<3

145 15 21
                                        


To był piękny, zimowy wieczór. Jak zwykle wraz z Eddiem wracaliśmy od reszty frajerów trzymając się za zmarznięte ręce i starając się nie zabić na oblodzonej ulicy. W pewnym momencie poślizgnąłem się i przewróciłem uderzając mocno tyłkiem o ziemię. Klucze w mojej kieszeni zadzwoniły uderzając o telefon. Syknąłem czując piekący ból w dłoni.

- Jezus Rich, nic ci nie jest? – zapytał Eddie klękając obok mnie.

Zmartwienie malujące się na jego twarzy było wręcz rozbrajające, a ja w tym momencie byłem już absolutnie pewny co do moich uczuć.

- Prawie nic – roześmiałem się i poprawiłem okulary, żeby spojrzeć na swoją dłoń, w którą powbijane było parę małych odłamków szkła. Kawałki butelki były wbite na tyle płytko, że uszkodzone miejsca były jedynie zaczerwienione, a krew nie wypływała.

- Jak to nic, przecież masz w dłoni jakieś szkło wysikane przez meneli – niemalże wykrzyczał mój chłopak z zaangażowaniem łapiąc mnie za nadgarstek i przyciągając rękę bliżej oczu.

- Jakie szkło? – prychnąłem śmiechem.

- Myślisz, że jak dostaniesz zakażenia to będę z tobą jeździł po karetkach? – histeryzował Eddie.

- Nic mi nie będzie, to tylko zadrapania – zapewniałem wyciągając małe odłamki z ręki.

Chłopak popatrzył na mnie badawczo jakby sprawdzał czy nie mam przypadkiem już jakiś objawów choroby. Obserwowałem jego nerwowe spojrzenie i uroczo zaciśnięte usta. Jezu jak ja go uwielbiałem.

- Nic mi nie jest. Serio. Pomożesz mi wstać? – zapytałem robiąc słodkie oczy.

Eddie podniósł się z kolan i wyciągnął w moją stronę rękę, co oczywiście wykorzystałem chwytając ją i mocno ciągnąc w moją stronę. Chłopak z przytłumionym krzykiem wpadł prosto w moje ramiona.

- Rich tu jest szkło! – oburzył się Eddie marszcząc brwi.

- Zauważyłem – zaśmiałem się przytulając go.

- No debilu chcesz mnie zabić? – powiedział starając się wyrwać z moich objęć.

- Spokojnie. Obronię cię przed tym strasznym, krwiożerczym szkłem – powiedziałem śmiejąc się.

Był idealny. Śliczne, ciemne oczy, malutki nosek upiększony piegami, kształtne usta, niski wzrost. A przede wszystkim był mój. A teraz patrzył się prosto na mnie z chęcią mordu w oczach.  Był tak niemożliwie uroczy.

- Eddie, myślę, że to odpowiedni moment, żebym coś powiedział - zacząłem z odwagą.

Obserwowałem jak mój chłopak przełyka ślinę i patrzy się na mnie niepewnie. Bardzo nie chciałem zepsuć tak ważnego dla naszego związku momentu. Przez chwilę tylko patrzyłem na niego zbierając myśli.

- No przejdź do rzeczy, na litość boską - pisknął Eddie.

- Wiesz, chodzi o to, że pomimo tego, że czasem kłocimy się jak czekolada ze śledziem i że czasem zachowuję się jak stary bigos z komunii, to naprawdę cię lubię. Nie, nie lubię. Kocham.

- Że co powiedziałeś? – zapytał niepewnie.

- Że cię kocham. Tak cholernie cię kocham, że sobie nawet nie wyobrażasz – mruknąłem bez zawahania.

Chłopak wytrzeszczył oczy i usilnie starał się ukryć rumieniec szybko pojawiający się na jego twarzy. Na moment odwrócił wzrok, ale już po chwili znów patrzył się na mnie spod rzęs. Po jego iście morderczym wzroku nie było śladu.

- Naprawdę? – zapytał nieśmiało.

- Naprawę – potwierdziłem obdarowując go czułym pocałunkiem w nos.

Jestem w stanie spędzić z nim każdą chwilę mojego życia, te piękne i smutne, pójdę za nim wszędzie i zrobię dla niego wszystko, byle by z nim być.

- Rich ja... ja ciebie też – szepnął.

- Jezu Eds jak ty musisz mieć nasrane w tej swojej pięknej główce, że odwzajemniasz moje uczucia – powiedziałem rozanielony.

- Jezu, ale zepsułeś moment – zamruczał Eddie próbując wstać.

- No żartuje przecież – zaśmiałem się przyciągając go znowu.

- Jest zimno Richie. Mam nadzieję, że siedzisz na kurtce, bo sobie dupę odmrozisz – powiedział  po chwili opierając swoje czoło o moje.

- Ja na twoim miejscu martwiłbym się jedynie o swoją dupę - powiedziałem unosząc dwuznacznie brwi.

- Oj zamknij się – powiedział wtulając się we wgłębienie między moim ramieniem a szyją.

Jedną, skaleczoną ręką oplatałem go w tali, drugą zaś roztrzepałem mu włosy, tworząc cudowny, artystyczny nieład. Woń czekoladowego szamponu uderzyła w moje nozdrza, wprawiając mnie w stan niepohamowanego szczęścia. Przycisnąłem bruneta do siebie mocniej. Miałem niewiarygodne szczęście, że mogłem przy nim być. Mógłbym z nim tak siedzieć już na zawsze, ale to nie film i w końcu musielibyśmy przerwać tą chwilę.

- Eddie, chyba przemokły mi spodnie – powiedziałem po dłuższym czasie.

- Ale ty jesteś głupi, przeziębisz się – warknął zrywając się i ciągnąc mnie.

Zachichotałem podnosząc się z ziemi. Ledwo zdążyłem otrzepać się i wcisnąć dłonie w kieszenie, a Eds już złapał mnie pod ramię. Chłopak otrzepał mi jeszcze śnieg z kaptura jasnej bluzy wystającej spod kurtki i ruszyliśmy w dalszą drogę. Przez całą trasę do jego domu rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, często przekrzykując się nawzajem. W pewnym momencie po prostu zacząłem spokojnie obserwować z jakim zapałem opowiada o książce, którą ostatnio przeczytał. Wyglądał na tak szczęśliwego i niewinnego. Moje serce płonęło z miłości.

- Czemu się tak na mnie patrzysz? – zapytał już pod domem zauważając mój wzrok.

- Eds proszę obiecaj mi coś – powiedziałem przyciągając go za talię.

- Cokolwiek sobie zażyczysz – odpowiedział.

- Cokolwiek? – mruknąłem przywołując mój wieloznaczny uśmiech.

- Oj przestań i przejdź już do tego, co chciałeś – powiedział ze śmiechem dając mi kuksańca.

- Obiecaj mi proszę, że tak będzie zawsze.

- Że jak? Że będziemy siedzieć w śniegu aż totalnie przemokniemy? Czy że będziesz rozcinał sobie dłoń o przypadkowe szkło na ulicy, a ja będę panikował?– droczył się ze mną.

- Że będziemy razem – doprecyzowałem uśmiechając się nieśmiało.

- Obiecuje.

- Na mały palec? – zapytałem wyciągając w jego stronę dłoń.

- Na mały palec – potwierdził splatając nasze palce.

- Wiesz, że jak nie dotrzymasz obietnicy na mały palec, to zgodnie z legendą będziesz musiał go obciąć? – zapytałem patrząc mu głęboko w oczy.

- W takim razie mój jest bezpieczny – zapewnił składając pocałunek na moich ustach.

reddie // oneshotWhere stories live. Discover now