1. Warsztat Fitzpatricka

38 1 1
                                        

Isaac

Na ostatniej sesji terapeutycznej usłyszałem, że tymczasowa zmiana miejsca zamieszkania pomoże mi w uzyskaniu upragnionego spokoju i harmonii. Duże miasto, według panny Smith, jest powodem mojego przebodźcowania i w związku z tym nerwowości, która negatywnie wpływa na każdy obszar codziennego funkcjonowania, a w szczególności na moją relację z Sophią. Przez chwilę myślałem, że faktycznie może mi to pomóc. Znalazłem dom na wynajem w Sunridge*, dwie godziny od stolicy Arizony, spakowałem walizki i wyjechałem, nie dając sobie czasu na rozważenie wszystkich za i przeciw. Gdybym zaczął analizować sytuację, z pewnością doszukałbym się całej masy minusów, które powstrzymałyby mnie od próby walki o poprawę jakości życia. Oczywiście z tymi wszystkimi wadami miałbym rację, ale plułbym sobie w brodę, że jednak nie spróbowałem. Teraz z kolei pluję sobie w brodę, że podjąłem tak głupią decyzję...

W cholernym Sunridge jestem dopiero tydzień, a już wszystkie znaki na niebie wyraźnie wskazują na to, że nie powinno mnie tutaj być. W dniu mojego przyjazdu, kiedy zapoznawałem się z najbliższą okolicą, przywitała mnie ulewa, jakiej dawno nie widziałem. Strugi deszczu były tak srogie, że uderzając w moje ciało, sprawiały ból. Po najszybszym możliwym biegu do domu ledwo stanąłem w przedpokoju, a już u moich stóp zaczęła tworzyć się solidna kałuża. Moje nowe adidasy mogłem wykręcić jak szmatę - po wyschnięciu nie nadawały się nawet do prac ogrodowych. Jednym słowem DRAMAT. A żeby w moim życiu nie było za lekko, dwa dni temu strzeliła rura w łazience i zanim zdążyłem cokolwiek naprawić, brodziłem w wodzie po kostki. Tym razem do listy strat dopisałem parę skarpet, więc można powiedzieć, że nie było tak źle. Dziś jednak, kiedy postanowiłem pojechać do najbliższego miasta, żeby przeprowadzić w kawiarni ważną video-rozmowę, moje auto postanowiło się zepsuć - pierwszy raz od jego zakupu. Ta sytuacja już poważnie wytrąciła mnie z równowagi psychicznej. 

-Dzięki... - nerwowo drapię się po karku, zdając sobie sprawę z tego, że nawet nie zapytałem swojego wybawcy o imię. 

-Steve - kończy za mnie mężczyzna, któremu dałem w łapę, żeby pociągnął mnie do mechanika na lince holowniczej. Według niego najlepszy spec od samochodów w całej okolicy znajduje się akurat w przeklętym Sunridge, dlatego to tam wylądowałem ze swoim już ledwo dymiącym mercedesem. 

Warsztat z zewnątrz zdecydowanie nie wygląda zachęcająco. Baner z nazwiskiem właściciela gdzieniegdzie szpeci widoczna rdza, a barwy, których użyto do jego wykonania, już dawno straciły swoją intensywność, zapewne przez palące promienie słońca. Okna wykonane z dziewięciu mniejszych szybek są tak brudne, że nie byłbym w stanie zajrzeć przez nie do środka. Podejrzewam, że nigdy nie były myte. Zalega na nich tona kurzu i pyłu, a całość doprawiają pajęczyny. W jednym miejscu nawet widać sporych rozmiarów pęknięcie. Gdyby nie auta stojące na zewnątrz oraz muzyka dobiegająca ze środka, pomyślałbym, że to miejsce jest opuszczone. 

-Przepraszam pana! - unoszę głos, by przekrzyczeć radio i tym samym zwrócić na siebie uwagę postaci leżącej pod czerwonym, oldschoolowym Cadillaciem. Skoro ktoś oddał to cacko do naprawy właśnie tutaj, nie powinienem martwić się o to, że niejaki Fitzpatrick spartaczy robotę. Mimo wszystko nie potrafię spojrzeć na to miejsce jako na takie, co zapewnia profesjonalne usługi. W Phoenix warsztaty są bardziej zadbane. 

Spod samochodu wyjeżdża na leżance warsztatowej drobna postać. To zdecydowanie nie jest John Fitzpatrick. Z zaskoczenia rozchylam wargi, jakbym chciał coś powiedzieć, ale żadne słowo nie wydobywa się z moich ust. Nie wiem, co mam poczynić, więc po prostu patrzę w jasne tęczówki z konsternacją. ,,Mechanik", wyciąga z roboczych ogrodniczek brudną od smaru szmatkę i wyciera w nią dłonie, by prawą podać mi na przywitanie. 

Fixed by youWhere stories live. Discover now