Siedzę na przednim fotelu pasażera siedmioletniego poloneza, którego zobaczyłam po raz pierwszy, kiedy Nikodem przyjechał po mnie dwa dni po tym, jak urodziłam Kubę. Kuba siedzi teraz za mną i ma siedem lat. Słyszę, że śpi; lekko chrapie wtulony w maskotkę foki, którą kupiliśmy w piątek wieczorem. Obok Kuby w foteliku na chwilę przebudziła się Hania.
— Mamo?
— Mama śpi. Co potrzebujesz Hania? - odpowiada Nikodem. „Myślałam, że nie usłyszy” myślę, wiedząc, że kiedy zamykałam oczy miał on założone słuchawki, a podłączony do nich discman leży w drzwiach.
— Pić. — Słyszę, jak Nikoś odwraca się do Hani i podaje jej z podłogi samochodu wodę z sokiem z wiśni, który zrobiłam w zeszłym sezonie. Hania bierze trzy łyki i zasypia z powrotem.
W końcu otwieram oczy i zauważam, że na drodze jesteśmy kompletnie sami. Jest ciemno, może być koło drugiej, na pewno nie później. Byłoby wtedy znacznie jaśniej na zewnątrz; dzisiaj słońce wzejdzie znacznie szybciej niż przez inne dni w roku. Odwracam głowę w kierunku mojego męża, jednak nie podnoszę się z poduszki opartej o szybę. Nikodem ma prawie czterodniowy zarost i słuchawki sony na tylko jednym uchu — tym, którego nie widzę. Przypatruję się mu jak siedzi wygodnie na fotelu z jedną ręką na kierownicy. Drugą wystukuje rytm piosenki, której nie słyszę, o udo. Niemo nuci piosenkę Kinga, oznacza to, że zaraz płyta się skończy. Nieliczne latarnie przy drodze oświetlają co jakiś czas wnętrze samochodu, jednak nie aż tak równomiernie, jak ja bym chciała. Jesteśmy jeszcze na bocznych drogach, więc jedyne latarnie, jakie mijamy, to te we wsiach. Nie wszystkie działają.
Mamy po dwadzieścia sześć lat. Poznaliśmy się na jednej z imprez w dziewięćdziesiątym szóstym roku. Liceum skończyłam w piątym miesiącu ciąży. Dwa lata później urodziłam Hanię, a to wszystko zaczęło się jeszcze zanim zaszłam w drugą ciążę. W pewnym momencie zaczęło brakować nam pieniędzy. Sporo pieniędzy. Nikodem łapał się różnych fuch po pracy. W końcu zaczął zarabiać, dużo zarabiać. Wciągnął w to mnie, sama chciałam. Interesy były coraz ciekawsze, coraz bardziej szemrane, coraz lepiej płatne. W pewnym momencie żyliśmy jak para królewska.
Pierwszy maja dwa tysiące czwartego roku to umowna data, kiedy wszystko zaczęło się psuć. Oficjalna data wejścia Polskie do unii była naszym gwoździem do trumny. Jednak mimo tego, że niecały rok temu oboje wzięliśmy udział w referendum, dziś jesteśmy tu. Referendum te podzieliło Polaków. Podzieliło nas wszystkich; rodziny, przyjaciół, współpracowników. Obiecywano nam wyższe pensje — nie wszyscy przemyśleli, że ceny skoczą w górę. Wszystkie te zmiany budziły kontrowersje. Wielu z nich twierdziło, że dobrze, że otwarty rynek z zachodem, że to ułatwi wszystko. Dzisiaj prawie wszyscy z nich czekają na proces, kilku już posadzili. Zaczęło się jakieś cztery miesiące temu, w lutym. To wtedy się odcięliśmy.
W piątek zapakowaliśmy poloneza pod sam dach, zabraliśmy z Nikodemem Kubę ze szkoły, Hania siedziała już z tyłu i pojechaliśmy. Ustronie Morskie przywitało nas ciepłym wieczorem, było jeszcze jasno. Dzieci beztrosko bawiły się na plaży aż do dzisiaj, kiedy znowu trzeba było jechać w drogę. Z jednym dodatkowym pasażerem, Puszkiem — foką, którą teraz przytula Kuba, jak śpi.
Czwartek był ciężkim dniem. Sprzedaliśmy mieszkanie na grochowie, spakowaliśmy wszystko, co było ważne. Na tę jedną noc w mieszkaniu został nam tylko materac, pościel, ubrania przygotowane na następny dzień i śniadanie. W piątek rano zawiozłam kilka worków z ciuchami pod drzwi mojej siostry na pragę. Ona od początku wiedziała, co się dzieje. Po południu wyjechaliśmy na wakacje.
Cały czas patrzę na Nikosia. Mimo naszych upadków nadal czasami myślę, że jesteśmy zakochani w sobie jak małolaci. Kocham go i wiem, że on kocha mnie. Jest najlepszym, co mnie spotkało, ojcem moich dzieci — świetnym ojcem — jest wsparciem dla mnie a ja dla niego, jednak czasami wydaje mi się, że o tym zapomina. Dzisiejsza noc jest szczególna. Zostaliśmy sami. Od jutra możemy liczyć już tylko na siebie. Szkoda było nam tylko zostawiać rodzinę, jednak takie były nasze konsekwencje. Zawsze mogliśmy skończyć gorzej. Jednak jeszcze trochę czasu minie, zanim zdążą się dobrać Nikodemowi do dupy, a wtedy nas już nie będzie.
Przekraczamy właśnie granice. Pytam Nikodema, która jest godzina. Rozmawialiśmy już chwilę; odkąd skończyła się płyta Huśtawki Elektrycznych Gitar i Nikodem ściągną słuchawki. Przejście graniczne wygląda zupełnie inaczej niż kiedy byłam tu ostatnim razem półtora roku temu. Przejeżdżamy spokojnie, nie ma kontroli, nie ma nawet celników w budkach. Czuję się jakbym była w jednym z tych fantastycznonaukowych filmów, które Nikoś tak lubi. Za kilka godzin będziemy w Berlinie tylko z tym, co mamy w samochodzie. Na miejscu kupimy starter i zadzwonimy do koleżanki cioci mojego męża, która podobno ma dla nas mieszkanie. Wyślemy też po jednym smsie do rodzin, napiszemy, że dojechaliśmy i wszystko u nas w porządku, bez względu na to, czy faktycznie tak będzie.
Dwudziesty szósty czerwca dwa tysiące piątego roku, czwarta nad ranem, odwracam się, ale nie widzę już granicy. Nikoś widzi, że się martwię. Łapie mnie za rękę i uspokaja.
— Też się boję, ale jesteśmy razem. Poradzimy sobie — mówi, ściskając moją dłoń i bawiąc się moją obrączką.
YOU ARE READING
'00s
General FictionKrótki opis tego co się dzieję w głowie pewnej Ilony siedzącej w polonezie. Przed nią i za nią długa droga. *** caffeineandnicotin; 2022
