może naprawdę ta idea już dawno straciła aktualność i wcale nie jestem do końca rąbnięta. No właśnie, teraz mieszkam tam spokojnie i legalnie, a termin „skłot" został gdzieś w niedawnej przeszłości, tak jak jednorazówka czy marketing, ale dobrze pamiętam, jak musieliśmy bronić się przed policją. Policja natomiast, rzecz jasna, już dawno zapomniała, że kogokolwiek okładała pałami.

Gdzieś w rogu mojego pola widzenia do zdjęć na tle pięknych, miejskich ogrodów, ustawiają się dwie kobiety w białych sukniach, a jakaś osoba z aparatem skacze wokół nich, jak konik polny. Są ode mnie młodsze, raczej nie pamiętają świata bez ciągłych protestów klimatycznych i blokad miast. Ciekawe, może kiedyś widziałam je jako dzieci z rodzicami na marszu i nawet o tym nie wiem? To byłby naprawdę zabawny zbieg okoliczności.

Znowu podnoszę wzrok na pomnik. Niby powinnam się cieszyć, w końcu ja też byłam jedną z tych „działaczek". Ale nie mogę się pozbyć jakiejś goryczy, która mnie ogarnia. Czy to właśnie tak czuli się Pierwsi Amerykanie, gdy Stany i Kanada jakby nigdy niby nic zaczęły korzystać z ich rozwiązań i filozofii, po trzech stuleciach bezlitosnego, systemowego tępienia? Pewnie mimo wszystko im było jeszcze gorzej, gdy nagle całą tę historię zamieciono pod dywan, przeprosiny ułożono we frazesach i nikt nigdy tak naprawdę nie miał ich na myśli, a kolonizatorzy stali się mitycznymi złymi figurami z odległej historii, dzielnie i finalnie pokonanymi przez współczesnego człowieka, tak jak mi w dzieciństwie przedstawiano nazistów.

Mimo wszystko nie mogę powstrzymać żalu. Czy poświęciłabym tyle czasu i energii na wieczne protesty, blokady, eventy i prelekcje, gdybym mogła wtedy oglądać ten pomnik? Pewnie tak, może co najwyżej nie dokładałabym do puli integralności swoich żeber, na których do dziś potrafi się przy niskim ciśnieniu odezwać widmo policyjnej pałki.

Ostatecznie, cel został osiągnięty. Wstaję co rano w mieszkaniu socjalnym zasilanym energią atomową z domieszką OZE, zaparzam lokalne ziółka na oczyszczonej kranówce, wkładam lniany kubraczek i spokojnie dojeżdżam do pracy metrem. Dzień roboczy trwa krótko, a ja czuję, że rzeczywiście robię coś pożytecznego, a nie targety w korporacji. Potem mogę spacerkiem pójść do darmowego sklepu lub jadłodzielni, w sezonie urwać sobie krzywe jabłuszko z miejskiej jabłonki, albo śliwkę dwa chodniki dalej, pospotykać się ze znajomymi lub zadzwonić na wideo do mieszkających na drugim końcu świata przyjaciół, a jeśli mam fantazję, pojechać szybkim i cichym pociągiem do Łodzi, spotkać się kuzynką, która też przecież już skończyła pracę. Wieczorem, w cichą noc, oglądać rozgwieżdżone niebo, bez tej koszmarnej łuny, która potrafi mi się śnić do dziś. I nikt, sprawdzając mi dowód, gdy w narożnym barze poproszę o napełnienie mi ceramicznego kubeczka z kotkiem winem z winorośli z dachu budynku, nie będzie z ciekawością zerkał, czy płeć w papierach zgadza mi się z ubiorem, bo jestem bardzo wysoka. A w nocy zamiast ryku silników ścigających się kierowców, może obudzić mnie co najwyżej wezwanie do modlitwy dla sąsiadów piętro wyżej.

Gdyby tę wizję pokazał mi ktoś dwadzieścia lat temu, gdy na środku asfaltowej drogi dreptałam z transparentem, zdzierając gardło przy skandowaniu i błagając w duchu, by nikt mnie nie pobił, gdy będę wracać do domu, pomyślałabym, że to jakaś utopia. Że ziścił się mój sen. Ale teraz, stojąc pod tym koszmarnym pomnikiem i patrząc, jak mój sąsiad o skórze ciemniejszej niż heban idzie spokojnie parkiem, bez groźby bycia pobitym przez kiboli, czuję się mimo wszystko oszukana.

Może jestem niewdzięczna. Jednak, kiedy w podręczniku do historii mojej siostrzenicy czytam o tym, jak to dzielnie jacyś liderzy polityczni-wizjonerzy przeprowadzili reformy, a sama jestem zniwelowana do ramki z ciekawostką i wymyślonej dziewczynki na pomniku, jak zresztą i wszyscy mi podobni, to robi mi się przykro. My wypruwaliśmy sobie żyły i poruszaliśmy tłumy. Oni, bojąc się bycia zrzuconymi ze stołka, grzecznie pozwolili nam sobie te żyły wypruć, kazali policji zmyć krew, a na koniec w białych rękawiczkach oświadczyli, że oto stworzyli nowy, wspaniały system. A ci działacze? No byli jacyś, tak jak Szewczyk Dratewka i jacyś powstańcy. Oni im postawią poważny, patetyczny pomnik.

pomnikOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz