Śmierć. Rzadko kiedy o niej myślałam. Uważam, że zdecydowanie za mało czasu poświęciłam rozważaniom na temat umierania i ogólnie skończoności albo nieskończoności życia. Zazwyczaj zadręczało mnie to przez dłuższy czas gdy ktoś bliski odchodził, a ja nie potrafiłam poradzić sobie z pustką, która każdego dnia rozrywała mi serce. Jakby tysiące, miliony grubych, najlepiej kojarzonych ze szpitalnych oddziałów igieł wbijało się w moje płuca i skutecznie ograniczało zdolność oddychania. Jak to się stało, że ktoś, kto jeszcze chwilę temu śmiał się do łez z opowiadanych przeze mnie żartów, zapewniał mi bezpieczeństwo i zawsze był gotów na wysłuchanie moich najgłębszych sekretów, po zatrzymaniu serca odszedł w nieokreślonym kierunku, bez możliwości powrotu? Śmierć jest powszechna, kroczy przez życie razem z człowiekiem i stale trzyma go za rękę, aby w odpowiednim momencie pociągnąć za nią mocniej.
Pod rozpędzony pociąg.
Czarna postać dzierżąca w dłoniach długą, ostrą jak brzytwa kosę starannie wybiera swoje ofiary. Nie okazuje litości. Jest spokojna. Lubi, gdy jest o niej głośno, więc za cel w pierwszej kolejności obiera te najbardziej niepozorne, delikatne istoty, których odejście jest gwałtowne i tragiczne. Dumnie kroczy między nami, szepcze do ucha i kusi, zwabiając nas w swe sidła. Zaciska pętle na szyjach, wciąga głowy pod powierzchnię wody, podpala i siada pijana za kierownicą. Ciska piorunami. Wbija strzykawki. Mówi.
"Nic więcej nie mogliśmy zrobić".
"Przykro mi".
"Nie chciałem".
"Sama się o to prosiła".
"Przepraszam".
Za każdym razem szokuje, bez względu na to, jak banalny scenariusz napisze. Nikt ani nic nie jest w stanie przed nią uciec.
Mi się nie udało.
Jak umarłam?Pewnego mglistego, zimnego poranka, gdy słońce nie zdążyło jeszcze wyłonić się zza horyzontu, przebudziłam się z niespokojnego snu, w którym błyskawica raz za razem uderzała w ogromną wierzbę za moim oknem. Piękne, naprawdę stare drzewo, które z każdą chwilą upadało coraz niżej. Gałąź za gałęzią. Przetarłam dłonią mokre od potu czoło i westchnęłam głęboko, starając się jakoś uspokoić rozwichrzone myśli. Podążyłam wzrokiem za okno, aby upewnić się, że koszmar był tylko i wyłącznie wytworem mojej wyobraźni. Wierzba stała, jakby spokojna, jakby śpiąca, a na jej liściach lśniły kropelki rosy. Rozległe, spowite mgłą pola kusiły swoją tajemniczością. Nie słyszałam żadnego dźwięku. Założyłam, że reszta domowników nadal spała. Opuściłam więc swój pokój i zeszłam na dół po kręconych, drewnianych schodach. Doskonale wiedziałam, gdzie stawiać stopy i w jaki sposób to robić, aby muśnięte starością deski nie obudziły kogoś swoim przeraźliwym skrzypieniem. W końcu nie wymykałam się z domu po raz pierwszy. Od razu po przekroczeniu progu drzwi wejściowych moje ciało przeszył chłód ale temperatura nie była na tyle niska, żeby powstrzymała mnie przed przechadzką. Ruszyłam w kierunku nieużywanego, choć naprawdę pięknego mostu. Było to miejsce, które inspirowało mnie pod każdym względem i pozwalało mi się wyciszyć. Wyciszyć. Lubiłam przychodzić tam i kłaść się na wilgotnej od rosy trawie, i pisać wiersze. Wtedy chciałam tylko usłyszeć szum przepływającej pode mną rzeki i pogrążyć się w żałobie obłędzie marzeniach.
Wyciszyć.
Ubrana na czarno postać pojawiła się znikąd. Może była tylko w mojej głowie. Może nie istniała. Może wtedy oszalałam. Zakradała się nieśmiało i powoli, a ja nawet z tak daleka byłam w stanie dostrzec jej czarne oczy, które odbijały się na tle białej, prawie przezroczystej cery. Powinnam się przestraszyć? Tak, uciec - ale wtedy poczułam się bezpiecznie. Zbliżała się ostrożnie, ani na chwilę nie spuszczając ze mnie wzroku. Patrzyła bez przerwy. Na pewno patrzyła? Patrzyła, bo ja patrzyłam, a może to ja patrzyłam w dal, a czarne oczy były tylko samotnymi kamieniami zagubionymi wśród pajęczych nici?
Pełne usta, ciemne włosy, ich kosmyki wpadały jej do oczu czy kamieni. Widziałam w niej mężczyznę, który niósł dla mnie ogień, ciepło i bezpieczeństwo. I miłość. Był taki męski i dobry, i wtedy chciał właśnie mnie. Wybrał mnie. A czarna szata okrywała chciwie jego silne ramiona i chciała zgasić ten płomień. Cicha złodziejka. Trzymała go ciasno w objęciach i opóźniała spotkanie. Zazdrosna kochanka, której nienawidziłam. Na szczęście nie opierała się długo. Zbuntował się przeciw niej wiele razy w drodze do mnie, aż w końcu odpuściła. Wygrałam.
Stanęliśmy ze sobą twarzą w twarz. Ukłonił się przede mną, wręczył białą różę i obdarzył chłodnym pocałunkiem. Jego zimno było moim ciepłem. Poczułam, jak jego dłonie obejmują mnie w talii, postanowiłam więc przystać na tą niemą propozycję i pozwoliłam mu kołysać się do akompaniamentu spadającej wody. Tańczyłam. Nasze spojrzenia wyrażały wszystko, nie potrzebowaliśmy słów, były zbędne. Chciałam by to trwało wiecznie. Aby czas się zatrzymał. Był tak blisko jak on. Bliższy niż ktokolwiek. Przyciągnął mnie do siebie, zamknął w objęciach i przechyliliśmy się przez barierkę mostu. Oboje.
Oszalałam. Leciałam.
Trzymał mnie z całej siły, gdy rozpływałam się pod powierzchnią wody, unosiłam się wraz z mgłą i opadałam z deszczem. Dał mi wszystko, czego potrzebowałam i chciałam. Byliśmy idealną jednością.
