Przetrwanie

26 5 0
                                        

Wracałam ze sklepu razem z nią. W dłoni trzymałam opakowanie moich ulubionych żelków, które dzisiaj wyjątkowo praktycznie nie przechodziły mi przez gardło. Zastanawiałam się, czy mogę  chwycić Rose za rękę. To zawsze przynosiło mi ukojenie. Idąc nie czułam już nic po za kłującym bólem w klatce piersiowej. Przechodziłyśmy obok kościoła, z którego do moich uszu dochodziły odgłosy mszy. Widziałam starszych ludzi wchodzących do środka. Zastanawiałam się, czy msze ich uszczęśliwiają. Jeżeli tak, to naprawdę im zazdroszczę.
Powoli się ściemniało i latarnie na ulicach oświetliły ulicę. Światła aut, przejeżdżających obok wydawały się ostre i rażące. Przechodzenie ulicą, którą przechodziłam prawie codziennie razem z nią, gdy byłyśmy szczęśliwe, dzisiaj wydawało mi się to zupełnie obce. Okolica która dobrze znałam, sprawiała wrażenie wielkiej otchłani. Nadal szłyśmy. Zapytałam jej, czy odprowadzić ją kawałek. Zawsze martwiłam się, że coś jej się stanie po drodze. Zgodziła się. Szłyśmy dalej w milczeniu, jednak wolałam z nią iść, niż wracać do mojego mieszkania, w którym albo zalałabym się łzami, albo w przypadku gdyby była tam moja Mama, musiałabym udawać że wszystko w porządku. W momencie w którym pomyślałam o mojej Mamie, dotarł do mnie dźwięk mojego telefonu, to właśnie Mama dzwoniła do mnie. Powiedziała żebym wracała do domu. Rozłączyłam się. Pożegnałam się z Rose i objęłam ją. W momencie w którym odeszłam od niej dwa kroki, jeszcze bardziej poczułam ten ból, który ściskał mnie mocno już od kilku dni. Po moich policzkach popłynęły łzy, a ja powoli udałam się do mojego mieszkania, i poszłam spać.

Ze snu wyrwał mnie dźwięk budzika. Mój pies jak zwykle na ten dźwięk, przybiegł do mnie i radośnie machał ogonem. Powoli zwlekłam się z łóżka i poszłam do łazienki, aby nakarmić podskakujące go z radości psa. Ogarnęłam się i wyszłam z Carmelem na spacer. Do uszu włożyłam słuchawki i pośpiesznue wyszłam z bloku. Włączyłam sobie podcast Emmy Chamberlain i zatopiłam się w jej głosie. Podcast był po angielsku, lecz nie przeszkadzało mi to. Nie rozumiałam wszystkiego, ale wiedziałam, że słuchając podcastów po angielsku, podświadomie zacznę rozumieć o wiele więcej. Gdy odstawiłam psa do domu, udałam się do mojej ulubionej piekarni, w której miła Pani sprzedaje pyszne słodkości.
Kupiłam u niej jeszcze ciepłą drożdżówkę z płynną czekoladą i poszłam w kierunku domu Rose. Po drodze zaczął padać deszcz. Szłam razem z Rose praktycznie w ciszy. Widziałam jak deszcz spływa po jej policzkach. Po drodze do szkoły patrzyłam w chodnik. Cienka tafla wody na chodniku wydawała się szklana. Po chwili dotarliśmy do budynku szkoły. Pierwszą lekcja był WF. Nie ćwiczyłam, miałam zwolnienie. Może i powinnam, bo nie było mi nic szczególnego, ale naprawdę nienawidze tej lekcji i nauczycielki. Potem była religia, na którą nie chodzę. Cała lekcje spędziłam na siedzeniu na świetlicy razem z chłopakami. Coś okropnego...
Gdy zadzwonił dzwonek na przerwę, poszłam do mojej klasy, pod która siedziała już Rose. Podeszła do okna, a ja stanęłam obok niej. Przyglądałam się opadającym za oknem liściom i małym dzieciom, które wchodziły do naszej szkoły. Dużo bym dała, aby znów chodzić do pierwszej klasy. Oparłam moja głowę na ramieniu Rose. Miałam nadzieję, że jej to nie przeszkadza. Po tym co stało się w sobotę, miałam wrażenie, że muszę pytać jej o najmniejszy ruch w jej stronę.
- Muszę odzyskać ją na nowo - Pomyślałam.
Jednak z zamyślenia wyrwała mnie Rose, która delikatnie i praktycznie nie zauważalnie przesunęła swoją rękę w moją stronę, przez co jej ręka dotykała mojej.
Może zrobiła to przypadkiem, może nie. Ale to zdecydowanie polepszyło mi humor. W naszych rozmowach było też luźniej. Dzisiaj wieczorem idę do psychologa. Może kiedyś wszystko będzie dobrze?

Po kilku tygodniach kłótni z Rose, rozstałyśmy się. Obie potrzebowałyśmy przerwy, ale ja bardzo za nią tęskniłam, mimo tego, że nasza relacja była trochę toksyczna. W każdej napotkanej po drodze osobie, widziałam jej twarz. Ocknęłam się. Byłam od niej wręcz uzależniona. Brakowało mi jej dotyku, jej ciepłych dłoni, jej zapachu i miękkich ust. Jej słów, które zawsze były dla mnie kojące.Każde miejsce na ulicy przypominało mi o niej. Ławka w parku, na której się śmiałyśmy, sklep, w którym zawsze coś kupowałyśmy, moja klatka, spacery za moim blokiem, wszystko przypominało mi o niej. To były nasze miejsca. Teraz będąc w nich odczuwałam pustkę, której nie można niczym zapełnić. Weszłam do sklepu, i wzięłam z półki mój ulubiony sok jabłkowy i paczkę chipsów. Zapłaciłam i wyszłam. Powietrze na zewnątrz było rześkie i chłodne, lecz przyjemne. Wzięłam głęboki wdech, ale poczułam lekkie ukłucie w klatce piersiowej, połączone z uczuciem podobnym do tego, kiedy mdlejesz. Jednak ja nie zemdlałam, ale zakręciło mi się w głowie, straciłam równowagę i upadłam.
Wstałam powoli i pozbierałam zakupy, które wypadły z mojej czarnej materiałowej torby. Chciałam jak najszybciej wrócić do domu, aby zanurzyć się w mojej białej pościeli, w rękach mieć szkicownik i ołówek, a na uszy założyć słuchawki. To na pewno sprawiłoby że czułabym się lepiej. Tak więc udałam się do domu, aby odpocząć w ten sposób.

Każdy kolejny dzień bez Rose, był dla mnie jak walka o przetrwanie. Przed naszym rozstaniem, czułam się jak wrak człowieka, ale teraz już w ogóle się nie czułam. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie, miałam wrażenie, że umieram. Czułam jak z dnia na dzień moja osobowość się zmienia, a ja nic nie mogłam z tym zrobić. Nigdy się tak nie czułam. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Wszystko i wszyscy mnie denerwowali. Chciałam się uspokoić, a nie mogłam. Tak było nawet, gdy byłam z Rose, ale ona była inna niż wszyscy. W ogóle mnie nie denerwowała. Była wręcz łagodząca na moją złość. Jedyne, co przeszkadzało mi w naszym związku, to ja. Widziałam jak bardzo męczą ją moje żarty, o śmierci. Ciągle z tego żartowałam. Że zostanę wiszącą dekoracją na halloween, że chciałabym żeby coś mnie przejechało, gdy stałyśmy na ulicy, że chce wpaść do wody i nigdy nie wypływać, i tak w kółko. Chciała mi pomóc, lecz czuła się bezsilna. Widziałam w jej oczach łzy. Pomyślałam wtedy że muszę skończyć z tymi żartami, ale tak bardzo weszły w moje życie, że ciężko było tak nie mówić. Gdy rano wstałam, miałam wielką nadzieję, że na moim wyświetlaczu w telefonie, będzie wiadomość od Rose. Codziennie to sprawdzałam. Ciągle wierzyłam, że do mnie wróci.
- Wróć kiedyś. - pomyślałam. Opowiedziałabyś mi o twoich innych prawdziwych miłościach, a ja powiedziałabym Ci o moich innych przelotnych znajomościach, i każdej osobie w której nieudolnie szukałam Ciebie...

Następnego dnia była szkoła. Kolejny dzień męczarni. Jakimś cudem go przeżyłam. Po powrocie do domu zjadłam obiad i posprzątałam w pokoju. Zaczynało się ściemniać. Postanowiłam się przejść nad pobliski zalew, aby odświeżyć umysł. Zapytałam mamy czy mogę iść. Zgodziła się, więc zgarnęłam  z pokoju słuchawki, ubrałam buty, kurtkę i wyszłam. Niebo było śliczne. Ciemnogranatowe z puchatymi chmurkami i gwiazdami. Nad zalewem położyłam się na ławce na plaży, nie przejmując się dziwnym wzrokiem ludzi.  Nie interesuje mnie, co o mnie myślą. Obserwowałam płynąca w zalewie spokojną wodę.

Nie radzę sobie, nie rozumiem co się ze mną dzieje, jestem pewna że jeszcze chwila i wszyscy którym jeszcze zależy, zostawią mnie...

It's gonna be fineStories to obsess over. Discover now