Bladoróżowe obłoki niczym mgła przesłaniały widok na otoczony perłowolśniącą, potężną bramą majestatyczny, marmurowy budynek i znajdujący się za nim mistyczny ogród. Nad kilkoma niewielkimi stawami unosiły się dotknięte delikatną czerwienią opary, a przejrzysta woda w kolorze kwiatów wiśni bezczynnie tkwiła w miejscu, nieporuszona choćby najdelikatniejszym podmuchem. Kontrastujące z barwami stawu i mgiełki nad nim trawy i drzewa stały dumnie wyprostowane, prezentując swój lodowaty błękit.
Pośród zachwycającej scenerii niezwykłego ogrodu stały dwie postacie. Rubinowe skrzydła jednej z nich delikatnie trzepotały, kiedy ta druga, której nieruchome, ogromne skrzydła w barwie jasnego lazuru, z wyraźną czułością gładziła palcami policzek pierwszej. Zmrużone przez rozciągający usta i rozjaśniający twarz szeroki uśmiech srebrne oczy wpatrywały się w pozornie chłodne złoto cudzych, a jednak znajomych jak własne tęczówek, w których były w stanie dostrzec skierowane na siebie uwielbienie. Obie postacie stały tak blisko siebie, że czarne i białe materiały ich szat zlewały się ze sobą.
Spokojną, wypełnioną niemal fizycznie możliwą do poczucia miłością przerwał nagły krzyk, burzący przyjemną, delikatnie otulającą ogród ciszę.
- HanGuang-Jun! WeiXiao-ShouWei! Musicie to zobaczyć!
- Co się dzieje, SiZhui? - zapytał Wei WuXian, odwracając głowę w kierunku biegnącej w ich stronę postaci. Ręka Lan WangJiego opadła z jego policzka, zamiast tego chwytając jego dłoń, kiedy również wpatrywał się w nadciągającą osobę.
Chłopiec, który ich wołał, zatrzymał się przed nimi z paniką widoczną w jego dużych, niewinnych oczach. Choć wyglądał na zaledwie dwanaście lub trzynaście lat, liczył sobie już trzy wieki, w czasie których pełnił służbę w Świątyni Ai pod pieczą dwójki potężnych strażników, chroniących skarb tego miejsca już od ponad tysiąclecia.
- Pisałem list do Świątyni SiWang, kiedy na ołtarzu pojawiła się Perła MingYun - oznajmił pospiesznie chłopiec, jakby musiał przekazać tę informację jak najszybciej, gdyż bez jej znajomości świat mógłby się rozpaść.
- Co klejnot przeznaczenia robi w naszej świątyni? - zawołał Wei WuXian, spoglądając z przerażeniem na równie przestraszonego Lan WangJiego, choć odczucia tego drugiego były zdecydowanie mniej dostrzegalne. Chwycił ramiona Lan SiZhuiego, starając się zachować spokój, kiedy domagał się odpowiedzi. - Świątynia ShengHuo upadła? Co z ich klejnotem? Również tutaj jest? Ktoś jeszcze został zaatakowany?
Chłopiec gwałtownie potrząsnął głową, nie próbując się uwolnić od przytrzymujących go rąk.
- Tylko Perła MingYun. Nie słyszałem o innych świątyniach od czasu upadku Świątyni Przeznaczenia.
Wei WuXian wypuścił drżący oddech, ale wiedział, że nie mógł marnować czasu na nieistotne zamartwianie się o inne świątynie. Chwycił rękę już gotowego do udania się do wnętrza budynku Lan WangJiego. Ich potężne skrzydła poruszyły się, wywołując silny podmuch powietrza, który zakołysał dotychczas spokojną trawą i niezmąconą powierzchnią stawu, a oni sami wzbili się w górę z wspólnym celem.
***
Ponad tysiąc trzysta lat wcześniej do młodego, zaledwie czterdziestoletniego strażnika Perły Ai przybyła jedna ze strażniczek z Świątyni Przeznaczenia, informując go, że klejnotu miłości będzie strzec razem z nim inny chłopiec. Choć lazurowe skrzydła Lan WangJi'ego zatrzepotały z oburzenia, że stwierdzono, iż sam nie będzie w stanie wykonać swojego zadania, pokornie skłonił głowę, dziękując za informację. Racjonalna część jego umysłu przypominała mu, że JianHuren zawsze strzegą swoich świątyń w parach, jednak nawet pomimo pozornej obojętności, którą zawsze się wykazywał, wewnętrznie był emocjonalną osobą, która w tym momencie niewidocznie dla innych kipiała z wściekłości i poczucia niesprawiedliwości, mimo że zdawał sobie sprawę z faktu, iż jego zdenerwowanie jest całkowicie nieuzasadnione.
YOU ARE READING
Guardians | MDZS fanfiction
FanfictionKiedy wszystkie Świątynie zaczynają upadać, brzemię walki z wrogiem zaczyna opadać na barki jednych z ostatnich Strażników - Wei Wuxiana i Lan Wangjiego. Jednak ostateczna bitwa może nie skończyć się tak, jak sobie to wyobrażano, zwłaszcza, kiedy br...
