- Idę do U.A. - powiedziałam z przekonaniem, błagając niebiosa, żeby rodzicie nie mieli nic przeciwko mojemu postanowieniu.
Dłonie mamy, która właśnie przygotowywała obiad zamarły w bezruchu, trzymając trzon noża tak mocno, że zdawać by się mogło, że zaraz go złamie. Natomiast spokojny i opanowany ojciec siedział przy stole z kamienną miną czytając gazetę, co jakiś czas popijając wcześniej przygotowaną, zieloną herbatą.
- Młoda damo – zaczął powoli ciężkim głosem. Przełknęłam głośno ślinę, zaciskając dłonie w pięści. - Ostatnim razem wyraziłem się dość jasno.
Tata odłożył powoli gazetę na stół, do ręki wziął kubek z herbatą i upił łyk, wbijając we mnie twarde spojrzenie.
- Kochanie... - zaczęła cicho mama, ale ojciec przerwał jej ruchem dłoni.
- Nasza tradycja jest najważniejsza. Kiedy mnie zabraknie przejmiesz rodzinne brzemię i dojo będzie twoje. Z pokolenia na pokolenie w naszej rodzinie przekazuje się sekretne techniki miecza. Już nie długo na twoich barkach spocznie przyszłość naszej rodziny.
Wiedziałam. Spuściłam głowę, rozluźniłam dłonie i siłą powstrzymałam cisnące się do oczu łzy. Nie powiedziałam nic więcej. Obróciłam się na pięcie i szybkim krokiem weszłam po schodach na górę, zaraz wchodząc do swojego pokoju.
Poniekąd ojciec miał rację. Nasza tradycja względem sekretnych tajemnic miecza była przekazywana z pokolenia na pokolenie już od dawien dawna, a ja doskonale o tym wiedziałam. Byłam jedyną dziedziczką rodzinnego brzemienia i chyba jako jedyna nie chciałam go brać na własne barki ze względu na własne ambicje i chęć ratowania świata na swój własny sposób.
Od dziecka marzyłam, żeby zostać bohaterem jak All Might, ale gdy tylko ujawniła się moja moc, zostałam przyciśnięta przez ojca. Zakaz jej użytkowania dotyczył mojej osoby już do końca życia, a ja czując okowy rodzicielskiego gniewu, nie potrafiłam się postawić. Zawsze uciekałam z podkulonym ogonem.
W wieku pięciu lat zajęłam się walką mieczem. Treningi pochłaniały cały mój wolny czas, więc kilkakrotnie zawierane znajomości nie miały możliwości przetrwania dłużej niż tydzień, góra dwa. Jednak był wyjątek, a mianowicie jeden z naszych adeptów – blond włosy chłopak z pięknymi, czerwonymi skrzydłami.
Zawsze machał mieczem jak opętany. Był szybki i zwinny. Skrzydłami potrafił blokować ataki, natomiast niektóre ostre pióra służyły mu jako ostrze, którymi wyprowadzał ataki. Zawsze wpatrywałam się w jego walkę jak zahipnotyzowana, do granic możliwości podjarana jego osobą, aż któregoś dnia ojciec zasugerował nam sparing.
Walczyliśmy długo, a każdy z osobna wyczerpany po przebytym boju, nie chciał przegrać, myśląc, że zaszedł już tak daleko i za chwilę zwycięży. Koniec końców pojedynek skończył się remisem. Miałam wtedy zaledwie dziesięć lat.
Podeszłam wolno do drzwi balkonowych, które szybko odsunęłam i wyszłam na zewnątrz, zaczerpując świeżego, nocnego powietrza. Ekran wyświetlacza mojego telefonu wskazywał ósmą, więc decydując się szybko na krótką rozmowę z przyjacielem, wybrałam jego numer, odczekując zaledwie dwa wywoływania.
- Hawk? - spytałam, jakby nie pewna, czy dobrze wybrałam.
- Słucham cię.
Odetchnęłam z ulgą, słysząc jego spokojny i nad wyraz zadowolony głos. Wiele razy marzyłam, żeby być taka jak on. Dlatego w ukryciu trenowałam swoją moc, żeby pewnego dnia stanąć u boku przyjaciela i z nim podbijać świat przestępców.
- Ojciec znów się nie zgodził – powiedziałam smutno, opierając się o drzwi balkonowe. Głowę uniosłam do góry i spojrzałam przelotnie na migoczące w oddali gwiazdy.
- Przykro mi, młoda – w jego słuchawce było słychać nie jeden podmuch wiatru. - Może przylecę i pogadamy. Akurat nie mam nic do roboty.
- Nie pracujesz?
- Nie kiedy potrzebujesz pomocy – zaśmiał się. - Zaraz będę.
*-*
Uśmiechnęłam się radośnie, kiedy moim oczom ukazał się wielki budynek szkoły U.A. W duchu skakałam z radości jak małe dziecko, na zewnątrz jedynie mogłam wyglądać jak idiotka śmiejąc się sama do siebie.
Poprawiłam pasek torby i żywym krokiem ruszyłam przed siebie, przekraczając wrota szkolnej bramy. Wszędzie dookoła było pełno dzieciaków, które chwaliły się swoimi mocami lub po prostu żywo rozmawiały na różne tematy.
Nie miałam takiej wprawy w zawieraniu znajomości jak oni, więc po prostu cieszyłam się, że udało mi się dostać do U.A. Wiedziałam, że teraz czeka mnie naprawdę trudny okres i ciężka droga na sam szczyt. Musiałam zając się dojo, domem i nauką.
Kiedy pół roku temu mój ojciec zmarł na raka, zdecydowałam, że uniosę rodzinne brzemię i zostanę bohaterem, żeby innym żyło się lepiej. Postanowiłam walczyć. W międzyczasie starzy znajomi ojca, którzy uczyli w naszym dojo, zostali specjalnie przeszkoleni przez wuja i teraz nauczają walki mieczem młodych adeptów, przez co odpadło mi choć trochę obowiązków.
Odetchnęłam głęboko.
- Cześć! - odezwał się dziewczęcy głos obok mnie.
Obróciłam się szybko, żeby zobaczyć co się dzieje. Kilka kroków za mną stała dziewczyna o krótkich, brązowych włosach. Wyglądała na miłą, więc odwzajemniłam tym samym, szczerząc jak głupia od ucha do ucha.
- Hej – odparłam.
- Jestem Ochaco Uraraka – wyciągnęła przed siebie dłoń, żeby złapać moją.
- Ise Nagai – przedstawiłam się nico speszona jej śmiałością.
- Do której klasy zostałaś przydzielona?
Zastanowiłam się przez chwilę, żeby sobie przypomnieć.
- Pierwsza A – odparłam wolno.
Na twarzy dziewczyny zaraz pojawił się szeroki uśmiech, a ona sama wybuchnęła radością.
- Będziemy w tej samej klasie.
Złapała mnie za ręce i pociągnęła w stronę wejścia do szkoły, po drodze opowiadając mi o innych koleżankach, które jeszcze dziś poznam i na pewno zostaniemy przyjaciółkami. Będziemy się świetnie razem bawić, chodzić na imprezy i balować do białego rana.
- Wybacz – powiedziałam, spuszczając wzrok. Ochacko zatrzymała się przed drzwiami wyznaczonej nam klasy, a jej dłoń zamarła w bezruchu. - To wszystko brzmi naprawdę super, ale... Nie wiem czy znajdę tyle wolnego czasu.
- Co? Chodzi o naukę? Musisz się dużo uczyć? Jeśli tak to chętnie ci pomogę, a jak nie ja, to reszta koleżanek...
- Nie o to chodzi – sprostowałam. - W nauce nie jestem najgorsza, ale to...sprawy rodzinne.
- Nie chcę się wtrącać – zaczęła wolno dziewczyna, łapiąc moje dłonie w swoje. - Ale zawsze możesz na mnie polegać przyjaciółko – uśmiechnęła się promiennie.
Nagle zrobiło mi się lepiej. Jakieś dziwne uczucie ciepła wypełniło moją głowę, nie dając dojść czarnym scenariuszom do własnego zdania. I to wszystko sprawiła jedna dziewczyna.
- Dziękuję – szepnęłam, po czym razem weszłyśmy do klasy i zajęłyśmy swoje miejsca.
Od razu zadomowiłam się pod oknem gdzieś pośrodku, żeby dobrze słyszeć nauczycieli i widzieć tablicę. Chociaż wzrok miałam dobry, to czasami zmęczenie dawało się we znaki i w ruch szły moje okulary.
Spojrzałam na uczniów siedzących w ławce. Niektórych poznałam z widzenia lub starych szkół, kiedy jeszcze często się przeprowadzaliśmy, innych natomiast widziałam po raz pierwszy, a całość oszacowałam na około dwadzieścia osób.
Może być ciekawie, zaśmiałam się w duchu, a potem spojrzałam na drzwi, które lekko się przesunęły. W progu stanął niewysoki mężczyzna odziany w czarny kombinezon i biały szalik bardziej przypominający grubsze bandaże. Ale co ja tam wiem.
Mężczyzna przedstawił się nam jako Aizawa Shouta, nasz wychowawca oraz były Pro Hero. Wszyscy zdumieni jego pokazem wydali z siebie westchnienie. Prawie wszyscy, bo jeden chłopak o postrzępionych, zielonych włosach notował coś zaciekle w zeszycie.
A przecież nic takiego się jeszcze nie zaczęło.