Świadoma zmiana myślenia i postępowania wymaga ogromnych pokładów silnej woli, niekiedy odwagi, a już na pewno motywacji. To normalne, że człowiek zawsze potrzebuje motywacji, bez niej nie widzielibyśmy sensu jakiegokolwiek działania. Od zawsze pragnąłem zmieniać się na lepsze, dlatego w pewnym momencie dostrzegłem konieczność wyjścia ze strefy komfortu. Moją strefą komfortu była rutyna, która pożerała dosłownie każdą minutę cennego życia. Tłumaczyłem swoje postępowanie faktem, że bardzo dużo osób funkcjonuje dokładnie w ten sam sposób, ale co z tego? Kolejny raz wróciłem do mieszkania, w którym pomimo drobnej postury, ledwo się mieściłem. W powietrzu nieustannie unosiła się dusząca woń papierosów przypominająca mi o moich słabościach. W dodatku po raz kolejny odpuściłem walkę z zatkanym odpływem w umywalce. Mimo szczerych chęci prokrastynacja wręcz przejęła kontrolę nad moim życiem. Miałem już serdecznie dość utyskiwania rodziców i poczucia kompletnej porażki. Niedawno skończyłem dwadzieścia sześć lat, magisterkę i... walkę o lepszą wersję siebie. Ojciec ciągle dzwonił i pytał, czy w końcu znalazłem pracę odpowiadającą mojemu wykształceniu. Za każdym razem odpowiadałem mu ciszą, a potem żałosnym westchnieniem. Ostatecznie kłamałem, że lubię swoją pracę, ale nikt w to nie wierzył. Pracowałem w sklepie spożywczym, co pozwalało mi na wynajem malutkiej kawalerki. Z początku bardzo mi to odpowiadało, ale potem zaczęło mi czegoś brakować. Czułem się cholernie niespełniony, ponieważ zawsze miałem ogromne ambicje, którym nie byłem w stanie sprostać przez różne blokady. Te blokady objawiały się w najróżniejszy sposób, albo poprzez lenistwo, albo poprzez niewiarę w siebie i swoje możliwości. Uwielbiałem zmiany i jednocześnie nimi gardziłem. Właśnie przez to było mi niebywale trudno, przez wiecznie towarzyszący mętlik, strach i pewnego rodzaju brak dojrzałości. Jednak przynajmniej byłem tego doskonale świadomy, a to zwiastowało dobry start. Chciałem wstąpić na nową ścieżkę, więc potrzebowałem kolejnego startu w swoim życiu. Okazała się nim nowa praca, na którą na szczęście się odważyłem i która faktycznie wywróciła moje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Zaskoczyła mnie zwykła codzienność i chyba to jest w życiu najbardziej fascynujące. Czasami oczekujemy natychmiastowych i gwałtownych zmian, tym czasem wkradają się one subtelnie, wręcz niepostrzeżenie, ostatecznie przynosząc największe efekty. Zrozumiałem, że nie byłem w stanie niczego przewidzieć ani tym bardziej założyć. A to wszystko zaczęło się od małego przedsięwzięcia podyktowanego zmianą myślenia. Nie było łatwo, wielokrotnie chciałem i próbowałem się wycofywać, ale jakaś magiczna siła nakazywała mi walczyć z przeklętymi słabościami. Do dzisiaj nie wiem, czy to ambicje, czy pragnienie wypełnienia pustki, a może jedno i drugie?
Przyznam, że pierwszy raz poczułem zwątpienie w momencie, gdy przekroczyłem próg biura redaktora naczelnego. Wprawdzie pan Arthur był naprawdę sympatycznym i otwartym człowiekiem, ale problem tkwił we mnie, bo panicznie bałem się tego, że zawiodę. Moje dłonie się trzęsły, gdy wyciągałem teczkę z CV i portfolio, a to oczywiście nie umknęło jego uwadze.
- Panie Matthias... Proszę się nie stresować, jest pan bardzo zdolny i ambitny, a kogoś takiego właśnie potrzebujemy. Nasz zespół składa się z przyjaciół, którzy wzajemnie sobie pomagają, doradzają i stale się uczą, ale dobrze pan wie, że jesteśmy niesamowicie cenioną redakcją. To miejsce to moja chluba, ale nie tylko moja, bo każdy członek zespołu jest organem, który go scala i dzięki któremu ten zespół funkcjonuje. Nie potrzebuję kłaść na nich presji, a moja otwartość ewidentnie im służy.
Uśmiechnąłem się, gdyż doskonale wiedziałem, że posada u pana Arthura stanowi największe marzenie każdego młodego dziennikarza, pisarza czy redaktora. Nie ukrywam, że pragnąłem stać się częścią ekipy tego starszego, ujmującego pana. Niesamowity był sam przebieg rozmowy rekrutacyjnej, zupełnie inne niż wszystkie - bez szablonowych, irytujących pytań. Pan Arthur wyróżniał się wśród pracodawców, chciał człowieka, a nie maszyny bezmyślnie wykonującej powierzone jej obowiązki. Sama redakcja odznaczała się niebywała atmosferą.
- Lubisz politykę? - zapytał, nie odrywając wzroku od mojego portfolio.
- Tak, to jedno z moich zainteresowań...
- Wiem, wiem. To pewne, że się nią interesujesz, ale czy się w niej lubujesz? Dla wielu to ciężki orzech do zgryzienia, a to się wiąże z brakiem świadomości. Lubię ludzi świadomych. I lubię ludzi, którym polityka nie jest obojętna i którzy wiedzą, że ona dotyczy ich bezpośrednio.
- Gdyby była mi obojętna, nie odważyłbym się do pana zwrócić.
- Zadowala mnie ta odpowiedź - uśmiechnął się, unosząc wzrok.
- Muszę panu przyznać, że zachorowałem na stagnację. Niestety ugrzęzłem w sidłach prokrastynacji. Jednak wiem, że stać mnie na wiele, zawsze pragnąłem działać. Zmianę świata zaczynam od zmiany siebie. Tylko działanie pozwala mi tworzyć i pielęgnować najlepszą wersję siebie. A jeśli działać to w słusznej sprawie.
- Wspaniale. Jest pan z wykształcenia edytorem tekstu, piękna sprawa. Doskonale pan wie, że język jest najważniejszym narzędziem człowieka i trzeba umieć się nim posługiwać. Wbrew wszelkim pozorom to sztuka niełatwa do opanowania. Wyznaję żelazną zasadę, że język nie może być bronią. Choć nasze dziennikarstwo musi cechować obiektywizm, nigdy nie przemilczamy zła. Tylko czym jest zło? Dla każdego może ono oznaczać coś innego, ale w redakcji wszyscy jesteśmy ze sobą zgodni pod jednym względem - po prostu reagujemy, gdy ktoś wyrządza krzywdę. Jesteśmy również tam, gdzie świeci słońce, bo w końcu na świecie panuje harmonia, więc i ją musimy pokazywać... Podobają mi się pańskie prace, są na wysokim poziomie. Z przyjemnością zagospodaruję panu u nas miejsce, potrzebujemy dobrego edytora. Ponadto... Chciałbym zaproponować poszerzenie stanowiska o pisanie własnych felietonów. Chciałbym pana nieco wdrożyć w samo dziennikarstwo, naprawdę widzę w tym pana. Bardzo potrzebujemy ludzi, ale konkretnych. Pozwoli pan, że oddam pana pod opiekę wprawdzie młodego, ale niesamowicie zdolnego i już doświadczonego dziennikarza.
Przez chwilę się wahałem, ponieważ to by oznaczało dodatkowe obowiązki i więcej nauki. Nie chodziło o brak chęci czy motywacji, jednak znów powstrzymywała mnie blokada. W głowie pojawiła się ogromna wątpliwość: CZY NA PEWNO TEMU PODOŁASZ? Odpowiedź nasuwała się praktycznie sama: jeśli nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Bardzo chciałem spróbować, tylko głupiec zrezygnowałby z takiej posady. Czym byłoby życie bez ryzyka? Zdecydowanie niczym. Pustkowiem. Sukcesy osiągają tylko ci, których stać na ryzyko, bo oni podejmują próby. Nie ma nic złego w próbowaniu, wręcz przeciwnie. Zadałem sobie pytanie: czy coś stracę? Absolutnie nic. Kolejne pytanie: czy coś zyskam? O tak, wachlarz doświadczeń, możliwość pracy w cudownym miejscu, poszerzenie kompetencji, rozwój osobisty, poznanie wspaniałych ludzi, świata i... siebie. Sprawdzę siebie. Skoro porażkę od sukcesu różni jedynie perspektywa, to porażką będzie jedynie poddanie się.
Ostatecznie przyjąłem propozycję i to była świetna decyzja. Jak się potem okazało, właściwie najlepsza w całym moim życiu.
DU LIEST GERADE
metanoia
FanfictionWielokrotnie próbowałem rozszyfrować magiczny napis wytatuowany na smukłej szyi mężczyzny. Tatuaż stanowił nieprzeniknioną zagadkę, zupełnie jak jego właściciel. Jednak do czasu. Greckie słowo „μετάνοια", po polsku „metanoja", oznacza przemianę umys...
