Rozdział I

480 13 25
                                        

Każda tego typu historia zaczyna się tak, jak ta.

Delancy schodziła powoli po schodach, w luźnej biało-niebieskiej piżamie z cytryną na piersi i z tym samym owocem rozrzuconym na niebieskich spodenkach. Jej kapcie-króliki wydawały charakterystyczne klapnięcia przy schodzeniu, a pluszowy miś w jej rękach wyglądał, jakby wtulał się w jej przedramię. Ciemnobrązowe loki spływały na jej lekko rumiane i pokryte delikatnymi piegami brązowe policzki, a praktycznie czarne oczy lśniły spod gęstych rzęs zaspaniem. Chwyciła swoją wojskową moro kurtkę z wieszaka i narzuciła sobie na ramiona.

Salon łączony z kuchnią od rana tętnił życiem. Zerówkowicze zabawiali młodsze dzieci, siódmo i ósmoklasiści pilnowali mleka i wody na kuchence, a dzieciaki z szóstej klasy przygotowywały śniadanie, na które zamówienia przynosiły im na karteczkach pierwszaki

- Na co masz ochotę, Dell? - zapytała, zachodząc ją od tyłu Madeline. - Ann i jej koleżanki robią dzisiaj gofry, oczywiście pod okiem Mary.

- Dzięki młoda, ale nie skorzystam. Zrobię sobie płatki.

Nie czekając długo, Delancy skierowała się do aneksu kuchennego, nasypała do miski płatków i zalała je mlekiem bez laktozy (nie żeby miała uczulenie na normalne, po prostu bez laktozy było słodsze). Chwyciła łyżkę, skierowała się na kanapę i włączyła jakiś kanał informacyjny. Nigdy nie była "typowym dzieciakiem z domu dziecka". Jeśli miała być szczera, nigdy nie wyczekiwała swojej nowej rodziny, a czasem składało się tak, że żadna rodzina, przykładowo, nie chciała adoptować czarnoskórej dziewczynki, co stało się poniekąd jej codziennością. Nigdy nie uważała się co prawda za specjalnie piękną, mimo, że jej przyjaciółka Mary często zazdrościła jej delikatnych piegów, zadartego nosa, pełnych brązowych ust i burzy loków na głowie, które o poranku wydawały się być potworem, który byłby w stanie pożreć wszystko na swojej drodze. Nie lubiła, kiedy Mary jej zazdrościła, było jej wtedy strasznie głupio i źle się czuła z tym, że przyjaciółka czuje się od niej gorsza, ale nie miała na to wpływu. Nie wyobrażała sobie również życia poza domem dziecka. Zdążyła już zżyć się z tymi ludźmi, nie chciała ich zostawiać. Nie żeby nie chciała mieć rodziny, bo bardzo jej chciała, tylko nie wyobrażała sobie nie mieć kontaktu z tymi ludźmi. Z nie wszystkimi się lubiła, ale byli dla niej jak rodzina.

- Dziś rano Alexander Claremont-Diaz wraz ze swoim partnerem wylądowali na lotnisku w Kansas City w Missouri. - zaczęła mówić prezenterka po pogodzie. - Około godziny 12:00 wystąpią wspólnie na konferencji prasowej. Relację z tego będą mogli państwo usłyszeć w radiu Głos Missouri. - mówiła dziennikarka, na ekranie wyświetlały się zdjęcia Alexa Claremonta-Diaza i księcia Henry'ego wysiadających z samolotu.

- Co się dzieje? - Mary rozsiadła się na miejscu obok Delancy z talerzem parówek na kolanach.

- Przyjechał Pierwszy Syn z tym swoim Księciem z Bajki. - odezwała się Christin, która wręcz wyłoniła się z podłogi obok nich. - Poniekąd rozumiem te napalone na księciunia 10-latki.

Della przewróciła oczami i wróciła (przynajmniej próbowała) do swoich płatków.

- Uwaga kochani! - do salonu weszła Pani Dyrektor Wells, zwracając uwagę wszystkich w pomieszczeniu. Jej zazwyczaj spięte w ciasny kok czarne włosy teraz były niechlujnie upięte w coś, co miało ten kok przypominać. Jej koszula była lekko wymięta, a ołówkowa spódnica ubrana była na lewo. - Moi drodzy, - zaczęła, gdy w salonie zebrało się więcej osób. - jutro będziemy gościć niezwykle ważne osoby, dlatego musimy wysprzątać dom na błysk. Mamy na to tylko jeden dzień, więc musimy się pospieszyć.

Potem każda grupa zaczęła dostawać role. Dzieciaki z klas 1-3 sprzątały pokoje mieszkalne, 4-6 salon i korytarze, 7-8 kuchnię i łazienkę, a starsi zajmowali się ogrodem.

First Granddaughter | Red, White & Royal BlueHistorias para obsesionarse. Descúbrelo ahora