Si vis pacem, para bellum

41 3 6
                                        

W filmach zawsze mówią że jeśli się kogoś kocha to trzeba dać mu odejść. Cóż za piękne kłamstwo. Jeśli trzeba dać mu odejść, to dlaczego ideał rycerza obraca się wokół tego że walczy on o swoją partnerkę do ostatniej kropli krwi? I dlaczego w baśniach na końcu zawsze książę na białym koniu wraz z miłością jego życia żyje długo i szczęśliwie? A co jeśli powiem wam że ta historia, choć nikt oprócz mnie nie był jej świadkiem, wydarzyła się naprawdę, i to nie za siedmioma lasami i siedmioma górami, ale całkiem nie daleko i całkiem nie tak dawno temu?

***Historia napisana tylko i wyłącznie za użyciem mojej wyobraźni a opinie w niej przedstawione, nie zawszę zbiegają się z moimi własnymi, wszelkie zbieżności imion, nazwisk i wydarzeń są całkowicie przypadkowe. Z całkowitym szacunkiem dla osób istniejących które mogły pojawić się w teksie i bez insynuacji na temat ich życia prywatnego. Miłego czytania***

Gdybym zaczęła od wstępu ,,wszystko zaczęło się od" prawdopodobnie stracilibyście zainteresowanie. Chyba że przyszliście tutaj szukając romantycznej baśni o rycerzu, płakaniu, tęsknocie i długich włosach. Na wasze szczęście, nie będę zanudzać was tym całym romantyzmem i przejdziemy od razu do konkretów.

W ostatnią sobotę wakacji które minęły w mgnieniu oka, mój kochany syn wybrał się na spacer do parku. Przeciskając się pomiędzy dwoma domami wydeptaną piaskową drużką, wyszedł niedaleko college'u, którego nazwy tutaj nie wspomnę ze względu na poszanowanie prywatności (mamy XXI w. wygooglujcie to sobie), a następnie kierował się w stronę wiaduktu. Znalazł się w tak zwanej ,,szarej strefie" czyli bardziej zurbanizowanej i mniej eko-przyjaznej części naszego przedmieścia. Szedł przez jakieś 4 minuty żeby znaleźć się na skrzyżowaniu i skręcić w Princes Park Avenue. Oczywiście to nie było najlepsze miejsce jakie mógł sobie wybrać, dzieci grały na pobliskim boisku w piłkę, trawa była zawsze za krótko przystrzyżona i wysuszona, a właściciele nigdy nie sprzątali po swoich psach. Jednak mój syn, ze swoim ekscentryczny gustem, wybrał sobie na ulubioną ławkę właśnie tą w parku obok tej ulicy, pod jednym wyjątkowym dębem.

Osiadł na tej ławce, rozejrzał się, założył nogę na nogę, odnalazł stronę założoną swoją ulubioną zakładkę z jednorożcami która dostał od swojej siostry i zagłębił się w lekturze.

Oczywiście nie krytykuje was jeśli lubicie czytać romansidła, a ten stereotyp, że tylko kobiety po 40 i nastolatki je czytają, uważam za absolutnie nieprawdziwy i oburzający, ale osobiście nie potrafię ich zrozumieć. Nie pociąga mnie czytanie o czyimś życiu romantycznym, jak to się komuś świetnie układa, jak czyiś partner/partnerka sypie kwiatkami, kupuje róże i robi śniadanie do łóżka. Cóż, nie każdy ma takie cholerne szczęście. Łamiąc ten stereotyp, mój syn gustuje właśnie w romansach, oczywiście nie przeglądałam jego książek, nie musiałam tego robić żeby się tego dowiedzieć. Jedną z pierwszych rzeczy jakiej się o nim dowiecie jest to, że dzieli się wszystkim ze swoją rodziną, choć nie lubi otwierać się dla obcych. Sam opowiada mi o każdym nowo kupionym tytule, nie pomijając żadnych pikantnych szczegółów i namawia mnie żebym i ja je przeczytała. Stało się to naszą małą, wieczorną tradycją. Siadamy wieczorem przy kubku herbaty i opowiadamy sobie o tym, co wydarzyło się w życiu bohaterów naszych książek.

Zastanawiałam się kiedyś nad tym i to mi do niego pasuje. Gdyby mój syn był ciastem, składniki na niego brzmiały by tak: magia kochającego starszego brata, jednorożce, misie i wiele, wiele serduszek.

Wracając do tej mojej historii, przeczytał dopiero dwa rozdziały książki, gdy poczuł pojedyncze krople deszczu na swojej skórze, a gdy po paru kolejnych mżawka przerodziła się w deszcz, potruchtał do pobliskiej kawiarni.

Miejsce to wyglądało okropnie. Z zewnątrz wyglądało jak stara burgerownia oklejona sklejką, w środku zaś czuło się stęchliznę i duszące ciepło. Masywne stoliki wykonane z ciemnego, klejącego drewna, nijak nie pasowały do barowych krzeseł ze stalowych rurek i sztucznej, poobdzieranej skóry. Za to ciepłe światło i ciemno zielone rośliny w każdym wolnym miejscu sali, działały na ludzi jak światło na ćmy, przez co zawszę był tu gwar. W opinii mojego syna, to ósmy cud świata i idealne miejsce do picie kawy.

By Your EyesWhere stories live. Discover now