1

244 37 42
                                        

Stabilną dłonią chwytam za rękojeść łuku. Drugą ręką sięgam za plecy i opuszkami staram się wyczuć nasadki strzał. Wyciągam jedną z kołczanu i chwytam ją dwoma palcami tuż za lotką. Przykładam strzałę do cięciwy. Wstrzymuję oddech. Wraz z puszczeniem pocisku, wypuszczam wstrzymywane wcześniej powietrze. Strzała mknie niemal z prędkością światła i trafia prosto do celu. Z dumą patrzę na przebitą tarczę z wystającym drzewcem mojego pocisku wbitego w sam środek.

Kolejny raz sięgam do kołczanu, gdy nagle słyszę za sobą czyjś głos. Natychmiast naciągam cięciwę, a gdy obracam się, by wypuścić strzałę, przede mną ukazuje się jedna z pałacowych służek mojego ojca. Jasnowłosa młoda dziewczyna ubrana w obwisłą suknię, workowatą suknię zwisającą na drobnym ciele niezdolnym do pracy fizycznej, wykonuje głęboki ukłon i nie odważywszy się spojrzeć mi w oczy, mówi ledwie słyszalnym głosem:

— Król chce widzieć panienkę w swych komnatach.

Stoi chwilę bez ruchu czekając na moją reakcję.

— Dobrze - Gdy wciąż nie odchodzi, z nutą irytacji w głosie, wydaję jej rozkaz — Możesz odejść.

Wykonuje pośpiesznie jeszcze głębszy ukłon niż poprzednio, a ja przez chwilę mam wrażenie, że wręcz dotyka przy tym czołem trawy. 

Odczekawszy kilka minut, ruszam w kierunku zamku. Przechodzę przez ogrody i podziwiam umierającą o tej porze roku naturę. Z ogromnych różowo-niebieskich hortensji pozostały jedynie wysuszone liście. Wiewiórki, które przez zbyt duże zaufanie do ludzi, brane były już praktycznie za mieszkańców pałacu, schowały się w swoich dziuplach, by z wyprzedzeniem zapaść w sen zimowy. Z ogromnych jabłoni zwisają zgniłe i wyżarte od środka przez robaki owoce, a wielokolorowe zmodyfikowane genetycznie stokrotki, które latem tak bardzo przypominały mi matkę, teraz chowają się pod kocem z szarych liści. Zależność fauny od flory, jest tak wielka, jak zależność poddanych od władców. 

Po chwili zza drzew wyłaniają się ogromne, przeszklone drzwi szklarni. Rzeźby aniołów i demonów wsparte przez ogromne marmurowe kolumny zdają się śledzić swoim kamiennym wzrokiem każdy mój ruch oraz gest. Przez przezroczyste ściany, widać rozświetlone białym światłem pozyskanym z energii słonecznej wnętrze, w którym rośliny zdają się wyglądać, jakby omijał je właśnie urok ponownej śmierci, jaką przynosi październik. To moja prababka postanowiła przekształcić przeciętny korytarz prowadzący do królewskich ogrodów, w szklarnię do złudzenia przypominającą dawne ogrody zimowe. Przeszklone pomieszczenie jest obecnie rodzajem klatki, służącej za schronienie owadom oraz roślinom. Te stworzenia powinny być nam wdzięczne, za szansę, jaką im podarowaliśmy. 

Jeden ze strażników pełniących wartę otwiera przede mną wielkie wrota, jeszcze zanim zdążę wydać mu rozkaz. Nie zaszczycając go ani jednym dłuższym spojrzeniem, przekraczam próg i już po chwili czuję na twarzy uderzający zaduch panujący w środku. Egzotyczne rośliny, których sadzonki zostały ściągnięte drogą wodna z Australii, teraz, po kilku latach, wreszcie zakorzeniły się wystarczająco głęboko, by wypuścić przepiękne pąki kolorowych kwiatów, które nie znikały nawet w najmroźniejsze zimy. Szklarnia, oraz wszelkie mechanizmy, które odtworzone na podstawie powojennych szczątków przez najwybitniejszych inżynierów i skonstruowane przez najlepiej wykształconych mechaników, zapewniają egzotycznej florze idealne warunki do życia. Mój ojciec nie dopuściłby do żadnej sytuacji zagrażającej naszemu bezpieczeństwu. Nie po tym, co się stało...

Gdy wychodzę na korytarz nagłą zmianę temperatury odczuwam aż po końcówki palców. Powietrze jest o wiele suchsze niż to panujące w szklarni i jedynie o kilka stopni cieplejsze niż to, które znajduje się na zewnątrz. Staję w progu i jeszcze raz omiatam wzrokiem egzotyczną roślinność oraz przepiękne najróżniejsze gatunki kolorowych motyli. Z pewną odpowiedzialnością, mogę stwierdzić, że jest to moje ulubione miejsce w całym pałacu. 

Butterfly queenWhere stories live. Discover now