Harry był młodym czarodziejem, Voldemort gdzieś przepadł i nikt nie wiedział gdzie jest, ani co planuje. Atmosfera była napięta, każdy chodził zestresowany i pogłębiony w swoich myślach odnośnie tego co nieznane. Bali się, że wróci, że wróci i będzie siał zamęt i śmierć z dużo bardziej spotęgowaną siłą.
Brunet siedział codziennie do późna w nocy głowiąc się nad tym, gdzie ten mógł się ukryć. Zmęczenie brało górę, ale on nie mógł spocząć. W dodatku ostatnimi czasy dostawał dziwne listy, zazwyczaj była na nich tylko jedna przypadkowa literka alfabetu i nic więcej, może czasami zdarzyło się dostać jakieś ślaczki, ale nic nie oznaczały, bynajmniej on ich nie rozumiał.
Kuszące było zajęcie się tym dziwnym incydentem z listami, ale nie mógł zająć się swoimi sprawami, miał na głowie cały świat i musiał uratować go przed Czarnym Panem.
Jak każdego dnia, zielonooki uczestniczył na lekcjach jedynie, które mijały znacznie, którymi między innymi były eliksiry ze Severusem. Nie lubił go i to z odwzajemniem. Uprzykrzał mu życie w tej szkole. Podążał właśnie niechętnie na wspomnianą lekcje, ale słysząc głosy dobiegające go z klasy, zatrzymał się przy drzwiach. Chłopak lekko się wychylił i zerknął kto jest w środku, widząc Draco i jego chrzestnego cofnął się odrazu do tyłu. Przyległ plecami do ściany, zbliżając się bliżej, dbając o to by nie było go widać. Chciał podsłuchać ich rozmowę, ale było to ciężkie, głosy były stłumione i niewyraźne. Był pewny, że coś knuli i mogło mieć to związek z Voldemortem.
Chcąc czy nie chcąc zielonooki został zauważony przez blondyna i jego chrzestnego, jednak Snape kompletnie to zlał, jednak nie Draco. Chłopak jak tylko przekroczył próg sali dostrzegł pudełko, do którego chętnie podszedł.
— No...Potter ty zboczeńcu — Zaśmiał się cicho sam do siebie zabierając ze sobą pudełko, które dobrze schował.
Draco na początku chciał upokorzyć wybrańca oddając mu je przy wszystkich, jednak gdy siedział na lekcji i tak na niego patrzył, to po dłuższym namyśle blondyn dorwał się do księgi swojego chrzestnego i rzucił na grę złotego chłopca klątwę po czym jak gdyby nigdy nic wysłał ją gryfiakowi pocztą.
Następujące dni mijały jak poprzednie, mało snu, głowienie się, zmęczenie. Harry siedział przy swoim biurku, gdy przez jego okno wleciała sowa dając mu paczkę. Brunet miał w planach ją odrazu tworzyć, ale widząc napis na kopercie przechylił głowę na bok.
— Wypowiedz te słowa otwierając zawartość, będąc w pokoju życzeń, ale po co? — Mruknął sam do siebie będąc tym dosyć zaskoczony.
Kto mógł mu wysłać paczkę? Może było to coś związanego z Voldemortem? Chłopak na tą myśl niewiele myśląc zabrał ze sobą pudełko i wyszedł ukradkiem z dormitorium pod peleryną niewidką. Znajdując się w odpowiednim miejscu wszedł do pokoju życzeń. Usiadł na środku i wypowiedział słowa, rozrywając papier.
— Gra dla Rona? Nawet nie wiedziałem, że ją zgubiłem, ale jaki w tym przypadku jest tego sens? — Wymamrotał cicho do siebie, trzymając pudełko w swoich dłoniach.
— Na tym polega cała zabawa — Zaśmiał się cicho podchodzący do chłopaka blondyn w garniturze, musiał jakoś wyglądać, gdy będzie upokarzał złotego chłopca. — Sensu nie ma...ale ty za to będziesz świetnie się bawił pode mną — Powiedział nachylając się nad nim z wrednym uśmiechem. Dzięki klątwie młodego Malfoya żadne z nich nie mogło opuścić pokoju dopóki nie ukończą gry.
— Malfoy? — Zamrugał zaskoczony, unosząc głowę ku górze, gdy usłyszał dobrze znany mu głos. Harry widząc jak ten jest blisko, przełknął ślinę, nadal siedząc na ziemi. Powietrze w pomieszczeniu zrobiło się jakieś cięższe, a kolejne słowa blondyna, sprawiły, że Harry poczuł niepokój.
