Tego ranka to nie budzik wyrwał go ze snu. Marcin otworzył oczy, zanim to urządzenie z piekła rodem zdołało rozpocząć swój koncert. Tym razem nie musiał czekać kilku minut, by odrętwiające otępienie ustąpiło miejsca pierwszym składnym i logicznym myślom – umysł od razu wskoczył na najwyższe obroty.
Stres.
Marcin westchnął tylko zrezygnowany i zwlókł się z łóżka. System zarządzania domem natychmiast rozpoznał zmianę stanu ducha lokatora. Zanim padło pierwsze polecenie, automat już zmienił napięcie doprowadzane do ciekłokrystalicznych paneli okiennych. Jaśniejsze z każdą sekundą szyby odkrywały powoli przed Marcinem imponującą panoramę miasta.
Trzeba było przyznać, że widok z dziewięćdziesiątego ósmego piętra robił wrażenie. Dachy niższych wieżowców dumnie wystawały z chmur, a pierwsze promienie słońca odbijały się od polerowanych powierzchni wzmacnianych paneli węglowych – na tej wysokości nieźle wiało, więc zwykłe szyby zastąpiono mocniejszymi arkuszami fotokarbonu. W prześwitach między przeganianymi wichrem chmurami dawało się dostrzec mrugające światła pozycyjne wyznaczające w przestrzeni kontury srebrzystych nitek dróg szybkiego ruchu.
Jeszcze niżej, mniej więcej na wysokości dwudziestego piętra, rozpościerały się grube dywany trawy sadzone na specjalnych ruchomych tarasach otoczonych ochronnymi kopułami ekranów z OPL – organic photoreactive layers, cienkich warstw organicznej materii filtrującej zanieczyszczenia z powietrza. Tarasy oczywiście pozostawały niewidoczne z położonego na tak dużej wysokości mieszkania, ale Marcin doskonale wiedział, że tam są. Gdyby tylko zechciał, mógłby zjechać prowadzącą prosto przed odpowiednią śluzę windą i oddać się na jednym z nich serii podnoszących kondycję ćwiczeń.
Tyle że w tej chwili guzik go to wszystko obchodziło.
Przeprowadzkę na dziewięćdziesiąte ósme piętro zaliczył prawie dwa lata temu przy okazji awansu na stanowisko samodzielnego programisty. Lubił to mieszkanie, panującą w nim ciszę i sprawnie działający system zarządzania. Nie miał najmniejszej ochoty się stąd wynosić, chyba że wiązałoby się to z przenosinami na setkę. I awansem na młodszego kierownika projektów programistycznych.
To zaś oznaczało jedno – Urlop.
W firmie obowiązywały jasne zasady, co zazwyczaj bardzo sobie chwalił. Wiadomo było, ile linii kodu należy zapisać tygodniowo, by zasłużyć na tak zwane minimum obywatelskie, za ile nadprogramowych przysługuje dodatek dla rokujących nadzieję i ile procedur należy dołożyć do projektu ogólnofirmowego, by uzyskać akredytację na stanowisko opłacanego pracownika. Rozumiał ten system, odnajdował się w nim i bez trudu czerpał wypływające z niego korzyści.
Do czasu.
Wraz z upragnionym awansem na samodzielnego programistę – pierwszą w pełni płatną posadę dającą równocześnie prawo do wszystkich swobód, również do zakładania hasła na prywatne pliki w Chmurze – w jego życiu pojawiło się największe zagrożenie dla prężnie rozwijającej się kariery. Urlop właśnie.
Oczywiście każdy pracownik niższego szczebla miał prawo do dobrowolnej rezygnacji z wypoczynku, z czego zresztą Marcin i jego koledzy co roku skwapliwie korzystali. Przez pięć lat wolontariatu i dwa lata stażu mogli z czystym sumieniem unikać kłopotliwego tematu. Potem jednak, jeśli ścieżka kariery rozwijała się bez komplikacji, należało złożyć podanie o Urlop.
Marcin westchnął ponownie i resztką woli zmusił się do oderwania wzroku od panoramy miasta. Starał się z całej siły wierzyć, że to wcale nie pożegnanie, że przecież nadzieję powinien mieć do końca. Powtarzając w myślach tę prywatną mantrę, poczłapał niemrawo do łazienki i zabrał się za poranną toaletę. Niezależnie od humoru musiał dziś pojawić się w firmie. Przez chwilę sądził nawet, że dał radę zapanować nad nerwami i dopiero gdy spojrzał w zaparowane lustro zawieszone na drzwiach mikroskopijnej łazienki, znów dopadły go wątpliwości.
