We've updated our Content Guidelines.
Review the latest guidelines to keep sharing stories safely.

Reduta Końca Świata

8 0 0
                                        

- Nazywam się Michael Doron, wszystko zaczęło się dwanaście lat temu, trzynastego kwietnia - Opowiadał mężczyzna.
- Miałem wtedy dwadzieścia sześć lat. Wyjechałem na chwilę do miasta. Na zakupy. Nie było mnie jedynie trzydzieści minut... - Mówił dalej, lecz nie wytrzymał. Jego oczy stały się momentalnie szklane, głos zaczął drżeć i spuścił głowę.
- Hej, nie musisz tego robić - Powiedziała brunetka w kwiecie wieku o imieniu Beth. Ten do którego były kierowane te słowa podniósł głowę i kontynuował.
- Gdy wróciłem... jej już nie było. Już nigdy... nigdy - Przerwał na krótką chwilę. Wziął głęboki wdech.
- Chciałbym... chciałbym wierzyć w to, że gdzieś tam jest, że ma się dobrze. Już nawet nie pamiętam jak wygląda... Pamiętam tylko jej broszkę, czerwoną różę. Zawsze miała ją na sobie. Jedynie ona została po jej matce - Kończąc zdanie pierwsza łza spłynęła mężczyźnie po policzku. Wstał on ociężale od ogniska i odszedł. Po chwili przerwy Val, dowódca grupy powiedział.
- Tyler, dziś twoja grupa stoi na straży - Rzekł i zaraz każdy udał się do swoich namiotów.
- Michael. Ty dziś poprowadz- Mówiącemu przerwał zwiadowca, który nie mogąc złapać oddechu zaczął - Dowódco... Dow- Próbował coś z siebie wydusić.
- Uspokój się - Powiedział Tyler. Minęło parę chwil.
- Martwi... martwi idą na południe, są ich setki, a może nawet tysiące. Nie zdążymy nic zrobić. Ewakuowanie wszystkich zajęło by kilka godzin. Oni tu będą za kilkadziesiąt minut. Mamy do wyboru śmierć lub śmierć. Cała... cała grupa. Oni... - Nie powiedział, aczkolwiek mimo tego każdy wiedział co się z nimi stało. Nikt nie mógł w to uwierzyć. Widmo śmierci zaczęło ich pożerać.
- Będziemy walczyć - Odpowiedział na to wszystko dowódca, choć z niedowierzaniem. Wszystkich jest osiemdziesięciu sześciu, zdolnych do walki około sześćdziesięciu. Broni starczy - Mówił Val (główny przywódca), próbując wskrzesić promyk nadziei w sercach grupy dowódczej, a mianowicie, Michaela (wicedowódcy), jak i Beth i Tylera, których rola była bliżej nieokreślona, aczkolwiek ich zdanie było tak samo ważne, co Michaela.
- No, na co czekacie. Brać się do roboty - Czas mijał nieubłaganie. Minęła godzina. Wszystkie przygotowania na ten czas były skończone.
- Teraz trzeba czekać - Mówił Michael
- Wszyscy przyszliście tu w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca. Przez dwa lata wam to zapewnialiśmy, razem z Tylerem, Michaelem i Beth utworzyliśmy tu społeczność. Dziś tego wszystkiego musimy chronić. Caroline i Michaline, wy weźmiecie dzieci i schowacie się do schronu. Reszta... reszta będzie walczyć - Mówił stojąc na piedestale Val - dowódca. Każdy na pozycjach wyczekiwał nadejścia żywych trupów. Niektórzy żegnali się z każdym z osobna, niektórzy ostatnie chwile spędzali z czymś mocniejszym, "Dobry bimber pobudza zmysły" Mówiła większość pijących i popierali to śmiechem. Praktycznie każdy jednak wolał pierwszą opcję. Michael natomiast siedział samemu. Bez towarzystwa czyjegoś lub alkoholu. Myślał o tym co się stanie i jak to wszystko może się skończyć. Po kilkunastu minutach przesiadywania samemu podszedł do niego Val.
- Tak to się musi skończyć - Rozpoczął
- Najwyraźniej - Poparł słowa dowódcy patrząc w dal.
- Jest coś czego... nikomu nie powiedziałem - Wymówiwszy słowa pokazał Michaelowi mały pilot z jednym przyciskiem, a ten z niechęcią obrócił głową i spytał.
- Co to ma być?
- To... to aktywuje ładunki wybuchowe znajdujące się pod redutą. Wiesz przecież, wejdą tu w kilka, co najwyżej kilkanaście minut. Ilu ich zabijemy? sto, dwieście? A jest ich zapewne cztery razy tyle. Nie mogę pozwolić, by te dzieci... żeby one zostały jednymi z nich. Nie miałbym serca tego zrobić, ale ty? Wiem jak to brzmi i przepraszam, że tak wyszło. Aktywujesz ładunki, gdy już nie będzie żadnych szans. Mogę na ciebie liczyć? Nie rób tego dla mnie... zrób to dla nich - Wskazał palcem na dzieci. Nie dostał odpowiedzi. Michael jedynie wyciągnął dłoń, a Val położył na jego dłoni aktywator. Kolejne minuty mijały. Wybiła godzina dziesiąta.
- Na pozycję! - Krzyknął donośnym głosem dowódca, a każdy momentalnie gotowy do obrony stanął na stanowiskach. Dzieci weszły do bunkru i po nich kobiety. Mijały minuty... minuty, które trwały porównywalnie długo do godzin. Każdy patrzał w miejsce skąd "oni" mieli przyjść, była tam polana urozmaicona kilkoma drzewami. Nagle zza jednego drzewa wyłonił się jeden. Przykuł uwagę wszystkich, poruszał się wolno. W reducie znajdowały się dwa karabiny snajperskie, oba były zaopatrzone w tłumik, lecz mimo to żaden nie dostał rozkazu, by strzelić.
- Poczekamy - mówił Val, który bardzo dbał o zapasy amunicji. Martwy ciągle szedł w kierunku reduty. Był w odległości około dwustu pięćdziesięciu metrów od niej. Snajperzy nie spuszczali z oka trupa idącego przed siebie. Z daleka niespodziewanie rozległ się odgłos, którego nie sposób wyobrazić sobie żadnemu człowiekowi. Każdy spojrzał w dal, stres dobijał zenitu. W powietrzu było słychać jedynie nierównomierny oddech każdego z osobna. Z pomiędzy drzew momentalnie wybiegła chmara trupów, były jak szarańcza. Oślepieni lgnęli przed siebie
- Strzelać bez rozkazu - Padło z ust dowódcy i zaczęła się bitwa. Martwi próbowali się przedrzeć, padali dziesiątkami. Po chwili pierwszy dobijał się już do bramy, którą wcześniej zdążyli zabezpieczyć. Pierwszy granat poleciał, zaraz po nim drugi i trzeci. Snajperzy trafiali, tak samo jak reszta z pistoletami i karabinami maszynowymi, mimo tego, iż zombie padały jeden za drugim wydawało się, że jest ich coraz więcej. Po chwili broniący nie nadążali. Duża grupa dobijała się do bramy, granaty nie pomagały, gdyż gdzie jeden padł tam drugi go zastępował, po chwili wejście nie wytrzymało i runęło z ogromnym impetem na ziemię. Michael patrzał na to co się wokół dzieje, każdy próbował się bronić, lecz przecież od początku byli spisani na straty. Martwi wgryzali się w szyję każdemu kogo napotkali. Nie zostało ich już wielu. Większość zdolnych jeszcze do trzymania broni po chwili krzyczała w agonii. Posiadający detonator wiedział co musi zrobić. Michael mógł zobaczyć już jedynie Tylera, Vala i paru innych, którzy jeszcze próbowali bronić reduty. Przywódca spojrzał chwilowo na Michaela trzymającego detonator i skinął mu głową.
- Nie ma innego wyjścia - Myślał. W momencie, w którym parę milimetrów dzieliło go od wysadzenia wszystkiego, co widzi wokół siebie. Spojrzał ostatni raz dokoła i jego oczom rzucił się martwy. Ostatnie, co ujrzał Michael była to broszka... broszka czerwonej róży. Po ujrzeniu jej padł na kolana, chłodna łza spłynęła mu po policzku i trzymając detonator przy udzie ostatni raz na nią spojrzał i po chwili tego wszystkiego już... nie było. Zostały jedynie ruiny. Ostatnia bitwa ludzkości skończyła się porażką, lecz czy nie właśnie na to wszyscy jesteśmy skazani? Wcześniej czy później wszystko się tak zakończy, jak zakończyła się historia Reduty Końca Świata.

Zbiór Opowiadań Stories to obsess over. Discover now