Miałam dziewięć lat, gdy po raz pierwszy dowiedziałam się, co to znaczy mieć motylki w brzuchu.
Był środek września, ciepłe popołudnie, a w powietrzu unosił się zapach jesieni. To właśnie w tym momencie, jesień stała się moją ulubioną porą roku i jest nią aż po dziś.
Jak zawsze po szkole, czas spędzałam na podwórku z moim psem, Coco. Ze swojego miejsca pod wielką jabłonią miałam doskonały widok na ciężarówkę, z której trzech barczystych mężczyzn wynosiło meble. Wszystkiemu dyrygowała kobieta, blondynka z czerwoną szminką na ustach, w sukience tak pięknej i eleganckiej, że od razu wiedziałam, że jest kimś ważnym. Swoich nowych sąsiadów widziałam już kilka razy, ale tej kobiety nigdy tu nie było.
Chwilę później z domu obok wybiegł chłopiec, na oko w moim wieku, i z płaczem podbiegł do eleganckiej pani.
– Mamo! – Załkał chłopiec. – Tata powiedział, że jednak nie kupi mi psa! Porozmawiaj z nim, proszę!
– Och, kochanie! Tata ma rację. Zobacz, ile się przeprowadzamy, piesek będzie się tylko męczył. Nie możemy kupić ci psa. – Nawet jej głos był elegancki.
– Okłamaliście mnie! Obiecaliście, że dostanę psa! Obiecaliście!
Chłopiec odsunął się od matki i odszedł zamaszystym krokiem. Elegancka pani pokręciła głową, po czym, jak gdyby nigdy nic, wróciła do wydawania instrukcji mężczyznom od przeprowadzki. Wydawała się w ogóle nie przejmować synem, który stanął przed ciężarówką i z rękoma w kieszeniach zaczął kopać kamyki pod koła samochodu.
Patrzyłam, jak mężczyźni wraz z kobietą zniknęli w domu obok, a chłopiec usiadł na ulicy i ukrył głowę w dłoniach. Jakby na wezwanie, Coco wygrzebała się z moich objęć i pobiegła do chłopca. Zawsze uważałam ją za bardzo empatycznego psa – wyczuwała, kiedy miałam zły dzień i tuliła się do mnie, aż humor mi się poprawiał. Najwyraźniej uznała, że chłopiec potrzebował pocieszenia, więc wstałam i nieśmiało podeszłam do mojego nowego sąsiada. Coco zdążyła się już umościć obok niego i trącała go pyszczkiem w rękę.
– Hej – przywitałam się.
Chłopiec odsunął dłonie od twarzy i spojrzał na mnie, a potem na Coco.
– To twój pies? – spytał się.
Pokiwałam głową.
– Tak, to Coco. Zawsze czuje, gdy ktoś jest smutny.
– Nie jestem smutny – odpowiedział. – Tylko zły.
– I dlatego płaczesz?
– To są łzy złości, nie smutku – odciął się.
Coco przechyliła główkę, jakby ona także mu nie dowierzała.
– Większej bzdury nie słyszałam – wymamrotałam i pogłaskałam psa za uchem.
– Bo jesteś głupia – odparł chłopiec, a ja w tym momencie miałam ochotę poprosić Coco, aby na niego nasikała. – Nie wiesz, że chłopcy nie płaczą?
Skrzywiłam się.
– No to, to już w ogóle jest bzdura! Dlaczego niby nie mogą płakać?
Chłopiec pociągnął nosem.
– Ile ty w ogóle masz lat? – spytał z wyrzutem.
– Dziewięć, a ty?
Prychnął.
– To wszystko wyjaśnia. Ja mam jedenaście. A chłopcy nie płaczą, bo są odważni i silni. Tata mi powiedział.
Chciałam mu powiedzieć, że ma dziwnego ojca, ale bałam się, że się na mnie obrazi. Nie wolno przecież mówić źle o cudzych rodzicach!
YOU ARE READING
Pod naszą jabłonią
RomanceW wieku dziewięciu lat poznałam swojego najlepszego przyjaciela i pierwszą miłość. W wieku dziesięciu lat go straciłam. Gdy prawie dwadzieścia lat później idę na casting do teledysku do najnowszej piosenki mojego ukochanego artysty, Levi jest ostatn...
