Biegłam.
Biegłam, ile sił w nogach. Tych sił było jednak z każdą chwilą coraz mniej. Nie wiedziałam, jak długo stawiałam już krok za krokiem, ścigając się z własnym życiem.
Nie oglądałam się za siebie nawet przez ułamek sekundy. Wiedziałam, że liczy się każda. Nie mogłam zmarnować ani jednej.
Było ciemno.
Tak cholernie ciemno.
A mimo to biegłam dalej.
Płuca paliły żywym ogniem, oddech rwał się z każdym kolejnym krokiem, a łzy spływały po policzkach, zostawiając gorące smugi na przemarzniętej skórze. Każda piekła, jakby rozcinała twarz cienkim ostrzem.
Nie zatrzymam się.
Nie odwrócę się.
Nie obchodziło mnie, że ostre gałęzie rozcinały moje nagie nogi. Nie obchodziło mnie, że byłam przemoczona do suchej nitki i oblepiona błotem po kolejnych upadkach. Miałam na sobie tylko tę cholerną bluzę.
Nic więcej.
Zresztą i tak nie byłabym w stanie niczego zabrać.
Biegłam coraz wolniej, przedzierając się na oślep przez gęsty, mroczny las. Tego wieczoru przerażał mnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Deszcz i łzy skutecznie odbierały mi resztki orientacji. Gdy tylko wydawało mi się, że za następnym rzędem drzew znajdę upragniony koniec tej przeklętej gęstwiny - wyrastały przede mną kolejne.
Ale biegłam.
Chciałam żyć.
Jak nigdy wcześniej, chciałam, kurwa, żyć.
Wiedziałam, że jeśli zatrzymam się choć na chwilę - nie przeżyję.
Złapią mnie.
A wtedy umrę.
Może nie od razu, nie dosłownie... ale umrę w środku. W ciszy. W samotności.
Kiedyś sama tego chciałam.
Ale, kurwa, nie dzisiaj.
W oddali słyszałam, że nie tylko ja biegnę tej nocy. Nie tylko ja walczyłam o jeszcze jeden oddech.
Serce waliło o żebra z siłą prasy hydraulicznej. Bolało. Nie tylko fizycznie.
Spierzchnięte usta pękały od nieustannego oblizywania, choć śliny już dawno zabrakło.
Język przyklejał się do podniebienia, a oddech gubił się równie rozpaczliwie jak ja w tym przeklętym lesie.
Powietrze stawało się coraz cięższe, gęstsze, jakby nie potrafiło już dotrzeć do płuc, które przeszywał ostry, tępy ból.
Ale biegłam.
Było tak potwornie zimno, że krople deszczu przypominały odłamki szkła, rozbijające się o moją skórę przy każdym uderzeniu. W moich żyłach nie płynęła już krew, tylko adrenalina, która buzowała w nich, niczym wzburzone morze. Szumiała mi w głowie, zagłuszając wszystko inne. Wiedziałam, że tylko dzięki niej wciąż jeszcze stałam na nogach.
W oddali mignęły smugi światła.
Biegli za mną.
Słyszałam trzask łamanych gałęzi pod ciężkimi butami. Czułam ich obecność niemal na karku. Do moich uszu zaczęły docierać krzyki, ale nie rozumiałam już ani jednego słowa. Wszystkie zlewały się w niezrozumiały hałas, który docierał do mnie niemal z każdej strony świata.
Biegłam.
Nieważne, gdzie jestem.
Ucieknę.
Wrócę do domu.
Zaszłam już za daleko. Uciekłam z tej twierdzy. Uciekłam ludziom, których jedynym zadaniem było dopilnować, żebym nigdy się z niej nie wydostała.
Nie miałam pojęcia, ile czasu już biegłam.
Minuty?
Godziny?
Wieczność?
Nie wiedziałam.
Ale nie zamierzałam się poddać.
Odgłosy pościgu stawały się coraz wyraźniejsze.
Byli coraz bliżej.
Usłyszałam szczekanie psów. Nie jednego. Całego stada doskonale wyszkolonych czworonogów, które bez wątpienia złapały mój trop.
Światła latarek stawały się coraz jaśniejsze.
Coraz bliższe.
Wiedziałam, że depczą mi po piętach.
Wiedziałam, że to moja ostatnia szansa.
Na oddech.
Dopóki biegłam, nie należałam jeszcze do nikogo...
ESTÁS LEYENDO
Uprowadzona
RomanceUprowadzona Miała stać się zapłatą za cudzy dług. Zamiast tego stała się problemem, którego nikt nie potrafił rozwiązać. Dwudziestojednoletnia Wiktoria zostaje porwana i oddana w ręce człowieka, którego nazwisko w Warszawie wypowiada się szeptem. W...
