PS 19 - Szumski Jerzy - Pan Samochodzik I Złoto Inków t.2(z txt)
TOM II
NIEDZICA
OFICYNA WYDAWNICZA WARMIA
WSTĘP
Ja, Wacław Benesz de Berzeviczy, Baro de Dondangen, przysięgam wobec Męki Pańskiej,
Prześwietnej Rady Emisariuszy Inków i Jaśnie Oświeconego Strya mego Sebastyana, uczynionych
dzisiaj uchwał ostatnich Prześwietnej Rady być kuratorem i rzetelnym wykonawcą. W
szczególności obliguję:
Primo: Antonia Inkasa legitime Wnuka J.O. Strya mego Sebastyana, sierotę jedną wiosnę liczącą,
dla uchowania go jak i edukacji przystojnej za swego wraz z małżonką mą przyjąć, takoż do ksiąg
wpisać, jakoż nazwisko nasze, tytuł i splendor rodu ma dać, by tem pewnej pochodzenie
rzeczonego Antonia zakryć, a od pościgu i prześladowców uchronić. Takoż obliguję się wydać
rzeczonego Antonia na każde wezwanie Prześwietnej Rady Inków albo Dziada Jego J.O.
Sebastyana, uczynione mi koncesye sobie, jak przyrzeczono, zachowując.
Secundo: Za obowiązek sobie biorę, gdyby żadne poselstwo rzeczonego Antonia Inkasa nie
odebrało, a ten do swych leciech pełnych szczęśliwie doszedł, wszystko o krwie i pochodzeniu jego
objaśnić, należny mu testament bez żadnej opieszałości wyłożyć. Szczególnie obliguję się
zamysłem i życzeniem Prześwietnej Rady Antoniowi Inkasowi wiernie wyjawić powierzoną mi w
owym jedynie celu tajemnicę testamentu Inkasów, jako z trzech wieków i części złączonego. A to
jako manu propria dla pamięci a konfirmacyj pod dyktat zapisuję. Pierwszej od Inkasa Tupaka
Amaru w Titicaca, dalej za sprawę Jego Pradziada pod Vigo zatopionej i ultimo przez Prześwietną
Radę Emisariuszy Inków złożonych tu sum. I tem w razie dojścia do lecieć pełnych rzeczonego
Antonia tak się obliguję to przedłożyć, by go częścią tajemnicy, a wielką i słuszną sperandą całości
tem łacniej dla testament odczytania a spadku odzyskania do ojczyzny jego zawieźć. Takoż gdy
jechać będzie miał wolę, za obowiązek biorę spod władzy opiekuńczej uwolnić, do drogi
dopomódz, jakoż ją wskazać i expens przystojny dać, a ostrożność o życie i testament
bezpieczeństwo zlecić.
Tertio: W razie, co Boże chroń, śmierci Antonia testamentu nie naruszać, tajemnicy wiernie
dochować, a na poselstwo stosowne czekać.
Quarto: Wolę Prześwietnej Rady szanując, wręczony mi testament jako największą mieć relikwię, a
w pierwszym czasie sposobnym, statim, bez żadnego przetrzymywania, w miejscu z Prześwietną
Radą upatrzonym, pod ostatnim stopniem pierwszej bram górnego zamku, a nie kędyś indziej,
manu propria ukryć, tajemnicy jak świętości strzec i nawet samemu Inkasowi Antoniowi tylko
wzwyż wymienionych okazji jego leciech pełnych zdać, a poszukiwań żadnych na własną rękę nie
czynić.
Quinto: Grób Uminy, Sebastianowej córki a Antonia matki, pod basztą kapliczną w czujnej mieć
opiece, wystawienie epitaphium do stosowniejszych dni zachowując.
Sexto: Na czas absencyi Strya mego Sebastytana obliguję się mieć na ostrożnej uwadze, umówiony
i przyrzeczony przez PanówHorwathów Paloczyaów w zamian za wypożyczone im sumy, zwrot
ongi bezprawnie rodzinie naszej odebranego gniazda naszego, zamku Dunajecz, któren to zamek
my Sebastyan i Wacław Berzevicze, jako synów nie posiadający, deklarujemy z krwi naszej
pochodzącemu Inkasowi Antoniowi na azyl bezpieczny, a akademiję uciekinierom i wygnańcom z
Jego ziemi i rodu zapisać.
Septimo: Takiż dokument drugi, spisany w lingua kiczua podpisać i takoż dotrzymać, a zawierzony
mi egzemplarz z największą troską i ostrożnością, a nie w domu zachowywać.
Zaprzysiężony wobec wzwyż wymienionych
Anno Domini 1797 die 21 Juni
w kaplicy na zamku Dunajecz
Wacław Benesz de Berzeviczy
Baro de Dondangen manu propia
*
Wysoki blondyn o jakby wyblakłych włosach przechodził krakowskim Rynku Głównym przed
kamienicą Morsztynowską, gdzie mieściła się słynna restauracja "U Wierzynka", gdy cicho
odezwał się telefon komórkowy, niedbale wetknięty w kieszonkę jego dżinsowej koszuli. Skręcił
więc do restauracyjnego ogródka i usiadł przy wolnym stoliku. Dopiero wtedy sięgnął po
komórkowiec. Rozmowa, którą przez niego przeprowadził, była krótka i ograniczyła się z jego
strony do trzykrotnego powtórzenia "Yes". Wyłączył telefon i włożył go z powrotem do kieszeni.
Skinął na kelnerkę, która przyglądała się mu dyskretnie już od chwili.
Nie ma się tu czego dziwić uroczej krakowiance, gość mógł bowiem poruszyć swym wyglądem
każde damskie serce. Błękitna koszula opinała muskularny tors i ramiona. Mocno opalona twarz o
regularnych rysach kontrastowała pociągająco z krótko przyciętymi blond włosami. Zęby błysnęły
w nieco wilczym, ale jakże lubianym przez kobiety uśmiechu. Mógł liczyć nieco powyżej
dwudziestu pięciu lat.
Niepokój sympatycznej kelnerki budziło jedynie to, że pomimo iż uśmiechał się do niej, jego
jasnobłękitne, prawie białe oczy pozostawały zimne.
"Cóż za tajemniczy facet - pomyślała stawiając przed przybyłym okryty rosą chłodu kufel - ale
fajny. Gdyby tak..."
Ale żadnego nadzwyczajnego "Gdyby tak..." nie było.
Mężczyzna zapłacił za piwo i sięgnął do kieszeni po paczkę winstonów i zapalniczkę. Zapalił
papierosa nie zwracając uwagi na kręcącą się w pobliżu stolika dziewczynę.
Sięgnął po piwo i pociągnął długi łyk.
Przeciągając się leniwie spojrzał na zegarek.
Miał czas.
Minęła dopiero jedenasta, a samolot z Zurychu miał wylądować na krakowskich Balicach o
trzynastej trzydzieści pięć...
ROZDZIAŁ PIERWSZY
PORZUCONE BIAŁE AUDI • WIĘŹNIOWIE MALINOWEJ • HISTORIA PORWANIA
PROFESORA I JEGO ASYSTENTKI • NADINSPEKTOR KOWALCZYK • JÓZEF ŻUK
ROZPOZNANY • WPADKA ZŁODZIEI WE FRANKFURCIE NAD MENEM
"Nie ma co żałować rozlanego mleka" powiada przysłowie. I słusznie! Cóż by przyszło z
rozpaczania nad złotem Inków tak podstępnie nam zrabowanym? A co do gróźb złodziei, to
absolutnie nie miałem zamiaru się nimi przejmować! Pożegnałem przyjaciół, jako że Janusz
pomimo swych najlepszych chęci nie mógł iść szybko ze strzaskaną przez pocisk Emilia szwedką i
pobiegłem przez dolinę Harczygrund do naszego pensjonatu, a ściślej do telefonu komórkowego,
który nieopatrznie w nim zostawiłem.
Przyznam, że na myśl o tłumaczeniach, które nie mogły mnie minąć, poczułem na skórze, pomimo
upału, gęsią skórkę.
Właścicielka Pensjonatu "Widok", pani Cecylia, przywitała mnie zdziwionym:
- A co pan tu robi?! Mieliście wrócić z Niedzicy dopiero jutro!
Czyli Emilio oszukał naszą gospodynię tak jak obiecał, by nie wszczęła przedwcześnie alarmu i nie
zawiadomiła policji o naszym zniknięciu.
- Zmieniliśmy plany - machnąłem ręką.
- A gdzie pan Aleksander i Janusz?
- Niedługo tu będą. Podziwiają jeszcze krajobraz. A profesor z Marią zapewne już tu
przyjechali białym audi, spakowali się i odjechali?
(Nie uważałem za stosowne denerwowanie pani Cecylii tłumaczeniem o złodziejskim charakterze
tej dwójki i o powodach tak nagłego jej zniknięcia.)
- A tak, byli białym wozem, solidnie obciążonym. Przyjechał z nimi Polak, który
wytłumaczył mi, że profesora wzywają nagle do Peru. On też opowiedział mi o tym, że
panowie zostali na noc w Niedzicy u niespodziewanie spotkanych przyjaciół. Pożegnaliśmy
się z naszymi peruwiańskimi gośćmi serdecznie. Ale już sporo czasu minęło od ich odjazdu.
Zakląłem w duchu na tę wiadomość. Ale jakiej innej mogłem się spodziewać? Że Emilio i Silvia
zrabowawszy nam skarb będą grzecznie czekać, aż uda nam się wydostać z jaskini?
Poszedłem do naszego pokoju i sięgnąłem po telefon.
Na "pierwszy ogień" poszedł nadinspektor D. z krakowskiej komendy, czyli dla przyjaciół Dzidek.
Pomimo późnej pory (minęła już siedemnasta) zastałem go w pracy. Jąkając się lekko ze wstydu
wytłumaczyłem moją porażkę. Na szczęście nie był w nastroju do naigrywania się ze mnie. Zadał
tylko kilka szczegółowych pytań o to, kogo należy szukać, jakich samochodów i o jakich numerach
i kazał mi się wyłączyć, obiecując, że jakby co, to da mi znać. Uprzedziłem go grzecznie, że może
trudzę go niepotrzebnie, bo od ucieczki drani minęło już dużo czasu i mogli znaleźć sobie
bezpieczną kryjówkę albo zmienić samochody. Ale tym razem rugnął mnie tylko solenniej i odłożył
słuchawkę.
Rozmowa z panem Tomaszem trwała dłużej i zaczęła się dziwnie:
- Co ty tam robisz pod Zbójeckimi Skałkami? - spytał szef.
- Już nic - odpowiedziałem ponuro - ale dlaczego pan pyta?
- Bo przed chwilą otrzymałem dziwny telefon: "Niech pan szuka Pawła pod Zbójeckimi
Skałkami, a reszty w Aninie na Malinowej 40"
"Czyli są już bezpieczni - pomyślałem - inaczej nie zawiadomiliby pana Tomasza. Z drugiej strony,
to rzeczywiście "uczciwi" złodzieje, jak się nazwali, nie bandyci, bo dotrzymali słowa i
poinformowali szefa o miejscu naszej niewoli."
- Pod Zbójeckimi Skałkami natknęliśmy się na schowek ze złotem Inków. Tak jak to
przewidział Kobiatko. Niestety uzbrojeni złodzieje odebrali nam skarb, a nas zamknęli w
jaskini licząc, że się sami z niej nie wydostaniemy.
- Złodzieje? Ten profesor i jego asystentka. Pozwoliłeś sobie odebrać złoto?
Wzruszyłem ramionami.
- Bo to nie byli naukowcy. Prawdziwych znajdziemy pewnie w Aninie. A co do zgody na
odebranie skarbu, to najszybszy człowiek jest wolniejszy od pistoletowej kuli. Poza tym, nie
chciałem ryzykować życia Aleksandra i Janusza.
- A nie mówiłem ci, byś skontaktował się z miejscową policją?
Milczałem.
- Policja jest już zawiadomiona. Ale może trochę za późno...
- Lepiej późno niż wcale - udobruchał się nieco szef. - Teraz ja zawiadomię tutejszą policję
o uwięzionych w Aninie. Sam pojadę tam z pierwszym patrolem.
- Szefie - poprosiłem - niech pan zaczeka na mnie. Już pędzę do Warszawy. I, daję słowo,
obejdzie się bez policji!
- Poczekać? A tam prawdziwy profesor de la Vega i doktor Ciera może już nie żyją.
- Nie sądzę. Nam przecież darowano życie. No i ten telefon do pana. Złodzieje zadzwonili,
jak obiecali. Myślę, że są już bezpieczni i równie daleko od Anina jak od Zbójeckich Skałek.
A my, jeśli uwolnimy więźniów bez pomocy policji, zmażemy plamę na honorze naszej
firmy.
- No dobrze. Tylko się pośpiesz.
Spakowałem się i napisałem kartkę do Aleksandra, w której przepraszałem za tak nagłe rozstanie.
Zapłaciłem rachunek i tłumacząc się nagłym telefonem z Warszawy pożegnałem się z panią Cecylią
i panem Jerzym, który tymczasem nadszedł.
- Czy wyjazd pana ma coś wspólnego z nagłym odjazdem profesora? - zaciekawił się pan
Jerzy.
- Jak najbardziej! - zawołałem biegnąc do furtki.
- Niech go pan pozdrowi ode mnie jak najserdeczniej - uśmiechnął się właściciel
pensjonatu - nie miałem okazji się z nim pożegnać...
- Już ja go pozdrowię... już ja go pozdrowię - mruczałem przekręcając kluczyk w stacyjce
Rosynanta.
Ostrym zrywem, płosząc stadko kur, ruszyłem wąską uliczką.
Skręciłem na skrzyżowaniu w prawo i pojechałem prosto do szosy na Nowy Targ.
Minąłem to miasto, następnie Rabkę, aż przed Myślenicami odezwał się mój telefon. Zjechałem na
pobocze i podniosłem słuchawkę.
- Tak, słucham.
- No to słuchaj... - poznałem głos Dzidka.
- ...twoi ukochani przyjaciele-złodzieje rozdzielili się. I to chyba na dobre. Białe audi
znaleziono porzucone przy szosie przed przejściem granicznym Niedzica-Lysa nad
Dunajcem. Czerwone audi stoi grzecznie zaparkowane na parkingu lotniska Balice...
- To znaczy...
- To znaczy, nasz Herkulesie Poirot, że złoto Inków wywędrowało do Słowacji ukryte w
jakimś kontenerze. A sądzę, że przez Słowację dalej. Zresztą, zawiadomiliśmy już ich
właściwe służby. Chyba, że to tylko dla zmylenia nas.
- No a samochód w Balicach?
- Ten posłużył do prawdziwej ucieczki.
- A nie do przewozu skarbu?
- Może. Ale pewnym jest, że Emilio i Silvia nie zabrali go ze sobą opuszczając nasz kraj.
Różnie można mówić o pracy celników, ale takich jak opisane przez ciebie trzech skrzynek
nie przepuścili by na pewno!
- A skąd wiesz, że poszukiwani przez nas nie zaczaili się gdzieś w Polsce?
- Stąd, że na liście pasażerów samolotu odlatującego do Frankfurtu o 1550 są nazwiska
Miguela de la Vegi i Marii Ciera.
- To zróbcie coś! Łapcie ich! Na pewno współpracujecie z niemiecką policją!
Dzidek zaśmiał się na moje błaganie:
- Zapominasz, która jest godzina. Ten samolot wylądował już dawno, bo o 1730, we
Frankfurcie. I jak ja mam teraz łapać twoich pseudonaukowców? Zrobiłem wszystko co
mogłem, by naprawić twój błąd. A ty nawet nie potrafisz opisać dokładnie co było w tych
skrzynkach. Cześć!
- Cześć! - z pokorą odłożyłem słuchawkę
Do Anina zajechaliśmy z szefem po dwudziestej trzeciej. Odnalazłem uliczkę Malinową i
zaparkowałem Rosynanta u jej początku. Wyjąłem latarkę, a panu Tomaszowi wręczyłem
komórkowiec.
- Będzie mógł pan w razie czego wezwać policję.
Pokręcił głową.
- A nie lepiej zacząć od tego? Przecież nawet jeśli złodzieje prysnęli już z willi, to
pozostawili odciski palców. Jeszcze je zatrzemy.
Uśmiechnąłem się.
- Nie będziemy przecież dotykać niczego bez potrzeby. Zresztą wzięliśmy rękawiczki.
Uwolnimy tylko profesora i doktor Ciera, i będzie pan mógł wzywać policję do woli.
- A jeśli te łotry będą się bronić? - wyraził rozsądny niepokój pan Tomasz.
- Po ich telefonie do pana nie sądzę, aby czekali, aż złożymy im wizytę. Obejrzymy sobie
najpierw willę dokładnie. I obiecuję, że jeśli tylko dostrzeżemy jakiś ruch, sam pierwszy
wezwę policję.
Szliśmy uliczką odprowadzani szczekaniem psów pilnujących stojących przy niej willi i domków.
- Niedobrze - mruknąłem - trudno będzie podejść niezauważenie pod willę.
Pan Tomasz zmartwił się.
- A co będzie, jeśli i naszej willi pilnuje jakiś doberman?
Zastanowiłem się.
- Nie sądzę. Mówił pan, że willa jest wynajmowana. Trudno byłoby przyzwyczaić psa
wciąż do nowych właścicieli. Najwyżej najemcy zamieszkują tu z własnymi.
- No tak. A jeśli i nasi...
- Wątpię. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić szajki złodziei włóczącej się po kraju z psami. A
nawet, jeśli mieli tu jakieś, to zabrali je już ze sobą.
- Nadal uważasz, że oprócz biednego profesora i jego nieszczęsnej asystentki nie
zastaniemy w willi nikogo?
- Całe dotychczasowe postępowanie złodziei wydaje się wskazywać na to, że się stąd
ulotnili jak tylko dostali cynk, że Emilio i Silvia zdobyli już złoto Inków.
- Ciekawe dlaczego ich tak bronisz?
- Nie bronię. Tylko od złodziejstwa do morderstwa jest duży krok. Po co narażać się na
najwyższy wymiar kary, skoro łup już zdobyty?
- Choćby po to, by pozbyć się świadków. Żeby nikt nie rozpoznał oszustów.
- Zgoda. Ale Emilio trzymał nas na muszce. Wystarczyło mu tylko trzy razy pocisnąć na
spust. A jednak tego nie zrobił. I telefon do pana. Gdyby złodzieje zabili profesora i jego
asystentkę, zależałoby im chyba na tym, aby zwłoki odnaleziono jak najpóźniej.
Doszliśmy do domu oznaczonego numerem 39. Na szczęście nie szczekał tu na nas żaden pies.
Następna w kolejności była interesująca nas willa... Mała, płaskodacha przycupnęła za niskim
żywopłotem i kutym w metalu ostrokolcym ogrodzeniem.
Zatrzymaliśmy się i rozejrzeliśmy się bacznie. Wszystkie okna willi były ciemne. Na ulicy przed
nią ani na podjeździe nie było żadnego samochodu. Na trawniku stała okazała psia buda, ale
nigdzie nie było widać jej mieszkańca. Cała posesja sprawiała wrażenie opuszczonej.
- Może złodzieje kładą się wcześnie spać? - zażartował pan Tomasz.
- Zaraz się o tym przekonamy - odpowiedziałem. - No, wkładamy rękawiczki i wchodzimy
- ruszyłem w kierunku furtki. - Pan tu na razie zostanie. Jakby coś było ze mną nie w
porządku, niech pan dzwoni na policję.
Nacisnąłem klamkę. Furtka była otwarta. Starając się, mimo wszystko, iść jak najciszej ruszyłem
betonową ścieżką do willi. I tu przyznam się, mimo wszystkich moich przewidywań, do
zaskoczenia: w zamku tkwił klucz!
Chwilę trwało, nim ochłonąłem i zawołałem ze śmiechem:
- Panie Tomaszu, proszę do mnie! Ptaszki już wyfrunęły z przytulnego gniazdka!
Szef podszedł do mnie nieufnie.
- Czego tak się wydzierasz?
Wskazałem palcem klucz.
Teraz pan Tomasz wybuchnął śmiechem.
Przekręciłem klucz i otworzyłem drzwi. Cisza i ciemność.
Zapaliłem latarkę. Zobaczyłem kontakt i włączyłem światło. Mały hol był pusty podobnie jak trzy
pokoje i kuchnia. Ale wszędzie były ślady, że ktoś tu mieszkał i to długo: nie umyte talerze i
sztućce, szklanki z resztką kawy na dnie, popielniczki pełne niedopałków.
Pan Tomasz chciał ruszyć na piętro, ale zatrzymałem go.
- Przecież najbardziej zależy panu na uwolnieniu więźniów, a trudno sądzić, by szajka
trzymała ich na strychu. Raczej zajmijmy się piwnicą.
Otworzyłem drzwi obok wejścia do łazienki, zapaliłem światło i zeszliśmy po wąskich schodach.
Jak na swoje rozmiary to willa posiadała raczej wielką piwnicę. Pod lewą ściany biegł korytarz, a
po prawej było widać troje drzwi.
Przyszło mi na myśl, że ktoś z szajki musiał już widzieć wcześniej willę przed akcją i dlatego ją
wybrał.
- Hej, jest tam kto?! - zawołał pan Tomasz, zapominając w zdenerwowaniu, że
Peruwiańczycy nie rozumieją po polsku Ale jego wołanie odniosło pożądany skutek. Drugie
drzwi zatrzęsły się od uderzeń i dobiegł zza nich dwugłos:
- Help!
W zamykającej je sztabie tkwiła solidnych rozmiarów kłódka, a w niej... klucz!
Otworzyłem kłódkę i drzwi jak mogłem najprędzej.
Zwisająca u sufitu żarówka oświetlała niewielkie pomieszczenie bez okien. Leżał w nim gąbkowy
materac przykryty kocami. Jedynymi meblami były stolik i krzesło. Na jednej ze ścian umocowano
kran i zlew, a pod nim stało wiadro.
Dwoje uwięzionych cofnęło się pod ścianę na nasz widok. Zapewne spodziewali się policji, a nas
wzięli za jeszcze jednych z szajki.
- Proszę się nie bać, jesteśmy przyjaciółmi - zawołał, tym razem już po angielsku, pan
Tomasz. - Przyszliśmy was uwolnić!
Tamci patrzyli na nas podejrzliwie, bez słowa.
Rzuciło mi się w oczy uderzające ich podobieństwo do Emilia i Silvii. Zrozumiałem, z jaką
łatwością tamci mogli podawać się za de la Vegę i jego asystentkę.
- Więc pan mówi, że jesteście przyjaciółmi? - zapytał wreszcie powoli profesor. - A jaką
mamy gwarancję, że wasze tu przyjście nie jest jeszcze jedną pułapką wymyśloną przez
bandziorów?
- A po cóż jeszcze jedna pułapka? - wtrąciłem.- Złodzieje uzyskali to co chcieli: wasze
dokumenty i waszą tożsamość. Teraz, kiedy złoto Inków jest już w ich rękach, zwracają wam
wolność.
- Więc jednak złoto Inków było przechowywane w Polsce? - ożywił się de la Vega. - I
mówicie, że trafiło w łapy złodziei.
- Niestety - westchnąłem.
- Jak panowie mogli do tego dopuścić? - oburzyła się doktor Ciera.
Zwiesiłem głowę.
- To moja wina. Zanadto zaufałem swoim zdolnościom oceny ludzi i sytuacji. Zanadto
uwierzyłem w siebie. Nazywam się Paweł Daniec i jestem podwładnym obecnego tu pana
Tomasza, z którym pracujemy w Ministerstwie Kultury i Sztuki. To właściwie z nim mieli
państwo spotkać się po przybyciu do Polski.
Wymieniliśmy uściski dłoni i wyszliśmy z piwnicy do saloniku na parterze, gdzie rozsiedliśmy się
na kanapie i fotelach.
- Tylko proszę niczego nie dotykać - uprzedził szef profesora sięgającego po popielniczkę. -
Nie możemy zatrzeć odcisków palców, które więżący państwa na pewno tu zostawili.
Wyciągnął z kieszeni telefon i zadzwonił na policję, a następnie do peruwiańskiej ambasady. Tu
podał słuchawkę profesorowi, który coś długo i zawile tłumaczył po hiszpańsku
- Przyjadą po nas - powiedział z wyraźną ulgą, odkładając telefon.
- Jak to się stało, że wpadli państwo w łapy opryszków? - spytałem.
De la Vega pokręcił z niechęcią głową.
- Po przylocie i odprawie celnej wyszliśmy przed budynek dworca lotniczego, na postój
taksówek. Wsiedliśmy do tej, która właśnie podjechała. Podałem adres ambasady. Kierowca
skinął z uśmiechem głową i ruszyliśmy. Dopiero po pewnym czasie zorientowałem się, że
jedziemy jakimiś bocznymi uliczkami. Ale może tak trzeba było. Ostatecznie w Warszawie
byłem po raz pierwszy. Zaniepokoiłem się jednak i zwróciłem po angielsku uwagę kierowcy,
ale jedno co usłyszałem to: "Nie mówić po angielsku". Nagle auto zatrzymało się i do środka
wskoczyło dwóch mężczyzn. Byli uzbrojeni w pistolety. Przynajmniej jeden z nich mówił po
angielsku, bo usłyszeliśmy, że mamy siedzieć cicho i grzecznie, a nic nam się nie stanie.
Przywieziono nas tutaj i wsadzono o tej nory, odbierając dokumenty. Na wszystkie moje
pytania ten najwyższy odpowiadał, że nie mamy się czego bać i że wkrótce będziemy wolni.
- Czy mógłby pan opisać porywaczy? - poprosił pan Tomasz.
- Taksówkę prowadzi szczupły blondyn z wąsikiem. Z pozostałych dwóch jeden był wysoki
z włosami związanymi w kitkę, drugi niski, krótko ostrzyżony rudawy brunet. Ta trójka
"opiekowała się" nami tutaj na zmianę, ale musieli tu bywać i inni goście. Raz nawet,
wyobraźcie sobie panowie, wydawało mi się, że słyszę język hiszpański...
Tymczasem pod willę zajechał radiowóz
Dowódcy patrolu ani w głowie było zbieranie odcisków palców z przedmiotów w willi, co zresztą
zapowiadało się na nielichą robotę. Obiecał tylko, że jutro zajmie się tym specjalna ekipa. Sam
ograniczył się do sporządzenia krótkiego protokołu i zaprosił nas na następny dzień do komendy.
- Tylko proszę nie zapomnieć o tłumaczu dla naszych gości - zgryźliwie odezwał się pan
Tomasz.
- Bez obaw - uśmiechnął się policjant - teraz proszę wszystkich państwa na zewnątrz, bo
muszę willę zamknąć i opieczętować.
Chwilę trwało, zanim udało się wytłumaczyć policjantowi, że nie wypada, by nasi peruwiańscy
goście oczekiwali na ulicy mającego przyjechać po nich samochodu z ambasady.
Po kilku minutach nadjechał mercedes z plakietką "CD". Kierowca pozostał we wnętrzu wozu, z
którego wyskoczył młody człowiek, łamaną polszczyzną wyrażający gromko sprzeciw wobec
takiego traktowania jego rodaków.
- Czemu pan na nas tak się złości? - policjant popatrzył spokojnie spod daszka czapki na
wygrażającego pięściami Peruwiańczyka. - Przecież to nie my uwięziliśmy tę damę i pana
profesora. Żywię poniekąd nadzieję, że państwo nie mają żadnego urazu do naszej i tak
zapracowanej policji.
Nastąpiła krótka wymiana zdań po hiszpańsku pomiędzy dyplomatą a naukowcem. Po czym ten
pierwszy stwierdził z niejakim żalem, iż rzeczywiście oswobodzeni więźniowie żadnego żalu do
policji nie mają. Ba, wdzięczni jej są za szybkie przybycie. I wiele sobie obiecują po dalszej z nią
współpracy. Pani doktor Ciera uśmiechnęła się do policjantów mile, a uśmiech mówi ponoć więcej
niż słowa.
Pogodzeni w ten sposób rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę. Profesor jeszcze długo ściskał
dłoń pana Tomasza i moją, dziękując za rychłe wybawienie i zapraszając na rozmowę o
tajemnicach złota Inków, ukrytego pod Czorsztynem.
Nazajutrz, jak to ustaliliśmy z policjantem w Aninie, stawiliśmy się o dziesiątej w Komendzie
Głównej Policji. Tam, po wydaniu stosownych przepustek, skierowano nas do nadinspektora
Kowalczyka.
Na nasze delikatne pukanie zza drzwi rozległo się gromkie: "Proszę!"
Pan Tomasz nacisnął ostrożnie klamkę i otworzył drzwi...
Za stanowczo zbyt małym, jak na wymiary policjanta biurkiem garbił się potężnej postury
mężczyzna. Spod nastroszonych wąsów sterczała "faja nad fajami" o wielkości, z jaką się jeszcze
nie spotkałem. Kłęby jej burego dymu wdzięcznie oplatały umieszczony na ścianie plakat: "Tu nie
palimy!" z radośnie uśmiechniętym roznegliżowanym dziewczęciem.
- Tu się nie pali - burknął nadinspektor - spoglądając spode łba na nas. - A co mam robić,
kiedy spraw zamiast ubywać tylko przybywa? - walnął pięścią w stos akt na biurku i
dmuchnął potężnym kłębem dymu w stronę zawalonej papierzyskami szafy. - A tu teraz
nasyłają mi bystrych na naukowców, którzy nie dość, że wiedzą o przestępstwie nie
powiadamiają o nim policji, to jeszcze pozwalają, by przestępcy wymknęli się im z rąk i to z
łupem nieoszacowanej wartości! To zdaje się głównie pańska zasługa? - kiwnął na mnie
cybuchem i położył przed sobą na biurku kartkę papieru i długopis. - No, niech pan opowiada
wszystko od początku. Oficjalny protokół odłożymy na później. Może pan palić.
Nie skorzystałem z propozycji. Bałem się ośmieszenia. Gdzie tam mojej fajeczce równać się z fają
nadinspektora!
Tymczasem nadinspektor zmienił zdanie i wezwał protokolantkę, abyśmy, jak powiedział, "nie
strzępili gęb na próżno".
Jako pierwszy zeznawał pan Tomasz. Opowiedział, jak to zgłosiło się do niego dwoje
peruwiańskich naukowców. Wylegitymowali się i okazali pisma polecające. Nie widział więc
przeszkód, żeby nie skontaktować ich ze mną.
Teraz przyszła kolej na moje zeznanie, moją drogę "przez mękę", przerywaną okrzykami oficera:
"Ha, młody człowieku!" lub "To tak, młody człowieku!" (sam nadinspektor był niewiele starszy
mnie). Dowiedziałem się, że w najlepszym wypadku, jeśli sąd okaże się łagodny, grozi mi tylko
kara za ukrywanie przestępców. Brr!
Wszedł policjant w mundurze i coś po cichu zameldował Kowalczykowi, co spowodowało nowe
uderzenie potężnej pięści w akta na biurku.
- I tam nic! - zakrzyknął nadinspektor, a widząc nasze zdumione miny raczył wyjaśnić:
- Ten peruwiański profesor i jego asystentka przeglądali od rana nasze "albumy". Mieliśmy
nadzieję, że na którymś ze zdjęć rozpoznają może choć jednego z tych, co ich przymknęli, ale
nic z tego. A panowie nie widzieli żadnego z opryszków?
- Nie - odpowiedzieliśmy z żalem. Ale ja zaraz ożywiłem się:
- Chwileczkę! Chłopiec, o którym opowiadałem, że był ze mną, bratanek Kobiatki, widział
z bliska jednego z szajki, nawet miał okazję przyjrzeć mu się dokładnie! - opowiedziałem o
lodziarzu.
- No to dawajcie tego chłopaka - zatarł potężne dłonie Kowalczyk.
- Tak zaraz to się nie da - spochmurniałem. - Będę go musiał ściągnąć aż z Czorsztyna, o ile
w ogóle jeszcze tam jest ze swoim stryjkiem. Czy mogę stąd zadzwonić do Czorsztyna? -
spytałem. - Bo Janusz rusza ze stryjkiem w dalszą włóczęgę po kraju i długo będziemy ich
szukać.
- No dzwoń, pan, dzwoń! - podsunął mi telefon oficer.
Na szczęście zastałem jeszcze Kobiatkę i jego siostrzeńca w Pensjonacie "Widok"; właśnie
wybierali się na przystanek PKS-u, by ruszyć w dalszą drogę. Bez trudu przekonałem ich o
potrzebie nagłego przyjazdu do Warszawy. Obiecałem wyjechać na dworzec i podałem na wszelki
wypadek mój adres.
- Jutro chłopak zamelduje się u pana - powiedziałem do Kowalczyka zajętego ponownym
nabijaniem swej fai.
- To dobrze - wymamrotał przez ustnik - dopomoże ze swym stryjkiem w sporządzeniu
portretów pamięciowych tych peruwiańskich złodziei.
Wybuchnęliśmy z panem Tomaszem śmiechem.
- Po co sporządzać portrety pamięciowe, kiedy wystarczy przerysować fotografie
prawdziwych naukowców. Nie wiem, jak to opryszkowie zrobili, zapewne pomogła im w tym
charakteryzacja, ale podobieństwo jest ogromne! - pokiwałem głową w podziwie nad
przemyślnością złoczyńców.
Kowalczyk popatrzył na nas ponuro.
- Trzeba będzie dzwonić do Nowego Sącza, niech wyślą ekipę do tego waszego pensjonatu.
Niech zabezpieczą odciski palców w pokoju, w którym tamci mieszkali.
- Obawiam się, że może to być działanie odrobinę spóźnione. Właścicielka pensjonatu, pani
Plewa, jest osobą nader dbającą o porządek. Jestem raczej tego pewien, że pokój już
dokładnie wyczyszczono, wysprzątano, odkurzono, a meble przetarto ściereczką. Zresztą, co
do odcisków palców, to zabezpieczanie ich w miejscach, gdzie często zmieniają się
mieszkańcy, mija się chyba z celem.
- Co panowie więc radzą? - przez pochmurną twarz policjanta przemknął cień uśmiechu. -
Mam kontaktować się z Interpolem i peruwiańską policją, przekazywać im zdjęcia
szanownego profesora i nie mniej godnej szacunku jego asystentki? I w dodatku tłumaczyć
się, że umknęła nam para bardzo do nich podobnych złodziei?
- Trzeba będzie tak zrobić - z powagą skinął głową pan Tomasz.
- Ale to wszystko wasza wina! - prychnął dymem z fai nadinspektor.
Szef rozłożył szeroko ręce.
- Cóż, mistyfikacja była znakomita! Niech pan nie zapomina, że dali się na nią nabrać
pracownicy peruwiańskiej ambasady, z którymi nasza dobrana parka spotkała się
kilkakrotnie.
- Taak - Kowalczyk przeciągnął się w za małym dla niego krześle aż zatrzeszczało - ma pan
rację. I na tej racji chyba dzisiaj poprzestaniemy - wstał zza biurka. - Jutro będę chętnie
widział pana u mnie z chłopcem. Może zresztą przy okazji pan sobie coś jeszcze przypomni -
uścisnął mi rękę, po czym zwrócił się w stronę pana Tomasza.
- Pana nie będę fatygował. Pański kontakt z przestępcami był krótki...
- Gdyby nalegał pan na sporządzenie portretów pamięciowych, to stryj Janusza, pan
Kobiatko, też będzie nader przydatny. Ostatecznie widywał Emilio i Silvię równie często jak
my dwaj z Januszem.
- To niech pan przyprowadzi i stryja - mruknął Kowalczyk i sadowiąc się za biurkiem zajął
się swoją fają.
Janusz długo i w skupieniu przeglądał kartony ze zdjęciami przestępców. Wreszcie oczy mu
zabłysły i zgiętym palcem uderzył w fotografię.
- To ten!
- Nie mylisz się? - spytał nieufnie Kowalczyk.
- Jak mamę kocham! - chłopak aż podskoczył na krześle. - Poznaję go. To lodziarz z
Czorsztyna!
- No dobra. Nareszcie mamy jakiś punkt zaczepienia - nadinspektor poklepał Janusza z
uznaniem po ramieniu.
- Jak to? - uchylił się chłopak. - Pan wie, a my niczego się nie dowiemy?
Przyznam, że i mnie takie potraktowanie nas zbulwersowało.
- Chodźcie do mnie. Tam dowiecie się wszystkiego, co wiemy o "lodziarzu"...
Weszliśmy do pokoju nadinspektora, gdzie siedział wyraźnie znudzony Aleksander.
Kowalczyk przysunął obrotowe krzesełko do stołu, gdzie stał komputer z oprzyrządowaniem.
- No to sprawdzimy tego "lodziarza" - mruknął włączając monitor. Wystukał na
klawiaturze jakiś numer i przez ekran pobiegły zielonkawe wężyki liter.
- Tak więc "lodziarz" nazywa się całkiem pospolicie Józef Żuk. Syn Antoniego i
Klementyny. Urodzony 28 października 1973 roku w Nowym Targu. Ojciec zginął w
wypadku w kopalni, gdy chłopiec miał dwa lata. Wychowany przez matkę. Pomimo to Józek
z wyróżnieniem skończył szkołę średnią i Uniwersytet Jagielloński: iberystyka. Specjalność:
literatura iberoamerykańska. Żuk został świetnie zapowiadającym się tłumaczem. Zbierał
liczne nagrody, podróżował po Ameryce Południowej. Niestety - nadinspektor westchnął -
jedna z tych podróży skończyła się dla naszego bohatera bardzo źle: w 1993 roku ujęto go na
próbie przemytu kokainy z Peru i skazano na dwa lata więzienia. Wyrok skrócono do połowy
za dobre sprawowanie. Od tego czasu Żuk nie był notowany w naszych kartotekach.
- Nie ma nawet jego adresu? - wtrąciłem.
- Jest - odpowiedział Kowalczyk - ale z dopiskiem: nieaktualny. Widocznie Żuk, jak wielu
początkujących w samodzielnym życiu młodych ludzi, wynajmował gdzieś pokój czy
kawalerkę. Jest tylko adres matki: Nowy Targ, Żniwna 8.
Powtórzyłem kilkakrotnie w pamięci adres pani Klementyny Żuk, aby go dobrze zapamiętać.
- No cóż - nadinspektor sięgnął po swoją ulubioną faję - sporo narozrabialiście panowie -
zerknął na mnie - przez swoją, nazwijmy to delikatnie, nierozwagę. A teraz my musimy
uganiać się po antykwariatach i sklepach jubilerskich (choć nie wierzę, żeby złoto Inków
miało skończyć w gablocie polskiego jubilera). Musimy zająć się tropieniem niejakiego
Józefa Żuka... Ech! Zacznijcie jeszcze raz od początku swoją relację od momentu spotkania
fałszywych peruwiańskich naukowców. Poproszę tylko pannę Krysię, żeby spisała pańską -
ukłonił się Kobiatce - relację, no i oczywiście opowieść naszego młodego człowieka. Pan
niech zaś słucha - to było do mnie - i w razie czego uzupełni swych towarzyszy. Może też
przyjdzie panu ich poprawić.
Pomny na wczorajszą zgodę nadinspektora na palenie, ostrożnie wydobyłem z kieszeni swą
fajeczkę i nabiwszy porządnie zapaliłem ją i wypuściłem pod sufit pierwsze misterne kółko dymu.
Ale natychmiast zostało ono zgniecione przez bure kolisko dymu z fai Kowalczyka. Odebrał mi ten
widok ochotę do dalszego palenia. Schowałem fajeczkę do kieszeni nawet jej nie gasząc.
Tymczasem Aleksander i Janusz mówili i mówili. Od czasu do czasu tylko ich wypowiedzi były
przerywane pytaniem oficera bądź prośbą panny Krysi o powtórzenie. A przed mymi oczyma
0