-Ej Reymont, masz wódę? - Mówiąc to, odwróciłem się do mężczyzny, który siedział w ławce za mną. Mój wyglądający jak bezdomny znajomy, spojrzał na mnie zza okularów.
-Skąd taki pomysł? - Zapytał głosem bez wyrazu, patrząc na moją piękną niczym gwiazdy na nocnym niebie twarz.
-W zeszłym roku nie przyszedłeś na zakończenie roku, bo tak dużo wypiłeś. - Powiedziałem lekkim niczym poranna bryza głosem. Lekcje zaczynały się dopiero za kilkanaście minut, dlatego mogłem oddać się takim prozaicznym czynnościom, jak rozmowa z moimi mniej elokwentnymi ode mnie znajomymi. Jako iż był to pierwszy dzień nowego roku szkolnego, wszyscy byli dość rozluźnieni, po za dwoma edgy chłopakami. Tymi mężczyznami byli Władysław Reymont i Aleksander Fredro, którzy powszechnie byli uważani za marudnych.
-Mówiłem ci to chyba dziesięć razy. Nie byłem pijany, tylko chory na grypę! Jeszcze raz powiesz coś wrednego, a pójdę do profesora Batore... - Mówił do kiedy nie przerwałem jego nudnego monologu, moją jakże trafną uwagą.
-Weź na luz, to że jesteś emo i piszesz samych "Chłopów", czy inne baby, to nie znaczy, że musisz o wszystko się pultać marudo jedna. - Po tych słowach, odezwał się siedzący w ławce przede mną chłopak.
-Słowacki cicho, bo zaraz przyjdzie profesor Kochanowski i co będzie? - Spytał mój przyjaciel Zygmunt Krasiński.
-Dobra, dobra będę już cicho... - Rzuciłem. Wytrwałem całe DWIE MINUTY, bez mówienia czegokolwiek, po tak długim czasie bez odzywania się, dodałem: - Ej a wiecie może, czy ktoś w tym roku dochodzi do naszej klasy?
-Miałeś chyba być cicho... ale tak, przyjdzie w tym roku mój znajomy Mickiewicz, na pewno się polubicie. - Odpowiedział mi Krasiński.
-Mickiewicz?! To mój idol! Czytałem wszystkie jego powieści! O boże Mickiewicz w naszej kla... - Bezczelnie, przerwał mi ten łajdak Sienkiewicz, z swoim paskudnym wąsem.
-Cicho bądź Słowacki, nikt nie pytał cię o zdanie. - Powiedział mężczyzna, swoim paskudnym głosem.
-On ma rację, czy mógłbyś się uciszyć? Może niektórzy przyszli do szkoły, się uczyć? - Powiedziała Orzeszkowa. Jak można być tak nietaktownym i aroganckim, by zwracać uwagę mnie. Wielkiemu pisarzowi Juliuszowi Słowackiemu!
-Weźcie dajcie mu spokój, przecież jeszcze lekcje się nie zaczęły, więc nie widzę powodu, czemu miałby być cicho. - Powiedział jeden z jedynych normalnych osób w całej klasie Fryderyk Chopin. Chopin dotąd nastrajał klasowe pianino, ale w tym momencie skończył i wrócił do ławki.
Chwilę po tym jak Chopin zasiadł do ławki, z impetem drzwi otworzył nasz profesor chemii Mendelejew. Wszyscy wstali z krzeseł, co spowodowało niesłychany gwar. Po chwili wszyscy wstali już od ławek.
-Dzień dobry panie profesorze! - Powiedzieliśmy chórem.
-Usiądźcie uczniowie. - Gdy profesor powiedział to swoim chrypliwym głosem, wszyscy padli na krzesła. - W tym roku do waszej klasy dołączy nowy uczeń o imieniu Adam Mickiewicz. - Powiedział profesor jak zawsze zachrypłym głosem. Jeżeli Reymont wyglądał jak bezdomny, to profesor wyglądał raczej, jakby miał na twarzy jakąś nie dużą dżunglę. Chwilę po tych słowach do klasy wszedł Adam Mickiewicz. Był on ubrany w czarny garnitur oraz dżinsowe spodnie.
-Mickiewicz-San! - Powiedziałem, a ten spojrzał na mnie jakby z obrzydzeniem. Poczułem się dość mocno urażony, w końcu nie powinien tak zareagować na moją wspaniałą osobę, w końcu to sam Adam Mickiewicz, więc można trochę mu odpuścić.
-Och witam moich nowych przyjaciół i przyjaciółki. Me imię już prawdopodopodobnie znacie, ale pozwólcie, że się przedstawię. Jam jest Adam Mickiewicz i mam za zadanie, by od dziś być waszym nowym znajomym i uczestniczyć razem z wami w lekcjach. - Powiedział szarmanckim głosem. Zauważyłem, że podczas tego jak mówił, profesor zaczął przysypiać. Mickiewicz usiadł obok mnie, ten wielki poeta, w jednej ławce ze mną! Niesłychane! Powiedziałem do niego szeptem:
"Jesteś moim idolem", ale on tylko mnie zignorował i wyjął zeszyt, po czym otworzył na pierwszej stronie.
Po skończeniu lekcji, Mickiewicz stanął pod otworzonym oknem. Z tego powodu, przez wiatr wchodzący do pokoju, jego włosy majestatycznie falowały. Był on otoczony przez grupkę dziewczyn, ale nie przejmując się tym, podszedłem do niego.
-Chce się z tobą zaprzyjaźnić, kocham twoją twórczość. - Powiedziałem do Mickiewicza, z uśmiechem na mojej pięknej twarzy.
-Postaram ująć się to w najmilsze słowa jakie potrafię, ale uważam, że twoja twórczość, jakby to powiedzieć... no tak trochę... no jakby no... no jest beznadziejna. Weź chłopie wytłumacz mi, jak ty dostałeś się do tej klasy, bo twoje prace nadają się jedynie do śmietnika, kurde jakieś leśne duszki, nagle dziewczyna jest w ciąży, wszyscy umierają w cztery dni, weź chłopie się ogarnij. Albo ten Kordian, no co to jest, to ma być powieść? Raczej bubel. Klasa dla poetów? Z tobą, to chyba raczej klasa dla miernot. - Po tych słowach odwróciłem się na pięcie i już nigdy nie polubiłem Mickiewicza. Jak on śmiał, jak on śmiał, krytykować moją twórczość. Moja duma została urażona, jak mój idol mógł coś takiego powiedzieć? Ten burak musiał zostać pokonany... Tego dnia Mickiewcz-san został moim zaciętym wrogiem.
YOU ARE READING
Szkoła dla poetów
HumorCo jeżeli... zamkniesz w jednej szkole znane historyczne osobistości? Jeżeli kiedyś się nad tym zastanawiałeś (lub jeżeli chcesz się dowiedzieć), to ten zbiór krótkich opowiadań jest dla ciebie!
