Kołysanka

4 0 0
                                        

Warszawa centrum. Zima. Kiedy wszyscy siedzą w domach i mimo rozpalonych do czerwoności grzejników zawalają w swetrach, on stoi tam na mrozie i w towarzystwie dwójki Mikołajów rozdających ulotki, zamienia się w bryłę lodu, grając Jingle Bells na skrzypcach. A gra już kilka godzin. Jego palce, zżarte przez ziąb do kości kikuty, z każdą chwilą mają się coraz gorzej, a sam Michał czuje, że jeżeli za chwilę grać nie przestanie to chyba mu dopadną. A palce musi mieć wszystkie, bo w sobotę przegląd.
Skrzypce to bardzo delikatny instrument; wystarczy nie wyszyszczony, a zbytnio przetrzymany osad z kalafonii na pudle i iskrzący lakier zaczyna matowieć; albo nagły skok temperatury, co może sprawić, że pudło rezonansowe skrzypiec pęknie, jakby ktoś przydzwonił w nie młotkiem. O taki skok teraz łatwo, bo jest grudzień, szósty grudnia i są mikołajki. Michał gra przy tej akcji promocyjnej już czwarty dzień, na szczęście ostatni, ale i najzimniejszy. Przed wyjściem zabezpieczył swoje skrzypce: owinął je materiałem i wsadził w futerał. Nie pękły. Zimno jednak ma to do siebie, że skrzypce rozstraja; Michał nie ma na to wpływu i po każdym zagranym utworze musi poświęcić chwilę na kręcenie korbką, aby je nastroić i żeby brzmiały jak należy. Jeden z Mikołajów wciska komuś gazetkę z promocjami na cytrusy; Michał kończy Jingle Bells, chwyta za korbkę, a myśli jak projektor zaczynają wyświetlać na białkach jego oczu film pod tytułem „Jak to się wszystko zaczęło”.
Było to kilka lat temu i warunki były zgoła odmienne, a on wracał ze szkoły na gapę. Tramwaj skwierczał od ludzi: motorniczy w wilgotnej już, błękitnej koszuli, co chwilę ścierał pot z czoła; jakiś dziadek w sztruksowej, brązowej Fedorze, próbował czytać gazetę; a Michał zamknięty w tej blaszanej puszcze, piekł się jak w piekarniku. Jego wzrok, co chwila sondował przestrzeń za oknem. Tego dnia zapomniał wziąć ze sobą portfel, a miał w nim kartę ucznia ZTM, uprawniającą go do darmowych przejazdów – i tak jechał na gapę. – Przepraszam – powiedział, ocierając się o plecy jednego z kontrolerów i wyszedł.
Z Placu Konstytucji do domu miał ponad dwa kilometry. Postanowił, że się przejdzie. Z przystanku przeszedł na drugą stronę ulicy, a tam, zobaczył je na wystawie sklepu muzycznego. To było jedno z tych spojrzeń którym smakujesz, które czujesz, podczas którego ktoś klika pauzę i zastygacie w żywym zdjęciu; to uczucie gdy wchodzisz do nowego liceum i widzisz ją pierwszy raz, kiedy siedzi sama na ławce w kącie, w szarej bluzie i przegląda coś w telefonie. Odtąd przychodzisz do szkoły tylko dla niej, by żyć dla tych spojrzeń, małych uśmiechów i chodzić po rozpływającej się podłodze. Skrzypce były piękne; ich lakierowana, świerkowa powłoka błyszczała jak bursztynowe lusterko, a światło umieszczonych na suficie LED–ów polerowało ich idealnie docięte kształty: karmelowe pudło z parą wytłoczonych „efów” po bokach; czarny, matowy gryf  i ślimak zwinięty w kłębek na jego końcu.
Przez kilka kolejnych dni obraz skrzypiec za szkłem wystawy zapuszczał korzenie w jego głowie; wrastał w niego coraz bardziej, wrastał głębiej, ciął świadomość, jak bluszcz obrastał neurony, zakłócał widziany obraz pojedynczymi, wmontowanymi w niego klatkami. Michał zaczął słuchać Dvoraka, Wieniawskiego, Koncertów Skrzypcowych Beethovena i Mendelssohna, i nie wiedział, co go tak wzięło do muzyki. Matka muzykalna nie była, a ojciec tylko kiedyś się chwalił, jak to w młodości wyrywał panny we wsi na radziecką gitarę, co to się pewnie jeszcze kurzy gdzieś u dziadków na strychu. Trochę zmyślał. Poza tym skrzypce to bardzo wymagający i nie aż tak popularny instrument; Michał wiedział, że na skrzypcach to gra tylko Vivaldi, Andre Rieu i blondi babka z Golców.
W końcu, gdy myśli znalazły się za horyzontem zdarzeń, przeszły przez cienką linię zza której nie ma już odwrotu, Michał powiedział o swojej pasji starym. Oni się zdziwili, ale dali mu cztery stówki. On dołożył resztę i po tygodniu skrzypce były jego. Zaczął naukę od razu. Sam. Na początku ćwiczył smyczkowanie i próbował trafić w odpowiednie struny z należytą siłą. Później – gdy już trochę załapał – zaczął ćwiczyć gamy, pasaże, rozciągał palce, uczył się zapisu nutowego i przepisywał muzykę. Rodzice zawsze spławiali go do piwnicy, ale z czasem dostał i zgodę na granie u siebie w pokoju – byle nie za głośno. Tak Michał poznał miłość do swojego ostatecznego zejścia.
Cięcie. Koniec projekcji.
Michał stoi tutaj i marzną łapy. Do końca roboty zostało jakieś pół godziny, a w tym mrozie to wcale nie mało. Słońce schowało się już za budynkami; powoli zapada zmrok i zaczyna prószyć, lekko – jeszcze tego brakowało. Cały czas kręci korbką, naciągając strunę na kołek. Ta oplata się wokół niego coraz mocniej. Zaczyna trzeszczeć. Trzeszczeć jak kości albo drzewa na wietrze. W końcu zaczyna stawiać opór, coraz większy z każdym obrotem, ale Michał ciągnie dalej. Trzeszczenie z każdym pociągnięciem staje się o oktawę głośniejsze i coraz bardziej nieznośne. Zaczyna chrzęszczeć jak metaliczna, wypełniona szkłem pozytywka, zgniatana pod prasą hydrauliczną. Wreszcie nie wytrzymuje i pęka – na pół. Krótsza część zostaje w strunniku, dłuższa odpryskuje w przeciwną stronę, za gryf i tam zawisa bezwiednie, jak zwiędła łodyga.
– Aj tam! – syczy Michał, przez zęby.
Mikołaje gwałtownie odwracają się w jego stronę.
– Co jest? – odzywa się Pierwszy.
– Struna mi pękła. Pewnie przez ten mróz – odpowiada. – A koncert mam w sobotę.
– Ale to co? – pyta Pierwszy. – Nie kupisz nigdzie?
– Kupię, ale to są włoskie struny, do lutniczych skrzypiec. Na zamówienie robione.
– O kurna, takie bajery – wtrąca się Drugi.
– Nie wiem, nie wiem. – Michał zmienia wyraz twarzy i się uśmiecha.
– Dobra, młody, idź jak chcesz. My też już zaraz idziemy.
– Ale co, będziecie sami stać? Może wam to pomóc zanieść później?
– Nie, daj spokój – odpowiada Pierwszy. – Idź już, wystarczy.
I idzie, zadowolony. Właśnie tak trzeba rozmawiać z ludźmi. W domu ma z dziesięć par nowych strun, a jedną nosi zawsze przy sobie, w futerale. Poza tym i tak chciał je wymienić na sobotę. Michał dociera pod dom, wchodzi do środka. Z kuchni dobiegają go promienie światła i dźwięki skwierczącego na mocno rozgrzanym oleju obiadu. Chyba nikt go nie słyszał. Zdejmuje buty, wiesza kurtkę, wchodzi do pustej kuchni i siada przy stole.
Po chwili w wejściu pojawia się jego matka. Ma lat czterdzieści parę, a wygląda na dziesięć mniej. Poza tym jest dosyć szczupła. Ma włosy brązowe i kręcone. Jasny balejaż.
– O, jesteś, siadaj – mówi. – Zmarzłeś?
Michał czuje jak dłonie ogrania mu coraz większy ból, wszystko wskazuje na to, że zaraz rozpłyną się na stole. Pieką jakby obdarł je ze skóry i wsadził do czajnika.
– No trochę – odpowiada.
– Zaraz będziesz miał granie – burczy matka – w łóżku!
W międzyczasie do kuchni wchodzi ojciec z babcią. Pod rękę. Babcia nazywa się Milena, ma osiemdziesiąt osiem lat i demencję. Po śmierci dziadka przeniosła się tutaj i tak mieszka, już dosyć długo. Włosy ma szaro–białe i spięte po bokach, a twarz jak okrąg, ale załamany w dół – oklapła skóra na szyi i policzkach. Rozsiane na niej losowo zmarszczki wyglądają jak bazgroły dziecka na kartce, a czas mimo, że dawno już się na niej zatrzymał i tak zdaje się zwalniać z każdym rokiem. Jedyny wyraz twarzy który ma – oprócz tego bazowego, zastygłego w bezruchu – to ten w którym oczy puchną jej niewidocznie, na kilka milimetrów, a skóra zapada się lekko do środka, jakby ktoś spuścił z niej powietrze. Patrzy się wtedy smutnie, najczęściej w kąt lub w sufit, i prosi, prosi jak małe dziecko, ale nie o gry, zabawki, słodycze – prosi o śmierć.
– Dominik, jak w szkole? – pyta Milena.
– Babciu, mam dwadzieścia jeden lat – odpowiada Michał. – I Michał jestem.
– Oj przecież ja wiem – mówi pretensjonalnie Milena.
I później już prawie nic nie mówi. W kilkanaście minut kończą obiad i się rozchodzą. Przez kolejne kilka dni Michał ćwiczy do koncertu. Dziennie gra po pięć, czasami sześć godzin, i pierwszą serię gra zawsze rano, a kolejne już z losowością, jak się dzień potoczy. Na losowość wpływa jego dostępność, bo oprócz ćwiczenia dla siebie, czepia się też małych zleceń i przygrywa w restauracjach, hotelach, na bankietach. W ciągu kilku tych dni pogarsza się też stan babci. Oprócz lekarzy wzywają nawet księdza. Ten przychodzi, spowiada, namaszcza, bierze ofiarę i czmycha, bo bardzo śpieszy się na wieczorną mszę.
W sobotę, na kilka godzin przed występem, Michał wkłada eleganckie ubranie: gładki garnitur z białą poszetką, koszulę, poliestrowe spodnie i syntetyczne pantofle – wszystko w czerni. Bierze futerał, zarzuca płaszcz - bo dziś też dosyć zimno - i wychodzi. Na miejsce przeglądu zespołów wybrano jakiś postradziecki ośrodek kultury na Woli; kolejny napuchły, betonowy pryszcz na twarzy tego miasta. Choć z zewnątrz brzydki, w środku wygląda już lepiej, bo był remont. Odnowiony korytarz prezentuje się nie najgorzej, sala ze sceną jest dosyć duża, a w niej siedzenia nawet wygodne, ale akustyka taka sobie. Mimo wszystko nie jest źle. W kasie ośrodka przekierowują Michała do małej salki na terenie ośrodka, a w niej czekają już członkowie kapeli „Pieruny”.
Kapela to sekstet i gra głównie tradycyjną muzykę węgierską. Jej członkowie, mimo, że mają po pięćdziesiąt kilka lat, spodobali się Michałowi od razu, przy pierwszej próbie. Ćwiczą w mieszkaniu Władka - jednego z założycieli - dwa lub trzy razy w tygodniu, a on mieszka w kamienicy, więc grają ściśnięci w pokoju oklejonym styropianem i wytłaczankami po jajkach. I sami to jajcarze. Taki typ.
– Cześć młody – mówi Roman. – Gotowy dokopać tym, kurde, amatorom?
– Siema – odpowiada Michał. – Wiadomo.
Przechodzi po pokoju i wita się ze wszystkimi. Podaje rękę, wymienia spojrzenia.
– Te grubasy przyjechały, co ostatnio wygrali – oznajmia Roman. – Ty, te trąbki, bębny to oni tu po tych schodach ledwo wnosili. Ja też atleta to może nie jestem, ale nie rozumiem jak można się tak spaść.
– Ale dobrze grają, Romek, może być kłopot – odpowiada Jacek. – Jak oni się nazywają?
– Kurde, XX Band – mówi Roman.
Cały pokój wypełnia się końskim rechotem. Głosy mają różne tempo i poziom głośności, oddzielają się od siebie. Razem brzmią jak pierwszy kawałek aspirującego DJ–a, sklejony w jakimś spiraconym programie typu Mix Buster Pro. Większość ich prób wygląda właśnie tak.
– Dobra, zamknąć się – ucisza wszystkich Władek. – Godzina została, trzeba się rozegrać.
Wyjmują instrumenty i zaczynają grać. W przeglądzie grają jako dziesiąty z piętnastu zgłoszonych zespołów. Idzie im nieźle i bez większych trudności. Robią to, co zawsze – bawią się muzyką. Grają precyzyjnie i z uczuciem. Od skrzypiec Michała, przez altówkę, gitarę, bandżo, flet, po uzupełniające wszystko „plumkanie” Romana na basie. Na koniec cała sala bije im brawa, a oni kłaniają się wdzięczni, schodzą ze sceny i idą do swojej salki, odstawić instrumenty. Gdy dochodzą na miejsce, Michał wkłada skrzypce w futerał i zaczyna coś słyszeć. Znajomy dźwięk. Z kieszeni futerału.
Dzwoni telefon. To ojciec. Michał odbiera.
– Z babcią słabo. Przyjeżdżaj.
Piętnaście minut później jest już na miejscu. Przedziera się przez drzwi i od razu wbiega do pokoju Mileny. W środku, nad jej łóżkiem matka z ojcem. Siedzą jak i przy nim, gdy był mały, i gdy śpiewali mu kołysanki, bo brykał po domu i nie chciał spać. A Milena patrzy w sufit i pewnie nawet nie wie, że oprócz niej ktoś tu jest. Czas na tej zastygłej twarzy już nie płynie, tylko kroczy, kuleje, wije się niewidocznie. Michał też tam siada i dopiero teraz zdaje sobie sprawę z tego, że ma na plecach futerał ze skrzypcami. Zsuwa go na kolana, otwiera i wyjmuje instrument, a potem wtula się w niego jak nigdy jeszcze, chwyta za smyczek i zaczyna grać.
Gra Melodie Cygańskie Op. 55: No.4 Dvoraka. Legato. Robi to z lekkością, ale bardzo śmiało. Smyczek wznosi się i opada, materializuje dźwięki, rozciąga je w powietrzu; jakby to nie Michał grał, a poruszała nim muzyka. A jego lewa dłoń tańczy na czarnym, matowym gryfie, krąży w górę i w dół, czasami podskakuje lub wierci się i wprawia struny w łagodne vibrato. Melodia grzeje się w środku pudła rezonansowego, a potem ciepła i wzbogacona o jakąś cząstkę duszy instrumentu, wydostaje się na zewnątrz. Melodia swym ciepłem napiera na twarz Mileny i rozgrzewa skostniały pod skórą lód. I na tej twarzy coś się porusza, po wielu latach. To widać. Jej mięśnie kroczą płochliwie – jak niemowlę, wywołują z pamięci swoją dawno zapomnianą rolę. A wszystko to dzieje się powoli, topornie, jak włączony po latach zegar. Michał kończy, smyczek po raz ostatni muska strunę jego instrumentu. Wszyscy w pokoju milczą, a Milena leży w łóżku i coś z niej ucieka, coś przykleja się do dźwięków i ulatuje wraz z muzyką.
– Dominik? – pyta Milena.
Michał patrzy na nią. Uśmiecha się. Ona chyba też.
Dzwoni telefon. To Władek. Michał odbiera.
– Wygraliśmy.

KołysankaWhere stories live. Discover now