*Sam jest archaniołem,Gabriel jest człowiekiem*
Sam's P.O.V.
Jako Anioł zawsze trzymałem się na uboczu. Lubiłem rozmyślać, marzyć i fantazjować, byleby nie żyć rzeczywistością. Jako Archanioł powinienem być pełny życia, ale zawsze doskwierała mi samotność, czułem pustkę w środku, która powiększała się z każdym dniem coraz bardziej.
Wszyscy wokół mnie wciąż rozmawiali o nowym dziele Boga.
Ceniłem to i po dowiedzeniu się podstawowych informacji o tych stworzeniach zostawiłem temat. Nie miałem nic oczywiście do samego Boga,ale po prostu nie interesowały mnie one specjalnie.
Była jedynie jedna rzecz, którą u nich kochałem,a mianowicie kreatywność. Wydane przez nich książki były wspaniałym zabijaczem czasu, którego tu u góry miałem aż nadto. Inni Archaniołowie uważali mnie za dziwaka przez to, iż tak wielbiłem ich dzieła, znałem wszystkie tytuły i ciekawostki z Ziemii, choć bywałem na niej tylko,gdy było to potrzebne.
Zdążyłem już jednak przywyknąć do bycia tym "innym" .Moi bracia nigdy mnie nie akceptowali i nie oczekiwałem już po nich tego. Zdawać by się mogło, że jesteśmy przecież w niebie, miejscu idealnym i pełnym spokoju oraz zgody, a czasem wydawało mi się, iż żyjemy na ciągłym polu walki między sobą. Byłem tu wyśmiewany praktycznie za wszystko: ubiór,gust, charakter,czy po prostu niewyróżnianie się.
Moje dni mijały, więc na czytaniu książek, szczególnie tych niedocenianych.
Po jednym z takich dni zostałem wezwany przez Boga do misji. Nakazał mi pilnować braci Novak. Dowiedziałem się jedynie, że posiada on dla nich wielką misje, a ja mam utrzymać im bezpieczeństwo. Zamurowało mnie. Dlaczego powierzał mnie do takich zadań? Nie miałem pojęcia o ludzkości, ani tym bardziej o ich zasadach bezpieczeństwa. Czy w ogóle mnie zaakceptują?
Gdy zszedłem na Ziemię ujrzałem jednego z nich kradnącego właśnie paczkę żelek ze sklepu.
Czy naprawdę Bóg miał zamiar powierzyć im ważną misję? Może pomyliłem osoby? Zresztą jak mam tam podejść? "Siemka, jestem Archaniołem, wasze życie to żart,a ja mam zapewnić żebyście nie umarli, bo kiedyś będziecie kimś." Tak zdecydowanie zachęcające.
W głębi serca poczułem mały ucisk. Przynajmniej oni mieli mimo wszystko przed sobą jakąś przyszłość,a ja? Po tym zadaniu znowu wrócę do książek i bycia nikim.
Wszedłem w ciało pewnego bardzo religijnego człowieka o brązowych włosach i ruszyłem w stronę budynku braci, po drodze wymyślając jak mam zacząć naszą świetną rozmowę. Zauważyłem, że moje ciało zaczęło sie trząść. Sam, jesteś Archaniołem, a boisz się zwykłej gadki z jakimiś kmiotami z ulicy? Błagam Cię!
Tak zdecydowanie wewnętrzna rozmowa dużo mi da. Bardzo dojrzałe.
Zapukałem do drzwi małego motelu na skraju miasta. Dlaczego właściwie pukałem? Mogłem rozwalić je jednym pstryknięciem palca,cale jakaś wewnętrzna mentalność mi zabraniała. Cholerni ludzie. Jak oni z tym wytrzymywali?
Ujrzałem uchylające się drzwi.
-A ty to kto? -uslyszałem głos chłopaka z paczką żelków.
-Przychodzę w pokoju.-zacząłem.
Brawo Sam, bo to przecież nie jest logiczne.
-Mhm.-odparł krótko wciąż żując słodycze.- coś jeszcze?
-Jestem Sam.- poczułem jak coś ściska mój żołądek od środka. - Będę zapewniał wam bezpieczeństwo.
Oczy mężczyzny rozszerzyły się zanim wybuchnął wielkim śmiechem.
-A ty co? Z opieki społecznej? Naprawdę,kim jesteś?
No jasne, Sam. To raczej nie zbyt normalne żeby losowy gościu mówił takie rzeczy. Dobra, uspokój się. Wdech,wydech,wydech. Cholera, jak to szło?
-Jestem Archaniołem.- wydukałem ledwo słyszalnie.
Chłopak zakrztusił się swoim żelkiem. Bałem się, że znów zacznie mnie wyśmiewać. Nie wiem dlaczego tak się tym przejmowałem.
-Kim?
-Archaniołem Bożym. Jesteście stworzeni do wielkiej misji.
-Nie wyglądasz za bardzo na pierzastego przyjaciela, który chciałby skopać mi dupsko.- zaśmiał się lekko.
Jego śmiech był cholernie słodki. Tak tylko mówię.
Nie wiedziałem co mam zrobić. Ujawniłem na sekundę swe potężne, złote skrzydła,a źrenice mężczyzny rozszerzyły się niemiłosiernie.
-Wow.
Poczułem rozlewające się po moim ciele ciepło. Czy mu się podobały? Nikt nigdy nie był nimi zainteresowany.
Sam, ogarnij się. To zwykły człowiek,jasne ze imponują mu byle jakie skrzydła.
-Mogę wejść? -spytałem chowając moje skrzydła niepewnie.
-Jasne.- uśmiechnął się lekko nadal w szoku.
Wyglądał jakby nic go nie miało już zdziwić w życiu. Nie wiem czego się zresztą spodziewałem, oklasków?
Nie byłem tak pewny i zdecydowany jak Michał,czy inni Archaniołowie. Byłem po prostu niedoskonały.
Z pokoju obok wyłoniła się postać drugiego z braci zaczytanego w jednej z książek. Może nie są tacy źli? Chociaż jeden temat z głowy.
-A to kto?- zapytał spoglądając na mnie znad kartek.
-Jestem Archaniołem Bożym.- stwierdziłem ponowanie.
Wzrok chłopaka przeszywał mnie niczym X-Ray.
-Nasz prywatny ochroniarz.-powiedział drugi chłopak z zadowoleniem w głosie.
-Jesteście stworzeni do wielkiej misji i..
-Poradzimy sobie.-urwał mi ciągle patrząc w moje tęczówki.
-Nie przejmuj się Cas'em, Sam.- powiedział drugi z braci.
Castiel posłał mi ostrzegawcze spojrzanie i wrócił do pomieszczenia.
-Jestem Gabriel.-zaczął chłopak siadając na kanapie i wskazując miejsce obok siebie.
-Sam.
-Wiem, mówiłeś.- uśmiechnął się ciepło,jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Zaczerwieniłem się lekko.
-Chcesz coś do picia? -zapytał wyrzucając do śmieci paczkę po skradzionych żelkach.
-Anioły nie potrzebują nawadniania się.
-No dobra.-wzruszył ramionami.
W jakimś stopniu byłem nim zafascynowany. Tak zwykły,tak zmienny i tak piękny na swój własny sposób.
-Dlaczego je ukradłeś? - zapytałem.
Gabriel spojrzał na mnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
-Żelki.-dodałem.
-Śledziłeś mnie?
Poczułem jak moje policzki się czerwienią,niczym dziecko przyłapane na gorącym uczynku.
-To nie tak.
-Dobra, już się nie tłumacz.- zaśmiał się.- słabo z kasą, a każdy czasem potrzebuje osłodzić sobie życie.
Nie do końca rozumiałem co ma na myśli,ale skinąłem lekko głową.
-Więc będziesz nas bronił? -spytał.
-Będę się starał.
-To czuj się jak w domu.- stwierdził posyłając mi znów ten uśmiech, który tworzył z mojego mózgu marmoladę.
Ten chłopak będzie moją śmiecią.
Rok później
-Samsquatch, podasz mi kawę ze stołu?- usłyszałem głos chłopaka za komputerem.
Castiel spojrzał na niego znużony. Wciąż mnie nie tolerował,ale dawaliśmy jakoś radę.
-Ile razy mam Ci powtarzać, że nie jestem twoim służącym?
-Sammy, no proszę.- próbował zrobić słodką minę, choć wyglądał jakby nie mógł znaleźć toalety od tygodnia.
-Weź ją sobie sam.- odmówiłem stanowczo i zamknąłem drzwi od swojego pokoju.
W ostatnich miesiącach uświadomiłem sobie własną miłość do tego mężczyzny i nie mogłem pozwolić na rozwój tego uczucia. Każdego dnia byliśmy coraz bliżej ze sobą, uwielbiam każdą chwilę z nią, ale jestem cholernym Archaniołem. Mam ich bronić,a nie chodzić z nimi.
Próbowałem się odizolować od paru dni i ograniczać się do pojedynczych rozmów.
-Sam,co z Tobą?- Gabriel zapytał z troską w głowie wchodząc do mojego pokoju.
Mimo swojego wybuchowego charakteru zawsze potrafił mnie zrozumieć i wysłuchać,ale nie mogłem mu tego powiedzieć.
Słuchaj jestem Aniołem, który miał Cię pilnować,ale się zakochałem, więc uciekam od prawdy jak dziecko? Raczej nie przejdzie.
-Nic mi nie jest, po prostu mam zły dzień,a ty musisz zacząć myśleć za siebie. Za dużo sobie pozwalasz.
-Sam, posłuchaj przepraszam, nie chciałem Cię urazić. Powiedz mi co się dzieje. Zły dzien trwa już dwa tygodnie.
-Dość. Nie powinno Cię to interesować. - stwierdziłem i skierowałem swe kroki ku wyjściu z motelowego pokoju.
Zimne,nocne powietrze uderzyło w moją twarz razem z rzeczywistością. Wiedziałem, że byłem dla niego zbyt surowy, ale bałem się. Bałem się, że to zniszczy to co już powstało między nami, zresztą Bóg nigdy by mi nie wybaczył czegoś takiego.
Szedłem pustą alejką zastanawiając się o czym teraz myśli Gabriel? Może ma dość moich humorków? Może mnie znienawidzi? Nie umiałem zmierzyć się z tym wszystkim. Uczucia? Emocje? To wszystko było dla mnie nowe i niezrozumiałe. W żadnej książce nie pisało jak przerwać to uczucia i to mnie martwiło. Miliony lat,a oni nadal nie doszli do takich podstaw?
Nagle lampa przydrożna obok mnie zaczęła mrugać,a to nigdy nie wróżyło nic dobrego.
Nagle usłyszałem za sobą głos wołającego mnie Gabriela. Musiał wybrać najgorszy moment. Pokryjomu wyłoniłem spod rękawa swoje anielskie ostrze i odwróciłem się powoli w stronę chlopaka , chowając je w kieszeni.
-Sam, naprawdę , proszę porozmawiajmy.
-Nie mamy o czym.
-Lubie Cię.-powiedział szybko na jednym wydechu.
Moje serce stanęło. Co to miało znaczyć? Jako przyjaciela? Skąd te nagłe wyznanie? Czy on coś podejrzewa?
-Nie rozumiem.-stwierdziłem drżącym głosem.
-Odkąd Cię poznałem wiedziałem, że źle się to skończy. Ukrywałem to przed samym sobą, ale teraz wiem , że nie mam się czego bać. Sammy, Kocham Cię i mam gdzieś czy to jest złe,czy dobre.-wyczułem strach i niepewność w jego głosie.
Dlaczego to mówił? Czy żartował ze mnie?
-Dlaczego mi to mówisz?
W jego oczach ujrzałem ból. Nie mogłem mu wyznać swoich uczuć. Zostałbym wyrzucony z nieba. Bałem się. To się działo za szybko.
-Ja..-zaczął.
-Sam.-usłyszałem za sobą głos jednego z moich braci.
Szybko odwróciłem się chwytając swoje ostrze.
-Michał.
-Złamałeś zasady Niebios. Wiesz, że czeka Cię kara. -Michał wyciągnął swoje ostrze i zaczął kierować się w naszym kierunku.
-Przecież jeszcze nic nie zrobiłem.
-No właśnie, Sam. Jeszcze jest wystarczające. Nie możemy do tego dopuścić.
-Sam, o czym on mówi?- wyczułem zawachanie w głosie Gabe'a.
-Zostałeś wysłany do zapewnienia im bezpieczeństwa, a dałeś się oprzeć pokusie. Bóg dał Ci szansę, którą zmarnowałeś.
Wiedziałem co się szykuję i podjąłem najbardziej spontaniczny i bezmyślny ruch jaki mogłem.
-Gabriel. Nie zadawaj pytań.-rozkazałem.
Rozciąłem szybko swoje gardło w odpowiednim miejscu i pomimo bólu sprawnie wydobyłem swą łaskę do małej buteleczki, a później przekazałem ją Gabe'owi.
-Uciekaj. Wypij to.-Gabriel popatrzył na mnie zaskoczony.- To Cię uratuję.
Michał nie czekając ani sekundy wbił ostrze w moje serce. Bez łaski byłem tylko człowiekiem. Poczułem ból rozpływający się ponownie po moim ciele. Tak, więc miałem zginąć. Ostatnie co usłyszałem to szybkie kroki Gabriela i otwieranie małej buteleczki. Nastała ciemność.
Gabriel's P.O.V.
Biegłem przed siebie z małym naczyniem w ręku. Dlaczego on rozciął swoje gardło? O co w tym wszystkim chodziło? Jedno co wiem to , że moment wybrali nienajlepszy.
Postanowiłem mu zaufać,skoro już się i tak dla mnie wystarczająco poświęcił.
Gdy tylko wypiłem zawartość buteleczki poczułem rozlewające się ciepło i siłę. Pomimo tego wszystkiego wciąż w głowie odtwarzałem jego słowa. Czy on mnie odrzucił? Właściwie czego mogłem się spodziewać po Archaniele. Byłem tylko zwykłym prochem w popiole.
Urwałem bieg, by oglądnąć się za siebie,lecz nim zdążyłem to zrobić poczułem ostrze przebijające się przez moją klatkę piersiową. Nastał mój koniec.
Obudził mnie błysk światła. Powoli rozejrzałem się po białym pokoju pełnym obcych mi ludzi. Dostrzegłem w nich mojego brata, lecz byłem zbyt otumaniony,by do niego dotrzeć.
-Gdzie ja jestem?-wydukałem.
-Jesteś teraz jednym z nas.-usłyszałem głos kobiety, który zaraz zastąpił potężny, męski ton:
-Witaj w Niebie.
Po chwili zaskoczenia podniosłem się do pozycji siedzącej i zawołałem mojego brata.
-Co tu się dzieje,Cas?
-Jesteśmy Aniołami.
-Przecież ty jesteś niewierzący!
-Od jakichś dwudziestu minut nie bardzo.
-Chwila, gdzie jest Sam?-spytałem.
Mój brat popatrzył na mnie zaskoczony.
-W tej chwili myślisz właśnie o nim?
-Gdzie on jest?-powtórzyłem.
Nagle usłyszałem przerażający głos zza pleców:
-Sam Winchester jest człowiekiem.
Musiałem go znaleźć.