Dziewczyny z Hex Hall. Zaklęc...

By SilverBooBear

25.6K 906 32

W tym czasie kiedy Sophie Marcer zaakceptowała swoje nadzwyczajne magiczne moce jako demon, rada Prodigium od... More

.
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
nie rozdział
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34

Rozdział 3

969 31 0
By SilverBooBear

Byłam martwa. To było jedyne wyjaśnienie tego, że leżałam w wygodnym łóżku, chłodnym, z czysto-pachnącą pościelą, przykryta po brodę, a miękka ręka głaskał moją głowę.

To było miłe. Bycie martwym wydawało się być bardzo przyjemne, biorąc to wszystko pod uwagę. Zwłasza, jeśli oznaczało to, że mam na drzemkę całą wieczność. Wtuliłam się mocniej w pościel. Ręka z moich włosów przesunęła się na plecy i zdałam sobie sprawę, że ktoś cichutko śpiewał. Głos był znajomy i przyprawiło mnie to o ból w klatce piersiowej. Cóż, to było do przewidzenia. Anielskie pieśni bywały strasznie wzruszające.

- Pracowałam jako kelnerka w barze koktajlowym, kiedy cię poznałam… - nucił głos.

Zmarszczyłam brwi. Czy aby na pewno była to właściwa piosenka dla Niebiaoskiego Gospodarza…

Rozwiązanie uderzyło we mnie.

- Mamo! – zapłakałam, siadając. To był błąd, bo zaraz potem ból nie do zniesienia eksplodował w mojej głowie.

Delikatne dłonie położyły mnie z powrotem na poduszki i nagle była tam. Mama pochylająca się nade mną, na jej twarzy wyryte były zmartwienie i smugi łez, ale wyglądała tak pięknie, że też chciałam płakać.

- To jest prawdziwe, prawda? – zapytałam, rozglądając się po pokoju. Był mały i ciemnawy, i delikatnie pachniał lasem, jakby cedrowym. Oprócz łóżka i trzcinowego krzesła z oparciem, stojącego obok, było pusto. Jasne, złoto-czerwone światło przedostawało się przez jedno okno, więc wiedziałam, że był wczesny ranek. – To nie jest sen, ani jakiś rodzaj halucynacji związanych ze wstrząsem?

Poczułam ręce mamy, oplatające moje ramiona. Jej usta były ciepłe w odróżnieniu od mojej skroni.

- Jestem tu, skarbie – szepnęła. – Naprawdę tutaj.

I wtedy zaczęłam płakać. Bardzo. Olbrzymim, szarpiącym szlochem, który ranił. Wbrew temu, próbowałam opowiedzieć mamie o wszystkim, co stało się w Thorne, ale wiedziałam, że to nie ma sensu.

Kiedy szloch w końcu ustał, leżałam blisko mamy, biorąc głębokie, roztrzęsione oddechy. Łzy płynęły również po jej twarzy, mocząc czubek mojej głowy.

- Dobra, - powiedziałam w końcu. – Oto, jak wyglądały moje bzdurne wakacje. Twoja kolej.

Mama westchnęła i przytuliła mnie mocniej.

- Och, Soph, - powiedziała bardzo cichym głosem – nawet nie wiem, gdzie zacząć.

- Gdzie jesteśmy? – zapytałam. – To bardzo dobre miejsce, żeby zacząć.

- W domu Brannick.

Wtedy wszystko do mnie wróciło. Izzy i miecz, i Elodie zamieniająca moje ciało w morderczą marionetkę.

Elodie? Zapytałam w myślach. Wciąż tam jesteś?

Ale nie było żadnej odpowiedzi. Byłam teraz sama w mojej głowie. Skoro o tym mowa…

- Co stało się z moją głową?

- Finley – starsza siostra Izzy – wyszła, by jej poszukać. Izzy powiedziała, że zaatakowałaś ją swoimi mocami. Myślałam, że nie możesz już korzystać z magii.

- Nie mogę – powiedziałam. – To… Wytłumaczę to później. Więc czym Finley uderzyła mnie w głowę? Kijem baseballowym? Ciężarówką?

- Latarką – odpowiedziała mama, jej palce delikatnie rozczesywały moje włosy, czułam z tyłu mojej głowy guza wielkości piłki koszykowej.

Milczałyśmy, obie wiedziałyśmy, o co zamierzałam zaraz zapytać: po jaką cholerę moja mama, która spędziła większośd swojego życia, uciekając od Wszystkich Magicznych Rzeczy, spędzała lato z bandą łowców potworów?

Ale coś mi mówiło, że jakakolwiek byłaby jej odpowiedź, byłaby skomplikowana. I prawdopodobnie nieprzyjemna. I jeśli nawet miałabym umrzeć, by się dowiedzieć, co ją tu sprowadziło, możemy do tego wrócić później, najlepiej, gdy mój mózg nie będzie grozić wyrwaniem się z mojej czaszki.

- Było gorąco – powiedziałam. Nie ma mniej nieskomplikowanych i przyjemnych tematów niż pogoda, prawda? – Na zewnątrz. Gdzie dokładnie jest posesja Brannick?

- Tennessee – odpowiedziała mama.

- Dobra, więc… Czekaj, Tennessee? – usiadłam, by spojrzed na mamę. – Użyłam Itineris, by przenieśd się z Anglii tutaj? To taki magiczny portal, - zaczęłam wyjaśniać, ale kiwała, jakby już wiedziała. – Tak czy inaczej, opuściłam Thorne w nocy i dostałam się tutaj w nocy, więc nie mogłam zawędrować tak daleko.

Mama patrzyła na mnie bardzo ostrożnie.

- Sophie, - powiedziała i coś w jej głosie sprawiło, że żołądek mi zlodowaciał. – Thorne Abbey spłonęło blisko trzy tygodnie temu.

Gapiłam się na nią.

- To niemożliwe. Byłam tam. Byłam tam ostatniej nocy.

Potrząsając głową, mama nachyliła się do mnie i cmoknęła mnie w policzek.

- Kochanie, minęło siedemnaście dni, od kiedy dowiedzieliśmy się, co stało się w Thorne. Myślałam… - jej głos się złamał. – Myślałam, że zostałaś schwytana, albo zamordowana. Kiedy Finley przyniosła cię dziś w nocy, to było jak cud.

Miałam mętlik w głowie.

Siedemnaście dni.

Pamiętam wejście do Itineris, pamiętałam miażdżenie, martwą czerń. Ale czułam to tylko przez chwilę, albo dwie, zanim znalazłam się w lesie, leżąc na plecach. Jak siedemnaście dni minęło w ciągu kilku uderzeń serca?

Wtedy dotarła do mnie kolejna myśl.

- Skoro Thorne spłonęło tak dawno, to musiałaś coś słyszeć o tacie. Albo Calu, albo paniach Casnoff.

- Wszyscy zginęli – powiedział głos z drugiej strony pokoju.

Obróciłam głowę, krzywiąc się przy tym. Kobieta opierała się o futrynę, trzymając parujący kubek. Miała na sobie jeansy i zwykłą, czarną koszulkę i rude włosy, ciemniejsze niż u Izzy, opadały na jej ramię w długim warkoczu.

- Zniknęli z powierzchni ziemi – kontynuowała, przemieszczając się po pokoju. Czułam, jak obok mnie mama sztywnieje. – James Atherton, czarodziej, inny czarodziej, te czarownice Casnoff i ich demoniczne zwierzątka. Myśleliśmy, że zaginęłaś razem z nimi, dopóki nie pojawiłaś się, próbując zabić moją córkę.

Zgadywałam, że ta wredna kobieta, to Aislinn Brannick. Wciąż mając ją stojącą przede mną sprawiło, że moja szczęka opadła gdzieś w dół do moich kolan. Oczyściła gardło.

- W samoobronie, ona pierwsza wyciągnęła nóż – powiedziałam.

Ku mojemu zdziwieniu, Aislinn wydała pordzewiały dźwięk, który mógł byd chichotem. Wręczyła mi kubek.

- Wypij to.

- Um, co do tego, nie – odpowiedziałam, wpatrując się w ciemnozieloną zawartość. Czymkolwiek ta ciecz była, pachniała jak sosny i błoto, i wiedząc, że ta kobieta była matką Izzy, wywnioskowałam, że to było okropne.

Ale Aislinn tylko wzruszyła ramionami.

- Więc nie pij. To nie moja sprawa, że będzie cię boleć głowa.

- Jest w porządku – powiedziała mama, nie odrywając oczu od Aislinn. – Dopilnuję, żebyś poczuła się lepiej.

- Przez uśmiercenie mnie? – zapytałam. – To znaczy, wiem, że możesz sprawić, że ból głowy przejdzie, ale to część efektów ubocznych.

- Sophie – szepnęła mama ostrzegawczym tonem.

Ale Aislinn spojrzała na mnie przenikliwie, z drobnym uśmieszkiem igrającym jej na ustach.

- Ma niewyparzony język, na pewno – powiedziała. Jej oczy przesunęły się na mamę. – Musi mieć to po nim. Ty zawsze byłaś cicho.

Spojrzałam na mamę, zmieszana, ale ona wciąż przyglądała się Aislinn Brannick, jej twarz pobladła.

- Potrzebujemy was na dole za pięć minut – powiedziała Aislinn, podchodząc, by stanąć przy nogach łóżka. – Spotkanie rodzinne.

Wzięłam bardzo niezdecydowany łyk z parującego kubka. Smakowało jeszcze gorzej, niż pachniało, ale zaraz jak spłynęło w dół mojego gardła, poczułam, jak ból w mojej czaszce zaczyna ustępować. Zamykając oczy, oparłam się z powrotem o zagłówek.

- Po co nas tam potrzebujecie? – zapytałam. – Nie możecie po prostu… Brannickować bez nas?

Pokój pogrążył się w niezręcznej ciszy i kiedy otworzyłam oczy, mama i Aislinn patrzyły na siebie nawzajem.

- Nie wie? – zapytała w koocu Aislinn, mieszanina strachu i złości wyrosła w mojej klatce piersiowej. Nie chciałam się z tym pogodzić. Nie chciałam, nie jeszcze.

Ale wtedy mama się do mnie obróciła, wiedziałam, widziałam strach i smutek na jej twarzy, w sposobie, w jaki trzymała koc. I wiedziałam, czy chciałam temu stawić czoło, czy nie, że był bardzo prosty powód, dla którego tu była.

Mimo to, słyszałam, jak pytam:

- Mamo?

Ale to Aislinn odpowiedziała.

- Twoja matka jest Brannick, Sophia. Co sprawia, że jesteś jedną z nas.

Continue Reading

You'll Also Like

590K 8.6K 6
❝ I złodzieje chodzą czasem w aureoli. Wcale nie kradzionej ❞
1.6M 82.5K 27
Maski już opadły... ____________ © Pizgacz, 2016-2017
20.7K 2.5K 49
Że niestety znasz mnie Wiesz dlaczego dzwonię, co noc Choć możesz to odbierać jak chcesz To obydwoje wiemy, że to Niewiele więcej niż seks Wiem za ko...
1.7M 1.7K 6
''Zakaz tylko zwiększa pragnienie'' ☢ SCENY EROTYCZNE
Wattpad App - Unlock exclusive features