Malutki sklepik spożywczy na skrzyżowaniu alei dwudziestej czwartej i Lawrence Street niegdyś cieszył się dużym powodzeniem. Mieszkańcy Denver wchodzili drzwiami i oknami, byleby tylko na własne oczy ujrzeć wspaniałe zagraniczne słodycze ukryte za szklanymi gablotami. Wśród nich królowały szwajcarskie czekoladki, francuskie rogaliki i polskie krówki. Już od progu klientów witał nieziemski zapach, otulający zmysły niczym miękka kołderka. Tysiące landrynek ułożonych w wysokie stosy odbijały promienie słoneczne i tworzyły na ścianach barwne iluminacje. Za ladą natomiast stała uśmiechnięta od ucha do ucha kobieta, częstująca gości własnoręcznie upieczonymi ciasteczkami. Elizabeth Veal wprost uwielbiała dzielić się z ludźmi swoją pasją do słodyczy i oryginalnego, europejskiego smaku, a jej mąż i mała córeczka wspierali ją w tym na każdym kroku. Do tradycji rodzinnych należała coniedzielna degustacja nowo przybyłych zza oceanu paczuszek wypełnionych kolorowymi cukierkami. Sklepik Yummies był chlubą miasta i obowiązkowym punktem dla wszystkich, którzy pragnęli oderwać się od szarej rzeczywistości i pozwolić swoim zasuszonym żołądkom na odrobinę słodkości. Interes rósł w siłę. Zdawać by się mogło, że państwo Veal osiągnęli wspaniały sukces i pięli się w górę po drabinie biznesowej, aż nagle jeden ze szczebli pękł i pozostawił po sobie bolesne drzazgi w skórze.
Osiemnasty stycznia dwa tysiące czternastego roku odbił się czarnym piętnem na sercu piętnastoletniej Priny i jej ojca. Z dnia na dzień oboje stracili wiarę w przyszłość i zamknęli się w ciasnych ścianach sklepu, który szybko przekształcił się w więzienie dla ich dusz. Elizabeth Veal odeszła. Nagle, niespodziewanie. Wystarczył jeden szalony, pijany motocyklista i jedno drzewo na trasie, by kobieta rozpłynęła się w powietrzu i nigdy więcej nie obdarowała swoich najbliższych miłością i słodyczami. Niedługo po tej tragedii, kiedy pan Veal i jego córka powoli podnosili się do pionu, po drugiej stronie ulicy zupełnie znienacka pojawił się potężny supermarket. Konsumenci szybko zorientowali się, że w Walmarcie czeka na nich o wiele większy, ciekawszy asortyment i możliwość zakupu w ilościach hurtowych. Czym była jedna szwajcarska czekoladka w porównaniu z całym kartonem najróżniejszych czekolad z odległych zakątków świata?
Wraz z upływem czasu sklepik na skrzyżowaniu dwudziestej czwartej i Lawrence Street pustoszał coraz bardziej. Jeszcze przez kilka lat wciąż odwiedzali go stali, wytrwali klienci, ale nawet oni w końcu dostrzegli, że to miejsce straciło coś więcej, aniżeli renomę społeczeństwa i bogactwo. Straciło bowiem serce, a tego nie dało się nadrobić cukierkami.
Na tym jednak nie skończył się koszmar rodziny Veal. W pierwszą rocznicę śmierci żony Peter Veal dostał silnego ataku duszności. Przerażona Prina pomimo braku prawa jazdy zawiozła ojca do szpitala, gdzie dowiedziała się, że jej ukochany tato właśnie przechodzi zawał serca. Wpatrując się przez szybę, jak lekarze podłączają go do aparatury i defibrylują przy użyciu elektrowstrząsów, czuła, że jej dusza opuszcza ciało i spogląda na to z góry. Przecież dopiero co pożegnała mamę. Nie pogodziła się jeszcze z jej odejściem, nie dotarło do niej w pełni, że mamy już nie ma, a dwanaście miesięcy później miała pożegnać tatę?
Godziny wydłużały się w nieskończoność. W pewnej chwili odziany na biało lekarz stanął przed jej pustym korpusem i powiedział, że wszystko się udało; że tata będzie żyć. Odetchnęła z ulgą, choć strach nigdy już jej nie opuścił. Wiedziała, że ojciec jest słaby i w każdej chwili może znowu zachorować. Wiedziała, że musi szybko wydorośleć.
Choć miała dopiero szesnaście lat przejęła obowiązki mamy w Yummies. Organizowała dostawy słodyczy zza granicy, pilnowała rachunków, co tydzień zmieniała asortyment w gablotach. Starała się być kreatywna, by na nowo obudzić w tym miejscu życie, ale szło jej to dość opornie, zwłaszcza że czyniła to kosztem własnej edukacji i relacji z przyjaciółmi. Czuła się jednak zobowiązana do pomocy schorowanemu ojcu, który wciąż powtarzał, że nadejdzie dzień, gdy ludzie przejrzą na oczy i wrócą pod ich dach. Niestety, mylił się. Opuszczanie zajęć szkolnych na rzecz pracy stało się dla Priny normą, ale nie mogła powiedzieć, że tego nie lubiła. Etykietowanie puszek, paczuszek i kartonów sprawiało jej wielką radość. Była perfekcjonistką, więc dbała o ład i porządek na sklepowych półkach. Każde pudełko ciasteczek stało w równej odległości od drugiego, każdy lizak był obwiązany czerwoną wstążeczką, a każde jabłko wypucowane na błysk. Zabiegi estetyczne nie pomogły uratować bankrutującego biznesu, aczkolwiek pozwalały choć na chwilę oderwać umysł od mrocznych myśli.
YOU ARE READING
Dopóki oczy lśnią
Mystery / ThrillerJazda motocyklem bez kasku i pod wpływem środków odurzających? Idealny przepis na tragedię. Wpadli w poślizg, pomknęli ku rozłożystemu drzewu, a potem zapadła cisza. Cisza tak głośna, że rozrywała bębenki na strzępy. Zapadła ciemność tak jasna, że...
