metanoia

By iPanicked

221 34 34

Moja przygoda ze zmianami w życiu, z którego chcę być zadowolona. Moja metanoia. More

pokochać siebie

221 34 34
By iPanicked

Te same myśli krążyły mi po głowie od początku tego roku. Nie potrafiłam się ich pozbyć, nieważne jak bardzo próbowałam to zrobić, czy czego próbowałam, żeby to zrobić.

I choć wydaje się, że dwa miesiące tych natrętnych, okropnych myśli to całkiem niedługo, dla mnie każdy następny dzień czy nawet godzina stała się nie do zniesienia.

Zdałam sobie ostatnio sprawę, że wszystkie te uczucia towarzyszą mi nie od dwóch miesięcy, a tak naprawdę od prawie trzech lat. Teraz jednak znacznie się nasiliły i boleśnie dały znać o swojej obecności.

Dlatego piszę w końcu te słowa, od tak dawna istniejące w mojej głowie, by chociaż w ten sposób się ich pozbyć. Robię to długo, powoli i nieporadnie. Składam ze sobą wszystkie te litery, nie do końca wierząc, że ostatecznie będą miały jakikolwiek sens.

Zaczynam się zastanawiać. Do kogo właściwie je kieruję? Ostatecznie to tylko kolejna rzecz, której najzwyczajniej w świecie nie wiem. Nie potrafię sobie na to odpowiedzieć, szukanie odpowiedzi jest dla mnie zbyt dużym wysiłkiem. Uświadomiłam sobie, że teraz tego właśnie potrzebuję. Żeby moje rany w końcu mogły się zagoić, a ból odszedł.

Niech on już odejdzie.

Chcę to komuś po prostu przekazać, nie potrzebuję żadnej reakcji. Piszę, bo list bez odpowiedzi wciąż będzie listem. Nie straci na wartości tylko dlatego, że nie dotarł do adresata. Inaczej niż w rozmowie.

Chciałabym móc opowiedzieć o tym komuś, komu ufam, kogo mam obok siebie. Wiem jednak, że nigdy nie uzyskam tej odpowiedzi, na którą bym liczyła. Mam dookoła siebie tyle osób, które bardzo kocham, ale jedna rzecz nigdy nie da mi spokoju. Mogę się oszukiwać, ile tylko zechcę, ale żadna z tych osób nie jest mną i choćby nie wiem co, nie ukoi moich ran tak, jak mogę zrobić to ja.

Muszę tylko wiedzieć jak.

To nie tak, że jestem sama. Jestem samotna. Mam swoich przyjaciół, tych najlepszych. Z niektórymi jestem bardzo blisko, choć dzielą nas kilometry. Z niektórymi jest wręcz odwrotnie. Jesteśmy fizycznie tak blisko siebie, jak na wyciągnięcie ręki. Ale jedno nie docenia obecności tego drugiego. Zazwyczaj tak jest, że docenia się tylko rzeczy, których się nie ma lub takie, które się miało, ale z czasem się je utraciło. To jedna z myśli, która męczy mnie najbardziej.

Czy naprawdę nikt tego nie widzi?

Z biegiem lat poznałam wiele cudownych osób, których obecność, tę bardziej czy mniej odczuwalną, naprawdę sobie cenię. Jednak nie mogę wiecznie od tego uciekać i muszę w końcu do czegoś się przed sobą przyznać. Czasem czuję, jakby oni w ogóle nie istnieli. Widzę ich, ale oni nie dostrzegają mnie. Mówię do nich, ale oni mnie nie słuchają. Wołam do nich o pomoc, o wsparcie, o jakąkolwiek wzajemność z ich strony, ale oni mnie nie słyszą. Jakby znikali w tych najtrudniejszych dla mnie momentach, a to chyba najgorsze możliwe uczucie.

Osamotnienie w swoich problemach, głupich myślach czy duszących czterech ścianach własnego pokoju, w którym się zamyka. Naprawdę potrzebuję kogoś, kto pomoże mi się z tego wyrwać. Kto pomoże mi to wszystko uleczyć, wziąć się w garść i zacząć myśleć jak zdrowy człowiek, który ma jakiekolwiek pojęcie o szczęściu.

Potrzebuję swoich przyjaciół.

Kiedy siedzę obok niej i wpatruję się w jej zamyślone oczy, przypływa do mnie to samo pytanie. O czym myśli? Czy może raczej, czy kiedykolwiek myślała o tym samym, co ja? Jesteśmy do siebie tak podobne pod tyloma względami, że czasem nawet mnie to przeraża. A ja zastanawiam się, czy ona też to zauważa. Nie zapytam jej wprost, bo na taką odwagę mnie nie stać. Nie potrafię powiedzieć, jakie słowa mogłyby ją zranić.

Nie potrafię powiedzieć, jakie słowa mogłyby zranić moją najlepszą przyjaciółkę.

To też mnie boli. Tyle mam jej do powiedzenia, tyle do przekazania. Ale boję się to zrobić, bo nie mam pojęcia, czy ona chce cokolwiek z tych rzeczy wiedzieć. Czy nie palnę głupoty, czy nie doprowadzę jej tą głupotą do płaczu albo do morderstwa z premedytacją. Brzmi to dość zabawnie, ale tak właśnie jest. Tak wygląda moja definicja przyjaźni, której nauczyłam się z czasem.

Być tu dla kogoś, niezależnie od tego, czy on będzie w stanie być tu dla ciebie.

Jest moją najlepszą przyjaciółką i czasem myślę, że jest jedynym, kogo mam blisko. Nie tylko fizycznie. Ona jest dla mnie teraz całym światem i może nie zdawać sobie z tego sprawy, ale często jest jedynym, co trzyma mnie przy życiu. Czy choć raz pomyślała o mnie podobnie? Nie wiem. Nigdy nie będę w stanie jej o to zapytać. Nie potrafię jej tego powiedzieć, a sama myśl o tym, że może to teraz czytać, wprowadza mnie w stan co najmniej niepokojący.

Ale później wszystko będzie dobrze.

Właśnie tymi prostymi słowami motywuje mnie do podniesienia się z łóżka, zjedzenia głupiej kanapki czy do pójścia do tej przeklętej szkoły na jeszcze bardziej przeklęty sprawdzian, na który nic nie umiem. Bo przecież wszystko będzie dobrze, a my damy radę. Bo jak nie my, to kto? Ona o tym nie wie, a ja nie mam pewności, czy kiedykolwiek się o tym dowie, ale oddycham dla niej.

Chciałabym oddychać dla siebie.

Mam swoje plany i marzenia, o których dopiero niedawno zdobyłam się powiedzieć mamie, a niecałą godzinę temu po raz pierwszy przyznałam się do tego swojemu tacie. Przyznałam się przed samą sobą, że jednak mam jakieś marzenie. Pomysł na siebie, który chciałabym wykorzystać. Ale od trzech lat to do mnie wraca. Te krzywdzące, straszne słowa. Kieruję je zawsze w tylko jedną stronę. Do siebie.

Nie potrafię skrzywdzić drugiej osoby tak bardzo, jak krzywdzę siebie.

Nigdy nie osiągnę perfekcji, nieważne jak bardzo bym się starała. Nie istnieje coś takiego jak czysta perfekcja. Coś, co dla kogoś może być wszystkim, dla mnie jest niczym. Nie potrafię normalnie żyć, nie potrafię zdrowo żyć, nie potrafię żyć. Czuję, że nigdy mi się to nie uda przez mój chory perfekcjonizm, który staram się zwalczać w najgorszy możliwy sposób. Olewaniem wszystkiego dookoła.

Mama jest na mnie zła?
Nie szkodzi. Nie ma rodzin bez kłótni.
Nie dotrzymałam obietnicy?
Nie szkodzi. Nie każdy jest idealny.
Moje oceny znowu spadają?
Nie szkodzi. Oceny to nie wszystko.

Wtedy zaczynam nienawidzić się za swoje lenistwo.

Za każdym kolejnym razem, gdy nie poznaję samej siebie i popadam ze skrajności w skrajność, doskonale wiem, że szkodzi. Nie tylko mi, ale przede wszystkim tym, których kocham i których skazuję na patrzenie na to wszystko. Jak beznadziejna i bezwartościowa jestem. Jak nie potrafię niczego kontrolować. Swojego dążenia do perfekcji, paradoksalnego lenistwa czy nawet własnej wagi.

Złudne uczucie kontroli pochłonęło mnie całkowicie.

Mam przyjaciół. Niejednemu o tym mówiłam. Może i słuchał, ale nie słyszał. Nic nie słyszał. Ja naprawdę nie potrzebowałam wiele. Przytulenia, słów pocieszenia, wsparcia. Poczucia, że ktoś jednak rozumie. Że ktoś mnie z tego wyrwie. Wstyd mi, ale nie mogę powiedzieć własnej przyjaciółce, że zwykłe kiwnięcie głową i szybka zmiana tematu to jednak za mało, bym przestała płakać. Czasem mam tylko nadzieję, że ktoś to w końcu dostrzeże i odda mi trochę tej uwagi, którą mu poświęcam. Pragnę tej wzajemności. Prostych słów.

Dziękuję, że jesteś.
Jestem tu dla ciebie.
Możesz na mnie liczyć.
Nie musisz się bać.
Wszystko będzie dobrze.
Kocham cię.

Nawet jeśli to nie do końca prawda, bardzo chciałabym usłyszeć choć jedno z tych zdań od swoich najbliższych przyjaciół. Po raz pierwszy tak rozpaczliwie chciałabym zostać okłamana. Kolejna przykra dla mnie myśl. Ludzie znikają i pojawiają się, gdy tylko chcą. Nie ma ich, gdy najbardziej ich potrzebuję, a kiedy już przyjdzie ten czas, w którym lubię pobyć sama i pozbierać własne myśli, zjawiają się wszyscy. Nie wiem już, czy rzeczywiście tak jest, czy tylko wymyślam sobie dodatkowe problemy. To jednak moje uczucia, a przed nimi nie mogę się już chować.

Czuję się przytłoczona.

Kocham tyle osób i chciałabym im wszystkim pomóc. Przytulić jak najmocniej, gdy tego potrzebują. Pocieszyć dobrym słowem, rozbawić, śmiać się i płakać razem z nimi. Ale chwilami jest tego za dużo. Konieczność utrzymywania kontaktu z tak wieloma osobami naraz zwyczajnie mnie przerasta, a ja w konsekwencji coraz bardziej zamykam się na świat. Wyłączam powiadomienia, zasłaniam rolety i zakopuję się pod kołdrą. Tam mnie przecież nie znajdą. Uciekam od nich wszystkich, bo sama nie wiem, jak wyglądają nasze relacje. Bardzo smuci mnie fakt, że tyle osób ma zupełnie inne pojęcie o tym, czym jest przyjaźń. Przyjaciel to nie ktoś, z kim najwięcej się spotykasz. Przyjaciel to ktoś, z kim możesz dobrze się bawić, niezależnie od tego, jak dawno rozmawialiście.

Potrzebuję, żeby ktoś potrzebował mnie tak, jak ja potrzebuję jego.

Nie kocham samej siebie. Patrzę w lustro i jedyne, co potrafię zrobić, to porównywać się do innych. Marzenia odstawiam na przyszłość, jakbym teraz wcale nie żyła. Jak skończę szkołę, uwolnię się od presji. Jak schudnę, w końcu będę ładna. Jak skończę studia, będę robić to, co kocham. Dopiero wtedy będę szczęśliwa. Tak przynajmniej myślałam. Tak mi się wydawało. Ale to nieprawda. To największe kłamstwo, jakie wmawiałam sobie od trzech lat. Dlaczego nie mogę być szczęśliwa tu i teraz? Dlaczego nie mogę przestać żyć marzeniami, zacząć żyć naprawdę i w końcu coś w kierunku tych marzeń zrobić? Nic nie stoi mi na przeszkodzie. Oprócz tej jednej, najważniejszej ze wszystkich rzeczy. Żeby kochać, ale kochać naprawdę. Całą sobą, bez żadnych ograniczeń czy wątpliwości.

Muszę pokochać samą siebie.

Najbardziej w życiu cenię ludzi. Pragnę ich miłości i uwagi, chociaż nawet bez tego, bezwarunkowo, jestem w stanie dać im to samo. Ale nigdy nie nauczę się, jak to jest naprawdę, jeśli codziennie będę myślała tylko o rzeczach złych. Nie poznam tego uczucia, nie skończę szkoły, nie pójdę na studia, nigdy się stąd nie wyrwę i nie zacznę żyć naprawdę, jeśli umrę. Nie często myślałam o samobójstwie, a przynajmniej nie bezpośrednio. Patrzyłam na tych wszystkich ludzi dookoła i zastanawiałam się.

Jak oni sobie z tym wszystkim radzą?

Czułam, że zwyczajnie do nich nie pasuję, a życie, co nieco brutalne, po prostu nie było na moje barki. Nie potrafiłam go znieść. Nie sama. Nim się obejrzałam, minęły trzy lata, a do mnie w końcu dotarło.

Nigdy nie chciałam umrzeć, a swoje rany przemienić chciałabym w kwiaty. Każdemu, kto pomógłby mi o nie zadbać, odwdzięczyłabym się miłością nieskończenie wielką. Taką, jakiej potrzebuję dla samej siebie.

26/02/2018

Continue Reading

You'll Also Like

2.1K 70 82
2 część 26-letnia aspirant sztabowy Natalia Mróz z dwuletnim stażem oraz Nowy 27-letni aspirant sztabowy Marek Korwicki z trzyletnim stażem w komen...
1.3M 35.9K 43
~Zaczął siać w moim życiu zamieszanie. Raz byliśmy jak przyjaciele, raz jak wrogowie. Lecz coś nas do siebie przyciągało.~♡♡♡ Fragment z książki: -M...
40K 1.2K 55
Talks
27.5K 559 88
* chuyển ver một đích phi lợi nhuận và chưa được sự đồng ý của tác giả có yêu cầu mình sẽ xóa, mn đừng rcm và thả sao nhá* Tác phẩm: Chim sẻ nhà Nhị...
Wattpad App - Unlock exclusive features