AB 5 TG

By PeteRR80

113 1 0

More

AB 5 TG

113 1 0
By PeteRR80

Laurell K. Hamilton

Trupia główka

(Krwawe Kości)

(tom 5)

Rozdział 1

Był to dzień Świętego Patryka i jedyną zieloną rzeczą jaką miałam na sobie plakietka z

napisem „Zaczep mnie a będziesz trupem”. Zaczęłam pracę wczoraj wieczorem w zielonej

bluzce, ale zachlapałam ją krwią kurczaka z uciętą głową. Larry Kirkland, animator, który

jeszcze się uczy upuścił zdekapitowanego ptaka. Wykonał on krótki taniec „bezgłowego

kurczaka” i ochlapał nas oboje krwią. W końcu udało mi się złapać tego cholernego ptaka, ale

bluzka była już zniszczona.

Musiałam wrócić do domu i się przebrać, a jedyną nie zrujnowaną rzeczą była szara

marynarka, którą zostawiłam w aucie. Założyłam ją więc powrotem razem z czarną bluzką,

czarną spódnicą, czarnymi rajstopami i czarnymi szpilkami. Bert mój szef nie lubi kiedy

ubieramy się do pracy na czarno, ale jeśli miałam wrócić do biura na siódmą bez odrobiny snu

musi to przeboleć.

Skupiałam się nad swoim kubkiem z mocną, czarną jak smoła kawą. Przed sobą na blacie

biurka miałam serię 8, 10 błyszczących zdjęć, w które się usilnie wpatrywałam. Na pierwszym z

nich widniało wzgórze rozkopanego prawdopodobnie przez buldożery. Z świeżo rozkopanej ziemi

wystawała koścista ręka. Następne zdjęcie ukazywało jak ktoś ostrożnie próbował odsunąć ziemie

wokoło ukazując roztrzaskaną trumnę i kości rozrzucone wokół niej. Nowe ciało.

Buldożery znów zostały sprowadzone, aby rozorać ziemię, która ukazała pole kości. Ziemia była

usłana kościami, niby pole usłane kwiatami.

Jedna z czaszek miała rozchylone szczęki w niemym krzyku. Na czaszce widniało parę

jeszcze przyczepionych włosów. Ciemne zbutwiałe ubranie otaczało ciało zwłok w wspomnieniu

sukni. Zauważyłam że ciało miało 3 nogi, patrzyłam na prawdziwy bajzel.

Zdjęcia były dobrze zrobione, zwróciwszy uwagę na okoliczności ich wykonania. Kolor

ułatwił odróżnienie zwłok, ale wysoki połysk zdjęć było nie na miejscu. Wyglądało to jakby

zdjęcia z kostnicy wykonał fotograf mody. Istniała pewnie galeria sztuki w Nowym Yorku, która z

przyjemnością powiesiłaby ‘koneserzy sztuki’ przy koreczkach serowych i białym winie mogli

chodząc i oglądając je mówiąc „Mocne nie sądzisz? Tak rzeczywiście mocne”

Zdjęcia były mocne, ale i smutne.

Prócz zdjęć na biurku nie było nic, żadnego wytłumaczenia. Bert powiedział po tym jak

przyszłam rano, bym wpadła do jego biura jak tylko zobaczę zdjęcia. Wtedy wszystko mi

wytłumaczy. Taaa, w to wierze, tak jak w to, że króliczek wielkanocny jest moim przyjacielem.

Zebrałam zdjęcia z biurka i wsadziłam je w kopertę, sięgnęłam po mój kubek z kawą i

skierowałam się do drzwi.

W recepcji nie było nikogo przy biurku. Craig poszedł do domu, a Mary nasza dzienna

sekretarka będzie tu dopiero o ósmej. Czyli mieliśmy dwu godzinną przerwę, kiedy biuro było

puste. To że Bert umówił się ze mną podczas tej luki zastanawiało mnie jeszcze bardziej. Czemu

te wszystkie sekrety?

Drzwi do biura Berta były otwarte, a on sam siedział za swoim biurkiem pijąc kawę i

przeglądając jakieś papiery. Spojrzał się znad papierów gdy tylko mnie usłyszał, uśmiechając się

poprosił bym wchodząc zamknęła za sobą drzwi. Jego uśmiech mnie zmartwił. Bert jest miły

tylko i wyłącznie gdy czegoś chce.

Garnitur za tysiąc dolarów połączył z śnieżno białą koszula i krawatem. Jego oczy radośnie się

iskrzyły. Oczy Berta miały kolor brudnych szyb okiennych, więc iskrzenie musiał być naprawdę

wysiłkiem dla niego. Bert nigdy nie był miły chyba, że czegoś chciał.

- Usiądź Anito

Położyłam kopertę na jego biurku i usiadłam.

- Co kombinujesz Bert?

Jego uśmiech zgasł. Zazwyczaj Bert nie marnował uśmiechu na nikim prócz klientów.

Rzeczywiście czegoś musi chcieć, bo na mnie na pewno nie marnował by uśmiechu.

- Obejrzałaś zdjęcia?

- Tak, co w związku z tym?

- Mogłabyś wskrzesić je?

Spojrzałam na niego spod mojego kupka z kawą.

- Jak stare są zwłoki?

- Nie mogłaś zorientować patrząc na zdjęcie?

- Gdybym je osobiście obejrzała to bym ci powiedziała ile maja, ale nie zdjęcia. Nie

odpowiedziałeś na moje pytanie.

- Około dwustu lat.

Zagapiłam się na niego.

- Większość animatorów nie mogło by wskrzesić zombi tak starego bez ludzkiej ofiary.

- Ale ty możesz.

- Tak. Nie zauważyłam żadnych nagrobków na zdjęciach. Mamy jakieś imiona?

- Czemu?

Potrząsnęłam głową. Bert był moim szefem od pięciu lat, zaczął prowadzić tą firmę, kiedy byli

tylko on i Manny i do tej pory nie wiedział kompletnie nic o wskrzeszaniu zombi.

- Jak możesz przebywać w grupie animatorów tyle lat i wiedzieć tak mało jak się wskrzesza

umarłych?

Jego uśmiech się skurczył tak jak i iskrzenie jego oczu.

- Po co ci ich imiona?

- Używasz imion by przywołać zombi z grobu.

- A bez imienia nie możesz tego zrobić?

- Teoretycznie nie mogę.

- Ale możesz to zrobić? – spytał. Nie podobał mi się jego ton.

- Tak mogę. John też mógłby to zrobić.

Potrząsnął głową.

- Oni nie chcą Johna.

Dopiłam swoją kawę.

- Oni czyli kto?

- „Beadle, Beadle, Sterling i Lowenstein”

- Firma prawnicza?

Bert przytaknął.

- Koniec gierek Bert. Powiedz mi po prostu o co do cholery chodzi.

- „Beadle, Beadle, Sterling i Lowenstein” mają klienta, który buduje luksusowy kurort w

górach blisko Branson. Bardzo ekskluzywny kurort. Miejsce gdzie bogaci ludzie mogliby

odpocząć od tłumów, jeśli sami nie mają w okolicy swojego domu. Mówimy tu o milionach

dolarów.

- Co stary cmentarz ma do tego?

- O ziemia, na której jest budowa od pokoleń zwaśnione są dwie rodziny. Sąd zdecydował, że to

do rodziny Kellysów należy, więc to oni dostali kupę forsy za ziemię. Ale rodzina Bouvierów

rości sobie prawa do tej ziemi i twierdzą, że na tej ziemi są szczątki ich rodziny. Do tej pory nikt

nie mógł znaleźć cmentarza.

Ah. – Znaleźli cmentarz. – powiedziałam.

- Znaleźli stary cmentarz, ale nie koniecznie należy on do rodziny Bouvierów.

- Więc chcą wskrzesić umarłych i spytać ich kim są?

- Dokładnie

Wzruszyłam ramionami..

- Mogę wskrzesić kilka zwłok w trumnach, spytać ich kim są. Co się jednak stanie jeśli okaże się,

że należą do rodziny Bouvierów?

- Będą musieli kupić ziemie po raz drugi. I tak myślą, że niektóre ciała należą do rodziny

Bouvierów. Dlatego chcą wskrzesić wszystkie zwłoki.

Uniosłam brwi.

- Żartujesz?

Potrząsnął głową, przy czym wyglądał na naprawdę zadowolonego.

- Możesz to zrobić?

- Nie wiem. Daj mi zdjęcia jeszcze raz.- Odstawiłam swój kubek z kawą na biurko i wzięłam

zdjęcia.

- Bert, spieprzyli to dwa razy do niedzieli. Teraz mamy masowy grób dzięki tym cholernym

buldożerom. Kości są ze sobą zmieszane. Do tej pory czytałam tylko o jednym przypadku

wskrzeszenia masowego grób. Ale w tamtym przypadku przywołali jedną konkretną osobę, i mieli

nazwisko.

Potrząsnęłam głową.

- Bez nazwiska może to być niemożliwe.

- Ale podjęła byś się tego?

Rozłożyłam zdjęcia na biurku, i się im zaczęłam przyglądać. Jedna z czaszek byłam

przepołowiona na pół tworząc kształt miski. Dwa kościste palce przyczepione do siebie czymś

mokrym organicznym, co wcześniej musiało być ludzką tkanką leżało obok górnej połowy

czaszki. Kości, kości wszędzie widać było kości, których nie można było nazwać przez cały ten

bajzel zrobiony przez buldożery.

Mogłam to zrobić? Szczerze, nie miałam pojęcia. Czy chciałam się tego podjąć? Jasne. Pewnie, że

chciałam.

- Chciałabym spróbować to zrobić.

- Wspaniale.

- Wskrzeszenie ich paru w kilka nocy zajmie co najmniej kilka tygodni, nawet jeśli mi się to uda.

Z pomocą Johna było by o wiele szybciej.

- Takie opóźnienie będzie ich kosztować miliony.- powiedział Bert.

- Nie ma innego sposobu by to zrobić.

- Wskrzesiłaś całą rodzinę Davidsonów w tym ich pra-pradziadka, chociaż nie powinno ci się to

udać. Możesz wskrzesić więcej niż jednego za jednym razem.

Potrząsnęłam głową.

- To był wypadek. Popisywałam się. Oni chcieli bym wskrzesiła trzech członków rodziny.

Chciałam im zaoszczędzić czasu i pieniędzy robiąc to za jednym zamachem.

- Wskrzesiłaś dziesięciu członków rodziny, a oni prosili tylko o trzech.

- Więc?

- Więc, czy możesz wskrzesić cały cmentarz w jedną noc?

- Zwariowałeś. – powiedziałam do niego.

- Możesz to zrobić czy nie?

Otworzyłam usta by powiedzieć nie, a potem je zamknęłam. Wskrzesiłam kiedyś cały

cmentarz za jednym zamachem. Nie wszystkie ze zwłok miały dwieście lat niektóre były nawet

powyżej trzystu lat, a ja wskrzesiłam je wszystkie. Oczywiście miałam dwie ludzkie ofiary jako

źródło mocy. To jak skończyłam tworząc krąg mocy używając do tego dwóch ludzkich ofiar jest

długą historią. To była obrona własna, ale magia o to nie dba. Śmierć to śmierć proste.

Pytanie, czy mogłam to zrobić?

- Naprawdę nie wiem Bert.

- Ale nie mówisz nie.- powiedział. Na jego twarzy widać było gorące pragnienie działania.

- Musieli ci zaoferować kupę forsy, skoro jesteś tak napalony na to zlecenie.- powiedziałam.

Uśmiechnął się.

- Zostaliśmy wybrani do tego projektu w przetargu.

- My co?

- Wysłali te zdjęcia do nas, do Firmy wskrzeszającej w Kalifornii i do Essentials Spark(Iskra

Życia) w Nowym Orleanie.

- Oni preferują francuską nazwę Elen Vital nad angielskim przekładem.- powiedziałam.

Widocznie to brzmi bardziej jak salon piękności niż firma animatorów, ale nikt mnie nie pyta o

zdanie.

- Więc co najniższy cena dostaje zlecenie?

- To był ich plan.

Bert wyglądał jak kot, który dobrał się do śmietanki.

- Co?- spytałam.

- Ujmę to tak.- powiedział Bert.- W całym naszym kraju jest ile? Może z troje animatorów, którzy

mogą wskrzesić zombi tak stare bez ludzkiej ofiary? Ty i John jesteście dwójką z nich.

Zaliczmy jeszcze Phillipa Freestona z firmy Wskrzeszającej w Kalifornii. Tylko wy troje.

- Zapewne masz rację.

Potaknął mi.

- Ok. Czy Phillipa mogła by wskrzesić zwłoki bez imienia?

- Nie mam takiej wiedzy na ten temat. John mógłby to zrobić. Więc może i ona mogła by to

zrobić.

- Czy ona lub John mogliby wskrzesić kupę kości, żadne w trumnie?

To mnie zastanowiło.

- Nie wiem.

- Czy którekolwiek z nich miało by możliwość wskrzeszenia całego pola zwłok?- patrzył na mnie

w skupieniu.

- Za bardzo się tym pławisz Bert.- powiedziałam.

- Odpowiedz tylko na moje pytanie Anita.

- Nie sądzę by John mógłby to zrobić, a Phillipa nie jest tak dobra jak on, więc sądzę, że nie

mogliby tego dokonać.

- Mam zamiar podwyższyć ich rachunek.- powiedział Bert.

Zaczęłam się śmiać.

- Podwyższyć cenę?

- Nikt inny nie potrafi tego zrobić. Nikt prócz ciebie. Próbowali to traktować jak kolejny

problem z konstrukcją, ale nie mamy konkurencji czyż nie?

- Pewnie nie.- powiedziałam.

- Dlatego mam zamiar ich wyczyścić.- powiedział i się uśmiechnął.

Potrząsnęłam głową.

- Ty chciwy skurczybyku.

- Przecież masz udział w zysku.

- Wiem.- spojrzeliśmy na siebie.- Co jeśli spróbuje ich wskrzesić w jedną noc i mi się nie uda?

- Ale będziesz ich mogła wskrzesić wszystkich w końcu, nieprawdaż?

- Pewnie tak. – wstałam, wzięłam swój kubek.- Ale nie wydam swojego czeku póki tego nie

zrobię. Idę się trochę przespać.

- Chcą odpowiedzi jeszcze dziś z rana. Jeśli przyjmą nasze żądania to przylecą po ciebie

prywatnym helikopterem.

- Helikopterem- przecież wiesz, że nienawidzę latać.

- Dla takiej forsy polecisz.

- Super.

- Przygotuj się.

- Nie przeginaj Bert.- wzdrygnęłam się w drzwiach.- Pozwól mi wziąć ze sobą Larrego.

- Czemu? Jeśli John nie potrafi tego zrobić to z pewnością Larry nie ma pojęcia jak to zrobić.

Wzruszyłam ramionami.

- Może nie, ale zawsze możemy połączyć swoje moce podczas wskrzeszania. Jeśli nie będę mogła

tego zrobić sama, mogę potrzebować energii od naszego praktykanta.

Bert się zamyślił.

- Czemu nie John? Połącz energię z nim.

- Tylko jeśli oddał by mi moc po dobroci. Myślisz, że by to zrobił?

Bert potrząsnął głową.

- Powiesz mu, że klient go nie chciał? Że zaoferowałeś go klientowi, a ten odmówił i poprosił

konkretnie o mnie?

- Nie.- powiedział Bert.

- Dlatego spotkałeś się ze mną w takich warunkach, bez światków.

- Czas to pieniądz, Anita.

- Jasne, Bert, ale nie chciałeś stanąć twarzą w twarz z panem Johnem Burkem i oświadczyć mu, że

kolejny klient go odrzucił na moją korzyść.

Bert spojrzał na swoje zadbane dłonie na biurku, potem spojrzał swoimi szarymi poważnymi

oczami na mnie.

- John jest prawie tak dobry jak ty Anita. Nie chce go stracić.

- Myślisz, że odszedłby jeśli kolejny klient poprosiliby o mnie?

- Jego duma jest zraniona.- powiedział Bert.

- A jest jej tak dużo do zranienia.- powiedziałam.

Bert się uśmiechnął.

- Twoje wkurzanie go nie pomaga.

Wzruszyłam ramionami. Było by to dziecinne jeśli bym powiedziała, że to on zaczął.

Próbowaliśmy się umawiać, ale John nie mógł sobie poradzić z tym, że jestem jego żeńskim

odpowiednikiem. Nie: nie mógł sobie poradzić, że jestem jego lepszą wersją.

- Postaraj się zachowywać grzecznie, Anita. Larry jeszcze się nie wdrążył, potrzebujemy

Johna.

- Zawsze jestem grzeczna, Bert.

Potaknął mi.

- Jeśli nie moglibyśmy na tej sprawie tyle zarobić nie podjął bym się jej.

- Ja też.

To opisywało naszą relacje z Bertem. Nie byliśmy przyjaciółmi, co nie nie umożliwiało nam być

partnerami biznesowymi.

Rozdział 2

W południe dostałam telefon od Berta

- Bądź w biurze gotowa i spakowana o drugiej. Pan Lionek Bayard będzie leciał z tobą i

Larrym.

- Kim jest Lionek Bayard?

- To młodszy wspólnik firmy Beadle, Bekadle, Sterling i Lowenstein. To typ człowieka, który lubi

dźwięk swojego głosu. Nie znęcaj się nad nim z tego powodu

- Kto, ja?

- Anita, nie drażni się z człowiekiem, który może być ci pomocny. Może i nosi garnitur za trzy

tysiące dolarów, ale mimo to może być ci pomocny

- Zachowam to dla któregoś ze wspólników. Na pewno ktoś z Beadle, Beadle, Sterling i

Lowenstein się pojawi wciągu tego tygodnia.

- Nie drażni też szefostwa! – powiedział

- Cokolwiek powiesz. – mój głos stał się przymilny.

- Zrobisz na co tylko masz ochotę bez względu na to co powiem, prawda?

- Jej Bert, kto powiedział że nie można nauczyć sztuczek starego psa.

- Po prostu bądź tu o drugiej. Dzwoniłem już do Larrego, też tu będzie.

- Nie martw się Bert, będę. Muszę jeszcze gdzieś na moment wpaść więc nie martw się jeśli

spóźnię się parę minut.

- Nie spóźnij się.

- Będę najszybciej jak mogę.- rozłączyłam się zanim mógł się ze mną zacząć kłócić.

Musiałam wziąć prysznic, przebrać się, a potem pojechać do szkoły podstawowej Seckman’a .

Richard Zeman uczył tam przyrody. Byliśmy umówieni na jutro na randkę. W pewnej chwili

Richard poprosił bym za niego wyszła. To było jakby w zawieszeniu, ale byłam mu winna coś

więcej niż wiadomość na jego automatycznej sekretarce „Wybacz kochanie, ale nici z naszej

randki. Nie będzie mnie w mieście” Wiadomość na sekretarce byłaby dla mnie łatwiejsza, ale też

byłoby to z mojej strony tchórzostwo.

Spakowałam jedną walizkę. Wystarczyła mi w zupełności na cztery dni i może trochę dłużej.

Jeśli spakujesz dodatkową parę bielizny i ubrania, które możesz pomieszać w różne komplety to

możesz na takiej małej walizce przeżyć nawet tydzień.

Dodałam do bagażu parę dodatkowych rzeczy. Mój pistolet Firestar dziewięć milimetrów i jego

kaburę którą umieszczam pod spodniami. Wystarczającą ilość dodatkowej amunicji by zatopić

statek, dwa noże plus ich pochwy na nadgarstki. Dzięki temu będę miała cztery noże.

Całe to rękodzieło dla malej mnie. Dwa z nich były zastąpione nowymi po tym jak je straciłam

przed moim powrotem do zdrowia. Kazałam zastąpić utracone nowymi, ale żeby ręka się do nich

przyzwyczaiła wymaga czasu, zwłaszcza jeśli nalegasz na takie z najwyższą ilością srebra w stali.

Dwa noże, dwa pistolety powinny starczyć na tygodniową podróż biznesową. Miałabym na sobie

pistolet Browning Hi-Power.

Pakowanie nie było problemem. To co mam założyć dziś, tak. Chcą bym wskrzesiła ich

wszystkich dzisiejszej nocy, jeśli mi się uda. Cholera, możliwe że helikopter poleci dokładnie na

miejsce budowy. Co znaczy, że będę musiała chodzić spulchnionej ziemi, kościach i zniszczonych

trumnach. To nie brzmiało jak miejsce odpowiednie na szpilki. Jednak jeśli młodszy wspólnik

będzie miał na sobie garnitur za trzy tysiące dolarów, ludzie którzy mnie zatrudnili będą

oczekiwać odpowiedniego wyglądu. Mogę się ubrać profesjonalnie lub w piórka i krew. Miałam

nawet kiedyś klienta, który był rozczarowany, że nie przybyłam nago wysmarowana krwią.

Myślę, że chyba nie miałam do tej pory klienta, który nie oczekiwał lub sprzeciwiał się jakiemuś

rodzajowi obrzędów podczas wskrzeszania umarłych. Zaś moje pojawienie się w dżinsach i

butach od joggingu nie wzbudzało zaufania. Nie wiem czemu.

Mogłam też zapakować mój kombinezon, który można założyć na każdy rodzaj ubrania. Taak, ten

pomysł mi się podoba. Veronica Sims- Ronni, moja najlepsza przyjaciółka- namówiła mnie do

zakupu modnej krótkiej wojskowej spódniczki. Tak krótkiej, że trochę się nawet wstydziłam, ale

spódniczka ta idealnie pasuje pod kombinezon. Spódniczka nie marszczy się, albo podwija kiedy

noszę strój do likwidowania wampirów czy na miejscu zbrodni. A gdy zdejmę kombinezon,

mogłam od razu iść do biura, albo wieczorem na miasto. Byłam tak zadowolona z niego, że

poszłam i kupiłam jeszcze dwa w innych kolorach.

Jeden był szkarłatny, drugi purpurowy. Nie znalazłam czarnego jeszcze. Co najmniej nie taki,

który nie był tak krótki, że odmówiłam jego założenia. Musze przyznać, że krótka spódniczka

sprawia, że wyglądam na wyższą. Sprawia nawet, że moje nogi wyglądają na dłuższe. Kiedy masz

tylko metr pięćdziesiąt dziewięć to naprawdę coś. Ale purpurowy nie pasował do wielu rzeczy,

które posiadam więc wybrałam szkarłatny.

Znalazłam bluzkę z krótkim rękawkiem, która była dokładnie w takim samym odcieniu

czerwieni. Czerwony z jasnofioletowym, zimny twarde połączenie, które wyglądało świetnie w

połączeniu z moją bladą skórą, czarnymi włosami i ciemnymi brązowymi oczami. Kabura i mój

Browning Hi- Power dziewięć milimetrów odznaczają się dramatycznie w tym zestawie. Czarny

pasek ściśle opinający mi talie przytrzymywał dolną pętle kabury. Czarna marynarka z

podwiniętymi rękawami nałożona na ten zestaw ukrywała moją broń. Okręciłam się przedlustrem

w sypialni. Spódniczka nie była wiele dłuższa od marynarki, ale nie dało się zauważyć broni.

Przynajmniej nie zbyt wyraźnie. O ile jesteś skłonny by kupować ubrania na miarę, trudno ukryć

pod ubraniem broń, zwłaszcza pod damskimi ubraniami.

Zrobiłam taki makijaż, aby czerwień stroju nie przytłoczyła mnie. Miałam przecież pożegnać

się z Richardem. Mieliśmy się nie widzieć przez kilka dni, więc trochę makijażu na pewno nie

zaszkodzi. Kiedy mówię makijaż, chodzi mi o cień do powiek, róż, pomadkę i to wszystko.

Prócz wywiadu w telewizji na który namówił mnie Bert nie nosze podkładu.

Prócz pończoch i szpilek, które nosze bez względu jaka spódnice mam na sobie, mój strój był

wygodny. Oczywiście dopóki będę pamiętać by się nie schylać, będę bezpieczna.

Jedyną biżuterię jaką nosze jest srebrny krzyżyk ukryty pod bluzką i zegarek na nadgarstku.

Zegarek, który nosiłam do spódnicy popsuł się i nie miałam nigdy czasu by zanieść go do

naprawy. Obecnie nosze męski zegarek z czarnym paskiem, który wygląda nie na miejscu na

moim drobnym nadgarstku. Ale co tam, ważne że świeci w ciemności gdy nacisnę przycisk.

Pokazuje mi datę, jaki dziś mamy dzień i o której mam biegać, czego nie znalazłam w żadnym

damskim zegarku.

Nie musiałam dziś odwoływać biegania jutro rano z Ronnie. Pracowała nad sprawą poza

miastem. Praca detektywa nigdy się nie kończy.

Załadowałam walizkę na tył mojego Jeepa i już o pierwszej byłam w drodze do szkoły

Richarda. Na pewno spóźnię się do biura. No trudno. Poczekają na mnie, albo i nie. Nie złamią mi

serca jeśli spóźnię się na helikopter. Nienawidzę samolotów, ale to helikoptery napawają mnie

największym strachem.

Nie bałam się latania do momentu w którym znalazłam się w samolocie, który zaczął spadać i w

kilka sekund znalazł się tysiąc metrów niżej. Stewardesy wylądowały na suficie pokryte kawą.

Ludzie krzyczeli i się modlili. Starsza pani obok mnie zaczęła odmawiać modlitwę do Boga po

niemiecku. Była tak przerażona, że łzy same ciekły jej po twarzy. Zaoferowałam jej moją dłoń, a

ona ją chwyciła. Wiedziałam, że umrę i nic na to nie mogę poradzić. Ale umarłybyśmy trzymając

się za ręce. Umierać przykrytym ludzkimi łzami i modlitwami. Wtedy nagle samolot wrócił do

poziomu i nagle byliśmy bezpieczni. Od tamtej pory nie wierzę transportowi powietrznemu.

Normalnie w St. Louis nie ma prawdziwej wiosny. W tym roku wiosna przywitała nas

wcześniej i została. Powietrze delikatnie pokrywało skórę. Wiatr pachniał zielenią, która budziła

się z zimowego snu, a zima wydawała się tylko złym snem. Czerwone pączki kwiatów uginały

gałęzie drzew po obu stronach jezdni. Malutkie purpurowe pączki tworzyły delikatną lawendową

mgłę to tu to tam między nagimi gałęziami drzew. Nie było jeszcze liści, ale już zaczynało widać

krztę zieleni. Jakby ktoś wziął wielki pędzel i przybarwił wszystko. Patrząc bezpośrednio na nie

widać było nagie czarne drzewa, ale jeśli spojrzeć na nie wszystkie razem pod katem można było

zobaczyć prześwity zieleni.

Ulica Południowa 270 jest tak przyjemna jak każda inna autostrada może być, zaprowadzi cię do

celu najszybciej jak się da. Wyjechałam na ulicę Telson Ferry. Droga była szerokim pasem

zaopatrzonym w centrum handlowe, szpital i restaurację szybkiej obsługi, a kiedy zostawisz za

sobą strefę handlową trafiasz do nowej osiedle mieszkaniowe tak wielkiej że wyglądała prawie na

nie zamieszkałą. Widać było pojedyncze drzewa i otwartą przestrzeń, która na pewno długo taką

nie pozostanie.

Skręt w ulicę 21 Old znajduje się grzbiecie wzgórza tuż za rzeką Meramec. Znajdują się tu

przeważnie domki przy paru stacjach benzynowych, rejonowe biuro tutejszego regionu wodnego i

wielkie pole gazowe na prawo, gdzie wzgórza rozciągają się poza horyzont.

Na pierwszych światłach skręciłam w lewo mijając małe centrum z kilkoma sklepami. Droga wije

się jak wąż między domami i drzewami. Na trawnikach między domami mignęły mi pierwsze

żonkile. Droga opadała w dół do doliny gdzie u podnóża stromego wzgórza znajdował się znak

stopu. Następnie droga pięła się szybko ku szczytowi wzgórza aż do T, skręt w lewo i prawie

jestem na miejscu.

Szkoła miała tylko jedno piętro i położona była na szerokiej połaci ziemi płaskiej doliny

otoczonej wzgórzami. Wychowana na indiańskiej farmie na wsi nazywałam je górami. Szkoła

podstawowa znajdowała się w oddzielnym budynku , ale była na tyle blisko Junior High(*nasze

gimnazjum),że miały one z wspólne boisko.

Zaparkowałam jak najbliżej budynków jak to tylko możliwe. To była moja druga wizyta w szkole

Richarda, pierwsza podczas trwania zajęć. Wstąpiliśmy tu raz po dokumenty, których Richard

zapomniał wziąć wcześniej. Szkoła wtedy była pusta. Weszłam głównym wejściem i wpadłam na

tłum. Musiała to być przerwa między zajęciami, a uczniowie przechodzili z jednych skończonych

zajęć na następne.

Zdawałam sobie sprawę z tego, że byłam tego samego wzrostu, a może nawet niższa niż każdy

kogo zobaczyłam obok siebie. Jest coś klaustrofobicznego w byciu otoczonym przez grupę

uczniów noszących plecaki i książki. Na pewno znajduje się w piekle krąg gdzie jest się

wieczność czternastolatkiem, wieczność uczniem gimnazjum. Jeden z niższych kręgów piekła.

Dałam się ponieść tłumowi w stronę klasy Richarda. Przyznam się szczerze cieszyłam się z faktu,

że byłam lepiej ubrana niż większość znajdujących się tu dziewczyn. Cholernie

małostkowe, wiem, ale w szkole byłam dość krępa. Nie ma dużej różnicy między krępą, a grubą

jeśli chodzi o dokuczanie. Urosłam od tamtego czasu i obiecałam sobie też że nigdy nie będę już

gruba. Tak to prawda kiedyś byłam jeszcze niższa niż obecnie. Najniższe dziecko latami w szkole,

a nawet dłużej.

Stałam po jednej stronie wejścia do sali, pozwalając uczniom wejść i wyjść. Richard

pokazywał coś jednej z uczennic w książce. Była to blondynka. Dziewczyna miała na sobie

flanelową koszulkę i czarna sukienkę o trzy numery za dużą na nią. Nosiła czarne glany z

białymi skarpetkami nawiniętymi na nie. Strój był bardzo na czasie. Zaś jej spojrzenie

ukazywało pełen podziw i zauroczenie. Cała promieniała i była chętna tylko dlatego, że pan

Zeman tłumaczył jej coś twarzą w twarz.

Muszę przyznać, że Richard był wart zauroczenia, a nawet dwóch. Jego gęste brązowe włosy były

związane z tyłu w kucyk, który stwarzał iluzje bardzo krótkich przylegających do głowy włosów.

Miała wysokie pełne kości policzkowe i mocno zarysowaną szczękę, z dołeczkami, które

łagodziły rysy jego twarzy i sprawiały że wyglądał prawie zbyt idealnie. Jego oczy były

czekoladowe, a otoczone były gęstymi długimi rzęsami, których na pewno zazdrości mu nie jeden

mężczyzna czy kobieta. Jasnożółta koszulka powodowała że jego stale opalona skóra stawała się

nawet jeszcze bardziej ciemna. Jego krawat był ciemnozielony i pasował do spodni które miał na

sobie. Jego marynarka była przewieszona przez oparcie krzesła. Jego mięśnie w ramieniu napinały

materiał koszulki kiedy przytrzymywał książkę.

Miejsca w klasie były prawie wszystkie zajęta, wokół panowała cisza. Zamknął książkę i podał ją

dziewczynie. Uśmiechnęła się do niego i skierowała do drzwi spóźniona na następne zajęcia.

Jej wzrok padł na moją osobę kiedy przechodziła przez drzwi, było w nim widać pytanie, co ja tu

robię.

Nie tylko ona jedna się zastanawiała. Kilkanaście uczniów spoglądało znad swoich ławek w moją

stronę. Wkroczyłam do klasy.

Richard się uśmiechną, co spowodowało że zrobiło mi się gorącą aż po czubki palców u nóg.

Uśmiech uratował go przed byciem zbyt przystojnym. To nie to że to nie był wspaniały uśmiech.

Mógłby reklamować pastę do zębów w telewizji. Ale jego uśmiech był uśmiechem małego

chłopca, otwarty i witający. Nie było w Richardzie poczucia winy żadnego głębokiego,

mrocznego planu. Był największym w świecie Skautem. Uśmiech to ukazywał.

Chciałam podejść do niego, poczuć jak jego ramiona mnie otaczają. Miałam straszne

pragnienie złapać go za krawat i wyprowadzić z Sali. Chciałam dotknąć jego klatki piersiowej pod

tą żółtą koszulką. To pragnienie było tak wielkie, że aż musiałam schować ręce w kieszeniach

mojego żakietu. Nie wolno szokować uczniów. Richard czasem tak właśnie na mnie działał. Okej,

przez większość czasu kiedy nie ma futra albo jeśli nie oblizuje krwi ze swoich palców tak na

mnie działa. Richard jest wilkołakiem. Wspomniałam o tym? Nikt w szkole o tym nie wie. Jeśli

ktokolwiek z nich by o tym wiedział z całą pewnością stracił by pracę. Ludzie nie lubią

lykantropów uczących ich cenne dzieci. To nie legalne dyskryminować innych z powodu choroby,

ale tak niestety się wszyscy zachowują. Czemu system edukacji miałby być inny?

Dotknął mojego policzka, tylko palcami. Obróciłam swoją twarz w kierunku jego dłoni i

ucałowałam jego palce. Tyle jeśli chodzi o stwarzanie pozorów przed uczniami. Słychać było

kilka westchnień i nerwowego śmiechu.

- Zaraz wracam – powiedział, a w tle słychać było więcej ohów i głośniejszy śmiech.

- Brawo panie Zeeman – było słychać

Richard wskazał mi drzwi i wyszłam ręce nadal mając w kieszeniach. Normalnie

powiedziałabym, że nie mam zamiaru ośmieszać się przed grupą ośmioklasistów, ale ostatnio nie

byłam zbyt prawdomówna.

Richard poprowadził mnie kawałek dalej od swojej klasy, na opustoszały korytarz. Oparł się o

ścianę szafek i spuścił na mnie wzrok. Uśmiech małego chłopca zniknął. Spojrzałam w jego

ciemne oczy i przeszedł mnie dreszcz. Przebiegłam ręką w dół po jego krawacie, wygładzając go

na jego klatce piersiowej.

- Mogę cię pocałować czy to zgorszy dzieciaki? – nie podniosłam na niego wzroku pytając.

Nie chciałam by zobaczył moją dziką potrzebę w oczach. To było wystarczająco wstydliwe

kiedy wiedziałam że potrafi to wyczuć. Nie możesz ukryć pożądania przed wilkołakiem. Potrafi to

wyczuć.

- Zaryzykuje – jego głos był miękki, niski z ciepłym tchnieniem co sprawiło że mój brzuch się

zacisnął.

Poczułam jak się nade mną schyla, więc uniosłam twarz. Jego usta były takie miękkie.

Oparłam się na nim, moje dłonie płasko na jego klatce. Mogłam poczuć jak jego sutki twardnieją

pod moją skórą. Moje dłonie przesunęły wzdłuż koszulki aż do jego bioder. Chciałam mu wyjąć

koszulkę ze spodni i poczuć moje ręce na jego gołej skórze. Cofnęłam się od niego czując tylko

minimalny brak tchu.

To był mój pomysł żebyśmy nie uprawiali seksu przed ślubem. Mój pomysł. Ale cholera to było

strasznie trudne. Im częściej się spotykaliśmy tym trudniej.

- Jezu, Richard – potrząsnęłam głową – To staje się coraz trudniejsze, prawda?

Uśmiech Richarda nie wyglądał niewinnie a najmniej jak u skauta.

- Tak, coraz trudniejsze

Poczułam jak robi mi się gorąco na twarzy.

- Nie to miałam na myśli

- Wiem co miałaś na myśli – jego głoś był delikatny, już się ze mną nie przekomarzał

Moja twarz nadal była gorąca ze wstydu, ale mój głos był już opanowany. Punkt dla mnie.

- Musze wyjechać z miasta w interesach

- Zombi, wampiry czy policja?

- Zombi

- Dobrze

Spojrzałam na niego.

- Czemu dobrze?

- Bardziej się o ciebie boje kiedy wyjeżdżasz w sprawach policji lub likwidacji wampirów.

Przecież wiesz.

Potaknęłam

- Tak, wiem.

Staliśmy tam, w korytarzu, patrząc na siebie. Gdyby było inaczej, pewnie bylibyśmy już

zaręczeni, może nawet planowalibyśmy już wesele. Całe to napięcie seksualne miało by kiedyś

jakieś zakończenie. A tak jest teraz….

- Jestem już spóźniona. Musze już iść.

- Masz zamiar powiedzieć Jean – Clausowi dowidzenia osobiście?- jego twarz była neutralna

kiedy pytał, ale głos nie.

- Mamy dzień, a on jest teraz w trumnie.

- Ah – powiedział Richard

- Nie planowałam z nim randki w ten weekend więc nie jestem mu winna wyjaśnień. Czy

towłaśnie chciałeś usłyszeć?

- Blisko – powiedział. Odsunął się o krok od szafek, zbliżając do siebie nasze ciała. Schylił się

by pocałować mnie na pożegnanie. Chichot z końca korytarza nam przeszkodził.

Odwróciliśmy się by ujrzeć większość jego klasy w drzwiach sali wpatrujących się w nas.

Super.

Richard się uśmiechnął. Podniósł głos tak by mogli go usłyszeć.

- Powrotem do klasy, potwory

Słychać było pomiaukiwanie, a jedna mała brunetka spojrzała na mnie nieprzychylnie. Myślę, że

wiele dziewczyn kocha się w panu Zeemanu.

- Tubylcy są niespokojni, musze wracać do Sali.

Potaknęłam

- Mam nadziej że wrócę w poniedziałek

- Wybierzemy się na pieszą wycieczkę w następny weekend w takim razie

- Odłożyłam spotkanie z Jean – Claudem w tym tygodniu. Nie mogę się z nim nie widzieć dwa

weekendy z rzędu.

Twarz Richarda zachmurzyła się. Widać było że zaczyna się wkurzać

- Wycieczka piesza za dnia, a wampira możesz zobaczyć w nocy. Tylko tak będzie

sprawiedliwie.

- Nie podoba mi się to bardziej niż tobie – powiedziałam.

- Chciałbym w to wierzyć.

- Richard

Wydał z siebie długie westchnienie. Złość w pewien sposób z niego wyparowała. Nigdy nie

mogłam zrozumieć jak on to robi. Mógł być wściekły w jednej chwili, spokojny w następnej.

Oba uczucia wyglądały na autentyczne. Ja jak już jestem zła, to jestem zła. Może to jakaś skaza na

charakterze?

- Przepraszam, Anita. To nie tak że umawiasz się z nim za moimi plecami.

- Nie mogła bym zrobić niczego za twoimi plecami. Przecież wiesz.

Potaknął.

- Wiem o tym.

Spojrzał znów na swoją sale.

- Musze wracać zanim wzniecą w sali ogień

Poszedł wzdłuż korytarza do klasy, nie oglądając ani razu.

Prawie za nim zawołałam, ale sobie darowałam. Atmosfera prawie się całkowicie popsuła. Nie ma

nic lepszego niż wiedza, że twoja dziewczyna spotyka się z kimś innym. Ja bym chyba zerwała

jeśli sytuacja byłby odwrotna. Podwójny standard tak, ale tylko wtedy kiedy cała trójka mogła z

tym żyć. Gdyby życie było dobrym określeniem dla Jean – Clauda.

Cholera, moje prywatne życie było zbyt zagmatwane bym mogła w spokoju wykonywać swoją

pracę. Szłam korytarzem, wiedząc że zaraz minę otwarte drzwi klasy gdzie uczy Richard. Moje

szpilki wydawały głośny stukot. Nie próbowałam uchwycić ostatniego mignięcia. To by sprawiło

że poczułabym się jeszcze gorzej z powodu wyjazdu.

To nie był mój pomysł by umawiać się z Mistrzem Miasta. Jean – Claude dał mi dwie opcje: albo

zabije Richarda, albo będę umawiać się z nimi oboma. Wydawało mi się na ten moment, że to

dobre rozwiązanie. Pięć tygodni później nie byłam już tego taka pewna.

Tylko moje zasady powstrzymywały mnie i Richarda przed skonsumowaniem naszego

związku. Konsumować, ładny eufemizm. Ale Jean – Claude wyraził się jasno jeśli zrobię coś z

Richardem musze zrobić to też z nim. Jean – Claude próbował mnie podejść. Jeśli Richard może

mnie dotykać, a on nie to to jest nie sprawiedliwe. Muszę tu się z nim zgodzić, ale myśl że

miałabym uprawiać seks z wampirem jest lepszym bodźcem do wstrzemięźliwości niż wyższe

idee.

Nie mogę umawiać się z oboma na randki w nieskończoność. Napięcie seksualne kiedyś mnie

zabije. Mogłabym bym się wycofać. Richard może i by mi pozwolił odejść. Nie podobałoby mu

się to, ale jeśli chciałabym być wolna to pozwoliłby mi odejść. Jean – Claude, z drugiej strony…

On nigdy nie pozwolił by mi odejść. Pytanie brzmi, czy chciałabym by mi pozwolił odejść.

Odpowiedź: pewnie że tak. Sztuczka polega na tym jak się od nich uwolnić nie pozwalając by

któreś zginęło.

Taak, pytanie za 64 tysiące dolarów. Problem w tym, że nie znam odpowiedzi na to pytanie.

Wcześniej czy później będziemy go potrzebować. A to później zbliża się wielkimi krokami.

Rozdział 3

Skupiłam się po swojej stronie helikoptera, jedną ręką w śmiertelnym uścisku na pasie

bezpieczeństwa, który był zaryglowany na jednej ze ścian. Chciałam użyć obu rąk by się

przytrzymać, tak jakby przytrzymywanie się najmocniej jak się da tego głupiego paska

uratowałoby mnie gdyby helikopter roztrzaskał się o ziemię. Trzymałam się jedną ręką, a nie

dwoma by nie wyjść na tchórza. Miałam na sobie słuchawki, rodzaj zabezpieczenia słuchu, przed

hałasem wywoływanym przez śmigła. Miały one też mikrofon, więc można dzięki nim też było

rozmawiać mimo przyprawiającego o ból zębów hałasu. Nie zdawałam sobie sprawy, że większa

część helikoptera jest pusta, co sprawiało że czułam się jakbyśmy znajdowali się w wielkiej

brzęczącej i wibrującej bańce. Trwałam z zamkniętymi oczami jak najdłużej jak było to możliwe.

- Dobrze się pani czuje, pani Blake? – spytał Lionel Bayard.

Dźwięk jego głosu wystraszył mnie.

- Wszystko w jak najlepszym porządku.

- Nie wygląda pani najlepiej.

- Nie lubię latać. - powiedziałam

Obdarzył mnie słabym uśmiechem. Nie sądzę bym dzięki takiemu zachowaniu zyskiwała

zaufanie Lionela Bayarda, prawnik i podwładnego firmy Beadle, Beadle, Sterling i Lowenstein.

Lionek Bayard był niskim, schludnym mężczyzną z szczecinką blond wąsów, które wyglądały na

największe możliwości jego zarostu jakie by mógł kiedykolwiek uzyskać. Jego trójkątna szczęka

była tak gładka jak moja. Może te wąsy były naklejone. Jego brązowy garnitur z żółtą kamizelką

były świetnie dopasowane do jego ciała. Jego cienki krawat był koloru żółto brązowego i miał

przyczepiony złotą szpilkę. Szpilka ta miała na sobie monogram. Jego cienka skórzana aktówka

też miała na sobie monogram. Wszystko do siebie pasowało od góry do dołuwłączając w to jego

pozłacany próżny charakter.

Larry przekręcił się na swoim siedzeniu. Siedział obok pilota

- Naprawdę boisz się latać? – Mogłam zobaczyć jak jego usta się poruszają, ale żaden dźwięk się z

nich nie wydobył, ale mogłam swobodnie rozmawiać dzięki słuchawką z mikrofonem, bez nich

rozmowa nie byłby możliwa w takim hałasie wydobywającym się z tej cholernej maszyny.

Larry wydawał się rozbawiony.

- Tak Larry. Naprawdę boje się latać. – miałam nadziej, że usłyszał mój sarkazm tak jak ja

usłyszałam jego rozbawienie mimo słuchawek.

Larry się roześmiał. Wyraźnie sarkazm do niego dotarł. Larry wyglądał świeżo i czysto. Był

ubrany w swój niebieski komplet i białą koszulę, która była jedną z trzech które posiadał, miał też

na sobie swój drugi najlepszy krawat. Jego najlepszy zaś był cały poplamiony krwią. Ciągle

jeszcze był w colleg’u, pracując dla nas tylko w weekendy póki nie skończy szkoły. Jego krótkie

włosy miały kolor zaskoczonej marchewki. Był cały w piegach, był jakoś mojego wzrostu, niski z

blado niebieskimi oczami. Wyglądał jak dorosły Opie ( najmłodszy rudowłosy bohater z

amerykańskiego programu "The Andy Griffith

Show" nadawanego w latach 1960-1968 )

Bayard zaś próbował jak najmocniej nie gapić się na mnie. Efekt jego starań i tak był dla mnie

widoczny, więc mógł się w ogóle nie kłopotać.

- Jest pani pewna, że ma pani predyspozycje do zadania, które przed panią stoi?

Nasze spojrzenia się spotkały.

- Proszę się modlić by tak było panie Bayard, ponieważ ma pan tylko mnie.

- Zdaje sobie sprawę z pani wysokich kwalifikacji pani Blake. Spędziłem ostatnie dwanaście

godzin kontaktując się ze wszystkimi firmami animatorskimi w Stanach Zjednoczonych. Firma

Freeston Resurrection z Filadelfi stwierdziła, że nie jest w stanie wykonać dla nas tego zadania,

zapewniła nas też, że jedyna osoba która może spełnić nasze oczekiwania to Anita Blake. Elan

Vital z Nowego Orleanu powiedziała nam to samo. Wspominali też o Johnie Burku, ale nie byli

pewni co do tego czy byłby on w stnie zrobić wszystko to co wymagamy. Musimy wskrzesić

wszystkich umarłych, albo jest to dla nas bezużyteczne.

- Czy mój szef wyjaśnił, że nie jestem w stu procentach pewna czy jestem w stanie wykonać tego

zadania?

Bayard zamrugał zaskoczony.

- Pan Vaughn był jak najbardziej pewny pani kwalifikacji co do tego zadania.

- Bert może być pewny ile tylko mu się chce. To nie on musi wskrzesić ten bajzel.

- Zdaje sobie sprawę, że ekipa budowlana skomplikowała pani zadanie pani Blake, ale nie

zrobiliśmy tego rozmyślnie.

Dałam sobie z tym spokój. Widziałam zdjęcia. Próbowali to zatuszować. Gdyby ekipa budowlana

nie miała w sobie paru lokalnych ludzi sympatyzujących z rodziną Bouvier, to zaorali by cały całe

to pole z kośćmi, zalali betonem i voila, dowody znikły.

- Tak, jasne.

Westchnął., aż zawibrowało w słuchawkach.

- W takim razie proszę przyjąć moje przeprosiny.

Wzruszyłam ramionami.

- Póki pan nie zrobił tego osobiście to nie pan jest mi winien przeprosiny.

Poruszył się minimalnie na swoim siedzeniu.

- Nie wydałem polecenia by kopać. To było polecenie pana Stirlinga

- Tego Stirling? – spytałam.

Bayard nie załapał żartu.

- Tak , tego Stirlinga.

Albo naprawdę spodziewał się, że znam to nazwisko.

- Zawsze masz nad sobą starszego wspólnika patrzącego ci na ręce podczas pracy?

Użył jednej ręki by poprawić na nosie okulary w złotych oprawkach. Wyglądało to na stary nawyk

z czasów sprzed nowych okularów i modnego garnituru.

- Z tak wielką sumą pieniędzy, która wisi na włosku, pan Stirling pomyślał, że najlepiej jeśli

będzie w pobliżu w razie jakichkolwiek nowych problemów.

- Nowych problemów?

Zamrugał gwałtownie, jak wystraszony królik.

- Sprawa z rodziną Bouvier

Kłamał .

- Co jeszcze poszło źle, w projekcie?

- Co ma pani na myśli, pani Blake?

Jego wypielęgnowane dłonie wygładziły krawat.

- Macie więcej problemów, prócz tych z rodziną Bouvier. – stwierdziłam.

- Jakiekolwiek problemy, które mamy lub nie, nie powinny pani, pani Blake kłopotać.

Zatrudniliśmy panią aby wskrzesiła umarłych i ukazała ich personalia. Prócz tego, nie ma pani tu

żadnych innych obowiązków.

- Wskrzeszał pan kiedykolwiek umarłych, panie Bayard?

Zamrugał ponownie.

- Oczywiście, że nie. – wydawał się obrażony taką sugestią.

- W takim razie, skąd pewność że inne problemy nie będą miały wpływu na efektywność mojej

pracy?

Drobne zmarszczki pojawiły się między jego oczami. Był prawnikiem i dobrze mu się powodziło,

ale wydawało się że jego życie nie było usłane różami. Ciekawe skąd brały się problemy na jego

drodze.

- Nie widzę związku między naszymi drobnymi problemami, a pani pracą.

- Właśnie się pan przyznał, że nie ma bladego pojęcia o mojej pracy. - powiedziałam – Więc skąd

pan wie co może wpłynąć na wpłynąć, a co nie?

Świetnie, złapał przynętę. Bayard pewnie ma rację. Inne problemy pewnie nie będą miały na mnie

wpływu, ale nigdy nie wiadomo. Nie lubię chodzić po omacku. Nie lubię być też okłamywana,

nawet przez pominięcie pewnych faktów.

- Myślę, że powinienem zadzwonić do pana Stirlinga z zapytaniem, czy mogę panią wprowadzić

w inne szczegóły czy też nie.

- Nie na tyle starszy wspólnik, że nie możesz podejmować decyzji samodzielnie? - powiedziałam.

- Nie. – Bayard powiedział. – Nie mogę.

Jezu, niektórzy nie znają się na żartach. Spojrzałam na Larrego. Wzruszył ramionami.

- Wygląda na to, że zaraz lądujemy.

Spojrzałam przez okno i ujrzałam szybko zbliżającą się ziemie. Byliśmy na środku góry Ozark,

wisząc w powietrzu nad wysadzaną bliznami czerwoną połacią nagiej ziemi. Plac budowy, jak

sądzę.

Ziemia zbliżała się do nas w zastraszającym tempie. Zamknęłam oczy i przełknęłam ciężko.

Podróż prawie

dobiegła do końca. Nie zwymiotuje tak blisko ziemi. Prawie koniec. Prawie koniec.

Wylądowaliśmy wraz z uderzeniem, co spowodowało że sapnęłam.

- Wylądowaliśmy. - powiedział Larry. – Możesz już otworzyć oczy.

Tak też zrobiłam.

- Bawi cię to jak cholera, prawda?

Zobaczyłam grymas na jego twarzy.

- Nie często zdarza mi się zobaczyć Cię wyprowadzoną tak z równowagi.

Helikopter był otoczony przez mgłę utworzoną z czerwonego kurzu. Śmigła zaczęły zwalniać z

mocnym basowym odgłosem: whump, whump. Kiedy śmigła się zatrzymywały brud i kurz zaczął

powoli opadać na ziemię dzięki czemu mogliśmy w ogóle zobaczyć gdzie jesteśmy.

Byliśmy na małym, płaskim terenie między skupieniem gór. Wygląda na to, że kiedyś była tu

wąska dolina, ale buldożery ją poszerzyć i spłaszczyć tak by stworzyć tu lądowisko dla

helikoptera. Góra naprzeciwko helikoptera była jednym wielkim czerwonym wzgórzem. Ciężki

sprzęt i samochody były skupione w dalszej części doliny.

Ludzie byli zaś skupieni wokół sprzętu, zakrywając oczy przed kurzem.

Kiedy śmigła całkowicie zamarły, Bayard rozpiął swój pas bezpieczeństwa. Zrobiłam to samo.

Zdjęliśmy nasze słuchawki i Bayard otworzył drzwi po swojej stronie. Ja otworzyłam swoje i

zorientowałam się, że ziemia znajduje się niżej niż to można było się spodziewać. Musiałam

wyeksponować dużą część swoich ud by w ogóle móc zejść.

Pracownicy budowlani cieszyli się widokiem. Otrzymałam w zamian gwizdy, pomiaukiwania i

jedna ofertę obejrzenia mojej bielizny. Oczywiście zostały tu inaczej dobrane słowa.

Wysoki mężczyzna w białym kowbojskim kapeluszu ruszył w naszym kierunku. Miał na sobie

jasnobrązowy kombinezon, lecz mimo że przykurzone dość mocno buty pochodziły od Guciego, a

idealną opaleniznę zawdzięczał z całą pewnością jakiemuś kurortowi zdrowotnemu . Za

mężczyzną podążała kobieta.

Mężczyzna wyglądał jak prawdziwy przywódca. Miał na sobie dżinsy i roboczą koszulę z

podwiniętymi rękawami na umięśnionych ramionach. Nie dzięki grze w racquetball, czy odrobinie

tenisa, ale od dużej ilości ciężkiej fizycznej pracy.

Kobieta miała zaś na sobie tradycyjna garsonkę z małym niebieskim krawatem u szyi. Garsonka

była kosztowna, lecz jej fioletowo brązowy kolor nie pasował do jej kasztanowych włosów, za to

idealnie pasował do różu który rozsmarowała no swoich policzkach. Spojrzałam na jej szyje i tak

jak podejrzewałam tuż nad obojczykami widać było białą plamę gdzie nie rozsmarowała

podkładu. Wyglądała jakby uczyła się makijażu w szkole dla klaunów.

Nie wyglądała młodo. Można by pomyśleć, że ktoś zauważy jak źle ona wygląda i coś jej powie.

Oczywiście nie mam zamiaru być tą osoba. Kim byłam by ja krytykować?

Sterling miał najbardziej blado szare oczy jakie kiedykolwiek widziałam. Jego tęczówki były

tylko kilka odcieni ciemniejsze od białek jego oczu. Stał tam, a jego podwładni za nim. Obejrzał

mnie z góry do dołu. Nie spodobało mu się to co ujrzał. Jego spojrzenie skierowało się na Larrego

w jego tanim pogniecionym garniturze.

Pan Sterling zmarszczył brwi.

Bayard przeszedł naokoło helikoptera, poprawiając w międzyczasie marynarkę.

- Panie Stirling, przedstawiam panu panią Anitę Blake. Pani Blake to właśnie jest Raymond

Stirling.

Stał tam tam patrząc na mnie z zawiedzioną miną. Kobieta w ręku notatnik i długopis czekający w

pogotowiu.

Musiała to być jego sekretarka. Wyglądała na zmartwioną, jakby to czy pan Raymond Stirling nas

polubi.

Zaczynało mi być obojętne czy nas polubi czy nie. To co chciałąm powiedzieć to: Masz jakiś

problem koleś?

W rzeczywistości powiedziałam:

- Czy coś nie tak, panie Stirling?

Bert byłby zachwycony.

- Nie jest pani tym czym się spodziewałem, pani Blake

- Jak to?

- Ładna, to trzeba pani przyznać. – to nie był komplement

- I?

Wskazał na mój ubiór.

- Nie jest pani ubrana odpowiednio do pracy jaką ma pani wykonać.

- Pana sekretarka ma na sobie szpilki.

- Ubiór pani Harrisom, to nie pani zmartwienie.

- A mój nie jest pana.

- Racja, ale zajmie pani cholernie dużo czasu wejście na wzgórze w tych szpilkach.

- Mam na zmianę sportowe buty w walizce.

- Nie podoba mi się pani zachowanie, pani Blake

- Wiem, że mi nie podoba się pańskie. – odpowiedziałam.

Brygadzista za nim miał trudności z ukryciem uśmiechu. Jego oczy stawały się lśniące z wysiłku.

Pani Harrisom wyglądała na przerażoną. Boyard przesunął się w stronę pana Stirlinga. Tchórz.

Larry przesunął się w moja stronę.

- Chce pani tą pracę, pani Blake?

- Nie na tyle by żałować jej utraty.

Pani Harrisom wyglądała jakby połknęła robaka. Takiego wielkiego, obrzydliwego, wijącego się

robala. Chyba nie zrozumiałam wskazówki, którą mi dano aby paść na kolana i wielbić jej szefa.

Brygadzista zakrył dłonią usta i zaczął kaszleć. Stirling spojrzał na niego, potem nam mnie.

- Zawsze jest pani tak arogancka? – spytał

Potaknęłam.

- Wolę określenie ‘pewna siebie’ nad ‘arogancka’, ale mogę zmienić nastawienie jeśli i pan

zmieni swoje.

- Przepraszam, panie Stirling – powiedział Boyard – Niech pan wybaczy. Nie miałem pojęcia…

- Zamknij się, Lionel – powiedział Stirling.

Lionel zamilkł.

Stirling patrzył na mnie swoimi szarymi oczami. Potaknął.

- Zgadzam się, pani Blake. – uśmiechnął się – Zmienię swoje nastawienie.

- Świetnie. – powiedziałam.

- Dobrze w takim razie pani Blake, chodźmy na szczyt i zobaczymy czy jest pani tak dobra za jaką

się pani uważa.

- Mogę obejrzeć cmentarz, ale do momentu jak się ściemni nie mogę nic więcej zrobić.

Zachmurzył się i spojrzał na Boyarda.

- Lionel.

To jedno słowo miało w sobie pełno pasji. Złość szukająca ofiary. Przestał się wyżywać na mnie

zaś Lionel był idealnym celem.

- Przefaksowałem panu skrót informacji jak tylko zorientowałem się, że pani Blake nie będzie w

stanie pomóc nam nim nie zapadnie zmrok.

Dobry człowiek. Kiedy wątpią w twoje kwalifikacje, zasłoń się papierami.

Stirling patrzył na niego. Boyard patrzył ze skruchom, ale stał pewnie na dwóch nogach,

bezpieczny za swoim skrótem informacji, który wysłał.

- Zadzwoniłem do Beata i kazałem mu sprowadzić brygadę, bo myślałem że uda nam się wykonać

jakąś część pracy dziś.

Jego spojrzenie niezachwianie skierowane było na Bayarda. Lionel zwiądł trochę, wyraźnie jeden

fax nie mógł go ochronić.

- Panie Stirling, nawet jeśli mogę wskrzesić cały cmentarz jednej nocy i to jest duże jeśli, co jeśli

ci umarli należą

do rodziny Bouvier? Co jeśli są to ich krewni? Rozumiem, że prace budowlane zostaną

zaprzestane, aż do ponownego wykupu ziemi.

- Bouvier’owie nie chcą jej sprzedać. – Beau powiedział.

Stirling rzucił mu przeszywające spojrzenie. Brygadzista odpowiedział miękkim uśmiechem.

- Chce mi pan powiedzieć, że przyszłość całego projektu zależy teraz od tego czy leżą tu jacyś

krewni rodziny Bouvierych? – spytałam Bayarda

- Lionel, czemu mi o tym nie powiedziałeś?

- Nie było potrzeby informowania pani o tym. – powiedział Bayard.

- Czemu nie chcieli sprzedać ziemi za milion dolarów? – spytał Larry. Dobre pytanie.

Stirling spojrzał na niego, tak jakby pojawił się z nikąd. Najwyraźniej podwładni nie mieli prawa

głosu.

- Magnus i Dorkas Bouvier mają tylko restauracje, która nazywa się „Krwawe Kości” Nie jest

warta prawie nic.

Nie wiem czemu nie chcą stać się milionerami.

- „Krwawe Kości”? Co to za nazwa dla restauracji? – spytał Larry.

Wzruszyłam ramionami.

- Nie jest to najwyraźniej nazwa, która mówiła by ‘smacznego’ – spojrzałam na Stirlinga.

Wydawał się wściekły, ale czy to było tylko to. Założę się o milion dolarów, że Stirling dokładnie

wie czemu Bouvierowie nie chcą sprzedać ziemi. Ale to nie pokazał się na jego twarzy. Jego karty

były świetnie zakryte i nie do odszyfrowania.

Odwróciłam się w stronę Boyarda. Widać było niezdrowe zarumienienie na jego policzkach i

ewidentnie unikał mojego spojrzenia. Zagrałabym w pokera z Boyardem pewnego dnia. Ale nie w

obecności jego szefa.

- Dobrze. Przebiorę się w coś bardziej stosownego i będziemy mogli wyruszyć.

Pilot podał mi moją walizkę. Kombinezon i buty były na wierzchu.

Larry podszedł do mnie.

- Cholerka, szkoda że sam nie pomyślałem o kombinezonie. Ten garnitur nie przetrwa tej

wyprawy.

Wyciągnęłam drugi kombinezon

- Zawsze bądź przygotowany. – powiedziałam.

Zrobił grymas.

-Dzięki.

Wzruszyłam ramionami.

- Jedyny plus tego, że mamy podobne rozmiary.

Zdjęłam czarny żakiet, zostawiając broń widoczną.

- Pani Blake. – powiedział Stirling – Czemu jest pani uzbrojona?

Westchnęłam. Byłam już zmęczona Reymondem. Nie weszłam jeszcze na wzgórze, a już nie

chciałam tam iść. Ostatnią rzeczą na jaka miałam ochotę było stanie tu rozprawianie nad tym

czemu potrzebna jest mi broń. Czerwona bluzka, którą miałam na sobie miała krótkie rękawki.

Wizualizacja blizn była zawsze lepsza od wykładu.

Podeszłam do niego, z ramionami wygiętymi na zewnątrz tak by mógł zobaczyć wewnętrzną ich

stronę. Na moim prawym ramieniu mam tylko bliznę po cięciu nożem, nic zbyt dramatycznego.

Moje lewe ramie zaś to prawdziwa jatka. Minął niecały miesiąc po tym jak zmiennokształtny

leopard rozerwał mi ramię. Miły doktor mnie pozszywał na tyle na ile da się pozszywać ślady po

pazurów. Blizna po oparzeniu w kształcie krzyża to inwencja jednego z sług wampirzych, teraz

przez bliznę po pazurach trochę krzywo. Duży obszar tkanki z bliznami znajdujący po

wewnętrznej stronie ramienia, to ślad po ugryzieniach wampira, który przegryzł się przez mięso i

rozerwał je aż do kości.

- Jezu – Beau powiedział.

Stirling wyglądał trochę blado, ale nie mógł na to nic poradzić, no cóż gdyby widział coś

gorszego. Bayard był zielony na twarzy. Pani Harrisom zbladła tak, że jej jasny makijaż

wyglądał jak białe wodne lilie.

- Nie chodzę nigdzie nieuzbrojona, panie Stirling. Musi się pan z tym pogodzić, bo tego pan nie

zmieni.

Potaknął. Spojrzał na mnie poważnie.

- Dobrze, pani Blake. Czy pani asystent też jest uzbrojony?

- Nie. – powiedziałam.

Potaknął.

- Świetnie. Proszę się przebrać, gdy będzie pani gotowa wyruszymy.

Larry zapinał właśnie kombinezon, kiedy wróciłam.

- Mógłbym być uzbrojony, wiesz?

- Zabrałeś swoją broń?

Potaknął

- Nie załadowana w walizce?

- Tak jak mi kazałaś.

- Dobrze.

Darowałam sobie. Larry chciał zostać egzekutorem wampirów, równocześnie z animatorem, co

oznacza że będzie musiał nauczyć się posługiwać bronią. Pistolet ze srebrną amunicją mógł

spowolnić wampira. Pracowaliśmy ze strzelbami dzięki, którym można odstrzelić głowę i serce z

relatywnie bezpiecznej odległości. Powbija na głowę osikowe paliki.

Załatwiłam mu pozwolenie na noszenie broni pod warunkiem, że nie będzie jej nosił przy sobie do

momentu aż stwierdzę, że nie odstrzeli sobie czegoś. Załatwiłam mu to pozwolenie, więc może je

wozić w samochodzie i możemy iść poćwiczyć w dowolnej chwili.

Kombinezon zakrył spódniczkę, zupełnie jak zaczarowany. Zdjęłam szpilki i założyłam Niki.

Zostawiłam kombinezon niedomknięty na tyle bym mogła w każdej chwili sięgnąć po broń.

- Idzie pan z nami panie Stirling?

- Tak

- W takim razie niech pan prowadzi.

Przeszedł koło mnie, spoglądając na kombinezon, a może wyobrażając sobie gdzie mam broń.

Beau zaczął za nami iść, ale Stirling powiedział:

- Nie, zabiorę tylko ją ze sobą.

Wokół jego świty zapadła cisza. Nie spodziewałam się, że pani Harrisom będzie w stanie za

nami podążać w swoich wysokich szpilkach, ale uważam że dwaj mężczyźni za nami na pewno by

nadążyli. Chociażby po ich minach to wnioskowałam.

- Chwileczkę. Powiedział pan „ją”. Chce pan by Larry został tu i również na nas czekał?

- Tak.

Potrząsnęłam głową.

- On się jeszcze uczy. Nie można się niczego nauczyć jeśli się najpierw nie obserwuje.

- Będzie pani robić coś dzisiaj co i on musiałby zobaczyć?

Zastanawiałam się przez minutę.

- Chyba nie

- Ale będę mógł wejść tu po zmierzchu? – spytał Larry

- Nie martw się zobaczysz dół i brud, Larry. Nie martw się.

- Oczywiście – powiedział Stirling – Nie mam problemu z pani asystentem wykonującym swoją

prace.

- Czemu w takim razie nie może iść teraz razem z nami?

- Gra toczy się o wysoką stawkę, więc powiedzmy że to mój kaprys, pani Blake.

Był nadzwyczajnie uprzejmy, więc tylko potaknęłam

- Dobrze

- Panie Stirling, - Bayard powiedział – jest pan pewien, że powinien pan wchodzić sam?

- Czemu nie, Lionel?

Bayard otworzył usta, potem je zamknął i powiedział:

- Bez powodu, panie Stirling.

Beau wzruszył ramionami

- Powiem ludziom żeby wrócili do domu.

Już zawracał, potem się zatrzymał

- Chce pan, żeby ekipa zebrała się jutro?

Stirling spojrzał na mnie.

- Pani Blake?

Potrząsnęłam głową

- Jeszcze nie wiem.

- Jakie jest pani najlepsze przypuszczenie?

Spojrzałam na czekającego mężczyznę

- Czy dostaną zapłatę jeśli się pojawią lub nie?

- Tylko jeśli się pojawią. – powiedział Stirling.

- W takim razie niech nie przychodzą jutro. Nie mogę pana zapewnić, czy będą mieli jutro co

robić czy nie.

Stirling potaknął

- Słyszałeś panią, Beau.

Beau spojrzał na mnie, potem na Stirlinga. Dziwny wyraz zagościł na jego twarzy, w połowie

zadziwienie w połowie coś czego nie mogłam odczytać.

- Cokolwiek pan powie panie Stirling, pani Blake.

Odwrócił się i skierował się w stronę pracowników machając na nich. Grupa zaczęła odchodzić

długo zanim do nich doszedł.

- Czego pan od nas oczekuje, panie Stirling? – Bayard zapytał.

- Czekajcie na nas.

- Helikopter też? Musi odlecieć przed zapadnięciem zmroku.

- Wrócimy prze zmrokiem, pani Blake?

- Pewnie. Mam zamiar tylko szybko się rozejrzeć. Wrócimy zanim zapadnie zmrok, tak myślę.

- Zapewne pani samochód, który zawiezie was do miejsca, w którym się zatrzymujecie.

- Dziękuję.

- Możemy wyruszać, pani Blake?

Przepuścił mnie na przód. Coś się zmieniło w sposobie w jaki mnie traktował. Nie dam sobie

obciąć za to ręki, ale nie podobało mi się to.

- Pan przodem, panie Stirling.

Potaknął, a potem zaczął prowadzić, a czerwona ziemia chrzęściłam mu pod jego butami z tysiąc

dolarów.

Larry i ja wymieniliśmy spojrzenia.

- Nie zajmie mi to dużo czasu, Larry.

- My podwładni nie wybieramy się nigdzie. – powiedział.

Uśmiechnęłam się. On też. Wzruszyłam ramionami. Czemu Stirling chciał byśmy byli sami?

Przyglądałam się szerokim plecom starszego wspólnika, gdy ten maszerował na przód.

Podążałam za nim. Odkryje sekret, który się za tym kryje gdy dotrzemy na szczyt. Mogę się

założyć, ze nie spodoba mi się to co mam usłyszeć. Tylko ja i wielka szycha na szczycie góry z

trupami. Co mogłoby być lepsze?

Rozdział 4

Widok, który się rozciągał ze szczytu wzgórza był wart wysiłku wspinaczki. Drzewa

rozciągały się przed nami aż po horyzont. Staliśmy w kręgu lasu, którego nie skalała ręka

żadnego człowieka. Tutaj zieleni był bardziej wyrazista, jaskrawa, soczysta. Ale to co

najbardziej rzucało się w oczy to lawendowe płatki kwiatów przebijających między ciemnymi

drzewami. Normalnie gdyby te delikatne jasnofioletowe kwiaty rosły na polanie, nie byłoby wtedy

widać ich między innymi bardziej jaskrawymi, barwnymi roślinami. Ale tu otoczone tylko przez

drzewa rzucały się w oczy. Można było dostrzec też białe pączki kwiatów rozkwitających na

krzewach. Połączenie tych jasnych kolorów sprawiało, że mocniej odczuwało się nadchodzącą

wielkimi krokami wiosnę.

- Wspaniały widok. – powiedziałam.

- Tak, nie prawdaż? – dodał Stirling.

Moje czarne Niki były całe pokryte w kolorowym pyłku kwiatowym. Surowa, rozkopana

ziemia pokrywała szczyt góry. Szczyt musiał wyglądać tak samo jak reszta terenu. Obok mojej

stopy z ziemi wystawała kość z ręki. Sądząc po rozmiarze pochodziła z przedramienia. Kości były

smukłe, a mimo to nadal były połączone resztkami oschłej miękkiej tkanki.

Gdy zauważyłam już tą jedną kość, reszta nagle stała się również widoczna. To było jak jedno z

tych magicznych obrazków w które się wpatrujesz, wpatrujesz, aż udaje ci się zobaczyć to co jest

na nim zawarte. Zobaczyłam je wszystkie, wyciągnięte ku górze jak ręce wyciągnięte z rzeki

kurzu.

Ujrzałam też kilka rozwalonych trumien, ich popękane części rozwarte w powietrzu, lecz w

większości można było zobaczyć kości. Uklękłam i położyłam dłoń na rozkopanej ziemi.

Próbowałam wyczuć jakieś wibracje śmierci. Było coś, coś delikatnie wyczuwalnego, daleko jak

mgła pozostawiona przez perfumy. Jednak to nie było zbytnio przydatne. W dziennym świetle nie

mogłam pracować, moja magia nie działała. Wskrzeszanie zmarłych nie jest złe, ale jest związane

z ciemnością. Nie wiem czemu.

Podniosłam się, wycierając ręce o kombinezon, próbując zetrzeć z nich czerwony pył. Stirling stał

w drugim końcu rozkopanego, brudnego placu patrząc się w dal. W jego wzrok był nieobecny,

więc z całą pewnością nie podziwiał widoku drzew.

Odezwał się nawet nie spoglądając na mnie.

- Nie uda mi się pani oszukać pani Blake, prawda?

- Nie. – powiedziałam

Odwrócił się do mnie z uśmiechem na ustach, lecz nie dosięgającego jego oczu, pustych i

nawiedzonych.

- Zainwestowałem w ten projekt wszystko. Nie tylko moje pieniądze, ale też pieniądze

klientów. Rozumie pani co mówię, pani Blake?

- Jeśli ciała, które tu się znajdują należą do rodziny Bouvier, to ma pan przesrane

- Jak elokwentnie pani to ujęła.

- Czemu jesteśmy tu sami, panie Stirling? Po co to całe odosobnienie?

Wziął głęboki wdech delikatnego górskiego powietrza i powiedział:

- Chcę by pani powiedziała, że żadne z tych ciał nie należy do rodziny Bouvier, nawet jeśli to

kłamstwo.

Patrzył na mnie gdy to mówił. Obserwował wyraz mojej twarzy.

Uśmiechnęłam się i potrząsnęłam głową.

- Nie skłamie dla pana.

- Nie może pani sprawić by zombi skłamały?

- Umarli są bardzo uczciwi, panie Stirling. Nie kłamią.

Zrobił krok w moją stronę z szczerym wyrazem twarzy.

- Cała moja przyszłość zależy od pani, pani Blake.

- Nie, panie Stirling, pańska przyszłość zależy od zmarłych, na których pan teraz stoi.

Cokolwiek wyjdzie z ich ust decyduje co się stanie z pana przyszłością.

Potaknął.

- Chyba tak jest sprawiedliwie.

- Sprawiedliwie czy nie, taka jest prawda.

Potaknął mi ponownie. Cześć światła znikła z jego twarzy, jakby ktoś wyłączył zasilanie. Linie

jego twarzy stały się nagle wyraźniejsze. Postarzał się dziesięć lat w kilka sekund. Kiedy odwrócił

wzrok w moją stronę jego wzrok był zgnębiony.

- Dostanie pani część zysków, pani Blake. Może się pani stać miliarderką w kilka lat.

- Łapówka nic tu nie pomoże.

- Wiedziałem, że nie pomoże już kilka minut po naszym spotkaniu, ale musiałem spróbować.

- Naprawdę wierzy pan, że ta ziemia należy do Bouvierów, czyż nie?

Wziął głęboki wdech i odszedł ode mnie kilka kroków kierując wzrok na drzewa. Nie miał

zamiaru odpowiadać na moje pytanie, ale też nie musiał. Nie byłby tak zdesperowany, gdyby nie

wierzył w to, że ma przesrane.

- Czemu rodzina Bouvierów nie chce sprzedać ziemi?

Obejrzał się na mnie.

- Nie wiem.

- Proszę posłuchać, panie Stirling, jesteśmy tu tylko my dwoje, nikogo kogo na kim trzeba by było

zrobić wrażenie, żadnych światków. Wie pan czemu nie chcą sprzedać tej ziemi. Proszę mi

powiedzieć.

- Nie wiem, pani Blake. – powiedział.

- Ma pan świra na punkcie kontroli, panie Stirling. Prześledził pan każdy detal tego

przedsięwzięcia. To twoje dziecko. Wie pan wszystko o rodzinie Bouvier i ich problemach. Po

prostu proszę mi powiedzieć.

Po prostu na mnie patrzył. Jego szare oczy jak nieprzeniknione, puste jakby nikogo nie było w

środku. Wiedział, ale nie miał zamiaru mnie wtajemniczyć. Czemu?

- Co pan wie o rodzinie Bouvier?

- Tubylcy myślą, że to czarownicy. Przepowiadają trochę przyszłość, tworzą jakieś małe nie

szkodzące zaklęcia.

Było coś w tonie jego głosu kiedy o tym mówił. Zachowywał się jakby to było coś błahego, bez

znaczenia, tak jakby od niechcenia to powiedział. Zapragnęłam poznać rodzinę Bouvierów

osobiście.

- Są chociaż dobrzy w czarowaniu?

- Skąd mam wiedzieć?

Wzruszyłam ramionami.

- Jestem po prostu ciekawa. Jaka jest przyczyna tego by tu postawić ten ośrodek?

- Proszę się rozejrzeć. – rozłożył szeroko ramiona. – Tu jest poprstu idealnie.

- Wspaniały widok, ale czemu musi to być właśnie to miejsce. Czemu musi mieć pan właśnie górę

Bouvierów?

Jego ramiona opadły. Otrząsnął się, wyprostował i spojrzał na mnie.

- Chcę mieć tą ziemię i ją będę mieć.

- Ale sztuczka polega na tym czy będziesz zdolny ją przy sobie utrzymać Reymond.

- Jeśli nie masz zamiaru mi pomóc, nie szydź ze mnie. I nie mów do mnie Reymond.

Już miałam coś powiedzieć gdy mój beeper się odezwał. Wyjęłam go spod kombinezonu i

sprawdziłam numer.

- Cholera

- Co się stało?

- Zostałam wezwana przez policję. Muszę się dostać do telefonu.

Wzdrygnął się.

- Czemu policja miała by do pani dzwonić?

I tyle jeśli chodzi o moje wszędzie znane nazwisko.

- Jestem legalnym egzekutorem wampirów na terenie trzech stanów. Jestem tez związana z

Regionalną grupą dochodzeniową do spraw nadnaturalnych.

Patrzył na mnie uważnie.

- Zaskoczyła mnie pani, pani Blake. Niewielu ludziom się to udało.

- Muszę znaleźć telefon.

- Mam telefon na dole tego przeklętego wzgórza.

- Świetnie. Jestem gotowa by zejść.

Odwrócił się ostatni raz by spojrzeć na te wart miliard dolarów wspaniały widok.

- Tak, też jestem gotów by pójść na dół. (to go down – pójść na dół, pójść na dno)

Interesujący dobór słów, naszła mnie myśl o teorii Freuda. Stirling pragnął tej ziemi z jakiś

niewytłumaczalnych perwersyjnych powodów. Może dlatego, że nie może jej mieć. Niektórzy tak

mają. Im bardziej czegoś odmawiasz tym bardziej tego pragną. Naszła mnie myśl o pewnym

znanym mi władczym wampirze.

Dzisiejszego wieczoru będę zwiedzała tą ziemie zamieszkała przez śmierć. Pewnie dopiero

jutrzejszej nocy spróbuje wskrzesić umarłych. Jeśli sprawy związane z praca policji będą bardzo

naglące to nawet później się za to wezmę. Mam nadziej, że nie jest to nic naglącego. Naglące

sprawy zazwyczaj mają związek z nowymi ofiarami. Kiedy potwory są zamieszane, nie możesz

liczyć tylko na jedną ofiarę. Tak czy inaczej zwielokrotnione trupy.

Rozdział 5

Zeszliśmy z powrotem na dół. Ekipa budowlana rozeszła się, pozostał tylko brygadzista Beu.

Pani Harrisom i Boyard stali przy helikopterze, jakby skupiając się przeciwko pustkowiu. Larry i

pilot helikoptera stali po drugiej stronie jak dobrzy znajomi tylko, dlatego że jak wielu innych byli

zdeterminowani zasmolić swoje płuca dymem papierosa, którego wspólnie palili.

Stirling skierował się w ich stronę znów promieniujący pewnością siebie człowieka mającego

władzę. Pozostawił swoje wątpliwości na szczycie wzgórza, no cóż takie sprawiał wrażenie.

Znów stał się starszym partnerem wielkiego firmy. Wszystko jest iluzją.

- Boyard, idź po telefon. Pani Blake go potrzebuje.

Boyard podskoczył lekko przestraszony, jakby został złapany robiąc coś niedozwolonego. Pani

Harrisom wyglądała na trochę zarumienioną. Czyżby w powietrzu czuć było romans? Czyżby

było to zabronione? Żadnego bratania się wśród podwładnych.

Boyard pobiegł na przełaj placu do ostatniego samochodu. Przyniósł ze sobą coś co wyglądało jak

niewielki czarny plecak z rączką. Wyciągnął telefon i podał go mi. Wyglądał jak walkie- talkie z

antenką.

Larry podszedł i uśmiechnął się znad papierosa.

- Co się dzieje?

- Dostałam wiadomość na pager.

- Bert?

Zaprzeczyłam.

- Policja.

Odeszłam kawałek od reszty. Larry był na tyle uprzejmy, że został z nimi, chociaż nie musiał.

Wygrałam numer Dolpha. Sierżant Rudolf Storr był głową Regionalnej grupy dochodzeniowej do

spraw nadnaturalnych.

Odpowiedział po drugim sygnale.

- Anita?

- Tak, Dolph, to ja. Co się stało?

- Mamy trzy zwłoki.

- Trzy? Cholera, - powiedziałam.

- Nom,

- Nie dam rady być zbyt szybko na miejscu zbrodni, Dolph.

- Właśnie, że możesz. – powiedział

Było coś w jego głosie.

- Co to ma właściwie znaczyć?

- Ofiary znajdują się bardzo blisko ciebie.

- Blisko Branson?

- Dwadzieścia pięć minut na wschód od Branson. – powiedział.

- Już jestem czterdzieści mil od Branson pośrodku zadupia.

- Zadupie to miejsce gdzie znajduje się miejsce zbrodni również. – Dolph powiedział.

- Czy masz zamiar przylecieć z ekipą?

- Nie dam rady, mamy tu ofiarę ataku wampira.

- Jezu, czy pozostałe trzy ofiary to również atak wampira?

- Nie sądzę. – powiedział.

- Co masz na myśli mówiąc „nie sądzę”?

- Patrol stanowy z Missouri przejął tą sprawę. Sierżant Freemont kieruje akcją. Stwierdziła, że nie

jest to atak wampira, bo ciała zostały pocięte. Niektóre części ciała brakuje. Musiałem się

strasznie wysilić by dostać jakiekolwiek informacje. Sierżant Freemont uważa, że RGDDSN

pojawi się i przywłaszczy sobie całą chwałę. W szczególności martwiła się naszą ulubionym

pupilem (pet – pupil, zwierzak w tym znaczeniu)kradnącą nagłówki gazet królową zombi.

- Ta część o pupilu chyba mnie najbardziej martwi. – powiedziałam. – Ale wydaje mi się

czarującą osobą.

- Założę się, że na żywo jest jeszcze bardziej czarująca. – Dolph powiedział.

- I mam ją poznać osobiście?

- Dostając do wyboru chmarę śledczych z wydziału mających przylecieć później i tobą mającą

przybyć teraz wybrała ciebie. Pewnie uważa cię bez naszego wsparcia samotnie za mniejsze zło.

- Miło być mniejszym złem dla odmiany. – powiedziałam.

- Możesz zostać przekwalifikowana na wyższy poziom. – Dolph odpowiedział. – Nie poznała cię

jeszcze za dobrze.

- Dzięki za zaufanie. Niech cię dobrze tu zrozumiem. Nikt z grupy nie pojawi się na scenie

zbrodni?

- Nie od razu. Wiesz, że mamy za mało ludzi dopóki Zebrowski nie wróci do służby.

- Co Patrol stanowy Missouri myśli o cywilach mieszających się w dochodzenie w sprawie

morderstwa?

- Dałem im jasno do zrozumienia, że jesteś ważnym członkiem mojego wydziału.

- Dzięki za komplement, lecz nadal nie mam odznaki którą mogłabym się podeprzeć.

- Możesz ją niedługo dostać jeśli nowe prawo federalne wejdzie w życie.

- Nie przypominaj mi.

- Nie chcesz zostać agentem federalnym? – jego głos stał się bardzo przymilny. Nie raczej

słychać było w nim rozbawienie.

- Zgadzam się z tym że powinni nam przyznać licencje, lecz przyznawanie nam statusu

agentów federalnych jest po prostu śmieszne.

- Poradziłabyś sobie z tym.

- I kto poza mną? John Burke jako przedstawiciel władzy, proszę cię.

- To i tak nie przejdzie, Anita. Partia za prawami wampirów jest zbyt silna.

- Z twoich ust do uszu Boga. O ile nie zniosą potrzeby nakazów sądowych by móc stracić

wampiry nie sprawi to zabijanie ich łatwiejszym, a nie zrobią tego na pewno. Już i tak

wyjechałam poza stan by stracić wampira, nie potrzebna mi jeszcze cuchnąca odznaka.

Dolph się zaśmiał.

- Jeśli wpakujesz się w jakieś kłopoty to daj znać.

- Naprawdę nie podoba mi się to, Dolph. Jestem tu bez oficjalnego statusu, a mam brać udział w

dochodzeniu w sprawie morderstwa.

- Widzisz, odznaka jest ci potrzebna.

Usłyszałam w słuchawce jak wzdycha.

- Słuchaj, Anita nie zostawił bym cię tam sama jeśli by to ode mnie zależało, ale mam tu też

poważne problemy. Mamimy się uporać z sprawą tego wampira. Kiedy tylko będę mógł przyśle ci

kogoś. Cholera, chciałbym byś tu przyjechała i obejrzała te zwłoki ofiary. Jesteś naszym głównym

ekspertem od potworów.

- Podaj mi jakieś szczegóły, to spróbuje zagrać Kreskina (George Joseph Kresge, J. znany też jako

Niesamowity Kreskin – mentalista sławny w amerykańskiej telewizji)

- Mężczyzna, koło dwudziestki, stężenie pośmiertne się jeszcze nie ujawniło.

- Gdzie znajduje się ciało?

- W jego mieszkaniu.

- Jak się tam znaleźliście tak szybko?

- Sąsiad zadzwonił na policję, bo usłyszał odgłosy walki. A oni zaś zawiadomili nas.

- Jak miała na imię ofiara?

- Fredrick Michael Summers, Freddy Summers.

- Zauważyliście jakieś stare ugryzienia wampirze na ciele ofiary? Wyleczone ugryzienia?

- Tak, kilka. Wygląda jak cholerne sito. Jak się domyśliłaś?

- Jak jest pierwsza zasada podczas śledztwa w sprawie morderstwa? – powiedziałam. –

Sprawdzasz czy sprawcą nie jest rodzina lub ukochana osoba. Jeśli jego kochankiem był wampir,

na jego ciele powinny być zagojone ślady ugryzień. Im więcej tym dłuższy miała ofiara związek z

wampirem. Żaden wampir nie może gryźć częściej niż trzy razy w miesiącu jeżeli nie chce

uśmiercić człowieka i wskrzesić nowego wampira. Może się też okazać, że na ciele Freddiego

znajdziesz ugryzienia o różnej wielkości, ale wtedy mówimy tu po prostu o uzależnieniu od

ugryzień. Spytaj sąsiadów czy u o ofiary pojawiało się wiele różnych facetów czy dziewczyn na

jedną noc.

- Nigdy nie brałem pod uwagę tego, że wampir może być czyimś bliskim czy ukochanym.

- W świetle prawa są przecież ludźmi. Co znaczy, że też mają swoich ukochanych, ukochane.

- Sprawdzę wielkość ugryzień. – powiedział Dolph. – Jeśli pasują tylko do jednego wampira to

mówimy o kochanku, jeśli nie to nasz chłopak lubił robić to grupowo.

- Mam nadziej, że to będzie ta pierwsza opcja. Jeśli to był tylko jeden wampir wtedy jest

możliwość, że chłopak stanie się wampirem.

- Większość wampirów wiedzą wystarczająco dużo by przeciąć gardło lub odciąć głowę. –

powiedział.

- Nie brzmi to na zbyt dobrze przemyślaną zbrodnie. Może była to zbrodnia w afekcie/

- Może. Freemont przetrzymuje dla ciebie ciała. Z zapałem czeka na twoją ekspertyzę.

- Na pewno.

- Nie drażni się z nią, Anita.

- Nie mam zamiaru sama niczego zaczynać, Dolph.

- Bądź uprzejma.

- Zawsze.- Powiedziałam swoim najuprzejmiejszym głosem.

Westchnął.

- Spróbuj chociaż pamiętać, że w tym stanie nie mieli jeszcze ciał z brakującymi częściami.

Tym razem to była moja kolej by westchnąć.

- Będę grzeczna, słowo skauta. Masz dla mnie wytyczne?

Wyjęłam mały notatnik z długopisem spod kombinezonu. Zaczęłam nosić notes właśnie na takie

okazje jak ta.

Podał mi to co podała mu Freemon.

- Jeśli zobaczysz coś podejrzanego na miejscu zbrodni, spróbuj utrzymać ja nietkniętą, a ja

spróbuje wysłać ludzi by to sprawdzili. W innym przypadku, przyjrzyj się ofiarą, podaj im swoją

opinię, a potem pozwól im wykonać swoją pracę.

- Naprawdę myślisz, że Freemon pozwoliła by mi zamknąć jej sklep i zmusić ją by poczekała na

wasz przyjazd?

Cisza między nami na parę sekund.

- Rób co w twojej mocy, Anita. Zadzwoń jeśli będziemy mogli coś zrobić będąc po naszej

stronie.

- Tak, jasne.

- Wolałbym cię mieć podczas śledztwa dotyczącego morderstwa, niż wielu innych gliniarzy

których znam.

To był wielki komplement wychodzący z ust Dolpha. Był gliniarzem, który raczej mało mówił.

- Dzięki, Dolph.

Mówiłam do powietrza. Dolph się rozłączył. Zawsze to robi. Przycisnęłam guzik wyłączający

telefon i stałam tak jeszcze chwilę.

Nie podobało mi się to wcale. Byłam w nieznanym miejscu, z nie znaną mi policją i właściwie z

pożartymi zwłokami ofiar. Gdy pracowałam z grupą Dolpha przynajmniej miałam jakieś prawa

jako część zespołu. Czasem to wykorzystywałam na miejscu zbrodni mówiłam, że jestem z nimi.

Miałam małą legitymacje przypiętą do ubrania. Nie była to odznaka, ale wyglądało to

przynajmniej oficjalnie. Udawanie na własnym terytorium, gdzie wiedziałam, że mogę zwrócić się

zawsze do Dolpha po pomoc w razie kłopotów to jedno. Tu zaś to co innego, tu nie miałam

żadnego wsparcia.

Policja przejawia całkowity brak poczucia humoru jeśli chodzi o obecność cywili na miejscu

zbrodni. Nie można ich za to winić. Nie byłam tak po prawdzie zwykłym cywilem, chociaż nie

miałam też oficjalnego statusu. Zresztą, może nowe prawo to nie taki zły pomysł.

Potrzęsłam głową. Teoretycznie będę mogła wejść na każdy posterunek policji w kraju i

domagać się ich pomocy, albo wmieszać się w dochodzenia bez zwracania uwagi na ich

sprzeciwy. Teoretycznie. W prawdziwym świecie, gliniarze by to nienawidzili. Byłabym jak

mokry pies podczas mroźnej pogody. Nie federalny, nie gliniarz, a nie było tylu

licencjonowanych egzekutorów wampirów w kraju by zapełnić zapotrzebowanie na nich.

Mogłam wymienić z osiem nazwisk, dwoje z nich było już na emeryturze.

Większość z nich specjalizowało się w wampirach. Byłam jedną z nielicznych osób, mogącą

wypowiadać się na temat innych rodzajów nadnaturalnych zabójstw. Większość egzekutorów

wampirów nie miało by o tym pojęcia. To były by nieformalne praktyki. Miałam stopień

naukowy z biologii nadnaturalnej, ale to nie było raczej zbyt powszechne wśród innych

egzekutorów. Większość zdziczałych lykantropów, niekiedy trolów i innych większych bestii było

likwidowanych przez łowców nagród. Egzekutorzy wampirów, no większość z nich pracuje

bardzo ściśle w granicach prawa. A może po prostu mamy lepszą prasę.

Twierdziłam przez wiele lat, że wampiry są potworami. Ale aż do momentu kiedy córka

senatora została zaatakowana przez jednego z nich nikt się tym nie przejmował i nic z tym nie

robił. Teraz nagle stało się to spowodowało rozruch. Zaś przedstawiciele społeczności

wampirów dostarczyły senatorowi w worku ciało winnego. Jego ciało zostało pozbawione

kończyn, zaś tułów i głowa zostały nienaruszone. W ten sposób nie mógł umrzeć. Wampir ten

przyznał się do ataku. Był nieumarłym tylko kilka dni i i trochę go poniosło podczas randki.

Normalna sprawa, jak u każdego młodego dwudziestojednoletniego mężczyzny. Tak, jasne.

Lokalny najemnik, Gerard Mallory, wykonał egzekucji. Przyjechał tam z Waszyngtonu gdzie na

co dzień pracuje. Musi teraz mieć z sześćdziesiąt lat. Nadal używa pala i młotka. Możecie w to

uwierzyć?

Musiały się już odbywać rozmowy o tym, że po obcięciu kończyn wampiry można by było

trzymać w więzieniach. Rozważano by nad taką możliwością, ale było to zbyt okrutna i

niespotykana kara. No i oczywiście wątpię by coś takiego by się udało, na pewno nie jeśli chodzi

o bardzo stare wampiry. Jeśli o nie chodzi to nie ich ciało jest najbardziej niebezpieczne.

Poza tym nie wierzę w tortury. Jeśli obcinanie kończyn, zamykanie w pudełku na wieczność nie

jest torturą, to co jest.

Wróciłam do reszty. Podałam telefon Boyardowi.

- Mam nadziej, że to nie były żadne złe wieści.

- Nie dla mnie osobiście.

Wyglądał na zakłopotanego. Nic niezwykłego jeśli chodzi o Lionel ostatnimi czasy.

Odezwałam się bezpośrednio do Stirlinga.

- Muszę udać się na miejsce zbrodni, niedaleko stąd. Jest gdzieś tu miejsce, gdzie mogę

wynająć samochód?

Potrząsnął głową.

- Powiedziałem już, że zapewniłem pani samochód i kierowcę na czas pani pobytu tutaj.

Mówiłem poważnie.

- Dziękuję. Nie jestem pewna co do kierowcy. To miejsce zbrodni, a policja nie pozwala by

cywile się po nim kręcili.

- W takim razie sam samochód, bez kierowcy. Lionel, upewni się, że pani Blake otrzyma

wszystko co jest jej niezbędne.

- Tak, proszę pana.

- Spotkamy się tu gdy zapadnie noc, pani Blake.

- Będę tu o zmierzchu, jeśli mi się uda, panie Stirling, ale sprawy policji są priorytetem.

Wzburzył się.

- Pracuje pani dla mnie, pani Blake.

- Tak, ale jestem też licencjonowanym egzekutorem. Współpraca z lokalną policją to priorytet.

- Więc zbrodnię dokonały wampiry?

- Nie jestem upoważniona by dzielić się informacjami dotyczącymi śledztwa z nikim prócz

policji. – powiedziałam, ale się przeklęłam. Wspominając o wampirach rozpoczęłam plotkę,

która się szybko rozprzestrzeni. Cholera.

- Nie mogę opuścić śledztwa wcześniej tylko po to by tu przyjechać i popatrzyć na górę. Będę

najszybciej jak to będzie możliwe. Na pewno przyjże się temu miejscu przed świtem, więc tak

naprawdę nie ma sprawy.

Nie wyglądał na zadowolonego, ale sobie odpuścił.

- Dobrze, pani Blake. Będę czekał tu nawet jeśli to zajmie całą noc. Jestem zaciekawiony tym

czym się pani zajmuje. Nigdy nie widziałem wskrzeszania zombi.

- Nie mam zamiaru wskrzeszać umarłych tej nocy, panie Stirling. Mówiliśmy już o tym.

- Oczywiście.

Patrzył na mnie. Z jakiś nie wytłumaczalnych przyczyn trudno mi było utrzymać wzrok na

jego szarych oczach. Zmusiłam się nie odwracać od mnie swojego wzroku, ale kosztowało mnie

to trochę wysiłku. Tak jakby próbował mnie zmusić swoim wzrokiem do zrobienia czegoś,

próbował mnie ugiąć poprzez ten wzrok jak wampir do swojej woli. Ale wampirem, nawet takim

najmniejszym to on nie był.

Zamrugał i odszedł bez słowa. Pani Harrisom podążyła za nim na swoich wysokich szpilkach.

Beau pożegnał się i podążył za nimi. Chyba mają zamiar odjechać tym samym samochodem.

Albo Beau był kierowcą Stirlinga. Musi to być praca sprawiająca dużo radości.

- Polecimy do hotelu, gdzie mamy zabukowane pokoje. Możesz się rozpakować, a ja załatwię w

tym czasie samochód. – powiedział Boyard.

- Nie będę się rozpakowywać, potrzebuje tylko samochodu. Scena zbrodni jest teraz

najważniejsza. – powiedziałam.

Pokiwał głową.

- Jak sobie pani życzy. Jeśli wróci pani do helikoptera będziemy mogli wyruszyć.

Dopiero gdy zdjęłam kombinezon i po spakowaniu obu uświadomiłam sobie, że mogłam

pojechać razem z Sterlingiem samochodem. Mogłam odjechać samochodem, a tak muszę lecieć.

Cholera.

Rozdział 6

Boyard załatwił nam czarnego jeepa z zaciemnionymi szybami i większą ilością wodotrysków niż

mogłam sobie w ogóle wyobrazić. Martwiłam się, że wylądujemy w jakimś Cadillacu, albo czymś

śmieszniejszym. Boyard podał mi kluczyki.

- Niektóre z dróg nie są nawet wykończone, więc pomyślałem że przyda się wam coś bardziej

wytrzymałego od zwykłego samochodu.

Musiałam się pohamować by nie poklepać go po głowie i nie powiedzieć: Dobrze się

spisałeś(good funkie- dosłownie to wychodzi dobry podwładny, służący). Cholera, świetnie

wybrał auto. Może jednak uda mu się kiedyś stać się pełnym partnerem w firmie.

Drzewa zaczęły tworzyć długie cienkie cienie przecinając drogę. W dolinie między górami,

promienie słoneczne już nie raziły, tworzyły przyjemną atmosferę późnego popołudnia. Może

nam się uda wrócić na cmentarz, akurat gdy się całkowicie ściemni.

Tak, my. Larry siedział obok mnie w swoim pogniecionym niebieskim garniturze. Gliniarze nie

będą mieć nic przeciw jego taniemu garniturowi. Mój strój, z drugiej strony, mógł za to zdziwić

niektórych. Nie ma zbyt wielu policjantek w wydziale zabójstw. A na pewno nie ma takich, które

noszą krótkie czerwone spódniczki. Naprawdę zaczynałam żałować swojego wyboru stroju.

Niepewna: kto, ja?

Twarz Larrego świeciła się z podekscytowania. Jego oczy błyszczały jak u dziecka podczas

Bożego Narodzenia. Stukał palcami o oparciu drzwi. Nerwowe napięcie panowało w

samochodzie.

- Jak się czujesz?

- Nigdy nie byłem na miejscu zbrodni. – powiedział.

- Zawsze jest ten pierwszy raz.

- Dzięki, że mnie ze sobą zabrałaś.

- Pamiętaj tylko o zasadach.

Zaśmiał się.

- Niczego nie dotykaj. Nie przechodź po zakrwawionym terenie. Nie odzywaj się póki cię o coś

nie zapytają.

Wzdrygnął się.

- Czemu to ostatnie? Rozumiem resztę, ale czemu nie wolno mi się odzywać?

- Ja jestem członkiem Regionalnego Zespołu do Spraw Nadnaturalnych. Ty nie. Jeśli zaczniesz

chodzić wkoło mówiąc Kurka wodna, trup, mogą to załapać.

- Nie zrobię ci wstydu.

Zabrzmiał jakby został obrażony.

- Wcielamy się w postać policjantów?

- Nie. Powtarzaj tylko: Jest członkiem RZdSP. Po prostu powtarzaj to ciągle.

- Ale przecież nie jestem. – powiedział.

- Dlatego właśnie nie chce byś się odzywał.

- Och.

Usadowił się z powrotem wygodnie na siedzeniu. Blask bijący z niego trochę opadł.

- Nigdy tak naprawdę nie widziałem świeżych zwłok.

- Żyjesz wskrzeszając umarłych, Larry. Widujesz trupy ciągle.

- To nie to samo, Anita. – brzmiał nieswojo.

Spojrzałam na niego. Pochylił się do przodu na swoich siedzeniu, na tyle na ile pozwalały mu

pasy bezpieczeństwa, ramiona miał skrzyżowane przed sobą. Byliśmy u grzbietu wzgórza. Pas

promieni słonecznych padał i rozświetlał jego pomarańczowe włosy. Jego niebieskie oczy

wyglądały przejrzyście na moment gdy przejechaliśmy z oświetlonego miejsca w cień. Wyglądał

na roztrzęsionego i nadąsanego.

- Widziałeś w ogóle jakąś martwą osobę poza miejscem pogrzebu czy podczas wskrzeszania

zombi?

Przez moment siedział cicho. Skoncentrowałam się na drodze, pozwalając ciszy trwać w

samochodzie. Cisza ta niosła w sobie komfort, przynajmniej dla mnie.

- Nie – powiedział w końcu. Brzmiał jak mały chłopiec, któremu właśnie zabroniono iść

pobawić się na dworze.

- Ja też nie zawsze czuje się dobrze w obecności świeżych zwłok. – odpowiedziałam.

Spojrzał na mnie trochę z ukosa.

- Co masz na myśli?

Była moja kolej na zapadnięcie się w siedzeniu. Zwalczyłam tą ochotę i usiadłam prosto.

- Zwymiotowałam raz na miejscu zbrodni.

Nawet gdy wyrzuciłam to z siebie najszybciej jak mogłam nie spowodowało, uniknięcia

poczucia zawstydzenia.

Larry się przekręcił w moją stronę i uśmiechnął krzywo.

- Mówisz tak tylko bym poczuł się lepiej.

- Powiedziałabym coś takiego o sobie jeśli nie była by to prawda?- spytałam.

- Naprawdę zwymiotowałaś na zwłoki na miejscu zbrodni?

- Nie musisz brzmieć tak wesoło kiedy o tym mówisz.

Zachichotał. Przysięgam, że usłyszałam jak zachichotał.

- Nie sądzę bym miał zwymiotować na ciało.

Wzruszyłam ramionami.

- Trzy ciała z brakującymi częściami. Nie obiecuj jeśli nie możesz dotrzymać na pewno

obietnicy.

Przełknął na tyle głośno, że mogłam usłyszeć.

- Co masz na myśli mówiąc, że części ciała brakuje?

- Zobaczymy jak będziemy na miejscu. To nie jest część pracy, którą chcesz wykonywać,

Larry. Płacą mi za to bym pomagała policji w ich pracy, tobie nie.

- Czy to będzie okropne? – jego głos był cichy, niepewny.

Poćwiartowane ciała. Czy on żartuje?

- Nie będę wiedzieć póki się tam nie znajdziemy.

- Ale jak uważasz?- patrzył na mnie z nadzieją w oczach.

Odwróciłam wzrok na drogę, potem znów na Larrego. Wyglądał bardzo poważnie, jak pacjent

pytający lekarza o swoją diagnozę. Jeśli może być odważny, to ja mogę być z nim szczera.

- Tak to z pewnością będzie okropny widok.

Rozdział 7

Widok był okropny. Larremu udało się w ostatniej chwili wypełznąć ze miejsca zbrodni zanim

zwymiotował. Jedynym pocieszeniem dla niego mógł być fakt, że nie był on jedyny. Po niektórzy

gliniarze jeszcze byli zielonkawi na twarzach. Ja sama nie zwymiotowałam jeszcze, ale taką opcje

zachowywałam w zanadrzu na później.

Ciała leżały w niewielkiej dziurze blisko podnóża góry. Grunt był pokryty warstwą liści aż do

kostek. Nikt nie zgrabiał ich przecież w lesie. Susza spowodowała, że za każdym krokiem po nich

było słychać głośny chrzęst. Wgłębienie, w którym znajdowały się ciała było otoczone przez

nagie drzewa i krzewami, których nagie gałęzie wyglądały jak wąskie brązowe baty.

Gdyby na drzewach i krzewach pojawiły by się liście wgłębienie to było by ukryte ze wszystkich

stron.

Ciało znajdujące się najbliżej mnie należało do mężczyzny o blond włosach przystrzyżonych

strasznie krótko i staroświecko. Krew zgromadziła mu się wokół gałek ocznych, spływając w dół

twarzy. Coś było nie tak z jego twarzą, oczywiście prócz jego gałek ocznych, coś czego jeszcze

nie mogłam pojąć. Uklękłam na liściach obok, ciesząc się, że kombinezon chronił moje rajstopy

przed liściami i krwią. Krew spływała po obu stronach twarzy chłopaka wsiąkając w liście. Krew

wyschła tworząc lepką, rdzawą substancje. Wyglądało to tak jakby z oczy nastolatka wypływały

ciemnie łzy.

Dotknęłam opuszkami palców w rękawiczkach policzka blondyna. Poruszył się w bezkostny,

galaretowaty sposób, w jaki normalny policzek nie powinien się poruszyć.

Ciężko przełknęłam i spróbowałam wziąć parę płytkich oddechów. Cieszyłam się, że nadal była

wiosna. Gdyby ciała leżały tu tak długo podczas letniego skwaru doszło by do większego

rozkładu. Chłodna pogoda była tu błogosławieństwem.

Położyłam dłonie na ziemi i pochyliłam się w trochę krępującej wpół pompce. Próbowałam

zobaczyć co znajduje się pod policzkiem ofiary bez ponownego dotykania ciała. Jest, prawie

niewidoczne pod zaschłą krwią na szyi niewielki ślad. Rana wielkości mojej rozpostartej dłoni.

Widziałam już ślady noża, pazurów, które powodowały podobne rany, ale ta była zbyt duża na

nóż i zbyt idealna na pazury drapieżnika. Poza tym jakie zwierzę miałoby tak wielkie łapy?

Wyglądało to jak dzieło masywnego ostrza, którym przejechano pod brodą blondyna,

wystarczająco ku górze twarzy by przeciąć skórę aż do oczodołów. Dlatego wyglądał jakby

płakał krwawymi łzami, a jednak oczy wyglądały na nietknięte. Ostrze nieomal odcięło twarz od

czaszki blondyna.

Przejechałam palcami w rękawiczkach po jego krótkich włosach aż znalazłam to czego

szukałam. Koniec ostrza, jeśli dobrze się domyślałam przeszedł głowę i zrobił dziurę na jej

czubku. Miecz został wyciągnięty, a blondyn upadł na liście. Martwy, mam taką nadzieje, ale z

całą pewnością umierający.

Brakowało jego nóg tuż pod stawami biodrowymi. Prawie nie było krwi tam gdzie kończyny

zostały amputowane. To oznaczało, że zostały odcięte tuż po jego śmierci. Małe pocieszenie.

Umarł relatywnie szybko, nie będąc torturowanym. Były gorsze rodzaje śmierci.

Uklękłam przy pozostałościach jego kończyn. Lewa kość udowa została obcięta za pomocą

jednego czystego uderzenia ostrzem. Prawa zaś nierówno odcięta, tak jakby sprawca chciał obie

kończyny za jednym zamachem odciąć. Ostrze odcięło całą lewą nogę i sięgnęło tylko połowy

prawej, dlatego potrzebne było drugie uderzenie.

Czemu zabrał nogi? Trofeum? Może. Seryjni mordercy zbierali trofea, ubranie, osobiste

przedmioty, części ciała. Może trofeum?

Pozostali dwaj chłopcy byli niżsi, nie więcej niż pięć stóp wysokości. Młodsi, może, może nie.

Obaj byli mali, ciemnowłosi, szczupli. Prawdopodobnie taki typ chłopców, którzy są raczej ładni

niż przystojni, ale najwyraźniej trudno można było to powiedzieć.

Jeden z nich leżał na plecach naprzeciw blondyna. Jedno brązowe oko wpatrzone w niebo,

szkliste, patrzące niewidzącym wzrokiem. Raczej wyglądało nierealnie jak u wypchanych

zwierząt. Reszta twarzy była przekrojona tworząc dwie rozchylające się bruzdy, tak jakby

czubek ostrza przebił się i przeszedł przez skórę twarzy jak rakieta tenisowa podczas bekhendu.

Trzecie cięcie zostało utworzone na jego szyi. Była to czysta rana, zresztą jak wszystkie. Cholera

ten miecz lub cokolwiek to było, było strasznie ostre. Ale tu chodziło o coś więcej niż świetny

miecz. Żaden człowiek nie był na tyle szybki by zabić ich wszystkich bez ich sprzeciwu,

szarpaniny. Ale też większość potworów nie zabiło by człowieka używając do tego jakiejkolwiek

broni.

Było wiele rzeczy, które by użyło pazurów by rozerwać nasze ciała, albo zjeść nas żywym lub

umarłym, ale lista nadnaturalnych istot, która pocięłaby nas za pomocą broni jest naprawdę

niewielka. Troll może wyrwać drzewo z korzeniami lub ścisnąć cię tak mocno, że się udusisz,

więc nie potrzebne mu żadne ostrze. Nie tylko to coś użyło miecza, raczej nie spotykanej broni to

do tego niezłe umiejętności w posługiwaniu się nim.

Uderzenia mieczem w twarz nie zabiły chłopca. Czemu tamci dwaj nie uciekli, gdy zajmował się

tym pierwszym? Nie było takiej istoty szybkiej na tyle by zająć się wszystkimi trzema

nastolatkami mieczem, a w trakcie żadnemu z nich nie udało się nawet spróbować uciec. Nie były

to cięcia robione na tyle szybko. Ktokolwiek lub cokolwiek to zrobiło, poświęciło trochę czasu na

każdą z ofiar. Ale wszyscy trzej zachowywali się tak jakby zaatakowano ich z zaskoczenia.

Chłopak upadł plecami na ziemię pokrytą liściami, jego rękoma przyciskając swoje zranione

gardło. Liście były rozgarnięte tam gdzie jego stopy je rozkopały. Wzięłam płytki oddech. Nie

chciałam badać tej rany, ale zaczynałam mieć okropne podejrzenie.

Uklękłam i powiodłam palcami po ranie na jego szyi. Brzegi skóry były takie gładkie. Ale

nadal to było ciało człowieka, ludzka skóra, krew zaschła tworząc lepką maź. Przełknęłam

ciężko i zamknęłam oczy pozwalając palcom wyszukać tego czego podejrzewałam się znaleźć.

Brzegi rany miały dwie wargi zaczynające się pośrodku. Otworzyłam oczy i przeszukałam

podwójną ranę palcami. Nadal nie mogłam tego dojrzeć oczami. Było za dużo krwi. Kiedy rana

zostanie oczyszczona można będzie to ujrzeć, ale nie tutaj, nie w takich warunkach. Szyja został

przecięta dwa razy, głęboko. Jedno cięcie wystarczyło by go zabić. Czemu więc dwa? Ponieważ

próbowano ukryć coś na szyi.

Ślady ugryzień wampira, może? Gdyby został zabity przez wampira to by wyjaśniało czemu nie

próbował odpełznąć, uciec. Porostu leżał tam i rozkopywał liście leżące wokół, aż umarł.

Spojrzałam na ostatniego nastolatka. Leżał na prawym boku. Krew zebrała się pod nim. Był tak

pocięty, że na początku nie zdawałam sobie sprawy z tego co widzę. Podświadomość

próbowała mnie bronić przed tym co widziałam. Chciałam się odwrócić i nie pozwolić mózgowi

przetrawić informacji, które dostał od wzroku, ale nie mogłam.

Tam gdzie powinna być twarz znajdowała się pusta dziura. Potwór zrobił mu to samo co

blondynowi, ale gruntowniej. Przód czaszki został z niej oderwany. Rozejrzałam się wokół

szukając pozostałości kości i mięsa, ale nigdzie ich nie zauważyłam. Musiałam obejrzeć się

powrotem na ciało. Wiedziałam już na co patrzę. Było jednak lepiej gdy byłam nieświadoma.

Wewnątrz czaszki było pełno krwi i płynu mózgowego, jak kubek pełen obrzydliwości, ale mózgu

nie było. Ostrze przecięło jego klatkę piersiową i brzuch. Jego jelita rozpłynęły się na

zewnątrz tworząc obrzydliwą masę. To co pomyślałam to, że jego żołądek wypłyną z brzucha i

wyglądał jak balon do połowy pozbawiony powietrza. Jego lewa noga została odcięta tuż przy

stawie biodrowym. Materiał jego rozerwanych dżinsów przylepiły się do dziury jak płatki nie

otwartego kwiatu. Lewa ręka została wyrwana tuż nad łokciem. Kość ramienna była ciemna od

zaschniętej krwi, stojąc dziwnie nienaturalnie pionowo tak jakby cała ręka wcześnie została

złamana w stawie ramiennym i nie miała już ruchomości w stawie. Ten przypadek był bardziej

agresywnie zaatakowany. Czyżby chłopak się opierał i bronił?

Mój wzrok ponownie wrócił na jego twarz. Nie chciałam ponownie na nią patrzeć, ale też zbyt

dobrze jej nie zbadałam. Było coś strasznie osobistego w niszczeniu czyjejś twarzy. Gdyby było to

związane z ludzką zbrodnią to skierowałabym podejrzenia na najbliższych i najdroższych. Na

ogół jeśli chodzi o ludzi to najczęściej najbliżsi tną twarze ofiar. Chodzi tu o pasję, uczucie, które

nie pojawia się u obcych. Wyjątkiem są seryjni mordercy. U nich każda z ofiar może

reprezentować różne osoby. Kogoś kogo sprawca zna osobiście. Tną twarz obcej osoby byłoby

symboliczne, mówiące o nienawiści do autorytetu.

Kości policzkowe chłopca były roztrzaskane, brakowało szczęki dolnej co sprawiało że

czaszka wyglądała na niepełna. Część szczęki górnej nadal była obecna, ale była przepołowiona

na pół. W jakiś dziwny sposób mimo, że wszędzie była krew dwa zęby nadal były białe i czyste.

Reszta była we krwi. Gapiłam się na zrujnowaną twarz. Starałam się myśleć o tym jak o mięsie,

zwykłym kawałku martwego mięsa. Ale martwe mięso nie ma dziur w zębach, nie chodzi do

dentysty. Nagle znów stał się nastolatkiem, może nawet dzieciakiem. Mogłam cokolwiek

powiedzieć o jego wieku tylko po wzroście i po obserwacji dwóch poprzednich ciał. Może ten

bez twarzy był jeszcze dzieckiem, wysokim dzieckiem. Mały chłopiec.

Wiosenny wieczór zaczął się wokół mnie. Wzięłam głęboki oddech, aby się trochę uspokoić i to

był mój błąd. Nagle poczułam zapach rozkładających się wnętrzności, zapach śmierci.

Odczołgałam się od dołu z ciałami. Nigdy nie wymiotuj na scenie zbrodni. Tylko wkurzysz

gliniarzy.

Upadłam na kolana na szczycie małego pagórka gdzie większość gliniarzy było zebranych.

Dokładnie to nie upadłam jak się rzuciłam na kolana. Wzięłam głęboki oczyszczający wdech,

świeżego powietrza. To pomogło. Niewielki podmuch wiatru przewiewał zapach śmierci w

przeciwną stronę. To z całą pewnością pomogło lepiej.

Gliniarze różnych rozmiarów byli zgromadzeni na pagórku. Nikt nie spędzał więcej czasu niż to

konieczne wśród zwłok. Dalej na drodze stał ambulans, prócz nich każdego czekało spotkanie

z ciałami. Nikogo to nie ominęło. Miejsce zbrodni i ofiary zostały sfilmowane i następnie swoją

pracą zajęli się inni zbierając wszystkie dowody. Wszyscy wykonywali swoje zadania, wszyscy

poza mną.

- Ma pani zamiar być chora, pani Blake? – usłyszałam za sobą głos.

Głos należący do sierżant Freemont z Wydziału Narkotyków i Kontroli Przestępstw ( po

angielsku Division of Drug and Crime Control, DD/CC w skrócie D2C2). Jej głos był łagodny, ale

też naganny. Zrozumiałam go dokładnie. Byłyśmy jedynymi kobietami na miejscu zbrodni, co

oznaczało że bawiłyśmy się razem z dużymi silnymi chłopcami. Musisz być silniejsza niż

mężczyźni, mocniejsza, lepsza, albo wykorzystają to przeciwko tobie. Albo będą traktować cię jak

kobietę. Mogłam się założyć, że sierżant Freemont nie zrobiło się niedobrze. Nie pozwoliła by

sobie na to.

Wzięłam kolejny oczyszczający wdech i powoli go wypuściłam. Spojrzałam w górę na nią. Z

wysokości moich kolan wyglądała na każdy cal ze swoich pięciu stóp osiemdziesięciu cali. Jej

włosy były proste, ciemne, przycięte pod brodą. Końcówki zakręcały się w stronę jej twarzy. Jej

spodnie były jasno żółte, miała na sobie czarną kurtkę i koszulę w trochę jaśniejszym kolorze

żółci. Miałam dobry widok na jej wypolerowane czarne buty. Na prawej dłoni widniała złota

obrączka, ale bez pierścionka zaręczynowego. Ślady zmarszczek spowodowanych uśmiechaniem

stawiało ją w przedziale lat czterdziestu, choć teraz się nie uśmiechała.

Przełknęłam jeszcze raz, próbując zapomnieć o zapachu ze sceny zbrodni. Podniosłam się z kolan.

- Nie, pani sierżant Freemont, nie będę wymiotować.

Byłam naprawdę zadowolona, że to co mówiłam było prawdą. Miałam nadziej, że nie każe mi iść

powrotem do miejsca gdzie leżą ciała. Na pewno straciłabym śniadanie, gdybym musiała

ponownie na to wszystko spojrzeć.

- Co mogło zrobić coś takiego? – spytała.

Nie odwróciłam się i nie spojrzałam na to na co ona pokazała dłonią. Wiedziałam co się tam

znajdowało.

Wzruszyłam ramionami.

- Nie mam pojęcia.

Jej brązowe oczy były neutralne, nie do odczytania, nie było w nich widać żadnych emocji.

Dobre oczy gliniarza. Zmarszczyła brwi.

- Co to ma znaczyć, że nie wiesz. Niby jesteś ekspertem w sprawie potworów.

Przemilczałam to ‘niby jesteś’. Nie nazwała mnie Królową zombi prosto w twarz. Właściwie była

naprawdę bardzo uprzejma, poprawna, ale nie było w tym ciepła. Nie była pod wrażeniem, i w

swój cichy sposób, bez słów dała mi o tym znać. Musiałabym wyciągnąć naprawdę wielkie zwłoki

z kapelusza by zaimponować sierżant Freemont z DD/CC. Jak na razie byłam daleko w lesie.

Larry podszedł do nas. Jego twarz miała kolor żółto zielonego papieru. Kontrastowało to z jego

rudymi włosami. Jego oczy były zaczerwienione po tym jak zwymiotował wszystko co miał w

żołądku. Czasami gdy jest naprawdę źle wymioty doprowadzają do łez.

Nie spytałam Larrego czy wszystko jest porządku. Odpowiedź była oczywista. Ale stał na

własnych nogach. Póki nie zemdleje wszystko powinno być ok.

- Czego pani sierżant ode mnie oczekuje.? – spytałam.

Byłam naprawdę cierpliwa. Jak na mnie to był szczyt uprzejmości. Dolph byłby dumny. Bert

byłby zadziwiony.

Skrzyżowała ręce na piersi.

- Dałam się namówić sierżantowi Storrow by wpuścić panią na miejsce zbrodni. Mówił, ze jest

pani najlepsza. Zgodnie z tym co piszą w gazetach używasz swojej magii i nagle wszystko wiesz.

Albo po prostu wskrzeszasz ofiary i pytasz je kto je zabił

Wzięłam głęboki wdech, a potem go wypuściłam. Nie używałam magii by rozwiązać sprawy,

tylko wiedzę jaką posiadam, ale gdybym tak powiedziała wyglądało by to jakbym się próbowała

bronić. Nie musiałam niczego udowadniać sierżant Freemont.

- Proszę nie wierzyć we wszystko co piszą w gazetach, sierżant Freemont. A co do

wskrzeszania umarłych, z tą trójką by mi się nie udało.

- Chcesz mi powiedzieć, że wskrzesić umarłych też nie możesz?

Potrząsnęła głową.

- Jeśli nie może pani nam pomóc, pani Blake proszę wracać do domu.

Spojrzałam na Larrego. Wzruszył ramionami. Wyglądał na osłabionego. Myślę, że nie miał w

sobie już tyle energii by mnie upomnieć był się zachowywała grzecznie. A może był zmęczony

zachowaniem sierżant Freemont tak jak ja.

- Mogę ich wskrzesić, sierżant Freemont, ale by mogli cokolwiek powiedzieć musieli by mieć usta

i nie uszkodzone gardła dzięki, którym mogli by wydać z siebie głos.

- Mogli by to zapisać na kartkach. – odpowiedziała Freemont.

To było dobra sugestia. Sprawiła, że zaczęłam lepiej o niej myśleć. Jeśli była dobrym

gliniarzem mogłam zachowywać się lepiej. Póki nie będę musiała oglądać nowych ciał

podobnych do tych mogę być naprawdę grzeczna.

- Może, ale martwi tacą wyższe funkcje umysłu po śmierci zwłaszcza po traumatycznej

śmierci. Mogą nie umieć pisać, a nawet jeśli by potrafili możliwe jest że nie mają pojęcia co je

zabiło.

- Ale to widzieli. – Larry powiedział.

Jego głos był zachrypnięty i zakaszlną by je przeczyścić.

- Żaden z nich nie próbował uciekać, Larry. Czemu?

- Czemu go pani pyta? – spytała Freemont.

- Jest moim uczniem. – odpowiedziałam.

- Uczniem? I przyprowadziła go pani na moje miejsce zbrodni?

Spojrzałam na nią.

- Nie mówię pani jak ma pani wykonywać swoją pracę, więc proszę nie mówić mi jak mam

wykonywać swoją.

- Nie zrobiłaś do tej pory nic. Prócz tego, że twój asystent zwymiotował w krzaki.

Niezdrowy rumieniec pojawił się na policzkach Larrego. Zawstydzony gdy jeszcze ledwo

trzyma się na nogach.

- Larry nie był jedynym, który wypróżnił swoje wnętrzności w krzakach. Był tylko jedynym bez

odznaki. – potrząsnęłam głową. – Nie potrzebujemy tego całego gówna. – przeszłam obok

Freemont. – Chodź Larry.

Larry posłusznie podążył za mną.

- Nie chcę by cokolwiek stąd wydostało się do prasy, pani Blake. Jeśli media zaczną coś o tym

mówić będę wiedziała skąd.- Nie krzyczała, ale jej głos było bardzo wyraźnie słychać.

Odwróciłam się. Również nie krzyczałam, ale każdy mógł mnie usłyszeć.

- Masz do czynienia z nieznaną nadnaturalną istotę, która używa miecza i jest szybsza od

wampira.

Coś przemknęło jej przez twarz, jakbym nagle zrobiła coś interesującego.

- Skąd wiesz, że jest szybsze od wampira?

- Żaden z tych chłopców nie próbował uciekać. Wszyscy umarli tam gdzie stali. Albo jest

szybsze, albo ma zadziwiającą zdolność kontroli umysłów.

- Więc to nie lykantrop?

- Nawet lykantrop nie jest tak szybki i nie mają one możliwości mącenia w umysłach ofiar.

Jeśli lykantrop wyskoczył by na nich z mieczem, na pewno ci chłopcy zaczęli by krzyczeć i

uciekać. Przynajmniej było by widać jakieś ślady szarpaniny, oporu z ich strony.

Freemont stała tam i się patrzyła. Miała bardzo poważne spojrzenia, jakby mnie ważyła i

oceniała. Nadal nie była zadowolona z mojej obecności, ale przynajmniej mnie słuchała.

- Mogę pani pomóc, sierżant Freemont. Mogę pomóc pani zorientować się co to za istota.

Może uda nam się to zanim to znów zaatakuje.

Jej neutralna maska na twarzy jakby się zachwiała na parę sekund. Gdybym się jej nie

przyglądała to bym nie zauważyła, że wyraz jej oczu naglę się zmienił.

- Cholera. – powiedziałam głośno.

Podeszłam do niej i zniżyłam głos.

- To właśnie to, prawda? To nie są pierwsze ofiary!

Wbiła wzrok w ziemię, potem podniosła głowę i spojrzała mi w oczy. Jej oczy już nie były

neutralne, widać w nich było odrobinę strachu. Nie bała się o siebie, tylko tego co zrobiła lub też

nie.

- Stanowy Patrol może sam sobie poradzić z zabójstwem. – jej głos był najłagodniejszym jaki do

tej pory usłyszałam z jej ust.

- Ile?

- Dwie wcześniej. Dwoje nastolatków, Dziewczyna i chłopak. Prawdopodobnie zabawiali się w

lesie. – jej głos cichy, prawie zmęczony.

- Co powiedzieli po sekcji zwłok?

- Masz rację. To było ostrze, prawdopodobnie miecz. Potwory nie używają mieczy, Blake.

Myślałam, że to był ex chłopak dziewczyny. Miał cała kolekcje broni z Wojny Domowej

włączając w to miecze. Wyglądało to na prostą sprawę.

Potaknęłam - Całkiem logiczne.

- Żadne z ostrzy, które chłopak posiadał nie pasowało do ran, ale pomyślałam, że

prawdopodobnie pozbył się narzędzia zbrodni. Nie pomyślałam…

Odwróciła ode mnie wzrok, ręce miała wsadzone głęboko w kieszeniach spodni.

- Pierwsza scena zbrodni nie wyglądała tak jak ta. Zostali zabici jednym cięciem w korpus z góry

na dół. Człowiek mógł to zrobić.

Spojrzała na mnie czekając na to bym się z nią zgodziła. Tak też zrobiłam.

- Czy ich ciała miały jeszcze jakieś rany prócz tych śmiertelnych cięć?

Potaknęła.

- Zmasakrowane twarze, brakowało jej lewej ręki. Tej na której nosiła pierścionek od swojego ex

chłopaka.

- A ich gardła były pocięte?

Wzdrygnęła się. Pomyślała, a potem potaknęła.

- Jej było. Nie zbyt dużo krwi, jakby zostało to zrobione po jej śmierci.

Teraz to była moja kolej by potaknąć.

- Świetnie.

- Świetnie? – spytał Larry.

- Myślę, że mamy tu do czynienia z wampirem, sierżant Freemont.

Oboje zagapili się na mnie.

- Spójrz na części ciała, których brakuje. Nogi jednego z chłopców były odcięte po jego

śmierci. Tętnica udowa znajduje cię na udzie tuż pod pachwiną. Widziałam wampiry, które wolą

pić krew właśnie z tej tętnicy niż z tętnicy na szyi. Odetnij nogę, a ślady po ukąszeniach wampira

znikną.

- Co z pozostałą dwójką?

- Możliwe, że najmniejszy chłopak został pogryziony. Jego szyja została dwa razy pocięta bez

powodu. Może była to dodatkowa dawka brutalności tak jak zmasakrowanie twarzy. Nie wiem.

Ale wampiry piją krew tez z nadgarstków, zgięć w łokciu. Tych części ciała brakuje.

- Mózgu też brakuje. – powiedziała Freemont.

Larry przełknął bezgłośnie obok mnie. Przejechał dłonią po swojej znów spoconej twarzy.

- Wszystko z tobą ok? – spytałam.

Potaknął, nie mając zaufania do swojego głosu. Odważny Larry.

- Jak sprawić byśmy nie pomyśleli, że to dzieło wampirów niż zrobić coś co wampir niebyły

zainteresowany zrobić?

- Okej, powiedzmy że to ma sens. Czemu właśnie w ten sposób? To jest…- Rozłożyła ręce

szeroko, spoglądając w dół na masakrę. Tylko ona jedna z nas trojga jeszcze spoglądała w tamtą

stronę.

- To jest po prostu chore. Gdyby to był człowiek powiedziałabym, że mamy do czynienia z

seryjnym mordercą.

- Możliwe, że z kimś takim mamy do czynienia. – powiedziałam łagodnie.

Freemont zagapiła się na mnie.

- Co do cholery masz na myśli?

- Wampiry też kiedyś były ludźmi. To że stajesz się wampirem nie wyleczy cię z problemów,

które miałeś gdy byłeś człowiekiem. Jeśli byłeś patologicznie agresywny, albo wariatem śmierć

tego nie zmieni.

Freemont patrzyła na mnie jakbym to ja była wariatką. Myślę, że to słowo śmierć ją

zdenerwowała. Kiedy podejrzany umierał, przestawał automatycznie być podejrzanym.

Spróbowałam ponownie.

- Powiedzmy, że John jest seryjnym mordercą. Staje się wampirem. Czemu to, że stał się

wampirem ma sprawić, że ma się stać mniej agresywny? Czemu nie ma stać się właśnie

bardziej zły?

- Boże! – powiedział Larry.

Freemont wzięła głęboki oddech przez nos i powoli wypuściła powietrze.

- Okej, może masz rację. Nie mówię, że tak jest. Widziałam zdjęcia ofiar wampirów i tak nie

wyglądały. Ale jeśli masz racje czego oczekujesz ode mnie?

- Zdjęć z pierwszego miejsca zbrodni. I musze spojrzeć na miejsce gdzie to się stało.

- Wyśle ci je do hotelu. – powiedziała.

- Gdzie ta para została zamordowana?

- Tylko kilka jardów stąd.

- W takim razie chodźmy się przyjrzeć temu miejscu.

- Każe jednemu z policjantów by was tam zaprowadził. – powiedziała.

- To jest niewielki obszar geograficzny. Mam nadzieje, że go przeszukaliście.

- Przeczesaliśmy każdy centymetr terenu. Ale najwidoczniej, pani Blake nie wiedziałam czego

szukam. Liście i deszczowa pogoda zatarła wszelkie ślady.

- Tak, ślady z pewnością by pomogły. – spojrzałam na drogę, którą tu przyszliśmy. Liście

wzdłuż aż do wzgórza były poruszone, widać było dróżkę z nich utworzoną.

- Gdyby to był wampir…

Freemont mi przerwała.

- Co masz na myśli mówiąc jeśli?

Spojrzałam w jej nagle podejrzliwe oczy.

- Proszę posłuchać, pani sierżant, jeśli to był wampir to jest to taki, który ma możliwość

kontroli umysłu z jaką się jeszcze nie spotkałam. Nie spotkałam się z wampirem, nawet

mistrzem miasta, który mógłby zawładnąć trzema ludzkimi umysłami z zamiarem ich

zamordowania. Do dzisiejszego dnia powiedziałabym, że to niemożliwe.

- Co innego, w takim razie mogło to być? – spytał Larry.

Wzruszyłam ramionami.

- Myślę, że to wampir, ale gdybym powiedziała, że wierze w to w stu procentach skłamałabym.

Próbuje nie okłamywać policji. Mogło nie być śladów na ziemi, żadnych poruszonych liści bez

względu na pogodę ponieważ wampiry potrafią latać.

- Jak nietoperze? – spytała Freemont.

- Nie, nie zmieniają kształtów, ale mogą…- poszukałam słowa, którym mogłabym to określić.

Nie mogłam żadnego znaleźć.

- Mogą lewitować, coś w rodzaju latania. Widziałam to. Nie mogę tego wytłumaczyć, ale to

widziałam.

- Seryjny morderca, a do tego wampir.

Potrząsnęła głową, bruzdy wokół jej ust pogłębiły się.

- Federalni zaraz się tu zjawią i przejmą sprawę.

- Nie żartuj. – powiedziałam. – Znaleźliście brakujące części ciała?

- Nie, pomyślałam, że może zostały pożarte.

- Jeśli zjadło tyle, czemu nie resztę? Jeśli je pożarło czemu nie ma śladów zębów? Jeśli je

pożarło czemu nie jakieś bardziej mięsiste części ciała, a nie okruchy?

Jej dłonie zacisnęły się w pięści.

- Zrozumiałam twój punkt widzenia. To był wampir. Nawet głupi gliniarz wie, że wampiry nie

jedzą mięsa.

Spojrzała mi w oczy, widać w nich było złość. Nie na mnie dokładnie, ale mogłam równie

dobrze zostać celem na którym mogłaby się wyładować. Odwzajemniłam jej wzrok, nie

wzdrygnęłam się, nie odwróciłam się. Odwróciła wzrok pierwsza. Może nie byłabym

najlepszym celem.

- Nie lubię gdy cywile wtrącają się do śledztwa, które prowadzę, ale zauważyłaś rzeczy które ja

pominęłam. Albo jesteś naprawdę tak dobra, albo wiesz o czymś i mi tego nie mówisz.

Mogłam powiedzieć, że jestem dobra w tym co robię, ale nie powiedziałam tego. Nie chciała też

by policja myślała, że nie mówię im wszystkiego gdy tego nie robię.

- Mam jedną przewagę nad normalnym policjantem zajmującym się morderstwami, zawsze

spodziewam się że to będzie jakiś potwór. Nikt mnie wzywa jeśli jest to zwykłe dźgnięcie nożem

czy napad z rabunkiem. Nie spędzam zbyt dużo czasu szukając prostego miłego wyjaśnienia. To

by znaczyło, że omijam wiele innych teorii.

Potaknęła mi.

- Dobrze, póki będziesz mi pomagać złapać tego potwora nie będzie mnie obchodzić czym się

zajmujesz, jaką masz pracę.

- Cieszę się, że to słyszę. – powiedziałam.

- Ale, żeby było jasne, żadnych reporterów, żadnych mediów. Ja tu dowodzę. To moje

dochodzenie. Ja decyduje kiedy będziemy rozmawiać z mediami. Czy to jasne?

- Jasne.

Patrzyła na mnie jakby mi nie uwierzyła.

- Mam na myśli media, pani Blake.

- Nie mam problemu z mediami, sierżant Freemont. Tak mi nawet bardziej pasuje.

- Jak na osobę, która nie chce mieć nic wspólnego z mediami, jakoś często jesteś w kręgu ich

zainteresowań.

Wzruszyłam ramionami.

- Jestem zamieszana tylko w sensacyjne sprawy, pani detektyw. Sprawy, z których robi się

świetne artykuły, które się dobrze sprzedają. Zabijam wampiry, na rany Chrystusa to zawsze jest

w centrum zainteresowań prasy.

- Dopóki się rozumiemy ,pani Blake.

- Żadnych mediów, to nie jest zbyt trudne do zapamiętania. – powiedziałam.

Potaknęła.

- Zaraz przyślę kogoś, kto zaprowadzi was na pierwsze miejsce zbrodni. Załatwię też by

przysłali wam do hotelu akta z pierwszej sprawy.

Już odwracała się by odejść.

- Sierżant Freemont?

Odwróciła się w moją stronę i spojrzała raczej nie przyjaznym wzrokiem.

- Co tym razem, pani Blake. Wykonała pani swoją pracę.

- Nie możecie traktować tego jak zwykłego ludzkiego seryjnego mordercy.

- Ja dowodzę tym dochodzeniem, pani Blake i mogę robić jak tylko będę mieć ochotę.

Odwzajemniłam jej wrogi wzrok. Nie czułam też do nie zbytniej sympatii.

- Nie mam zamiaru ukraść twojej chwały, ale wampiry to nie ludzie z kłami. Jeśli wampir

mógł zawładnąć ich umysłami i utrzymać je w swoim władaniu podczas gdy zabijał każdego z

nich to równie dobrze może zawładnąć umysłem kogokolwiek, pani umysłem, moim. Wampir z

takim talentem może sprawić, że czarne stanie się dla pani białe. Rozumiesz mnie?

- Mamy dzień, pani Blake. Jeśli to wampir, znajdziemy go z zniszczymy.

- Będzie wam potrzebny nakaz sądowy.

- Zdobędziemy go.

- Kiedy go będziecie mieć, wrócę i dokończę swoją robotę.

- Myślę, że sobie z tym poradzimy sami.

- Zabiła pani sierżant kiedyś wampira?

Spojrzała na mnie.

- Nie, ale zastrzeliłam kiedyś człowieka. Nie może być to trudniejsze.

- Nie jest trudniejsze w sensie o którym pani mówi. – powiedziałam. – Ale jest cholernie

bardziej niebezpieczne.

Potrząsnęła głową.

- Póki Federalni się tu nie pojawią ja dowodzę, nie ty i nie nikt inny nie przejmie tej sprawy.

Czy wyrażam się jasno, pani Blake?

Potaknęłam.

- Jasne jak słońce, sierżant Freemont.

Spojrzałam na broszkę w kształcie krzyża na jej kurtce. Jeden z kongresmanów miał przypinkę na

krawacie w kształcie krzyża. Standardowa procedura w policji.

- Macie srebrną amunicję, prawda?

- Zajmę się sama swoimi ludźmi, pani Blake.

Uniosłam ręce w oznace poddania się. Tyle jeśli chodzi o pogawędkę między dziewczynami.

- Dobrze, to my już idziemy. Ma pani numer mojego pagera. Proszę dzwonić w razie potrzeby

sierżant Freemont.

- Nie będzie mi potrzebny.

Wzięłam głęboki wdech i połknęłam słowa, które cisnęły mi się na usta. Wszczynanie kłótni z

gliniarzem, który dowodzi dochodzeniem w sprawie morderstwa to nie sposób by mnie znów

zaproszono do wzięcia udziału w nim. Przeszłam obok niej bez pożegnania. Gdybym otworzyła

usta, nie byłam pewna co z nich wyjdzie. Nic przyjemnego i użytecznego to na pewno.

Rozdział 8

Ludzie, którzy nigdy nie byli pod namiotami myślą, że ciemność opada z nieba. Tak nie jest.

Ciemność prześlizguje się między drzewami i najpierw otacza je, potem rozprzestrzenia się po

otwartej przestrzeni. Było tak ciemno między drzewami, aż pożałowałam, że nie miałam ze sobą

latarki. Kiedy dotarliśmy do naszego Jeepa stojącego na drodze zaczynało dopiero zmierzchać.

Larry spojrzał ku górze na ciemniejące niebo i powiedział:

- Możemy już jechać na cmentarz, gdzie czeka na nas Stirling.

- Najpierw coś zjedzmy. – powiedziałam.

Spojrzał na mnie.

- Chcesz się zatrzymać po drodze by coś zjeść. To dość niezwykłe. Normalnie muszę cię

błagać byśmy się zatrzymali w jakimś McDonaldzie.

- Zapomniałam zjeść lunchu.

Uśmiechnął się.

- W to akurat wierzę.

Uśmiech powoli zniknął z jego twarzy.

- To pierwszy raz gdy z własnej inicjatywy zaoferowałaś mi coś do jedzenia, a ja chyba dziś już

nic nie przełknę.

Zagapił się na mnie. Było wystarczająco jasno bym zauważyła, że mi się przygląda szukając

czegoś w wyrazie mojej twarzy.

- Naprawdę możesz coś przełknąć po tym co zobaczyliśmy?

Spojrzałam na niego. Nie wiedziałam co powiedzieć. Nie tak dawno temu powiedziałabym, ze nie

mogę nic przełknąć.

- No cóż, nie mogłabym spojrzeć na talerz spaghetti, albo na tatara, ale tak mogę normalnie jeść.

Potrząsnął głową.

- Co to do diabła jest tatar?

- Ogólnie rzecz ujmując surowa wołowina.

Przełknął ciężko, jego twarz zaś stała się bladsza niż przed momentem.

- Jak możesz w ogóle myśleć o takich rzeczach po tym jak przed momentem widzieliśmy….

Nie dokończył zdania. Oboje to widzieliśmy, nie było potrzeby o tym mówić.

Wzruszyłam ramionami.

- Już od trzech lat oglądam miejsca zbrodni Larry. Uczysz się przetrwania. Co oznacza, że

uczysz się normalnie jeść po tym jak obejrzysz poćwiartowane zwłoki.

Nie dodałam, że widziałam gorsze rzeczy. Widziałam ciała ludzi zredukowane do bezkształtnej

masy mięsa, zmiażdżonych kości i krwi. Masy, z której niewielka pozostałość spokojnie mieściła

się w torbie o pojemności galonu (amerykańska miara pojemności 1 galon - ok. 4 litrów) Nie

poszłam po tym na coś zjeść.

- Spróbujesz przynajmniej coś zjeść? – spytałam.

Popatrzył na mnie podejrzliwym wzrokiem.

- Jakie miejsce masz na myśli?

Rozwiązałam Niki, a potem zdjęłam je ostrożnie stając na poboczu drogi. Nie chciałam

podrzeć rajstop. Rozpięłam kombinezon i zdjęłam go z siebie. Larry zrobił to samo, przy czym

próbował przy tym nie zdejmować butów. Udało mu się to z trudnością w trakcie czego musiał się

podeprzeć o samochód.

Zwinęłam ostrożnie kombinezon tak by krew znajdująca się na nim nie pobrudziła obicia

Jeepa. Wsadziłam Niki pod siedzenie z tyłu, a następnie założyłam szpilki.

Larry w tym czasie próbował wygładzić zagniecenia na spodniach od garnituru, niestety

niektórych rzeczy nic prócz pralni chemicznej nie potrafiło zrobić.

- Co byś powiedział, gdybyśmy wybrali się do Krwawych Kości? – spytałam.

Spojrzał na mnie, jego dłonie zaś nadal próbowały przyklepać zagniecenia. Zmarszczył brwi.

- Gdzie?

- To ta restauracja należąca do Magnusa Bouvier. Stirling coś o niej wspominał.

- A powiedział nam gdzie ona się znajduje? – Larry spytał.

- Nie, ale spytałam jednego z lokalnych policjantów o najbliższą lokalną knajpę i okazało się, ze

Krwawe Kości znajdują się w niewielkiej odległości od nas.

Larry zmrużył podejrzliwie oczy na mnie.

- A czemu chcemy się tam dokładnie wybrać?

- Chciałabym porozmawiać z Magnusem Bouvierem.

- Czemu?

To było świetne pytanie. Sama nie byłam pewna czy znałam na nie odpowiedź. Wzruszyłam

ramionami i wspięłam się od środka Jeepa. Larry nie miał innego wyboru jak zrobić to samo,

chyba że nie chciał kontynuować rozmowy. Kiedy ulokowaliśmy się w aucie nadal nie miałam

odpowiedzi na to pytanie.

- Nie lubię Stirlinga i nie ufam mu.

- Wyczułem, że go nie polubiłaś. Larry powiedział oschłym głosem.

- Ale czemu mu nie ufasz? – spytał.

- A ty mu ufasz?- spytałam.

Larry zmarszczył brwi i zastanowił się przez moment. Potrząsnął głową.

- Jak na razie po tym co zobaczyłem raczej nie.

- No widzisz. – powiedziałam.

- Może masz rację, ale czy rozmowa z Bouvierem w czymś pomoże?

- Mam taką nadzieję. Nie lubię wskrzeszać umarłych dla ludzi, którym nie ufam. Zwłaszcza gdy

robota jest tak duża i poważna.

- Okej, więc jedziemy zjeść kolacje w restauracji Bouvier. Pogadasz z nim, a potem co?

- Jeśli nie dowiem się niczego nowego, pojedziemy spotkać się z Sterlingiem, a potem

przejdziemy się na cmentarz i się mu przyjrzymy.

Larry spojrzał się na mnie w taki sposób jakby mi nie specjalnie ufał.

- Co kombinujesz?

- Nie zastanawia cię czemu Stirling tak bardzo pragnie tej konkretnej góry? Czemu góra

Bouvierów, czemu nie jakaś inna?

Larry spojrzał na mnie.

- Zbyt często przebywasz w towarzystwie policji. Stałaś się zbyt podejrzliwa.

- Gliniarze mnie tego nie nauczyli, Larry z tym trzeba się urodzić. To po prostu talent.

Zapaliłam Jeepa i ruszyliśmy w stronę restauracji.

Drzewa rzucały długie cienkie cienie. W dolinie między górami cienie łączyły tworząc wielkie

ciemne tafle czerni przypominając o zbliżającej się nocy. Powinniśmy pojechać prosto na

cmentarz. Zwykłe przejście się pomiędzy grobami jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Ale jeśli nie

mogłam iść zapolować na wampiry to równie dobrze mogłam iść wypytać Magnusa Bouvier. To

część mojej pracy, której nikt mi nie odbierze.

Nie miałam tak naprawdę ochoty na polowanie na wampiry. Było już prawie ciemno.

Polowanie na wampiry w ciemnościach to zwykłe samobójstwo. Zwłaszcza jeśli mamy do

czynienia z takim, jak ten mający tak wielką umiejętność kontroli umysłów. Wampir może ci

namieszać w głowie i nawet cię skrzywdzić jeśli umie dobrze kontrolować umysłem człowieka i

jeśli nie masz nic przeciwko temu. Ale kiedy wampir przestanie się na tobie koncentrować i

zajmie się kimś innym, albo ktoś obok ciebie zacznie krzyczeć to wyrwiesz się z transu.

Zaczniesz uciekać. A ci chłopcy, oni nie próbowali uciekać. Nie zbudzili się z transu. Po prostu

umarli.

Jeśli nie zatrzymamy tej istoty to z całą pewnością ktoś jeszcze zginie. Mogłam to prawie

zagwarantować. Freemont powinna mi pozwolić zostać. Potrzebny im ekspert w dziedzinie

wampirów, zwłaszcza w tym przypadku. Potrzebowali mnie. No dobrze, potrzebowali policjanta

znającego się na potworach, ale nie mieli nikogo takiego. Minęły dopiero trzy lata od kiedy

wampiry zostały uznane za legalnie żywe. Trzy lata temu Waszyngton uznał krwiopijców za

żyjących obywateli mającymi pełne prawa. Nikt wtedy nie wiedział co to oznacza dla policji.

Zanim prawo się zmieniło, przestępstwa z podłożem nadnaturalnym były przydzielane łowcą

nagród, łowcą wampir. Prywatne osoby z wystarczającym doświadczeniem by utrzymać się przy

życiu wykonując taką pracę. Większość z nas ma jakiś rodzaj nadnaturalnej mocy pomagającej

nam w walce z potworami. Policjanci jej nie mają.

Zwykli ludzie nie zbyt potrafili się bronić przed potworami. Zawszę było kilkoro wśród nas,

którzy mieli talent by móc przeciwstawić się bestii. Wykonywaliśmy świetną robotę i nagle

okazuje się, że tego samego oczekuje się od policjantów. Bez dodatkowego szkolenia, bez

dodatkowych mocy, z niczym. Cholera większość komisariatów nie posiadało w swoich

magazynach srebrnej amunicji.

Minęło sporo czasu zanim Waszyngton zdał sobie sprawę, że może zadziałano zbyt

pośpiesznie, zbyt pochopnie. To może, tylko może potwory naprawdę były potworami, a

policja potrzebuje dodatkach szkoleń. Wyszkolenie policji zajmie im lat, więc postanowili iść na

skróty i zrobić z pogromców wampirów i łowców nagród policjantów. Jeśli o mnie chodzi to by

mi to nawet pasowało. Chciałabym zaświecić odznaką przed twarzą Freemont. Nie mogła by mnie

przegonić jeśli byłabym agentem federalnym. Ale jeśli chodzi o większość

pogromców to mogę powiedzieć, że zapowiada się prawdziwy bajzel. Potrzeba czegoś więcej niż

doświadczenia w zabijaniu potworów by prowadzić dochodzenia w prawach morderstw.

Na bank potrzeba czegoś więcej niż doświadczenia z wampirami by móc nosić odznakę.

Nie było prostego rozwiązania tej sprawy. Ale gdzieś tam w ciemnościach grupa policjantów

poluje na wampira, który potrafi rzeczy których nie spodziewałam się którykolwiek z nich mógłby

potrafić. Gdybym miała odznakę mogłabym teraz tam być z nimi. Nie mogę powiedzieć, że

ochroniłabym ich przed niebezpieczeństwem, ale wiedziałam więcej niż stanowy policjant. Więcej

niż to co widać na zdjęciach ofiar wampirów. Freemont tak naprawdę nie wiedziała nic. Mam

nadziej, że przeżyje swoje pierwsze spotkanie z rzeczywistością.

Rozdział 9

Do baru Krwawe Kości prowadziła czerwona żwirowa droga. Ktoś musiał wyciąć drzewa po obu

stronach drogi tak, że teraz jadąc Jeepem do baru mieliśmy przed sobą mieliśmy czarne niebo

pokryte milionami gwiazd. Światło gwiazd było jedynym jakie mieliśmy w zasięgu wzroku.

- Tu jest naprawdę ciemno. – zauważył Larry.

- Nie ma lamp ulicznych. – powiedziałam.

- Nie powinniśmy już zauważyć świateł z restauracji?

- Nie wiem.

Patrzyłam na pozostałości po wyciętych drzewach. Pnie miały na sobie nadal pozostałości po

białej farbie. Wygląda na to, że zostały powycinane niedawno. Tak jakby ktoś wpadł w furie z

siekierą lub może z mieczem, albo coś wielkiego porozrywało pnie.

Zwolniłam i zaczęłam przyglądać się ciemności przed nami. Czy się myliłam? Czy mógł to być

troll? Czy w tych górach mógł znajdować się Wielki Ozarski Troll? Taki który używał miecza?

W tym miejscu zaczynałam wierzyć w rzeczy, które do tej pory były moim zdaniem niemożliwe.

Zwolniłam tak, że Jeep prawie się zatrzymał.

- Coś nie tak? – spytał Larry.

Wcisnęłam światła awaryjne. Droga była wąska, ledwie starczyła dla dwóch aut, ale prowadziła

pod górę. Nikt kto by jechał na dół nie zobaczył by od razu Jeepa. Światła pomogą, jeśli

oczywiście ten ktoś nie będzie jechał za szybko… Cholera, miałam zamiar to zrobić, czemu się

martwię? Zaparkowałam Jeepa i wysiadłam.

- Gdzie idziesz?

- Zastanawiam się czy Troll nie wyrwał tych drzew.

Larry zaczynał wysiadać po swojej stronie. Zatrzymałam go.

- Przesuń się na moją stronę i tamtędy wysiądź

- Czemu?

- Jesteś nie uzbrojony.

Wyjęłam swoją Browninga. Był solidny i dawał poczucie komfortu, ale spójrzmy prawdzie w

oczy jeśli mamy do czynienia z czymś wielkości górskiego trolla niezbyt przydatna. Może

gdybym miała amunicję, która eksploduje wewnątrz ciała. Niestety mój 9 milimetrowy pistolet nie

był bronią na polowanie na coś wielkości małego słonia.

Larry zamknął drzwi po swojej stronie i przesunął się na siedzenie kierowcy.

- Naprawdę myślisz, że tam jest troll?

Wpatrywałam się w ciemność. Nic się nie poruszyło.

- Nie wiem.

Przeszłam na drugą stronę szosy. Ostrożnie zaczęłam po niej iść zwłaszcza, że była

piaszczysta i nierówna, a ja byłam na szpilkach. Złapałam się za liście jakiś chwastów rosnących

przede mną i zaczęłam się wspinać w górę. Przytrzymałam się jednego z pni wyciętych drzew by

się nie ześliznąć w liście i igły z drzew.

Moja ręka pokryła się żywicą, a musiałam pohamować chęć puszczenia się.

Larry zaczął się też wspinać, przy czym szło mu to nie zbyt zgrabnie przez jego eleganckie buty,

które ślizgały się po liściach. Nie miałam wolnej ręki by mu pomóc. Kiedy się zaczął

ześlizgiwać bardziej spadł na ręce i użył jakiś chwastów by wdrapać się bliżej mnie.

- Cholerne buty.

- Przynajmniej nie jesteś na szpilkach. – odpowiedziałam.

- Nie myśl, że nie jestem wdzięczny. Na pewno już bym złamał kark.

Nic nie poruszało się w ciemności, prócz nas. Obok nas słychać było cykanie świerszczy, nic

większego nie. Odetchnęłam, choć nie zdawałam sobie sprawy, że wstrzymywałam oddech.

Podniosłam się i stanęłam pewniej na nogach, a potem przyjrzałam się drzewom.

- Czego szukamy? – Larry spytał.

- Siekiera robi szerokie, spokojne cięcia. Gdyby troll rozerwałby drzewa, pozostałości pni

byłyby zniszczone, pełne połamanych punktów.

- Wyglądają gładko jak dla mnie. – powiedział.

Przejechał palcami po nagim drzewie.

- Ale nie wygląda to też na siekierę.

Pnie wyglądały zbyt gładko. Siekiera odcięła by je nierówno. To zaś było prawie idealnie płaskie

cięcie, jakby drzewo było odcięte za jednym lub co najwyżej dwoma zamachnięciem. A przecież

niektóre z drzew miały nawet do trzydziestu centymetrów średnicy. Żaden człowiek tego nie mógł

dokonać, nawet z siekierą.

- Kto mógł tego dokonać?

Przeszukałam ciemność, próbując oprzeć się chęci wycelowania broni w nią. Oparłam się jednak

pragnieniu trzymałam odbezpieczoną broń przy boku. Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu.

- Wampir z mieczem, może.

Zapatrzył się w ciemność.

- Masz na myśli tego co zabił tamtych chłopaków? Po co wampir wyciął by drzewa po tym jak ich

zabił?

Dobre pytanie. Ale jak większość zadanych dziś pytań, nie znałam na nie dobrej odpowiedzi.

- Nie wiem. Wracajmy do samochodu.

Wróciliśmy tą samą drogą. Udało nam się i żadne z nas się nie przewróciło. Sukces.

Kiedy byliśmy w samochodzie zabezpieczyłam i schowałam broń. Prawdopodobnie

niepotrzebnie ją w ogóle wyciągałam… z drugiej strony coś jednak wycięło te drzewa.

Użyłam chusteczek pielęgnacyjnych dla niemowląt z aloesu i lanoliny, które trzymałam w

samochodzie do wycierania krwi by zetrzeć żywice z rąk. Chusteczki były świetne i starły

żywicę równie dobrze jak ścierały krew.

Ruszyliśmy i zaczęliśmy rozglądać się za światłami. Zgodnie z instrukcjami jakie dostaliśmy

powinniśmy być blisko Krwawych Kości. No chyba, że instrukcje nie były zbyt dokładne. Mam

nadzieje, że tak się nie stało.

- Czy to pochodnia? – spytał Larry.

Zagapiłam się w ciemność. Zauważyłam języki ognia, zbyt wysoko by można było je uznać za

ognisko na ziemi. Dwie pochodnie na długich słupach rozświetlały szeroki żwirowy zwrot z lewej

strony drogi. Drzewa też były tu powycinane, lecz wiele lat temu. Tu wycie było stare i o

ustalonej pozycji. Drzewa ukształtowały tło dla budynku. Na nim zaś widniał drewniany znak.

Ciężko było go odczytać przy świetle pochodni, ale prawdopodobnie było na nim napisane

Krwawe Kości.

Dach jak i cały budynek był pokryty ciemnymi palami z drewna. Prawdopodobnie miało to

wyglądać naturalnie i miało się wtapiać w naturalny krajobraz. Na ciemnym żwirowym parkingu

znajdowało się dwadzieścia samochodów i ciężarówek zaparkowanych na chybił trafił.

Znak kiwał się na wietrze. Światło pochodni oświetlało ciemne litery napisu Krwawe Kości

Zaczęłam iść ostrożnie po żwirze w szpilkach. Wystawne buty Larrego lepiej sobie radziły na

żwirze niż moje.

- Krwawe Kości to dość dziwna nazwa dla baru z grillem.

- Może serwują żeberka. – odpowiedziałam.

Zobaczyłam jak się krzywi.

- Nie mógłbym spojrzeć na barbecue w tym momencie.

- To nie byłby również mój pierwszy wybór.

Drzwi zakołysały się do skrytego w środku baru. Przestąpiliśmy próg baru, a drzwi zamknęły się

za nami. Pomieszczenie było zaciemnione. Większość barów miało to do siebie, że były

miejscami ciemnymi gdzie ludzie szukali kryjówki i alkoholu. Azyl przed zgiełkiem rażącego w

oczy zewnętrznego świata. Muszę też powiedzieć, że to było jednym z lepszych schronień przed

zgiełkiem dnia codziennego. W pomieszczeniu w jednym z rogów znajdował się bar, a wokoło

znajdowały się porozrzucane stoliki. Po lewej stronie znajdowała się mała scena, a bliżej czarnej

ściany obok wąskiego przejścia prawdopodobnie między toaletą, a kuchnią stała szafa grająca.

Każda ze ścian była zbudowana z ciemnego drewna tak wypolerowanego, że aż się świeciły. Na

ścianach przyczepione były lampy, z przyciemnionego szkła, w których zamiast żarówek były

świece. Z sufitu zwisał żyrandol z świecami. Obramowanie luster na ścianach było z

ciemniejszego drewna. Lustra te raczej świeciły dzięki promieniom świec niż odbijały to co

znajdowało się w barze.

Na belkach podtrzymujących dach były wyrzeźbione owocujące winorośle i zabłąkane liście.

Wszystkie twarze były skierowane na nas jak w kiepskim westernie. Duża część tych twarzy

należała do mężczyzn. Obejrzeli mnie, zobaczyli Larrego i wrócili do swoich drinków. Kilku

nadal patrzyło na mnie z nadzieją w oczach, ale ich zignorowałam. Noc była zbyt młoda by któryś

z nich mógł mi zacząć narzucać. Ponad to byłam uzbrojona.

Głębiej w małych trzech grupkach siedziały kobiety. Były wyszykowane na piątkowy podryw

jeśli oczywiście chcesz spędzić go na rogu ulicy zaczepiając obcych. Gapiły się na Larrego tak

jakby się zastanawiały czy im by zasmakował. Mnie zaś znienawidziły od pierwszego spojrzenia.

Gdybym znała, którąś z nich powiedziałabym, że są zazdrosne, ale nie jestem tego typu kobietą,

która wywołuje zazdrość od pierwszego wejrzenia. Nie jestem na tyle wysoka, ani blond czy też

nie na tyle egzotyczna. Jestem ładna, ale nie piękna. One na mnie spojrzały i zobaczyły coś we

mnie o czym nie miałam pojęcia. Aż musiałam się spojrzeć za siebie by się upewnić czy ktoś za

nami nie wszedł chociaż wiedziałam, że tak nie było.

- Co się dzieje? – Larry wyszeptał.

To był kolejny problem. Było tu strasznie cicho. Nigdy mi się nie zdarzyło być w barze w

piątkowy wieczór gdzie mogłeś szeptać i było cię słychać.

- Nie wiem. – odpowiedziałam łagodnie.

Kobiety przy barze rozstąpiły się tak jakby ktoś je poprosił dając nam lepszy widok. Za barem stał

mężczyzna. Pomyślałam, że ona ma piękne włosy gdy pierwszy raz na niego spojrzałam.

Jego włosy opadały łagodnie aż do pasa jak orzechowa woda. Płomień świec dodawały im

blasku i błyszczały jak polerowane drewno blatu baru.

Podniósł na nas swoje niebiesko-zielone koloru oceanu na nas. Był ciemny i wspaniały bardziej

niż przystojny. Wyglądał jak dziki kot. Był cholernie egzotyczny i nagle zrozumiałam czemu bar

pełen był kobiet.

Postawił na serwetce bursztynowy kieliszek i powiedział:

- Pobudka, Earl. - Jego głos zadziwiająco niski i męski.

Facet podniósł się ze stołka, pewnie to był Earl. Był wielki i kwadratowy, przypominał lekką

wersje Rzeczy z Fantastycznej Czwórki. Na pewno nie ciacho z okładki czasopism. Sięgną po

drinka, a jego ramię otarło się o jedną z pań siedzących obok. Kobieta odwróciła się wściekła.

Spodziewałam się, że na niego nawrzeszczy, ale barman dotknął jej ręki. Nagle znieruchomiała

jakby słyszała głos, którego ja nie mogłam usłyszeć.

Powietrze zawirowało. Nagle byłam świadoma tego, że Earl pachniał mydłem i wodą. Jego

włosy nadal były wilgotne po prysznicu. Mogłam zlizać wodę z jego skóry, mogłam poczuć jego

duże dłonie na swoim ciele.

Potrząsnęłam głową i zrobiłam krok w tył w stronę Larrego. Złapał mnie za ramię.

- Coś nie tak?

Zagapiłam się na niego, ściskając jego ramię. Moje palce ściskały jego ramię tak mocno aż

mogłam poczuć prze garnitur jego solidne ciało. Odwróciłam się powrotem w stronę baru.

Earl i kobieta, która chciała na niego nakrzyczeć przesiedli się razem do osobnego stolika.

Siedzieli blisko siebie, a ona zaczęła całować wewnętrzną stronę jego wielkiej ręki.

- Jezu. – powiedziałam.

- Co się stało, Anita? – Larry spytał.

Wzięłam głęboki wdech i się od niego odsunęłam.

- Wszystko w porządku, to było po prostu niespodziewane.

- O czym mówisz?

- O magii.

Skierowałam się do baru.

Te niesamowite oczy patrzyły mi w oczy, ale nie było w nich już mocy. To nie było to samo co z

wampirami. Mogłam wpatrywać się w te niesamowite oczy wieczność, a byłyby to nadal tylko

oczy. Tak jakby.

Położyłam dłonie na barze. Na krawędziach blatu mogłam dostrzec też wyrzeźbione winorośle.

Przebiegłam palcami po rzeźbieniu. Wszystko to była ręczna robota.

Jego palce gładziły blat baru jakby to była skóra. To był dotyk właściciela, podobnie jak

mężczyzna dotyka swojej kobiety by dać innym do zrozumienia, że jest już zajęta. Mogłam się

założyć, że to on wyrzeźbił każdy najmniejszy listek na blacie.

Brunetka w sukience o dwa rozmiaru za małym dotknęła jego ramienia.

- Magnus, nie potrzebujemy tu nieznajomych.

Magnus Bouvier odwrócił się do brunetki. Pogłaskał ją po ramieniu. Zadrżała. Zdjął jej rękę ze

swojego ramienia i pocałował czubki ją w dłoń.

- Wybierz na kogo masz ochotę kochanie. Jesteś zbyt piękna by zostać dziś odrzuconą.

Nie była piękna. Jej oczy były małe i miały kolor wyblakłego brązu. Jej rysy były zbyt ostre, a nos

miała za duży jak na tak drobną twarz. Dzieliło nas parę kroków gdy na nią patrzyłam i nagle jej

rysy złagodniały. Nagle jej oczy były duże błyszczące, a jej usta miękkie i pełne.

Wyglądało to tak jak na tych starych zdjęciach z lat sześćdziesiątych gdzie używano specjalnych

filtrów, które powodowały, że na zdjęciu wszystko było bardziej delikatne, kolory były miękkie i

wszystko stawało się ładniejsze tylko, że tu było to jeszcze lepsze.

Spojrzałam na Larrego. Wyglądał tak jakby został potrącony przez ciężarówkę. Szczupłą, piękną

ciężarówkę. Rozejrzałam się po barze, każdy facet w tym miejscu prócz Earla gapił się na nią w

ten sam niezwykły sposób, jakby była kopciuszkiem, który dzięki dobrej wróżce stał się królewną.

Idealne porównanie wręcz.

Odwróciłam się w stronę Magnusa Bouvier. Nie patrzył na kobietę. Patrzył na mnie.

Pochyliłam się nad barem i odwzajemniłam spojrzenie. Uśmiechał się lekko, a ja powiedziałam:

- Zaklęcia miłosne za nielegalne.

Jego uśmiech zbladł.

- Jesteś za ładna by być policjantką.

Pochylił się by dotknąć mojego ramienia.

- Dotknij mnie, a każe cię aresztować za użycie nadnaturalnej perswazji.

- To tylko wykroczenie. – powiedział.

- Nie jeśli nie jesteś człowiekiem. – odpowiedziałam.

Zamrugał. Nie znałam go zbyt dobrze, ale wydaje mi się, że go zaskoczyłam. Jakbym powinna

wierzyć w to, że jest człowiekiem. Taa, jasne.

- Porozmawiajmy przy stoliku. – powiedział.

- Nie mam nic przeciwko.

- Dorrie, możesz mnie zastąpić na kilka minut?

Kobieta podeszła i stanęła za barem. Miała tak samo gęste orzechowe włosy, ale miała je

zawiązane na czubku głowy. Każdy jej ruch powodował, ruchy końskiego ogona tak jakby był on

żywą istotą. Nie miała na sobie żadnego makijażu. Spokojnie się bez niego obywała,

ponieważ jej trójkątna twarz była bardzo egzotyczna, wręcz kocia. Jej oczy miały ten sam

zielony kolor oceanu jak u Magnusa.

Mężczyźni najbliżej baru obserwowali ją kątem oka, tak jakby bali się patrzeć na nią

bezpośrednio. Larry gapił się na nią z otwartą buzią.

- Zajmę się barem i niczym więcej. – powiedziała.

Odwróciła swoje zielone oczy na Larrego.

- Na co się gapisz? – jej głos był ostry, pełen niechęci.

Larry zamrugał, zamknął buzię i wzdrygnął się.

- Na nic.

Przyglądała się mu z takim wyrazem twarzy jakby wiedziała, że kłamie. Zaczęłam rozumieć

czemu faceci się na nią nie patrzą.

- Dorkas, bądź miła dla klientów.

Spojrzała na Magnusa, a ten się uśmiechnął i się wycofał z dyskusji z nią. Magnus wyszedł zza

baru. Miał na sobie bawełnianą koszulkę, wyciągniętą z dżinsów w niektórych miejscach już

wyblakłą. Gdy szedł rękawy koszuli odwinęły się, więc musiał je ponownie podwinąć. Czarne

kowbojskie buty z srebrnym wzorkiem dopełniały jego ubiór. Cały jego ubiór prócz butów

wyglądał jakby był pożyczony. Powinien wyglądać niestosownie w tym stroju między klientami

w ich wyjściowych strojach, ale tak nie było. Jego pewność siebie powodowała, że jego strój

stawał się idealnym. Kiedy przechodził między stolikami jedna z kobiet złapała za jego koszulę, a

on wyciągnął ją z jej rąk z uśmiechem, który powodował, że kobietą miękły nogi.

Magnus poprowadził nas do pustego stolika blisko sceny. Stanął i pozwolił wybrać mi miejsce.

Dżentelmen. Usiadłam plecami do ściany by móc widzieć wyjście jak i całą sale. Może i

przesadzałam, ale w powietrzu czuć było magię. Nielegalną magię.

Larry usiadł po mojej prawej stronie. Przypatrywał się temu co robię, więc wziął swoje krzesło i

przesunął je tak by też móc widzieć co się dzieje w Sali. To czasem było przerażające jak Larry

brał do siebie każdy mój ruch, zachowanie. Na pewno dzięki takiemu zachowaniu będzie dłużej

żywy, lecz ja nadal nie mogłam się do tego przyzwyczaić.

Magnus uśmiechnął się do nas obojga tak jakbyśmy oboje zrobili coś słodkiego lub

zadziwiającego. Nie byłam w nastroju by kogokolwiek zadziwiać.

- Zaklęcia miłosne są nielegalne. – powiedziałam.

- Powtarzasz się. – Magnus powiedział.

Uśmiechnął się do mnie jednym z tych czarujących niewinnych uśmiechów. Ale na mnie to nie

działa. Nie mógł zrobić nic co by sprawiło, że stał by się mniej egzotyczny. Mogłam też

powiedzieć bankowo, nie był on osobą niegroźną.

Patrzyłam na niego tak długo aż jego uśmiech zaczął powoli blaknąć i głośno przełknął.

Wyprostował dłonie na blacie i się im zaczął przyglądać. Kiedy znów na mnie spojrzał jego

uśmiech zniknął. Wyglądał poważnie, trochę nawet nerwowo. Bardzo dobrze.

- To nie był czar. – powiedział.

- Nie wciskaj mi kitów.

- Nawet nie próbuję. Mały czar, ale nic tak poważnego jak zaklęcie.

- Jedno nie różni się od drugiego prawie wcale.

Larry patrzył na nas w napięciu.

- Czyli to co stało się przy barze to skutek czaru?

- O czym ty mówisz? – Magnus przybrał twarz niewiniątka, jakby myślał że Larry da się na to

nabrać.

Larry spojrzał na mnie.

- Czy on sobie żartuje? Kobieta z trzydziestolatki stała się gorącą dwudziestką. To musiała być

magia.

Magnus przyjrzał się Larremu uważnie po raz pierwszy od kiedy usiedliśmy nie zwracając na

mnie uwagi. Czułam się zignorowana. Poczułam się tak jakby promienie słoneczne przestały na

mnie padać, a ja stałam w zimniejszym i ciemniejszym miejscu.

Potrząsnęłam głową.

- Daruj sobie ten gówniany urok.

Magnus odwrócił się z powrotem w moją stronę, a ja poczułam się znów lepiej.

- Powiedziałam, żebyś przestał.

- Co?

Wstałam.

- Świetnie, zobaczymy czy będziesz się śmiał w więzieniu.

Magnus złapał mnie za rękę. Skóra jego dłoni powinna być szorstka, ale tak nie było. Jego skóra

była nienaturalnie miękka i gładka jak aksamit. Oczywiście to tez mogła być tylko iluzja.

Próbowałam się wyrwać z jego chwytu, ale to tylko spowodowało, że jego uścisk stał się

mocniejszy. Ciągnęłam się, a on ściskał mocniej z pewnością kogoś kto wiedział, że ma siłę

dzięki której nie uda mi się wyrwać. Mylił się. Tu nie chodziło o siłę, a spryt i doświadczenie.

Wykręciłam rękę pod jego chwytem, a potem pociągnęłam. Wyśliznęłam się z jego uchwytu

mimo, że próbował jeszcze mnie złapać. Mój nadgarstek był obolały i zadrapany w miejscu gdzie

jego uchwyt się znajdował. Nie było krwi, ale to też nie było pocieszeniem, ponieważ nadal bolał.

Miałam ochotę podrapać go, ale nie chciałam mu dać tej satysfakcji. Mimo wszystko byłam

twardym pogromcą wampirów. Ponadto zrujnowałabym efekt jaki moje posunięcie wywołało u

Magnusa. Podobał mi się wyraz zaskoczenia na jego twarzy.

- Większość kobiet nie wyrywa się po tym jak je dotknę.

- Spróbujesz użyć magii względem mnie jeszcze raz, a wydam cię glinom.

Patrzył na mnie i się zastanawiał. Potem potaknął.

- Wygrałaś. Nie będę używać magii względem ciebie lub twojego przyjaciela.

- Ani nikogo innego. – powiedziałam.

Usiadłam ostrożnie z powrotem na swoim miejscu. Odsunęłam się jeszcze trochę od niego i

przekręciłam tak by móc z łatwością wyjąć broń w razie czego. Nie myślałam bym musiała do

niego strzelać, ale z drugiej strony nadgarstek gdzie mnie trzymał nadal bolał. Walczyłam z

wampirami i zmiennokształtnymi wręcz. Umiem rozpoznać siłę nadnaturalnej istoty gdy się z nią

zetknę. On był taką istotą. Mógł ścisnąć mój nadgarstek tak mocno aż by zmiażdżył moje kości

lecz po prostu nie był na tyle szybki by to zrobić. Nie chciał tak naprawdę mnie skrzywdzić. Jego

błąd.

- Oh, moi klienci nie byli by zadowoleni gdyby czary zniknęły.

- Nie możesz nimi manipulować w ten sposób. To jest nielegalne i jeśli będę musiała złoże na

ciebie donos na policję.

- Ale wszyscy wiedzą, że piątkowe wieczory to wieczory kochanków w Krwawych Kościach.

- Wieczory kochanków? – Larry spytał.

Magnus się uśmiechnął i fragment jego urok powrócił, ale poczucie ciepła nie. Na razie jego

obraz nie był zakłócony magią i to co widzieliśmy było jego prawdziwym wyglądem. Nawet

wampir nie mógł stosować na mnie swoich mentalnych sztuczek bez mojej wiedzy. Jednak ten

facet działał mi na nerwy.

- Sprawiam, że ludzie w ten wieczór stają się piękni, przystojni czy seksowni. Przez kilka godzin

stajesz się kochankiem marzeń.

- Czym jesteś? – spytał Larry.

- Co wygląda jak Homo sapiens, rozmnaża się jak Homo sapiens, ale nim nie jest? – spytałam.

Larry zamrugał.

- Homo arcanus. On jest elfem?

- Proszę, ścisz głos. – Magnus powiedział.

Spojrzał po stolikach obok nas. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Byli zbyt zajęci sobą nawzajem.

- Nie można cię pomylić z człowiekiem. – powiedziałam.

- Rodzina Bouvierów przepowiadała przyszłość i tworzyła zaklęcia miłosne od wieków w tych

okolicach.

- Mówiłeś, że to nie są zaklęcia miłosne. – powiedziałam.

- Oni tak myślą, ale ty wiesz czym to naprawdę jest.

- Urok. – powiedziałam.

- Czym jest urok? – spytał Larry.

- To magia elfów. To dzięki czemu mogą mącić w umysłach, czym mogą sprawić, że coś

stanie się lepsze lub gorsze od tego czym naprawdę jest.

Magnus potaknął i uśmiechnął się jakby to, że tyle wiem go radowało.

- Właśnie, tak naprawdę to nic wielkiego w porównaniu do magii niektórych istot.

Potrzasnęłam głową.

- Czytałam o urokach i nie są tak idealne chyba, że tworzy je ktoś z królewskich rodów Daoine

Sidhe. Ród seeli nie łączy się z ludzką rasą w przeciwieństwie do rodu unseeli.

Gapił się na mnie swoimi pięknymi oczyma, tak wspaniałymi, że nawet bez działania magii

pragnęłam go dotknąć. Chciałam sprawdzić czy jego włosy są tak miękkie na jakie wyglądają.

Był jak piękna rzeźba, chciało by się dotknąć jej i wodzić palcami po niej by poczuć kształt.

Magnus uśmiechnął się do mnie łagodnie. Ród unseeli jest zły, okrutny. To co robię tu nie jest złe.

Przez jeden wieczór w tygodniu ludzie mogą tu przyjść i spełnić swoje fantazje. Myślą, że to są

zaklęcia miłosne, a ja nie wyprowadzam ich z błędu. Wszyscy zachowują w sekrecie nasze małe

nielegalne przedstawienie. Lokalna policja o tym wie. Nawet czasem sami tu sporadycznie

wpadają.

- Ale to nie jest zaklęcie miłosne.

- Nie to jeden z moich naturalnych talentów. Używając mojej własnej magii nie robię nic

nielegalnego jeśli wszyscy o tym wiedzą.

- Więc udajesz, że to zaklęcia miłosne, a wszyscy udają że nic się nie dzieje i spędzają miło czas,

ale tak naprawdę to urok elfów i tworzony przy zgodzie wszystkich nie jest nie legalny.

- Właśnie.

- Więc to wszystko jest zgodne z prawem.

Potaknął.

- Więc jeśli byłbym potomkiem mrocznego rodu, czy robiłbym cokolwiek by sprawiać innym

przyjemność?

- Jeśli to współgra z twoimi potrzebami to tak.

- Czy nie ma czasem zakazu dla rodu unseeli na przyjazd do naszego kraju? – spytał Larry.

- Tak. – odpowiedziałam.

- Nie jeśli moja rodzina wprowadził się tu przed wydaniem tego zakazu. Rodzina Bouvier jest tu

od prawie trzystu lat.

- Niemożliwe. – powiedziałam.

- Nikt prócz Indian nie był tu tak długo.

- Llyn Bouvier była jednym z pierwszych osadników. Był pierwszym Europejczykiem, który

postawił tu nogę. Wżenił się w lokalną społeczność i zaczął ich chrystianizację.

- Biedacy. Więc czemu nie chcesz sprzedać ziemi Raymondowi Stirlingowi?

Zamrugał gwałtownie.

- Byłbym naprawdę zawiedziony jeśli okazałoby się, że dla niego pracujesz.

- Wybacz, że cię zawiodłam. – odpowiedziałam.

- Czym jesteś?

Nie spytał kim jestem. Spytał czym. To było zupełnie inne pytanie. Spowodowało nawet, że

zastanowiłam się przez chwilę nad nim.

- Nazywam się Anita Blake, to jest Larry Kirkland. Jesteśmy animatorami.

- Zakładam, że nie tworzycie kreskówek. – powiedział.

Jego komentarz wywołał u mnie uśmiech.

- Nie. Wskrzeszamy umarłych. Animato z łaciny dawać życie.

- Czy to wszystko czym się zajmujesz?

Patrzył na mnie w skupieniu, jakby coś było napisane na moim czole, a on próbował to odczytać.

Czułam przy tym dyskomfort, ale nie przerwałam kontaktu wzrokowego.

- Jestem licencjonowanym egzekutorem wampirów.

Potrząsnął łagodnie głową.

- Nie pytałem czym zajmujesz się na co dzień. Spytałem czym jesteś.

Wzdrygnęłam się.

- Może nie zrozumiałam pytania.

- Może ty nie, ale twój przyjaciel spytał czym ja jestem. Powiedziałaś, że jestem elfem. Spytałem

czym ty jesteś, a ty opisałaś mi swoją pracę. To tak jakbym ja powiedział, że jestem barmanem.

- Nie wiem w takim razie jak ci odpowiedzieć.

Nadal się mi przyglądał.

- Potrafisz. Widzę odpowiedź w twoich oczach. Jedno słowo.

Kiedy to powiedział, to słowo przyszło mi do głowy.

- Nekromanta. Jestem nekromantą.

Magnus potaknął.

- Czy pan Stirling wie czym jesteś?

- Wątpię by zrozumiał nawet jeśli bym mu powiedziała.

- Czy naprawdę możesz kontrolować wszystkie typy umarłych? – Magnus spytał.

- A czy ty potrafisz zrobić tysiąc par butów w jedną noc?

Magnus się uśmiechną.

- Nie ten typ elfa.

- Taa.

- Jeśli pracujesz dla Stirlinga to co tu robisz? Mam nadziej, że nie przyszłaś tu by mnie

przekonać do sprzedaży ziemi. Naprawdę nie chciałbym odmawiać niczego tak pięknej kobiecie.

- Daruj sobie komplementy Magnus. Nigdzie cię to nie zaprowadzi.

- A co by mogło?

Westchnęłam.

- Muszę uporać się z facetami, których już mam na talerzu.

- To święta prawda. – Larry zamruczał pod nosem.

Spojrzałam karcąco na niego.

- Nie zapraszam cię na randkę. Zapraszam cię do mojego łóżka.

Tym razem spojrzałam na Magnusa. Nie, zagapiłam się było lepszym słowem.

- Nie w tym życiu.

- Seks między nadnaturalnymi istotami zawsze jest niesamowity, Anito.

- Nie jestem nadnaturalną istotą.

- Kto teraz się rozdrabnia?

Nie wiedziałam co powiedzieć, więc nie powiedziałam nic. Rzadko wpadam w kłopoty przez

milczenie.

Magnus uśmiechną się.

- Wprawiłem cię w zakłopotanie. Wybacz, ale nie wybaczyłbym sobie gdybym nie spytał.

Minęło wiele czasu od kiedy byłem z kimś kto nie jest całkiem człowiekiem. Pozwólcie sobie

postawić drinki jako przeprosiny za moją nieuprzejmość.

Potrząsnęłam głową.

- Menu byłoby lepsze. Nie jedliśmy jeszcze.

- W takim razie posiłek na mój koszt.

- Nie. – powiedziałam.

- Czemu nie?

- Bo nie całkiem cię lubię, a zgadzam się na uprzejmości ze strony ludzi których nie lubię.

Usiadł powrotem na swoim miejscu z dziwnym prawie wystraszonym wyrazem twarzy.

- Jesteś bezpośrednia.

- Nie masz pojęcia jak bardzo. – powiedział Larry.

Przemogłam ochotę by kopnąć Larrego pod stołem.

- Możemy poprosić o te menu?

Podniósł rękę i zawołał.

- Dwa menu Dorrie.

Dorrie przyniosła je.

- Jestem w połowie właścicielką tego miejsca, a nie kelnerką, Magnus. Pospiesz się.

- Nie zapomni o spotkaniu, które mam dziś wieczorem Dorrie.

Jego głos był niebezpiecznie miły, a ona nie dała się na to nabrać.

- Nie zostawisz mnie samą z tymi ludźmi. Nie mam zamiaru… - Spojrzała na nas.- Jestem

przeciwniczką nocy kochanków. Wiesz o tym.

- Zadbam o wszystkich zanim wyjdę. Nie będziesz musiała nic robić.

Spojrzała na nas.

- Wychodzisz z nimi?

- Nie. – odpowiedział.

Odwróciła i wróciła do baru. Faceci, którzy siedzieli sami gapili się na nią, ale tak by się nie

zorientowała.

- Twoja siostra nie popiera nadużywania uroków?

- Dorrie nie popiera wielu rzeczy.

- Ma sumienie.

- Sugerujesz, że ja nie mam?

Wzruszyłam ramionami.

- Ty to powiedziałeś nie ja.

- Zawsze wszystkich osądza?- spytał Larrego.

Larry potaknął.

- Zazwyczaj.

- Zamówmy porostu jedzenie. – powiedziałam.

Larry się uśmiechnął, ale spojrzał na menu.

Menu nie było wyszukane. Zamówiłam cheeseburgera frytki i dużą cole. Nie piłam niczego z

kofeiną od kilku godzin i czułam, że zapas energii mnie opuszcza.

Larry gapił się na menu.

- Nie sądzę bym mógł w tej chwili pozwolić sobie na hamburgera.

- Mają też jakieś sałatki. – powiedziałam.

Magnus dotknął palcami dłoni Larrego.

- Widzę, że coś cię dręczy, w twoich oczach widać cienie czegoś… mrocznego i strasznego.

- Larry zagapił się na niego.

- Nie wiem o czym mówisz.

Złapałam Magnusa za nadgarstek i oderwałam go od Larrego. Odwrócił wzrok w moją stronę, tym

razem jednak było w nich coś jeszcze prócz głębi morskiego koloru co sprawiało, że nie mogłam

odwzajemnić spojrzenia. Jego źrenice powiększyły się jak u ptaków. Ludzkie oczy tak nie

potrafiły.

Nagle zdałam sobie sprawę, że nadal trzymam go za nadgarstek. Odsunęłam gwałtownie swoją

rękę.

- Nie próbuj ciągle czytać w nas, Magnus.

- Miałaś na sobie rękawiczki, inaczej wiedziałbym czego dotykałaś. – powiedział.

- Biorę udział w trwającym dochodzeniu policji. Cokolwiek uda ci się odczytać w nas dzięki

swoim mentalnym mocą musi pozostać w tajemnicy, albo zostaniesz potraktowany jak ktoś kto

ukradł informacje z tajnych akt.

- Czy zawsze to robisz? – spytał?

- Co?

- Cytujesz prawo gdy jesteś zdenerwowana?

- Czasem. – powiedziałam.

- Zobaczyłem krew, to wszystko. Moje umiejętności są raczej ograniczone jeśli chodzi o

jasnowidzenie. Powinnaś podać rękę Dorrie. To jej mocna strona.

- Dzięki, ale nie skorzystam. – powiedział Larry.

Uśmiechnął się.

- Nie jesteś z policji, inaczej nie groziłabyś mi tym że ich zawiadomisz, ale wcześniej byłaś w ich

towarzystwie. Czemu?

- Myślałam, że widziałeś krew? – powiedziałam.

Na jego twarzy zagościło zawstydzenie. Dobrze wiedzieć, że coś mogło go zawstydzić.

- Może trochę, chyba.

- Czytanie z dłoni to nie jedna z tradycyjnych umiejętności elfów.

- Jedna z naszych pra pra prababek była córką szamana. Tak nam w każdym razie mówiono.

- Talenty wzięte z obu stron rodziny.

- Czytanie z dłoni to nie magia. – Larry powiedział.

- Naprawdę dobrzy w tej dziedzinie mogą ci wmówić, że tak jest. – powiedziałam.

Spojrzałam na Larrego. Ostatnia taka osoba kiedy dotknęła mojej dłoni też zobaczyła krew tyle, że

była przerażona. Nie chciała mnie już dotykać. Magnus nie wyglądał na przerażonego, a do tego

chciał uprawiać ze mną seks. Różne zachowania, różne charaktery.

- Podam wasze zamówienia osobiście w kuchni, jeśli zdecydujecie na co macie ochotę. –

powiedział.

Larry patrzył na menu.

- Wezmę składkę, chyba. Ale bez dressingu.

Pomyślał jeszcze moment.

- I bez pomidorów.

Magnus zaczął się podnosić.

- Czemu nie chcesz sprzedać ziemi Stirlingowi? – spytałam.

Magnus przekrzywił głowę na bok i się uśmiechnął.

- Ta ziemia była w naszej rodzinie od wieków. To nasza ziemia.

Patrzyłam na niego i nie mogłam zobaczyć co tak naprawdę myśli, jego twarz była nie do

odczytania. Mógł mówić szczerą prawdę lub był świetnym kłamcą.

- Więc jedynym powodem dla którego nie chcesz być bogaty jest co… tradycja rodzinna?

Jego uśmiech się powiększył. Przybliżył się do mnie, a jego włosy opadły do przodu delikatnie

falami. Zaczął szeptać, bo wokół nas było tak cicho, że to była jedyna możliwość by inni nas nie

usłyszeli.

- Pieniądze to nie wszystko, Anito. Chociaż Stirling tak myśli.

Jego twarz była naprawdę blisko mojej, tak blisko, że jeszcze moment a bym mu coś

powiedziała. Czułam jego wodę po goleniu. Jej zapach był ledwie zauważalny tak, że by ją

poczuć musiało się być naprawdę blisko jego twarzy. Ale wysiłek wart był tego.

- Czego chcesz Magnusie jeśli nie pieniędzy?

Patrzyłam na niego z bliska. Jego włosy otarły się o moją dłoń.

- Powiedziałem ci czego chcę.

Nawet bez uroku przez same słodkie słowa próbował mnie rozproszyć.

- Co się stało z drzewami po obu stronach drogi?

Nie tak łatwo mnie rozproszyć.

Zamrugał swoimi długimi rzęsami. Coś prześliznęło się w jego oczach.

- Ja się stałem.

- Ty wyciąłeś te drzewa? – Larry spytał.

Magnus odwrócił się w jego stronę. Doznałam ulgi, że nie musiałam się już przypatrywać jemu z

tak bliska.

- Niestety tak.

- Czemu? – spytałam.

Wyprostował się i znów powrócił to postawy biznesmena.

- Upiłem się i trochę mnie poniosło.

Wzruszył ramionami.

- Kompromitujące, czyż nie?

- Można i tak to nazwać. – powiedziałam.

- Zaraz przyniosę wasze jedzenie. Jedna sałatka bez niczego.

- Pamiętasz co zamówiłam? – spytałam.

- Cheeseburger mocno przypieczony, pamiętam (tłum dokładne meat burned to death – mięso

spalone na śmierć , nie wiem jak to przetłumaczyć by miało taki sam sens)

- Zabrzmiało jakbyś był wegetarianinem.

- Oh nie, jem różnego rodzaju rzeczy.

Odszedł i skierował się między stolikami w stronę kuchni. A ja zastanawiałam się czy powinnam

być obrażona czy nie. Zresztą nie wiem jak bym się starała nie potrafiłam wymyślić dobrej

riposty.

Rozdział 10

Dorcas bez słowa podała nam posiłek. Wyglądała na zagniewaną, ale gniewała się nie tyle na nas, co przez

nas. A może po prostu była zła na cały świat. Rozumiałam to. Magnus stanął za barem i ponownie otoczył

klientów niewidzialną siecią swego subtelnego czaru. Spojrzał na nas i uśmiechnął się, ale nie wrócił, aby

dokończyć rozmowę. To jasne - przecież już skończyliśmy. Zabrakło mi pytań.

Odgryzłam kęs mego cheeseburgera. Był chrupki z brzegu i nie miał różowego środka. Doskonały.

— Co się stało? — spytał Larry, skubiąc listek sałaty.

Przełknęłam.

Czemu pytasz?

Bo marszczysz brwi — odparł.

Magnus nie wrócił do stolika.

I co z tego? Odpowiedział na wszystkie nasze pytania. Podejrzewasz go o coś? — Pokręcił głową —

Zdecydowanie za długo przebywasz wśród glin. Anito. Każdy jest dla ciebie podejrzany.

I zwykle mam rację. — Odgryzłam kolejny kęs cheeseburgera.

Larry zmrużył powieki.

Co się stało? — spytałam.

- Ten sos wypływający z twojego cheeseburgera możesz jeść po tym wszystkim, co niedawno

widzieliśmy?

- Domyślam się, że wolałbyś, abym w tej sytuacji nie polewała frytek keczupem. I spojrzał na mnie

zbolałym wzrokiem.

Jak ty w ogóle możesz jeszcze żartować?

Rozległ się sygnał mojego pagera. Czyżby znaleźli tego wampira? Wdusiłam guzik i zobaczyłam

numer Dolpha. Co znowu?

To Dolph. Wcinaj na zdrowie. Zadzwonię z dżipa i zaraz wracam.

Larry wstał razem ze mną. Zostawił na stoliku zapłatę z hojnym napiwkiem i prawie nietkniętą sałatę.

- Już skończyłem.

- A ja nie. Niech Magnus zapakuje moją porcję na wynos.

Larry wpatrywał się posępnie w mojego napoczętego cheeseburgera.

- Nie zamierzasz jeść w samochodzie, prawda? Niech mi to zapakuje i już.

Ruszyłam do dżipa i jego bajeranckiego telefonu. Dolph odebrał przy trzecim sygnale. Anita?

— Tak, Dolph, to ja. Co jest?

- W twojej okolicy mamy ofiarę wampira. Cholera, jeszcze jedna.

- Co chcesz przez to powiedzieć? Zamurowało mnie.

- Freemont nie zadzwoniła do ciebie po naszej zmowie?

Owszem, mówiła o tobie wiele dobrego.

To zdumiewające, nie zachowywała się wobec mnie przyjaźnie.

To znaczy?

Nie pozwoliła mi wziąć udziału w polowaniu na wampira.

— Opowiedz mi o tym — poprosił Dolph. Zrobiłam to.

Dolph milczał jeszcze długo po tym, jak skończyłam.

— Jesteś tam jeszcze, Dolph?

—- Jestem. Choć wolałbym, aby było inaczej.

—- Co się dzieje, Dolph? Czemu Freemont miałaby dzwonić i mówić ci, że robię dobrą robotę, a równocześnie

nie poprosić twojej jednostki o wsparcie w tak dużej i trudnej sprawie?

—- Założę się, że federalnych także nie powiadomiła — rzekł Dolph.

—- Co jest grane, Dolph?

Mam wrażenie, że Freemont bawi się w samotnego jeźdźca.

Federalni będą chcieli bliżej się temu przyjrzeć. To pierwszy w historii przypadek seryjnego zabójcy wampira.

Freemont nie zdoła zachować tego dla siebie.

Wiem — przyznał Dolph.

I co z tym zrobimy?

Tym razem wygląda na to, że mamy do czynienia z klasycznym wampirzym zabójstwem. Typowe oznaki, ślady

krwi, zero innych uszkodzeń ciała. Czy to mógł być jakiś inny wampir?

Owszem, tak — przyznałam.

- Powiedziałaś to z powątpiewaniem.

Dwa wampiry samotniki na tak niewielkim obszarze, z dala od miasta, to raczej mało prawdopodobne.

Zwłoki nie zostały porąbane.

- Właśnie. Skąd pewność, że pierwszy zabójca to wampir? Czy to może być coś innego?

Już miałam odpowiedzieć ,,nie", ale zmitygowałem się. Ktoś, kto był w stanie ściąć te wszystkie drzewa w

trakcie jednej pijackiej burdy, z całą pewnością, mógłby porąbać na kawałki paru ludzi. Magnus miał swój

magiczny urok. Nie byłam pewna, czy dzięki niemu mógłby dokonać tego, co zobaczyłam na polanie, ale...

Anito?

Chyba mam alternatywę.

Co takiego?

- Nie co, lecz kto — odparłam. Nie chciałam wydawać Magnusa glinom. Tak długo udawało mu się zachować

swą tajemnicę, ale... jeżeli to faktycznie on zabił te pięć osób? Wiedziałam, że ma niezłą krzepę. Pamiętałam

pnie drzew ściętych jednym, góra dwoma uderzeniami. Przed oczyma znów mignęły mi sceny z miejsca

zbrodni. Krew, nagie kości. Nie mogłam wykluczyć Magnusa i nie mogłam pozwolić sobie na pomyłkę.

Opowiedziałam o nim Dolphowi.

- Czy przez pewien czas mógłbyś zatrzymać dla siebie to, że on jest jednym z fairie?

— Dlaczego?

- Bo jeżeli on tego nie zrobił, demaskując go,

zrujnowalibyśmy mu życie.

Wiele osób ma w sobie krew fey, Anito.

Powiedz to studentce, którą narzeczony zatłukł na śmierć, gdy dowiedział się, że miał poślubić fairie. W sądzie

zarzekał się, że nie chciał jej zabić. Bo przecież powszechnie wiadomo, że lud fey jest trudny do zabicia, nieprawdaż?

Nie wszyscy są tacy, Anito.

Nie wszyscy, ale takich ludzi jest wielu.

Postaram się, Anito, ale niczego nie mogę obiecać.

W porządku — powiedziałam. — Gdzie jest tu nowa ofiara?

W Monkey's Eyebrow — odparł.

Gdzie?

To nazwa miasta.

Rany, Monkey's Eyebrow, Missouri. Niech zgadnę, to małe miasteczko.

Dostatecznie duże, aby mieli tam szeryfa i morderstwo.

— Przepraszam. Mógłbyś mi powiedzieć, jak tam trafić? — Z kieszeni czarnej kurtki wyjęłam notes. Dolph udzielił

mi wskazówek.

Szeryf St. John czeka na ciebie przy zwłokach. Najpierw skontaktował się z nami. Skoro Freemont chce uporać się z

tą sprawą sama, damy jej szansę.

Nie powiadomisz jej?

Nie.

Wątpię, aby w Monkey's Eyebrow mieli zespól techników. A specjaliści na pewno by się nam przydali. Skoro nie

chcemy w to wtajemniczać Freemont, może wy moglibyście się tam pofatygować?

— Wciąż pracujemy nad naszym zabójstwem.

Skoro jednak szeryf St. John nas wezwał, przyjedziemy tak szybko, jak to będzie możliwe. Dziś już nie, ale na pewno

jutro.

- Freemont powinna była przesłać zdjęcia z miejsca zbrodni, gdzie zabito pierwsze dwie osoby. Zapytam ją. Może

przesłała też fotografie z drugiego miejsca zbrodni. Sprawdźcie to, gdy już przyjedziecie.

- Freemont może zacząć coś podejrzewać, gdy będziesz wypytywać o kolejne zdjęcia — zauważył dolph.

Powiem, że chodzi mi o zwykłe porównanie, Może stara się rozpracować tę sprawę sama, ale pragnie doprowadzić ją

do końca. Tyle tylko, że chce sama zgarnąć za nią wszystkie laury.

- Jest spragniona sławy — wtrącił Dolph.

- Na to wygląda.

- Nie wiem, czy zdołam utrzymać Freemont z dala

od tej drugiej sprawy, czy nie, ale postaram się zapewnić ci trochę forów, abyś nie musiała stale czuć na karku jej

gorącego oddechu.

- Byłabym wielce zobowiązana.

- Mówiła, że towarzyszy ci asystent. To był Larry Kirkland?

- Tak.

- Dlaczego zaciągnęłaś go na miejsce zbrodni?

- Na wiosnę robi dyplom z biologii nadnaturalnej. To animator i zabójca wampirów. Nie mogę być wszędzie. Dolph.

Chciałam dać mu szansę, a w sumie chyba dobrze byłoby mieć dwójkę ekspertów od potworów zamiast jednego.

— Może i tak. Freemont wspomniała, że Larry zarzygał połowę miejsca zbrodni.

— Nie zwymiotował na miejscu zbrodni, ale obok.

Nastała chwila ciszy.

To lepsze, niż puścić pawia na zwłoki.

Nigdy mi tego nie zapomnisz, prawda?

Nigdy — odparł Dolph.

No i dobrze. Przyjedziemy tam z Lanym najszybciej, jak się da. To jakieś pół godziny drogi, może trochę

więcej.

— Powiadomię szeryfa, że już jedziecie. Rozłączył się.

Odłożyłam słuchawkę. Dolph uczył mnie, aby zawsze kończyć rozmowę telefoniczną bez pożegnania.

Rozdział 11

Larry rozsiadł się w fotelu na tyle, na ile pozwoliły mu pasy bezpieczeństwa. Dłonie trzymał zaciśnięte na

podołku. Wpatrywał się w ciemność, jakby dostrzegał w niej coś więcej poza przesuwającym się

krajobrazem. Zapewne miał przed oczami wizję umordowanych nastolatków. Ja ich nie widziałam.

Jeszcze nie. Może we śnie, ale nie na jawie, jeszcze nic.

— Czy to będzie straszne? — zapytał. Głos miał jakby, pełen napięcia.

Nie wiem. To ofiara wampira. Może być różnie albo dwie schludne ranki, albo krwawa jatka.

Jak w przypadku tych trzech chłopaków?

— Dolph twierdzi, że nie, podobno to klasyczna prawa, zwykłe ukąszenia.

A więc nie będzie zbyt straszne? — Zniżył głos prawie do szeptu.

Nie dowiemy się, póki nie dotrzemy na miejsce —- odparłam.

Nie mogłabyś po prostu mnie pocieszyć? — głos miał tak cichy, tak niepewny, że omal nie zawróciłam.

Larry nie musiał oglądać kolejnego miejsca zbrodni. To nie należało do jego obowiązków. Do moich tak,

do jego jeszcze nie.

Nie musisz tego oglądać, Larry. Odwrócił głowę w moją stronę.

Co chcesz przez to powiedzieć?

Jak na jeden dzień widziałeś dość krwi i flaków. Mogłabym zawrócić i odwieźć cię do hotelu.

Jeżeli dziś tam nie pojadę, co będzie następnym razem?

Albo jesteś stworzony do tej roboty, albo nie. Nic w tym złego. Nie masz się czego wstydzić.

A co z następnym razem? — spytał.

Nie będzie następnego razu.

Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo — mruknął.

Miałam nadzieję, że w ciemnościach nie było widać uśmiechu na mojej twarzy. Starałam się go ukryć.

Opowiedz mi o wampirach, Anito. Sądziłem, że wampir nie może wypić jednej nocy tyle krwi, aby kogoś

zabić.

Dobrze by było — stwierdziłam.

W college'u mówili nam, że wampir nie może odsączyć człowieka z krwi jednym ukąszeniem. Chcesz

powiedzieć, że to nieprawda?

Jedno ukąszenie jednej nocy to za mało, aby wampir wyssał z człowieka całą krew, ale to nie znaczy, że

nie może upuścić mu całej krwi.

Zmarszczył brwi.

To znaczy?

Wampir może otworzyć człowiekowi żyły i spuścić z niego krew, nie pijąc jej.

Jak? — zapytał.

Wystarczy, że wbije kły, otworzy żyły, a potem pozwoli, aby krew wypływała z rany, choćby nawet na

ziemię.

— Ale to nie byłoby pożywianie się, tylko zwykłe

morderstwo — zauważył Larry.

- Trafne spostrzeżenie — przyznałam. — Ale do czego zmierzasz?

- Hej, czy to nie tu powinniśmy skręcić? Dostrzegłam znak przy drodze.

— Cholera.

Zwolniłam, ale nie widziałam, czy z naprzeciwka coś nie nadjeżdżało. Znajdowaliśmy się blisko szczytu

wzniesienia. Nie odważyłam się zawrócić, dopóki nie upewniłam się, że droga była wolna. Pół

mili dalej dotarliśmy do żwirowej drogi. Ciągnął się przy niej szereg skrzynek na listy.

Drzewa rosły tak blisko wąskiej drogi, że nawet pozbawione liści skrywały ją całą w głębokim cieniu.

Nie było tu gdzie zawrócić. Cholera, gdyby z naprzeciwka nadjechał jakiś wóz, któreś z nas musiałoby się

wycofać.

Droga pięła się coraz wyżej pod górę, jakby wiodła wprost ku niebu. Przed autem, na szczycie wzniecenia

nie zauważyłam niczego. Musiałam uwierzyć, że droga biegła dalej, a nie urywała się nagle nad

stromą, pionową przepaścią.

- Jezu, ale tu stromo — rzucił Larry. Zredukowałam bieg, opony dotknęły drogi. Moje ramiona

nieznacznie się rozluźniły. Przed nami stał dom. Na ganku paliło się światło, jakby ktoś spodziewał się

gości. Goła żarówka nie wyglądała zachęcająco. Dom był z surowego drewna z rdzewiejącym blaszanym

dachem. Podwyższony ganek uginał się pod ciężarem samochodowego fotela, stojącego przy siatkowych

drzwiach. Zawróciłam na placu przed domem. Chyba nie robiłam tego pierwsza. Na podwórzu

dostrzegłam mnóstwo kolein wyrytych oponami niezliczonych zawracających samochodów.

Zanim zawróciliśmy i dotarliśmy do skrętu, zrobiło się już ciemno. Reflektory dżipa rozcięły mrok, ale i

tak poczułam się, jakbym jechała przez tunel Świat był tylko tym, co oświetlały reflektory, wszystko inne

było czernią.

Wiele bym teraz dał za parę latarni — mruknął Lany.

Ja też. Pomóż mi wypatrzyć ten skręt. Nie chce przeoczyć go ponownie.

Wychylił się do przodu na fotelu, napierając na pas bezpieczeństwa.

— Tam — powiedział, wskazując ręką. Zwolniłam i ostrożnie zjechałam na boczną drogę. Światła

reflektorów wypełniły tunel drzew. Jechaliśmy po polnej drodze. Wokół dżipa unosiły się tumany kurzu.

Po raz pierwszy cieszyłam się, że była susza. Gdyby ta droga rozmokła, jazda po niej byłaby prawdziwa,

katorgą.

Droga była na tyle szeroka, że o ile miało się nerwy ze stali albo prowadziło cudzy samochód, można było

minąć się na niej z kimś jadącym z przeciwka. Dotarliśmy do strumienia biegnącego w poprzek drogi,

głębokiego co najmniej na pięć metrów. Most tworzyły zwykłe deski ułożone na grubych belkach.

Żadnych barierek, niczego. Kiedy dżip sunął po moście, deski grzechotały i poruszały się. Nie były

poprzybijane. Boże.

Larry patrzył w dół, przyciskając twarz do przyciemnionej szyby.

- Ten most jest niewiele szerszy niż nasz samochód.

Dzięki, że mi o tym powiedziałeś, Larry. Sama na

pewno bym tego nie zauważyła.

Przepraszam.

Za mostem droga rozszerzała się, mogły już po niej przejechać swobodnie dwa samochody równocześnie.

Gdy dwa samochody jadące w przeciwnych kierunkach spotykały się przy moście, jeden z nich musiał

ustąpić drugiemu i zaczekać na swoją kolej.

Pewnie regulowały to jakieś przepisy drogowe. Pewnie pierwszeństwo ma ten z lewej strony.

Na szczycie wzniesienia w oddali migotały światła. Błyski policyjnych kogutów przecinały ciemność

wielobarwnymi błyskami. Były dalej, niż wyglądały. Musieliśmy pokonać jeszcze dwa wzniesienia, nim

światła ukazały nam bezlistne drzewa, czyniąc je czarnymi i nierealnymi. Droga prowadziła na szeroką

polanę. Stał na niej duży, biały dom, otoczony rozległym trawnikiem. Budynek był solidny, z

podmurówką, okiennicami i długim gankiem. Był piętrowy, wokół rósł starannie przystrzyżony żywopłot.

Podjazd wyłożono białym żwirem, który musiano skądś przywieźć. Przy podjeździe ciągnęły się dwa

szerokie klomby narcyzów.

Mundurowy glina zatrzymał nas przy podjeździe. Był wysoki, barczysty i ciemnowłosy. Oświetlił latarką

wnętrze samochodu.

- Bardzo mi przykro, proszę pani, ale nie mogę pani przepuścić.

Pokazałam mu legitymację i powiedziałam:

— Jestem Anita Blake, z Okręgowej Jednostki do spraw Dochodzeń Paranormalnych. Mówiono

mi, że szeryf St. John oczekuje mnie.

Nachylił się do otwartego okna i poświecił latarką na Lany'ego.

— A to kto?

— Larry Kirkland. Jest ze mną.

Patrzył przez chwilę na Larry'ego. Ten uśmiechnął się, usiłując sprawiać wrażenie niegroźnego. Jest

w tym niemal tak dobry jak ja. Mogłam przyjrzeć się

spluwie gliniarza, gdy ten nachylił się do wnętrza

wozu. To był colt .45. Duży gnat, ale glina miał odpowiednio wielkie łapska. Poczułam zapach jego wody

po goleniu: brut. Oparł się o drzwiczki, aby przyjrzeć się Larry'emu. Gdybym miała pistolet ukryty na

podołku, mogłabym go teraz rozwalić. Facet był wielki i na pewno jadł chleb z niejednego pieca, ale

wydawał się nieostrożny. Spluwie wszystko jedno, jakie masz gabaryty.

Skinął głową i odsunął się od okna.

— Zapraszam do domu. Szeryf czeka na panią — Nie wydawał się uszczęśliwiony, kiedy to mówił.

Coś nie tak? — spytałam.

Uśmiechnął się krzywo i pokręcił głową.

To nasza sprawa. Nie uważam, abyśmy potrzebowali pomocy ani od pani, ani od kogokolwiek innego.

Jak pańska godność? — spytałam.

Coltrain, zastępca szeryfa Zack Coltrain.

Cóż, zastępco Coltrain, do zobaczenia w domu.

Chyba tak, panno Blake.

Uważał mnie za glinę i celowo unikał tytułowania mnie per „funkcjonariuszko" albo „pani detektyw".

Odpuściłam. Gdybym chciała, aby w jakiś sposób mnie tytułował, upomniałabym się o to, ale

bezpodstawne domaganie się. aby zwracał się do mnie per „pani detektyw”, mijało się z celem.

Podjechałam pod dom i zaparkowałam między policyjnymi radiowozami. Przypięłam identyfikator do

ubrania. Ruszyliśmy jasnym, półkolistym podjazdem, nikt nas nie zatrzymał. Stanęliśmy przed drzwiami

w ciszy, która wydawała się naprawdę niesamowita. Byłam na wielu miejscach zbrodni. Nigdy nie było

tam tak cicho. Tu było inaczej. Nie było słychać jazgotu policyjnych radiostacji, nie było tłumów

krzątających się ludzi. Na miejscach zbrodni zawsze jest pełno ludzi — detektywów po cywilnemu,

mundurowych, techników, fotografów, kamerzystów policyjnych i pielęgniarzy z karetki, czekających na

wywiezienie ciała. Staliśmy na świeżo zamiecionym ganku, pośród chłodnej, wiosennej nocy i jedyne co

słyszeliśmy, to rechot żab. Ten dźwięk dziwnie współgrał z błyskami policyjnych kogutów.

Czekamy na coś? — spytał Larry.

Nie — odparłam. Nacisnęłam na podświetlony dzwonek. Wewnątrz domu rozległ się donośny dźwięk

gongu. Gdzieś z wnętrza budynku dobiegło wściekłe ujadanie małego psa. Drzwi otworzyły się. W świetle

płynącym z sieni stanęła kobieta, większość jej ciała była skryta w cieniu. Blask policyjnych kogutów

omiótł jej twarz, malując ją kolorowymi błyskami. Była mojego wzrostu, z ciemnymi włosami, które albo

kręciły się same, albo wskutek naprawdę dobrej trwałej. Robiła z nimi jednak więcej niż ja ze swoimi i

okalały jej twarz łagodnymi talami. Moje włosy są zawsze trochę rozwichrzone. Nosiła bluzkę na guziki,

z długimi rękawami, wyłożoną na dżinsy. Wyglądała na siedemnaście lat, ale nie dałam się oszukać. Ja

też wyglądałam młodo. Podobnie jak Larry. To chyba nie wynikało z tego, że byliśmy wszyscy niskiego

wzrostu, prawda?

— Nie jesteście z policji — powiedziała z niezłomnym przekonaniem.

— Jestem Anita Blake — oświadczyłam - z Okręgowej Jednostki do spraw Dochodzeń

Paranormalnych. To mój kolega, Larry Kirkland.

Larry uśmiechnął się i skinął głową.

Kobieta odstąpiła od drzwi i blask z korytarza rozjaśnił jej twarz. To dodało jej jeszcze z pięć lat, ale nie

więcej. Dopiero po chwili zorientowałam się, że miała bardzo delikatny makijaż.

— Proszę wejść, panno Blake. Mój mąż, David czeka przy ciele. — Pokręciła głową. — To straszne.

— Wyjrzała na zewnątrz, po czym zamknęła drzwi. — David kazał im wyłączyć te światła. Nie chcemy,

aby wszyscy w okolicy dowiedzieli się, co się stało.

— Jak pani godność? — spytałam. Lekko się zaczerwieniła.

- Przepraszam, zwykle nie jestem taka rozkojarzona. Jestem Beth St. John. Mój mąż jest szeryfem.

Czekałam na panią z rodzicami ofiary.

Wskazała ręką podwójne drzwi na lewo. Wciąż dobiegało zza nich ujadanie małego psa, szczekającego

jak karabin maszynowy. Męski głos rzucił: „Cicho, Kruk", i szczekanie ucichło.

Staliśmy w korytarzu o wysokim sklepieniu. Wydawało się, jakby architekt chciał, aby to miejsce było

możliwie jak najbardziej przestronne. Nad nami wisiał wielki, lśniący kandelabr. Światło wpływało do

ciemnego pokoju po prawej. Dostrzegłam wyłożoną wiśniowym drewnem jadalnię, gdzie wszystko było

tak wypolerowane, że aż błyszczało. Korytarz kończył się drzwiami, za którymi zapewne znajdowała się

kuchnia. Wzdłuż ściany z podwójnymi drzwiami ciągnęły się schody. Barierka i framugi drzwi były białe,

dywan jasnoniebieski, tapety białe w drobne niebieskie kwiatki i jeszcze mniejsze listki. Dom był

przestronny, elegancki, jasny i słoneczny, zapraszający, a przy tym przeraźliwie cichy. Gdyby znaleźć

kawałek gołej posadzki i upuścić szpilkę, można by usłyszeć towarzyszący temu odgłos.

Beth St. John poprowadziła nas po biało-niebieskich schodach na górę. Pośrodku korytarza po prawej

wisiały fotografie rodzinne. Najpierw była uśmiechnięta para; potem uśmiechnięta para i uśmiechnięte

niemowlę, uśmiechnięta para i jedno uśmiechnięte i jedno płaczące niemowlę. Idąc w głąb korytarza,

obserwowałam nieubłagany upływ czasu. Niemowlęta stały się małymi dziećmi — chłopcem i

dziewczynką. Na zdjęciach zaczął pojawiać się czarny pudelek miniaturka. Dziewczynka była starsza, ale

nie więcej niż o rok. Rodzice starzeli się, ale niezbyt się tym przejmowali. Rodzice i dziewczynka

uśmiechali się, chłopiec rzadziej. Chłopiec częściej uśmiechał się na zdjęciach wiszących na drugiej

ścianie, gdzie aparat uchwycił go łowiącego ryby albo odgarniającego mokre włosy tuż po wyjściu z

basenu. Dziewczynkia uśmiechała się na każdej fotografii. Zastanawiałam się, które z nich zginęło.

Na końcu korytarza było okno. Zawieszono w nim białe firanki. Nikt ich nie zaciągnął. Okno wyglądało

jak czarne lustro. Ciemność napierała na szkło jak żywa istota.

Beth St. John zapukała do ostatnich drzwi po prawej, na granicy czerni.

-— Davidzie, są już detektywi. —Nie poprawiłam jej. Takie niedopowiedzenia mają swoje atuty.

Usłyszałam jakieś poruszenie w pokoju. Bellt St. John cofnęła się, zanim otworzono drzwi i stanęła

pośrodku korytarza, aby nie widzieć wnętrza pokoju, Wodziła wzrokiem po wiszących na ścianie fotografiach,

koncentrując się na uśmiechniętych twarzach. Przyłożyła szczupłą dłoń do piersi, jakby miała kłopoty

z oddychaniem.

Pójdę, zaparzę kawę. Chcecie państwo? - spytała z przejęciem.

Jasne — odparłam.

Brzmi zachęcająco — rzucił Larry.

Uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła w głąb korytarza. Nie pobiegła, za co zarobiła u mnie parę punktów.

Mogłam się założyć, że dla Beth St. John to było pierwsze miejsce zbrodni, jakie miała okazję

oglądać.

Drzwi otworzyły się. David St. John nosił jasnoniebieski mundur, jak jego zastępca, ale na tym

podobieństwa się kończyły. Mierzył metr siedemdziesiąt pięć wzrostu i był przy tym bardzo chudy. Włosy

miał jaśniejsze i bardziej brązowe niż Larry.

Najpierw zwracały uwagę jego okulary, a dopiero potem oczy, choć to właśnie one były naprawdę

interesujące. Miały intensywnie zielony, koci odcień. Jeśli nie liczyć oczu, ta twarz wydawała się całkiem

zwyczajna, ale nie można było się nią znudzić.

Podał mi rękę. Ujęłam ją. Prawie nie ścisnął mojej dłoni, jakby bał się, że zrobi mi krzywdę. Większość

mężczyzn tak robi, ale on przynajmniej podał mi rękę, wielu facetom nawet tego się nie chce.

- Jestem szeryf St. John. Pani to zapewne Anita Blake. Sierżant Storr mówił, że pani przyjedzie.

Spojrzał na Larry'ego. — A to kto?

- Larry Kirkland.

St. John przymrużył oczy. Wyszedł na korytarz, zamykając za sobą drzwi.

- Sierżant Storr nie wspominał o nikim innym.

Czy mogę zobaczyć jakieś dokumenty?

Odpięłam mój identyfikator. Obejrzał go i pokręcił głową.

- Nie jest pani z policji.

- Nie jestem. — W duchu przeklinałam Dolpha.

Wiedziałam, że to się nie uda.

- A on? — Skinął głową na Larry'ego.

- Mam tylko prawo jazdy — odrzekł Larry.

Kim wy jesteście? — spytał szeryf.

- Anita Blake. Należę do Oddziału Duchów.

Tyle że nie mam blachy. Larry to mój uczeń. — Wyjąłam z kieszeni kurtki licencję egzekutorki

wampirów. Przypominała prawo jazdy, ale to najlepsze, co miałam.

Zerknął na legitymację.

Jest pani zabójczynią wampirów? Zjawia się pani trochę za wcześnie. Jeszcze nie wiemy, czyja to robota.

— Współpracuję z oddziałem sierżanta Storra. Zjawiam się na początku śledztwa zamiast na końcu.

W ten sposób staram się zminimalizować ilość ofiar.

Oddał mi legitymację.

— Nie wiedziałem, że ustawa Brewstera jednak przeszła.

Brewster był senatorem, którego córka została pożarta.

— Nie przeszła. Współpracuję z policją już od dawna.

— Jak długo?

— Będzie ze trzy lata. Uśmiechnął się.

— To dłużej, niż jestem szeryfem. — Skinął głową, zupełnie jakby sam odpowiedział sobie na

pytanie. — Sierżant Storr powiedział, że jeśli ktoś może pomóc mi rozwikłać tę sprawę, to właśnie pani.

Skoro szef Oddziału Duchów tak w panią wierzy, nie mogę odmówić pomocy z pani strony. Nigdy jeszcze

nie mieliśmy tu wampirzego zabójstwa.

Wampiry mają skłonność do trzymania się miast — stwierdziłam. — Tym sposobem łatwiej im jest

ukrywać swoje ofiary.

Tej nikt nie próbował ukryć. — Otworzył drzwi i gestem ręki zaprosił nas do środka.

Tapeta była w różyczki, słodka, że aż mdliło. Pod ścianą stała toaletka z lustrem, antyk sądząc z wyglądu,

ale wszystko inne było z białej wikliny ozdobionej różową koronką. Wystrój tego pokoju sugerował, że

mieszkała w nim mała dziewczynka.

Na wąskim łóżku leżała dziewczyna. Pościel była dobrana kolorystycznie do barwy tapet. Skotłowane

prześcieradła pod ciałem miały landrynkowy odcień. Głowa dziewczyny leżała przy poduszkach jakby

zsunęła się z nich bezwładnie.

Otwarte okno przesłonięte było różowymi zasłonami. Chłodny wietrzyk hulał w pokoju, mierzwiąc gęste,

czarne włosy dziewczyny. Były kręcone i ułożone żelem do włosów. Pod jej twarzą i szyją dostrzegłam

niedużą kałużę krwi, która wsiąkła w prześcieradło. Mogłam się założyć, że właśnie po tej stronie na szyi

miała ślad po ukąszeniu. Makijaż wykonany był zdecydowanie mniej wprawnie niż u Beth St. John, ale

widać, że się starała. Szminka była rozmazana.

Jedna ręka zwisała bezwładnie poza krawędzią łóżka, palce były zgięte, jakby po coś sięgała. Paznokcie

lśniły, pokryte świeżą warstwą czerwonego lakieru. Długie nogi były rozłożone szeroko. Miała dwa ślady

ukąszeń na udach, ale to nie były nowe ukąszenia. Paznokcie u stóp pomalowała tym samym czerwonym

lakierem co u rąk.

Wciąż miała na sobie czarne body. Ramiączka były opuszczone, górna część body odsłania małe, jędrne

piersi. Krocze body rozdarto, a może rozpięto, jeśli było na zatrzaski, gdyż całą dolną część tego stroju

miała podwiniętą aż do pasa. Jej nogi były szeroko rozchylone, była całkowicie odsłonięta.

To wkurzyło mnie bardziej niż cokolwiek innego.

Mógł ją przynajmniej zakryć, a nie pozostawiać obnażoną i rozkraczoną jak dziwkę. To było aroganckie

i okrutne.

Larry stal przy oknie, po drugiej stronie pokoju. Ono także było otwarte. Do pokoju wpadało chłodne

powietrze.

Dotykał pan czegoś? St. John pokręcił głową.

Robił pan zdjęcia?

Nie.

Wzięłam głęboki oddech, upominając siebie, że jestem tu tylko gościem. Nie powinnam go wkurzać

— A co pan zrobił?

-— Wezwałem panią i policję stanową. Skinęłam głową.

— Kiedy znaleziono ciało? Spojrzał na zegarek.

Przed godziną. Jakim cudem zjawiła się tu pani tak szybko?

Byłam niecałe dwadzieścia kilometrów stąd — odparłam.

Miałem szczęście — mruknął. Spojrzałam na ciało dziewczyny.

Taa.

Larry trzymał się kurczowo framugi.

Larry, może zejdziesz do dżipa i przyniesiesz rękawiczki z mojej torby?

Rękawiczki?

W torbie z przyborami animatorskimi mam pudełko chirurgicznych rękawiczek. Przynieś je.

Przełknął ślinę i skinął głową. Piegi na jego twarzy wyglądały jak plamy z atramentu. Podszedł szybko

do drzwi i zamknął je za sobą. Miałam dwie pary rękawiczek w kieszeni żakietu, ale Larry musiał się

przewietrzyć.

To jego pierwsze morderstwo?

- Drugie — odparłam. — Ile lat ma dziewczyna?

- Siedemnaście — odpowiedział. Wobec tego to morderstwo, nawet jeśli wyraziła na to zgodę.

Zgodę? O czym pani mówi? — W jego głosie

pojawiła się gniewna nuta.

A co według pana tutaj zaszło, szeryfie?

- Wampir wszedł przez okno do jej pokoju, gdy

kładła się spać i zabił ją.

- Gdzie jest cała krew?

- Wsiąkła w pościel pod jej szyją. Nie widać śladów, ale tam ją właśnie ukąsił.

- To za mało krwi, aby miała przez to umrzeć.

Resztę wypił. — Wydawał się coraz bardziej rozsierdzony.

Pokręciłam głową.

- Jeden wampir nie może odsączyć tyle krwi

z dorosłego człowieka w ciągu jednej nocy.

- Było ich zatem więcej. Musiało być kilka wampirów — powiedział szeryf.

Ma pan na myśli ukąszenia na jej udach?

- Tak, właśnie. — Zaczął nerwowo krążyć po różowym, mechatym dywanie.

- Te ślady mają co najmniej parę dni — stwierdziłam.

- A więc wcześniej dwukrotnie ją zahipnotyzował, a tym razem ją zabił.

Jak na nastolatkę, wcześnie kładła się do łóżka.

— Jej matka mówiła, że nie czuła się najlepiej.

Mogłam w to uwierzyć. Tak duża utrata krwi musiała odebrać jej siły.

Zanim poszła do łóżka, ułożyła włosy i zrobiła sobie makijaż — zauważyłam.

I co z tego?

Znał pan tę dziewczynę?

Pewno, że tak. To małe miasto, panno Blake. Wszyscy się tu znamy. Była dobrą dziewczyną, nie

pakowała się w kłopoty. Nigdy nie przyłapałem jej na piciu czy obściskiwaniu się z chłopakami. To była

porządna dziewczyna.

Nie wątpię, szeryfie. To, że ktoś zostaje zamordowany, nie czyni go złym.

Skinął głową, ale w jego wzroku wciąż dostrzegałam gniew i dezorientację. Chciałam zapytać, ile on

widział ofiar zabójstw, ale nie zrobiłam tego. Czy była pierwszą, czy dwudziestą pierwszą, on był tu

szeryfem.

Jak pan sądzi, co się tu stało, szeryfie? — powtórzyłam pytanie.

Wampir zgwałcił i zabił Ellie Quinlan, ot co

rzucił niemal z wściekłością, jakby on sam w to nie wierzył.

To nie był gwałt, szeryfie. Ellie Quinlan zaprosiła swego zabójcę do sypialni.

Podszedł do okna i stanął w tym samym miejscu co Larry, wbijając wzrok w ciemność. Otulił się ramionami,

jakby zmarzł.

— Jak mam powiedzieć jej rodzicom i młodszemu bram, że pozwoliła jakiejś... istocie, aby się z nią

kochała? Że pozwoliła jej pić swoją krew? Jak mam im to powiedzieć?

Cóż, za trzy noce, a raczej za dwie, nie licząc

tej powstanie z martwych i sama im to powie.

Odwrócił się do mnie, twarz miał bladą jak płótno. Był wstrząśnięty. Powoli pokręcił głową.

- Oni chcą ją zakołkować. - Co?

- Chcą, aby została zakołkowana. Nie chcą by

powstała jako wampir.

Spojrzałam na nieruchome ciało. Pokręciłam głową.

- Za dwie noce ona powstanie. - Rodzina tego nie chce.

- Gdyby była wampirzycą, zabicie jej tylko dlatego, że rodzina nie potrafi pogodzić się z jej stanem,

uznane byłoby za morderstwo.

- Ale ona jeszcze nie jest wampirem — powiedział St. John. — To trup.

Przed zakołkowaniem koroner będzie musiał potwierdzić zgon. To może trochę potrwać.

Pokręcił głową.

Znam doktora Campbella, spręży się z tym dla nas.

Spojrzałam na dziewczynę.

— Ona nie chciała umrzeć, szeryfie. To nie samobójstwo. Ona chce powrócić.

— Nie wie pani tego na pewno. Spojrzałam mu w oczy.

- Wiem, podobnie jak pan. Jeśli zakorkujemy ją, zanim ożyje, będzie to morderstwo.

— Nie w świetle prawa.

— Nie zetnę głowy i nie wytnę serca siedemnastoletniej dziewczynie tylko dlatego, że rodzice nie

pochwalają obranego przez nią stylu życia.

Ona nie żyje, panno Blake.

— Wiem, i co z tego? Wiem również, czym się stanie. Może nawet lepiej niż pan.

— Wobec tego rozumie pani, dlaczego oni chcą to zrobić.

Spojrzałam na niego. Rozumiałam. Kiedyś zrobiłabym to z przeświadczeniem, że postępuję słusznie.

Kiedyś, robiąc to, czułam, że pomagam rodzinie i uwalniam duszę dziewczyny. Teraz nie byłam juz tego

taka pewna.

Niech jej rodzice zastanowią się nad tym przez dwadzieścia cztery godziny. Proszę mi zaufać. Teraz są

przerażeni, pogrążeni w smutku, czy w tym stanie mogą racjonalnie decydować ojej losie?

To jej rodzice.

Tak, ale czy woleliby za dwa dni móc znowu przyjać ją na łono rodziny, czy pochować w dębowej

trumnie?

— Ona stanie się potworem — zauważył.

Być może, to całkiem prawdopodobne, ale myślę, że powinniśmy wstrzymać się z tym na trochę i dać im

czas do namysłu. Uważam, że obecnie naszym najpoważniejszym problemem jest krwiopijca, który to

zrobił.

Zgadzam się, znajdziemy go i zabijemy.

Nie możemy zabić go bez sądowego nakazu egzekucji — odparłam.

Znam tutejszego sędziego. Załatwię nakaz.

Nie wątpię.

Co z panią? Nie chce go pani zabić?

Spojrzałam na dziewczynę. Gdyby naprawdę chciał, aby wróciła jako wampir, powinien był zabrać jej

ciało ze sobą. Ukryć je gdzieś, gdzie mogłyby ożyć bezpieczna, z dala od ludzi takich jak ja.

O ile mu na niej zależało.

Tak, zabiję go dla pana.

- W porządku, co możemy zrobić?

- Po pierwsze zabójstwo miało miejsce po zmierzchu, czyli że jego dzienna kryjówka musi

znajdować się niedaleko. Czy są tu jakieś stare domy,

jaskinie, miejsca, gdzie można by ukryć trumnę?

- Jest stara farma, niecałe dwa kilometry. Jest też jaskinia przy strumieniu. Chodziłem tam, kiedy

byłem mały. Jak wszyscy w tej okolicy.

— Oto jak wyglądają sprawy, szeryfie. Jeśli jeszcze tej nocy wyruszymy jego śladem, zapewne zdoła

zabić kilkoro z nas. Jeśli jednak nie spróbujemy

dopaść go dzisiaj, może przenieść swoją trumnę, a wówczas być może już go nie znajdziemy.

- Dopadniemy go jeszcze tej nocy. Wyruszymy zaraz. Natychmiast.

- Od jak dawna jesteście małżeństwem, pan i Beth? — spytałam.

Od pięciu lat. Czemu pani pyta?

Kocha ją pan?

— Tak, zakochaliśmy się w sobie jeszcze w liceum. Czemu pani pyta?

— Jeżeli wyruszy pan śladem tego wampira, może

pan jej już nigdy więcej nie ujrzeć. Jeśli nigdy nie polował pan na wampira nocą nie wie pan, z czym

próbuje się mierzyć i nic, co powiem, nie zdoła pana na to przygotować. Ale proszę wziąć pod uwagę, że

może już nigdy nie zobaczyć Beth. Że nigdy już nie będzie pan jej trzymał za rękę. Nigdy nie usłyszy jej

głosu. Moglibyśmy wyruszyć rano. Może wampir nie przeniesie dziś trumny albo z jaskini przeniesie ją

na farmę lub vice versa. Moglibyśmy dopaść go jutro, nie ryzykując niczyim życiem.

— Sądzi pani, że on jednak nie przeniesie dzisiaj trumny?

Wzięłam głęboki oddech i zapragnęłam skłamać. Naprawdę tego chciałam.

— Nie, jestem zdania, że jeszcze tej nocy spróbuje się stąd zmyć. Zapewne właśnie dlatego przybył do

swej ofiary tuż po zmroku. Aby mieć całą noc na ucieczkę.

— Wobec tego ruszamy za nim. Skinęłam głową.

W porządku, ale ustalmy kilka spraw. Ja dowodzę. Już to robiłam i nadal żyję, czyli jestem ekspertem.

Jeśli zrobi pan wszystko, co powiem, może, ale tylko może, dożyjemy wszyscy do rana.

Wszyscy z wyjątkiem wampira — powiedział St. John.

Tak, jasne że tak. — Sporo wody upłynęło, odkąd ostatni raz ścigałam wampira nocą na otwartym

terenie. Mój sprzęt do likwidacji wampirów został w domu, w szafie. Nie wolno mi było go wozić bez

ważnego sądowego nakazu egzekucji. Miałam przy sobie krzyżyk, który noszę zawsze, a do tego dwa

pistolety i dwa noże. To wszystko. Żadnej wody święconej, zapasowych krzyżyków ani strzelby. Nie

miałam nawet kołka i młotka.

Ma pan srebrne kule?

Mogę zdobyć parę sztuk.

Proszę to zrobić. Mnie przydałaby się strzelba ze srebrnymi pociskami. Czy jest tu jakiś kościół?

Oczywiście — odparł.

Będziemy potrzebować trochę święconej wody

i hostii.

- Wiem, że wampira można oblać wodą święconą ale nie wiedziałem, że można też rzucać w nie

opłatkiem.

Usmiechnęłam się.

- Nie traktuję hostii jak broni, w sensie granatów do rzucania. Chcę dać je Quinlanom, aby

wyłożyli je na wszystkich parapetach okiennych i przy progu.

- Sądzi pani, że on może po nich wrócić?

- Nie, ale to dziewczyna go zaprosiła i tylko ona może cofnąć zaproszenie, a ona nie żyje. Dopóki nie

dopadniemy łajdaka, lepiej się zabezpieczyć, niż potem żałować.

Zawahał się, po czym skinął głową.

- Pójdę do kościoła. Zobaczę, co uda mi się załatwić.

Skierował się ku drzwiom.

- I jeszcze jedno, szeryfie. Zatrzymał się i odwrócił do mnie.

- Zanim wyruszymy, chcę mieć w ręku nakaz sądowy. Nie dam się wrobić w oskarżenie o

morderstwo.

Skinął nerwowo głową jak piesek maskotka, które

czasami widuje się w samochodach.

— Dostanie go pani, panno Blake.

Wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Zostałam sama z martwą dziewczyną. Leżała tam, sina i nieruchoma, coraz chłodniejsza i coraz bardziej

martwa. Jeśli jej rodzice postawią na swoim, to tak już zostanie. I ja się do tego przyczynię. Na tym

polegała moja praca. Jeśli będę musiała, zrobię to. Przy łóżku leżały rozrzucone podręczniki, jakby leżąc

w łóżku, uczyła się, zanim do niej przyszedł. Ostrożnie, aby niczego nie poprzesuwać, uniosłam stopą

okładkę jednej z książek. Rachunek różniczkowy. Uczyła się tego, zanim nałożyła czarne body i zrobiła

sobie makijaż. Cholera.

Rozdział 12

W czasie gdy czekaliśmy na nakaz sądowy, odbyłam rozmowę z rodziną. Nie przepadam za tym, ale to

przykra konieczność. To nie był przypadkowy atak, co oznaczało, że musieli znać wampira lub osobę,

jaką był, zanim umarł.

Salon był pomalowany na pastelowe kolory, z przewagą błękitu. Beth St. John zaparzyła kawę.

Namówiła Larry'ego, aby zastąpił ją i zaniósł tacę do pokoju. Chyba nie chciała ponownie oglądać ciała.

Wcale się jej nie dziwiłam. Widziałam bardziej krwawe miejsca zbrodni, miejsca wyglądające jak

rzeźnia, ale każda śmierć jest na swój sposób wstrząsająca. Było coś posępnego i przygnębiającego w

widoku Ellie Quinlan, rozciągniętej na różowej, cukierkowcj pościeli, a przecież wcale jej nie znałam. A

Beth St. John znała ją. To sprawiało, że było jej znacznie trudniej.

Rodzina siedziała ściśnięta na białej kanapie. Ojciec był szeroki, nie tyle gruby, ile mocno zbudowany,

jak zawodowy futbolista. Miał krótkie, czarne włosy, łagodnie posiwiałe na skroniach. Wyglądał bardzo

dystyngowanie. Twarz miał rumianą nie opaloną. Nosił białą, rozpiętą pod szyją koszulę z długimi

rękawami, teraz podwiniętymi do łokci. Jego oblicze było spięte, nieruchome jak maska, mogło się

wydawać, że gdzieś pod nią działo się coś dramatycznego. Wyglądał na wyciszonego, spokojnego i

opanowanego, ale wysiłek, jaki go to kosztowało, odzwierciedlał się w naprężeniach jego skóry. W

ciemnych oczach malował się gniew.

Obejmował ramieniem żonę. Ta tuliła się do niego, popłakując cichutko z zamkniętymi oczami, jakby to

mogło złagodzić ból. Rozmazany makijaż spływał wielobarwnymi strugami po jej policzkach. Miała

gęste, czarne włosy ułożone w osobliwą, sztywna, konstrukcję. Ubrana była w bluzkę z długimi rękawami

zapinaną na guziki, ozdobioną kwiatowymi motywami, z przewagą różu. Jej spodnie też były różowe.

Miała bose stopy, ale nosiła rajstopy. Jej jedyną biżuterię stanowiły mały złoty krzyżyk i obrączka ślubna.

Chłopak był mojego wzrostu i chudy jak tyka. Nie miał jeszcze zarostu, przez co wydawał się młodszy, niż

był w istocie. Skóra na jego twarzy była tak miękka i doskonale gładka, że nie ulegało wątpliwości, iż nie

wiedział jeszcze, czym są pryszcze i codzienne golenie. Skoro dziewczyna miała siedemnaście lat, on

musiał mieć co najmniej piętnaście, może szesnaście. Wyglądał na dwanaście. Idealna ofiara, pomijając

oczy i dumną postawę. Nawet z oczyma zaczerwienionymi od płaczu wydawał się pewny siebie,

opanowany i spokojny.

Jego oczy błyszczały inteligencją i gniewem, który był w stanie powstrzymać na dystans najbardziej

skorych do bójki nastoletnich osiłków.

Włosy miał czarne jak ojciec, ale delikatniejsze, zapewne takie były włosy pani Quinlan, zanim

ufryzowała je na śmierć osobliwą koafiurą. Na jego podołku leżał mały, czarny pudelek. Pies szczekał

jak karabin maszynowy, aż chłopak wziął go na ręce i przytulił. Spomiędzy zaciśniętych szczęk rozległ

się cichy warkot.

— Cicho, Kruk — powiedział chłopak. Pogłaskał psa, za co ten odwdzięczył mu się zduszonym

warknięciem. Pies zawarczał ponownie, chłopak pogłaskał go. Postanowiłam nie zwracać uwagi na

pudla. Gdyby się wyrwał, jakoś sobie z nim poradzę. Byłam uzbrojona.

- Państwo Ouinlan, nazywam się Anita Blake. Chciałabym zadać państwu kilka pytań.

Czy zakołkowała już pani ciało? — spytał ojciec. - - Nie, panie Quinlan, szeryf i ja zgodziliśmy się, że

zaczekamy dwadzieścia cztery godziny.

Jej nieśmiertelna dusza jest zagrożona. Chcemy aby zrobiła to pani już teraz.

—Jeżeli jutrzejszej nocy będą państwo podtrzymywać swoją decyzję, zrobię to.

- Chcemy, aby zrobiła to pani natychmiast.

Cały czas mocno tulił do siebie żonę, silne palce wpijały się w jej ramię.

Kobieta otworzyła oczy i zamrugała powiekami. - - --- Jeffrey, proszę, sprawiasz mi ból.

Przełknął głośno ślinę i rozluźnił uścisk.

— Przepraszam, Sally. Wybacz.

Te przeprosiny sprawiły, że jego gniew nieznacznie osłabł. Rysy jego twarzy złagodniały. Pokręcił głową.

— Musimy ocalić jej duszę. Straciła życie, ale wciąż ma duszę. Musimy uratować przynajmniej ją.

Kiedyś ja również w to wierzyłam. Byłam święcie przekonana, że wampiry to zło wcielone. Teraz nie

byłam już tego taka pewna. Spotkałam zbyt wielu krwiopijców, którzy wcale nie wydawali się źli.

Potrafiłam rozpoznać zło, wyczuwałam je. One takie nie były. Nie wiedziałam, jakie były te wampiry, ale

czy były potępione? Z punktu widzenia Kościoła katolickiego tak, podobnie jak dziewczyna na górze. Ja

zresztą też. Dlatego gdy ekskomunikowano wszystkich egzekutorów, zostałam metodystką.

Czy jest pan katolikiem, panie Quinlan?

Tak. Czy to coś zmienia?

Wychowano mnie w wierze katolickiej. Rozumiem, co pan czuje. I wiem, dlaczego tak panu na tym

zależy. To kwestia wiary.

-— Nie w tym rzecz, panno... jak pani godność?

Blake, Anita Blake.

To nie kwestia wiary, panno Blake. To fakty. Nieśmiertelna dusza Ellie jest zagrożona. Grozi jej wieczne

potępienie. Musimy jej pomóc.

Czy zdaje pan sobie sprawę, o co mnie prosi? — spytałam.

Proszę, aby ją pani uratowała.

Pokręciłam głową. Pani Quinlan patrzyła na mnie

z przejęciem. Mogłam się założyć, że stanę się powodem drobnej sprzeczki małżeńskiej.

— Przebiję kołkiem jej serce i odrąbię głowę. Pominęłam fakt, że ostatnio większość egzekucji

dokonywałam przy użyciu strzelby, z bliskiej odległości. To była brudna robota, po której zwłok nie

można było wystawić w otwartej trumnie, ale tak było dla mnie łatwiej, a i wampir konał znacznie

szybciej.

Pani Quinlan znów się rozpłakała, tuląc się do męża. Wtuliła twarz w jego ramię, rozmazując makijaż na

jego czystej białej koszuli.

— Chce pani zdenerwować moją żonę?

- Nie, proszę pana, ale chcę, aby zdawali sobie

państwo sprawę, że za dwie noce od dziś Ellie ożyje jako wampirzyca. Będzie chodzić i mówić. A w końcu

będzie również mogła przebywać w państwa domu. Jeśli ją zakołkuję, będzie po prostu martwa.

- Ona już jest martwa. Chcemy, aby zrobiła pani, co do niej należy — powiedział ojciec.

Pani Quinlan nie patrzyła na mnie. Albo była równie mocno wierząca jak jej mąż, albo nie chciała się z

nim kłócić. Nawet gdy chodziło o istnienie ich córki, o jej ciągłą egzystencję.

Odpuściłam. Mogłam odwlec tę sprawę o dwadzieścia cztery godziny. Wątpiłam, aby pan Quinlan

zmienił zdanie. Miałam nadzieję, że zdołam przekonać panią Quinlan.

- Czy ten pudel zawsze szczeka na obcych?

Cała trójka zamrugała powiekami, jak spłoszony królik w świetle reflektorów. Nie spodziewali się tak

gwałtownej zmiany tematu.

— A co to ma do rzeczy?

— Gdzieś w pobliżu krąży wampir-zabójca. Zamierzam go złapać, ale potrzebuję państwa pomocy.

Proszę tylko o szczere i w miarę możliwości wyczerpujące odpowiedzi.

— Co ma z tym wspólnego pies? — spytał poirytowany pan Quinlan.

Westchnęłam i upiłam łyk kawy. Jestem pewna, że był wstrząśnięty tym, co się stało, bądź co bądź znalazł

swoją córkę martwą, zamordowaną, zgwałconą. To sprawiało, że miał u mnie pewne fory, ale moja

cierpliwość względem niego była na wyczerpaniu.

— Pudel ujadał jak wściekły, kiedy podeszłam do drzwi. Czy zawsze szczeka, gdy w domu jest ktoś

obcy?

Chłopak zrozumiał, do czego zmierzam.

— Tak, Kruk zawsze szczeka na obcych.

Zignorowałam jego rodziców i podjęłam rozmowę z najrozsądniejszą osobą w rodzinie.

— Jak ci na imię?

— Jeff— odparł. Boże, Jeffrey junior, no jasne.

— Ile razy musiałabym odwiedzić ten dom, aby pies przestał na mnie szczekać?

Zamyślił się na chwilę, przygryzając dolną wargę.

Pani Quinlan wyprostowała się i nieznacznie odsunęła się od męża.

— Kruk zawsze szczeka, kiedy ktoś podchodzi do drzwi. Nawet gdy jest to osoba, którą zna.

— Czy szczekał dziś wieczorem?

Państwo Quinlan spojrzeli na mnie z przejęciem. Jeff powiedział:

Tak. Szczekał jak oszalały, aż Ellie tuż po zmierzchu wpuściła go do swojego pokoju. Elliie wpuściła go,

a w kilka minut później Kruk wrócił na dół.

Jak to się stało, że znalazłeś jej ciało?

Kruk znów zaczął szczekać i nie przestawał.

Ellie go nie wpuściła. A zawsze go wpuszczała. Nie wolno mi wchodzić do jej pokoju, ale pies przesiaduje

tam dzień i noc, nawet gdy Ellie chce być sama.

- Ostatnie słowa zabrzmiały, jakby zwykle mówił je z przekąsem. — Zapukałem do drzwi, ale nie

odpowiedziała. Kruk drapał w drzwi pazurami. Były zamknięte. Często zamykała drzwi na klucz, ale tym

razem nie odpowiadała. — Z jego przerażonych oczu pociekły łzy. — Poszedłem i zawołałem tatę.

— Otworzył pan drzwi, panie Quinlan?

Skinął głową.

Tak, a ona tam leżała. Nie potrafiłem zdobyć się na odwagę, aby jej dotknąć. Jest teraz nieczysta.

Ja... — Glos miał zduszony, z trudem powstrzymywał łzy, jego twarz zrobiła się purpurowa z wysiłku.

Jeff podszedł i objął tatę ramieniem, przywierając równocześnie do matki. Drugą ręką wciąż trzymał

pudla. Pies cichutko zaskomlał, zlizując makijaż z twarzy pani Quinlan. Kobieta uniosła wzrok i

zaśmiała się niepewnie, głaszcząc kędzierzawe futro.

Miałam ochotę stąd wyjść. Dać im szansę, aby przeżyli doznaną stratę, wspierając się nawzajem, jako

rodzina. Ja byłam tu obca. Wciąż byli w szoku. Niestety nie mogłam stąd jeszcze odejść. Czekałam, aż

szeryf St. John wróci z nakazem i potrzebowałam możliwie jak najwięcej informacji, zanim wyruszymy w

mrok nocy.

Larry siedział w kącie na niebieskim krześle. Był tak

cicho, że prawie o nim zapomniałam. Wzrok miał

jednak pełen żarliwości, obserwował i zapamiętywał wszystko, starał się niczego nie przeoczyć. Kiedy

uświadomiłam sobie, że zapamiętuje niemal słowo w słowo to, co mówiłam, z początku byłam

przerażona. Teraz na to właśnie liczyłam.

Beth St. John weszła do pokoju z tacą z kanapkami, kawą i napojami. Nie przypominałam sobie, aby

ktoś o to prosił, ale uznałam, że Beth musiała po prostu czymś się zająć, aby nie siedzieć bezczynnie i nie

patrzeć na rozpaczających Quinlanów. Ja również.

Postawiła tacę na stoliku do kawy, między fotelem a kanapą. Quinlanowie nie zwrócili na nią uwagi.

Wzięłam kubek ze świeżo zaparzoną kawą. Naładowana kofeiną lepiej sobie radziłam z pogrążonymi w

rozpaczy rodzinami.

Quinlanowie przestała tulić się do siebie. Pudel trafił na ręce żony, a ojciec i syn usiedli po obu jej

bokach. Jeffrey i Jeff spojrzeli na mnie identycznymi oczami. Było w tym coś niesamowitego. Oto cuda

genetyki.

Wampir musiał być z Ellie w pokoju, kiedy po zmierzchu wpuściła pudla — stwierdziłam.

Moja córka nie wpuściłaby do domu mordercy.

Jeżeli miała osiemnaście lat, panie Quinlan, to nie możemy tego nazwać morderstwem.

Uczynienie z kogoś wampira wbrew jego woli to morderstwo, panno Blake.

Zaczynał mi już działać na nerwy, ale jako że był pogrążonym w bólu ojcem, miał u mnie pewne fory.

Śmiem twierdzić, że pańska córka znała tego wampira. I że wpuściła go z własnej, nieprzymuszonej woli.

Pani chyba oszalała. Beth, zawołaj tu szeryfa. Chcę, aby ta kobieta natychmiast opuściła mój dom.

Beth podniosła się niepewnie.

Jeffrey, David pojechał załatwić jakąś pilną sprawę. Ja... Na górze z ciałem jest funkcjonariusz Coltrain,

ale...

Przyprowadź go tutaj.

Beth spojrzała na mnie, następnie na Quinlana.

Splotła drobne dłonie, zaciskając mocno palce.

- Jeffrey, ta kobieta jest licencjonowaną zabójczynią wampirów. Ona wie, co robi. Zna swój fach.

Posłuchaj jej.

Wstał.

- Moja córka została zgwałcona i zamordowana przez pozbawione duszy, żądne krwi zwierzę, a ja

domagam się, by ta kobieta niezwłocznie opuściła mój dom.

Gdyby nie to, że mówił to ze łzami w oczach, byłabym nieźle wkurzona.

Beth spojrzała na mnie. Gdyby musiała, stawiłaby mu

czoło. Miała u mnie za to całą masę punktów.

- Czy ktoś, kogo znaliście, zniknął lub może zmarł niedawno? — zapytałam.

Quinlan spojrzał na mnie z ukosa. Wydawał się zbity z tropu. Zmiana tematu i tym razem okazała się

zbyt gwałtowna. Miałam nadzieję, że zdołam powstrzymać go przed wyrzuceniem mnie za drzwi

dostatecznie długo, by dowiedzieć się czegoś istotnego.

Że co?

Czy ktoś, kogo znaliście, zniknął niedawno lub może umarł?

Pokręcił głową.

— Nie.

- Andy zaginął — wtrącił Jeff.

Quinlan znów pokręcił głową.

Ten chłopak nie ma z nami nic wspólnego.

Kto to jest Andy? — spytałam.

To chłopak Ellie.

Odnalazłam wzrok Jeffa. Jedno spojrzenie powiedziało mi wszystko. Andy był jej chłopakiem, a kochany

tatuś nie akceptował potencjalnego przyszłego zięcia.

— Dlaczego nie lubi pan Andy'ego, panie Ouinlan?

— Bo to bandzior. Uniosłam brwi.

— A konkretnie?

— Aresztowano go pod zarzutem używania narkotyków.

— Popalał trawkę — wyjaśnił Jeff.

Miałam ochotę pójść w jakieś ustronne miejsce i porozmawiać z Jeffem. Chłopak najwyraźniej wiedział,

co jest grane i nie próbował tego ukrywać. Tylko jak miałam to zrobić?

— Wywierał fatalny wpływ na moją córkę i musiałem wkroczyć, aby położyć temu kres.

I ten chłopak zniknął? — spytałam.

Tak — odparł Jeff.

Jeff, ja odpowiem na pytania panny Blake. Jestem w końcu głową rodziny.

Rany, głowa rodziny. Już od dawna nie słyszałam czegoś takiego.

— Chciałabym obejrzeć resztę domu, na wypadek gdyby wampir dostał się do środka w inny sposób

niż przez jej pokój. Gdyby Jeff mógł mnie oprowadzić, byłabym naprawdę wdzięczna.

- Ja mogę panią oprowadzić, panno Blake — zaoferował Quinlan senior.

- Jestem przekonana, że w obecnej chwili nie powinien pan zostawiać żony samej. Potrzebuje pana. Jeff

może mnie oprowadzić, ale tylko pan jest

w stanie pocieszyć małżonkę.

Pani Quinlan spojrzała na niego, a potem na mnie, jakby nie była pewna, czy chciała, by ktokolwiek ją

pocieszał, ale ja wiedziałam, że moje słowa przekonały Ouinlana.

Skinął głową.

Może ma pani rację. — Dotknął ramienia żony.

Sally mnie teraz potrzebuje.

W odpowiedzi Sally znów wybuchnęła płaczem,

używając pudla jako prowizorycznej chustki do nosa.

Pudel zaczął się jej wyrywać i skomleć. Quinlan senior usiadł i objął żonę ramionami. Pies wyślizgnął

się z objęć pani Quinlan i przydreptał do Jeffa.

Wstałam. Larry również. Podeszłam do drzwi i zerknęłam na chłopaka. Jeff podniósł się i ruszył w

moją stronę. Pudel potruchtał za nim. Otworzyłam drzwi. Wyszliśmy. Kruk łypał na mnie podejrzliwie,

ale podążył za nami.

Zauważyłam Beth St. John wpatrującą się w drzwi,

jakby chciała pójść z nami, ale w końcu usiadła zrezygnowana przy niechcianych kanapkach i stygnącej

kawie. Siedziała sztywno jak wzorowa wartowniczka. Nie zamierzała opuścić posterunku.

Zamknęłam drzwi. Poczułam się jak tchórz. Cieszyłam się, że do moich zawodowych obowiązków nie

należało pocieszanie państwa Quinlanów. W porównaniu z tym polowanie na wampira w ciemną noc nie

wydawało mi się aż takie straszne. Oczywiście byłam jeszcze w bezpiecznym wnętrzu. Na zewnątrz w

ciemności, z pewnością będę to widziała inaczej.

Rozdział 13

Staliśmy w holu. Powietrze było tu chłodniejsze, łatwiej się oddychało. To chyba musiało być złudzenie.

Moja wyobraźnia dawała o sobie znać. Pudel wąchał moją stopę. Nagle zawarczał cicho, a Jeff podniósł

go do góry i wziął pod pachę wprawnym gestem, jakby robił to już setki razy.

- Pani wcale nie chce oglądać żadnych drzwi, prawda?— zapytał.

— Nie — odparłam.

- Tata jest w porządku. Tyle tylko, że on... — Wzruszył ramionami. — On uważa, że ma rację, a wszyscy

inni się mylą. Ale to o niczym nie świadczy.

- Wiem. Jest przerażony. Strach sprawia, że wszyscy stajemy się drażliwi.

Jeff uśmiechnął się. Nie byłam pewna, czy sprawiła to wzmianka o strachu, czy może o drażliwości.

Zapewne nie słyszał, aby ktoś wyrażał się w ten sposób o jego tacie.

- Czy między Andym a twoją siostrą było coś poważnego?

Spojrzał na zamknięte drzwi i nieznacznie zniżył głos.

Tato mówi, że nie, ale było, na pewno. To musiało być coś poważnego. — Znów zerknął na drzwi,

Możemy pójść gdzieś indziej, aby porozmawiać — zaproponowałam. — Wybierz pokój.

Spojrzał na mnie.

— Naprawdę jest pani pogromczynią wampirów?

W innych okolicznościach na pewno byłby o wiele bardziej rozbawiony. Większość ludzi uważa, że fajnie

jest móc wbijać kołki w ciała nieboszczyków.

Tak. Poza tym ożywiamy również zombi.

Oboje? — Wydawał się zaskoczony.

Jestem pełnoprawnym animatorem — wtrącił Lany.

Jeff pokręcił głową.

- Możemy porozmawiać w moim pokoju. Ruszył po schodach na górę. Podążyliśmy za nim.

Gdybym była policjantką, przesłuchanie nieletniego pod nieobecność opiekuna lub adwokata byłoby

niezgodne z prawem. Nie pracowałam jednak w policji, a on nie był podejrzanym. Po prostu chcieliśmy

zasięgnąć informacji, to wszystko. Zamierzaliśmy zadać szesnastolatkowi kilka pytań na temat życia

seksualnego jego siostry. Dochodzenia w sprawie morderstw nigdy nie są przyjemne, a czasami te

nieprzyjemności nie mają nic wspólnego ze zwłokami.

U szczytu schodów Jeff przystanął na chwili; i zajrzał w głąb korytarza. Funkcjonariusz Coltrain stał

przy wejściu do pokoju Ellie, sztywno, jakby kij połknął, z rękoma za plecami, bacznie wypatrując

intruzów. Drzwi były otwarte. Czuwanie w pokoju, w którym leżą zwłoki, było, jak sądzę, ponad jego siły.

Dostrzegł Jeffa i zamknął drzwi, wciąż stojąc na korytarzu.

To miło ze strony Coltraina, że oszczędził Jeffowi widoku Ellie. Tyle że trzymanie straży przy

zamkniętych drzwiach to nie był najlepszy pomysł. Wampir, jeśli był dostatecznie stary, mógłby zakraść

się do pokoju i otworzyć drzwi, zanim zastępca szeryfa

zdążyłby wyjąć broń. Nieumarli nie czynią hałasu.

Zastanawiałam się, czy powinnam mu o tym wspomnieć. Odpuściłam. Gdyby wampir chciał załatwić

więcej osób, zrobiłby to. Mógłby nawet sprzątnąć całą rodzinę. Zamiast tego uciekł, kiedy pies zaczął

szczekać. To nie był stary krwiopijca. Raczej ktoś nowy w tej branży. Stawiałam na Andy'ego, chłopaka

Ellie, ale starałam się zachować trzeźwy umysł. Andy mógł wyjechać do Kalifornii w poszukiwaniu

fortuny i sławy, aczkolwiek szczerze w to wątpiłam.

Jeff otworzył drzwi u szczytu schodów i wszedł do środka. Jego pokój był mniejszy niż siostry. Bycie

pierworodną ma swoje atuty. Tapeta była w paski, ozdobiona postaciami Indian i kowbojów. Pościel

miała identyczny wzór. To był pokój dziecka, tak jak w przypadku jego siostry. Ściany były gołe, żadnych

plakatów, zdjęć z gwiazdami sportu. Na biurku piętrzył się stos książek. Przy drzwiach szafy leżała

nieduża sterta ubrań. Pudel Kruk węszył przy ubraniach. Jeff odegnał psa, stopą wsunął ubrania do

szafy i zamknął drzwi.

- Niech państwo usiądą, gdzie się da. Wysunął krzesło spod biurka, po czym niepewnie stanął przy oknie.

Nie wiedział, co ma zrobić.

W jego pokoju chyba rzadko bywali dorośli. Nie miałam tu na myśli jego rodziców. Oni się nie liczyli.

Choć szczerze mówiąc, nie bardzo wyobrażałam sobie, aby nawet państwo Quinlanowie zachodzili tu od

czasu do czasu na niezobowiązującą pogawędkę.

Przysunęłam sobie krzesło. Uznałam, że Jeff będzie czuł się swobodniej, jeśli obok niego na łóżku

usiądzie Larry. Poza tym nie przywykłam jeszcze do noszenia tak krótkich spódnic i od czasu do czasu

zapominałam się. Krzesło było bezpieczniejsze.

Larry usiadł na łóżku, opierając się plecami o ścianę. Jeff zajął miejsce obok niego, podpierając się na

poduszkach. Kruk wskoczył na łóżko, zakręcił się w kółko raz i drugi i ułożył się wygodnie na jego

podołku. Sielanka.

— Czy Andy'ego i twoją siostrę łączył naprawdę zażyły związek?

Żadnych wstępów, przechodzimy od razu do rzeczy.

Popatrzył na nas. Larry uśmiechnął się do niego zachęcająco. Jeff nieznacznie zmienił ułożenie ciała na

poduszkach.

Raczej tak. W szkole stale się obściskiwali.

To krępujące — zauważyłam.

Tak, znaczy się, no bo ona była moją siostra, Była tylko o rok starsza ode mnie, a ten typ wciąż macał ją

tymi łapami. — Pokręcił głową. Podrapał pudla za uszami i pogłaskał po grzbiecie. Robił to jakby

odruchowo, a mimo to czynność ta sprawiała mu przyjemność.

Lubiłeś Andy'ego? Wzruszył ramionami.

Był starszy i wydawał się fajny, ale nie przepadałem

za nim, uważałem, że Ellie zasługuje na kogoś lepszego.

- Jak to?

On palił trawkę i nie zamierzał iść do college'u.

Andy był nic nie wart. Zupełnie jakby poza miłością do mojej siostry nic się dla niego nie liczyło. Jakby

żyli miłością albo czymś równie idiotycznym.

Fakt, to było głupie.

- Czy kiedy twój tato zabronił im spotykać się,

faktycznie już się nie widywali? Uśmiechnął się do mnie.

- Nie. Spotykali się, tyle że ukradkiem. Myślę,

że to, że tato zabronił Ellie widywania się z Andym, tylko pogorszyło sprawę.

- Zwykle tak bywa — przyznałam. Kiedy zniknął Andy?

- Jakieś dwa tygodnie temu. Zniknął także jego wóz, więc wszyscy uznali, że uciekł, ale on nie zostawiłby

Ellie. Był dziwny, ale na pewno nie porzuciłby Ellie.

- Czy Ellie była zła, zdenerwowana, że jej chłopak zniknął?

Zmarszczył brwi, tuląc psa do piersi. Kruk polizał go po brodzie małym, różowym języczkiem.

- To było najdziwniejsze. To znaczy wiem, że przed rodzicami Ellie udawała, że jest jej to obojętne, ale w

taki sam sposób zachowywała się również w szkole i wśród znajomych. Jakby przestało jej zależeć. To

mnie ucieszyło. Andy był frajerem i dobrze się stało, że zniknął, ale ona sprawiała wrażenie, jakby nie

wierzyła, że uciekł w nieznane, wydawało się, że wie coś, o czym my wszyscy nie mieliśmy pojęcia.

Sądziłem, że Andy wyjechał do innego miasta, aby znaleźć tam sobie jakąś robotę, a gdy już się w niej

zahaczy, przyśle po Ellie.

Może tak właśnie było — powiedziałam. Jego czoło przecięły zmarszczki zatroskania.

Jak to?

— Myślę, że to Andy jest wampirem, który zabił twoją siostrę.

Zasępił się jeszcze bardziej.

Nie wierzę w to. Andy kochał Ellie. On by jej nie zabił.

Jeff, jeżeli on stał się wampirem, to z pewnością nie uważa, że przemieniając ją w nie umarłą, wyrządzą

jej krzywdę. On tego nie traktuje jak zabójstwa.

Jeff pokręcił głową. Kruk wyślizgnął się z jego uścisku, jakby chłopak zbyt mocno go przytulił. Zeskoczył

z jego podołka i położył się na pościeli.

Andy nie skrzywdziłby Ellie. Czy umieranie boli?

Zapewne tak — odparłam.

Krzaki pod jej oknem są połamane — zauważył Larry.

Spojrzałam na niego.

— Powtórz.

Uśmiechnął się do siebie.

— Rozejrzałem się trochę na zewnątrz. To dlatego tak długo trwało, kiedy poszedłem po rękawiczki,

które nawiasem mówiąc, wcale ci nie były potrzebne. Krzewy pod narożnym oknem pokoju dziewczyny

są połamane, jakby spadło na nie coś ciężkiego.

Przez chwilę wyobrażałam sobie Larry'ego, samotnego w ciemnościach, zupełnie bezbronnego, jeśli nie

liczyć krzyżyka. Ta myśl sprawiła, że ciarki przebiegły mi po plecach. Już miałam go zrugać, ale

zmitygowałam się. Nigdy nie należy sztorcować kogoś publicznie, chyba że robisz to celowo, aby dać mu

nauczkę. Spytałam:

— Znalazłeś jakieś ślady?

Przyznałam sobie tuzin punktów za zachowanie spokoju.

- Czy ja wyglądam na Indianina? Poza tym jest

tam tylko trawa, która w ostatnich dniach wyschła niemal na wiór. Wątpię, aby zachowały się jakieś ślady.

— Spojrzał na mnie, marszcząc brwi. — Umiesz tropić wampiry?

— Zazwyczaj nie, jeśli jednak mamy do czynienia z tak młodym krwiopijcą jak przypuszczam, może

by mi się to udało. — Skinęłam głową. — Tak. —

Wstałam. — Muszę zapytać o coś policjanta. Dzięki za pomoc, Jeff.

Podałam mu rękę. Uścisnął ją. Miał dość niepewny uścisk, jakby nie przywykł do podawania ręki.

Podeszłam do drzwi, Larry podążył za mną.

- Znajdzie go pani i zabije, nawet jeśli to Andy? zapytał Jeff.

Odwróciłam się i spojrzałam na niego. Jego ciemne oczy wciąż emanowały bystrością i żarliwością

neofity, ale pod tą opoką nadal był małym chłopcem wymagającym ukojenia.

Tak, znajdziemy go.

— I zabijecie?

I zabijemy — potwierdziłam.

To dobrze — mruknął. — Bardzo dobrze.

Nie wiem, czy skwitowałabym to w równie lakoniczny sposób, ale to nie moja siostra leżała martwa w

pokoju obok.

Masz krzyżyk? — spytałam. Zasępił się, ale odparł:

Tak.

Nosisz go? Pokręcił głową.

Wyjmij go, załóż i noś, dopóki go nie dopadniemy. W porządku?

Myśli pani, że on wróci? — W jego oczach pojawił się strach.

Nie, ale nigdy nie wiadomo, Jeff. Zrób mi tę przyjemność.

Wstał i podszedł do komódki. Dostrzegłam błyszczący łańcuszek zwisający przy lustrze. Kiedy wziął go do

ręki, na końcu łańcuszka zakołysał się mały, złoty krzyżyk. Patrzyłam, jak go zakłada. Pies również się

temu przyglądał.

Uśmiechnęłam się.

— To na razie.

Skinął głową, dotykając palcami krzyżyka, szok nie był już w stanie ukryć jego przerażenia.

Pozostawiliśmy go pod opieką Kruka.

Naprawdę uważasz, że wampir tu wróci? zapytał Larry.

Nie — odrzekłam. — Gdyby jednak twój mały spacer w ciemnościach podsunął mu jakiś głupi pomysł,

chciałabym, aby Jeff miał przy sobie przynajmniej krzyżyk.

— Ha — powiedział — znalazłem ślad. Funkcjonariusz Coltrain obserwował nas, ale nie mógł

wiedzieć, o czym rozmawialiśmy. Mówiłam cicho, licząc, że to wystarczy.

— Taa, i wyszedłeś w pojedynkę, bez broni, w noc, wiedząc, że może tam czyhać wampir, który ma

już na koncie jedną ofiarę.

Powiedziałaś, że to młody wampir.

Dopiero po tym, jak wróciłeś z rękawiczkami.

Może sam domyśliłem się, że musi być młody - stwierdził.

Na jego twarzy malował się upór, najwyraźniej nie

zamierzał wziąć sobie mojego ostrzeżenia do serca, i przy najbliższej okazji zamierzał to powtórzyć.

Nawet młody wampir może cię zabić, Larry.

Pomimo że noszę krzyżyk?

Miał rację. Niewielu młodych wampirów jest w stanie wytrzymać palący ból wywołany przez krzyżyk albo

ma dostatecznie dużą moc, by poprzez hipnozę nakłonić cię do zdjęcia go.

- W porządku, Larry, ale co z wampirem, który go stworzył? Gdzie on może być? Ten krwiopijca może

mieć paręset lat i kto wie, czy również nie czai się gdzieś tam, w ciemnościach.

Larry wyraźnie pobladł.

— Nie pomyślałem o tym.

— A ja tak.

Wzruszył ramionami, był skonsternowany.

— I dlatego ty tu rządzisz. — Fakt — przyznałam.

— No dobra, już dobra. Obiecuję, że już będę grzeczny.

— Świetnie, a teraz chodźmy, zapytajmy zastępcę szeryfa Coltraina, czy zna kogoś, kto mógłby

wytropić naszego wampira.

Naprawdę można wytropić wampira?

Nie wiem, ale takiego, który ma niespełna dwa tygodnie i który wypada przez okno, by ciężko wylądować

wśród krzewów, chyba można byłoby odnaleźć. A w każdym razie zawęzilibyśmy przynajmniej teren

naszych poszukiwań.

Uśmiechnął się do mnie szeroko.

— Tak, dobrze wiedzieć, że wypadł przez okno. To cenna informacja. Gdyby nie ona, nie przyszłoby

mi na myśl, aby szukać śladów pod oknem.

Uśmiechał się od ucha do ucha.

— A gdyby wampir okazał się na tyle stary, że przezwyciężyłby moc krzyżyka i pozbawił cię twarzy,

nigdy nie dowiedziałabym się o tych połamanych krzakach.

— Widzisz, Anito. Dobrze się spisałem.

Pokręciłam głową. Larry miał już okazję zetknąć się z wampirami, ale to wciąż było zbyt mało. Nadal je

lekceważył. Nie znał ani nie pojmował mocy, jaką dysponowały. Nie miał jeszcze żadnych blizn. Jeśli

jednak pozostanie w tym fachu dostatecznie długo, aby zdobyć licencję, to się bez wątpienia zmieni.

Niech Bóg ma go w swojej opiece.

Rozdział 14

Wiatr był chłodny i niósł ze sobą zapach deszczu. Kiedy go poczułam, odwróciłam głowę. Powietrze

pachniało zielenią i nowym życiem. Czystością i świeżością. Stałam na trawie, patrząc w górę. Okno

pokoju Ellie Quinlan lśniło jak latarnia morska. Ellie otworzyła okna, lecz to jej ojciec zapalił światło.

Spotkała się ze swym wampirzym kochankiem w ciemnościach. W ten sposób nie musiała oglądać go

jako nieumarłego, jakim się stał.

Znów założyłam kombinezon, suwak rozpięłam do połowy, aby w razie potrzeby móc sięgnąć po

brownonga. Firestara, w kaburze wewnętrznej, włożyłam do kieszeni kombinezonu. W ten sposób

wyjęcie go zajęło by mi więcej czasu, ale czułam się lepiej, mając przy sobie dwa pistolety. Kabura

wewnętrzna nie jest zbyt praktyczna, gdy nosisz spódnicę.

Larry też miał pistolet, w kaburze podramiennej. Stał obok mnie, wiercąc się i usiłując poprawić paski

uprzęży. Jeśli są dopasowane, uprząż nie przeszkadza, ale nie jest też wygodna. To trochę tak jak z

biustonoszem. Jest dopasowany i potrzebny, ale nigdy

Nie czujesz się w nim swobodnie.

Larry nosił kombinezon rozpięty i rozchełstany niemal do bioder. Promień latarki przeciął noc i padł na

krzyżyk Larry'ego. Błysnęło złoto. Światło przesunęło się, oślepiając mnie.

— Teraz, kiedy już nic nie widzę, może łaskawie zgasisz to cholerstwo.

Od strony latarki dobiegł głęboki, męski śmiech Zjawili się dwaj gliniarze z policji stanowej, aby pomóc

nam w polowaniu. Co za radość.

— Wallace — rzekł męski głos. — Zrób, co pani ci każe.

Głos był głęboki i groźny. Taki głos kojarzy ci się ze słowami: „Oprzyj ręce na masce i rozstaw szerzej

nogi". A ty wykonujesz polecenie.

Facet przedstawił się jako funkcjonariusz Granger. Podszedł do nas, kierując promień latarki ku ziemi.

Nie był tak wysoki jak Wallace i brzuch zaczynał przelewać mu się nad paskiem, ale przemierzał ciemność,

jakby dobrze wiedział, co robi. Jakby zdarzyło mu się już kiedyś polować w ciemnościach. Może nie

na wampiry, ale na kogoś na pewno. Na przykład na ludzi.

Wallace podszedł do nas, kołysząc trzymaną w dłoni latarką. Jej promień przesuwał się w mroku jak

wielki świetlik. Nie świecił mi w oczy, ale wciąż jeszcze miałam kłopoty ze wzrokiem.

— Proszę zgasić tę latarkę.

Wallace postąpił krok naprzód i stanął nade mną. Był wysoki, zbudowany jak futbolista, miał długie

nogi. Może grał jako napastnik albo pomocnik. On i zastępca szeryfa Coltrain mogli pokłócić się później.

Teraz po prostu chciałam się go pozbyć.

— Zgaś latarkę, Wallace — rzucił Granger. Swoją już wyłączył.

— Bez niej nic nie będę widział — poskarżył się tamten.

— Boisz się ciemności? — spytałam z uśmiechem.

Larry zaśmiał się. To nie było rozsądne.

Wallace odwrócił się do niego.

- To cię śmieszy? — Podszedł do Larry'ego, sądząc, że swoimi gabarytami zdoła go zastraszyć. Tyle

tylko, że Larry jest podobny do mnie, przez całe życie miał kłopoty z powodu swojego wzrostu. Niejednokrotnie

padał ofiarą większych od siebie. I nauczył się nie oddawać pola.

To jak? — rzucił Larry.

Z czym? — spytał Wallace.

Boisz się ciemności?

Animacja to nie jedyna rzecz, jakiej Larry nauczył

się ode mnie. Na swoje nieszczęście był chłopakiem.

Ja, mimo swej zgryźliwości, mogę uniknąć pobicia ze strony wydrwiwanej osoby. Larry nie miał tyle

szczęścia.

Wallace schwycił Larry’ego za poły kombinezonu i dźwignął w górę. Larry stanął na palcach. Latarka

Wallace'a spadła na trawę, jej promień oświetlał nasze kostki.

Funkcjonariusz Granger podszedł bliżej, ale nie

dotknął Wallace'a. Nawet w ciemnościach było widać napięcie w jego ramionach i barkach. Nie od

dźwigania Larry"ego, lecz dlatego, że hamował się przed uderzeniem go.

- Wyluzuj, Wallace. On nie miał nic złego na

myśli.

Wallace nie odezwał się słowem, lecz przyciągnął Larry'ego ku sobie tak, że ich twarze niemal się

zetknęły. Smuga żółtego światła padła na jego twarz. Mięsień przy żuchwie stał się widoczny i pulsował

tak, jakby chciał wyskoczyć spod skóry. Poniżej kości żuchwy dostrzegłam bliznę, która znikała za kołnierzykiem.

Wallace wycedził Larry'emu prosto w twarz:

— Nie boję się niczego.

Podeszłam do niego. Nachylił się, by wywrzeć jeszcze większe wrażenie na Larrym i bardziej go

zastraszyć, mogłam więc wyszeptać mu wprost do ucha:

— Ładna blizna, Wallace.

Drgnął, jakbym go ugryzła. Puścił Larry'ego tak gwałtownie, że ten omal nie stracił równowagi. Okręcił

się na pięcie, a jego wielka dłoń przecięła powietrze, by wyrżnąć mnie w twarz. Przynajmniej puścił

Larry'ego.

Zamachnął się na mnie. Odbiłam jego rękę w bok, z dala od mojego ciała. Zachwiał się. Trzasnęłam go

mocno kolanem w brzuch. Ciężko było nie pójść za ciosem i nie zrobić mu prawdziwej krzywdy. Był

gliną. Porządnym facetem. Takich się nie bije. Cofnęłam się, stając poza jego zasięgiem w nadziei, że to,

co się stało, ostudzi jego bojowy zapał. Mogłam już teraz nieźle go uszkodzić, ale nie zrobiłam tego. Może

popełniłam błąd. Będzie teraz miał się na baczności. Trudniej go będzie dosięgnąć i zranić.

Był jakieś trzydzieści centymetrów wyższy i pięćdziesiąt kilogramów cięższy ode mnie. Gdybyśmy walczyli

na serio, miałabym poważne problemy. Miałam nadzieję, że nie pożałuję swego szlachetnego gestu.

Wallace wylądował na czworakach, przy krzewach pod domem. Podniósł się szybciej, niż mogłabym

sobie tego życzyć, ale pozostał zgięty wpół, z dłońmi wspartymi o kolana. Spojrzał na mnie. Nie byłam

pewna, co znaczył wyraz jego twarzy, ale nie był całkiem wrogi. Raczej dostrzegłam w nim zakłopotanie,

jakbym go zaskoczyła. To często mi się zdarza.

- Już wszystko dobrze, Wallace? — spytał Granger.

Wallace skinął głową. Po solidnym ciosie w żołądek ciężko jest wydusić z siebie choćby słowo.

Granger popatrzył na mnie.

Wszystko gra, panno Blake?

Jak najbardziej.

Pokiwał głową.

- Tak. Chyba tak.

Larry podszedł i stanął obok mnie. Zbyt blisko. Gdyby Wallace znów rzucił się na mnie, potrzebowałam

więcej miejsca, aby móc się ruszyć. Larry chciał w ten sposób wyrazić swoje poparcie. Wesprzeć mnie.

Gdy już nauczę Larry'ego szybko dobywać broni i celniej strzelać, zajmiemy się podstawami samoobrony

i technikami walki wręcz.

Dlaczego najpierw uczyłam go strzelać, a szkolenie w zakresie walki wręcz odłożyłam na później? Bo z

wampirami nie walczy się gołymi rękami. Do wampirów się strzela. Larry mógłby przeżyć pobicie przez

Wallace'a. Z walki wręcz z wampirem nie wyszedłby żywy. Nie przeżyłby, o ile nie mógłby użyć broni.

- Byłeś z nim, kiedy nabawił się tej blizny? - spytałam.

Granger pokręcił głową.

Jego pierwszy partner zginął.

Załatwił go wampir?

Skinął głową.

Wallace wyprostował się powoli. Przeciągnął się lekko, jakby rozbolał go kręgosłup.

Niezły cios — przyznał. Wzruszyłam ramionami.

Kolano to nie to samo co pięść.

Mimo wszystko cios był niezły. Nie mam żadnej wymówki, by usprawiedliwić to, co się stało.

Nie masz.

Spuścił wzrok, wlepiając go w ziemię, ale zaraz znów go uniósł.

Nie wiem, co mnie do tego skłoniło.

Przejdźmy się.

Ruszyłam w ciemność, nie oglądając się za siebie, jakbym wiedziała, że i tak pójdzie za mną. To skutkuje

częściej, niż sądzicie.

Pomaszerował za mną. Zatrzymał się, by podnieść upuszczoną latarkę, ale zgasił ją. To był odważny gest.

Zatrzymałam się niemal na skraju lasu i skierowałam wzrok w stronę drzew, starając się przyzwyczaić

oczy do ciemności. Nie patrzyłam na nic konkretnego. Pozwalałam moim oczom ogarnąć wszystko co

miałam przed sobą. Wypatrywałam poruszenia. Jakichkolwiek oznak ruchu. Gałęzie drzew kołysały się,

poruszane wiosennym wiatrem łagodnie jak fale oceanu. To nie drzewa budziły we mnie niepokój.

Wallace zaczął stukać zgaszoną latarką o udo. Chciałam poprosić, aby przestał, ale nie zrobiłam Tego.

Jeśli to go uspokajało, to postaram się wytrzymać.

Cisza przedłużała się. Wiatr przybrał na sile, wypełniając noc coraz głośniejszym szumem. Czuło się

nadchodzącą ulewę.

Ujął latarkę oburącz. Usłyszałam, jak gwałtownie nabrał powietrza pośród szumu wiatru.

Co to?

Wiatr — odparłam.

Na pewno?

Raczej tak.

Czego chcesz? — spytał.

- Czy to pierwszy wampir, którego tropisz od

śmierci swego partnera? Spojrzał na mnie.

Powiedział ci o tym Granger?

Tak, ale widziałam ślady na twojej szyi. Domyśliłam się, czyje to dzieło.

Chciałam powiedzieć mu, że blizny to nic złego.

Do licha, sama miałam ich wiele, ale on był gliną i do tego facetem, a ja nie znałam go na tyle, aby

wiedzieć, jak zniesie mój wywód. Mimo to musiałam wiedzieć, czy wejdzie ze mną do tego lasu.

Musiałam przekonać się, czy mogę mu zaufać. Czy mogę na nim polegać. Gdyby bał się tak jak teraz,

okazałby się w moich oczach niewiarygodny.

- Co się stało? — spytałam. Może to kiepski pomysł, aby nakłaniać go właśnie teraz do rozmowy na ten

temat, ale ignorowanie go, jak widać, nie na wiele się zdawało.

Pokręcił głową.

— Dowództwo stwierdziło, że to pani ma tu wszystkim kierować, panno Blake. W porządku. Zrobię, co

mi każą. Nie muszę jednak odpowiadać na pytania natury osobistej.

Zdjęcie kombinezonu wymagało zbyt wiele zachodu, a poza tym chciałam mieć wolne ręce. Rozpięłam

jeden guzik bluzki i rozchyliłam materiał.

Co pani robi?

Jak dobrze widzisz w ciemnościach?

Czemu pytasz?

Widzisz bliznę?

O czym pani mówi? — W jego głosie zabrzmiała nuta podejrzliwości. Może zaczął podejrzewać, że jestem

nienormalna.

Ja dostrzegłabym bliznę, ale większość ludzi widzi po ciemku gorzej ode mnie.

Daj mi rękę.

Po co?

Drugi raz nie poproszę. Daj rękę.

Zrobił to, aczkolwiek z wahaniem, zerkając na czekających opodal mężczyzn.

Jego ręka była zimna w dotyku. Był śmiertelnie przerażony. Przesunęłam jego grubymi, kanciastymi

paluchami po swoim obojczyku. Kiedy tylko dotknął blizny, drgnął, jakby poraził go prąd. Opuściłam

rękę, a on już sam ponownie dotknął mojej blizny.

Powoli cofnął dłoń, pocierając palce, jakby chciał zapamiętać dotyk mojej skóry.

Po czym ta pamiątka?

Po tym samym, co zostawiło pamiątkę na twojej szyi. To był wampir, który nie wiedział, że nie należy

bawić się jedzeniem.

Jezu — mruknął.

No — wycedziłam. Zapięłam bluzkę. — A teraz Wallace, opowiedz mi, proszę, co się stało.

Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, po czym skinął głową.

- Harry, mój partner, i ja dostaliśmy zgłoszenie, że ktoś znalazł zwłoki z rozszarpanym gardłem.

- Mówił to całkiem zwyczajnie, spokojnym z pozoru głosem, ale wiedziałam, że oczyma duszy znów widzi

tamte sceny. I przeżywa je równie mocno jak wtedy. — To był plac budowy. Dotarliśmy tam, mieliśmy

latarki. Przechodziliśmy przez plac, gdy nagle rozległ się jakiś dźwięk, jakby szum wiatru i coś uderzyło

Harry'ego. Upadł, a ten mężczyzna wylądował na nim. Zaczął krzyczeć. Wyjąłem pistolet. Strzeliłem

temu facetowi w plecy. Trafiłem go trzy albo cztery razy. Odwrócił się do mnie, twarz miał całą we krwi.

Nawet nie miałem czasu zastanowić się dlaczego, gdy rzucił się na mnie. Zanim wylądowałem na ziemi,

wpakowałem w niego cały magazynek.

- Wziął głęboki oddech, jego wielkie dłonie zaciskały się na latarce. On także wpatrywał się między

drzewa, ale nie wypatrywał wampirów, a w każdym razie nie tego. — Rozdarł mi kurtkę i koszulę jakby

były z papieru. Próbowałem z nim walczyć ale...

Pokręcił głową. — Wychwycił moje spojrzenie i zaczął hipnotyzować. Owładnął mną, a kiedy wgryzł się

w moją szyję, chciałem, aby to zrobił, pragnąłem tego bardziej niż czegokolwiek w całym moim życiu. -

Odwrócił się nieznacznie, jakby to, że nie patrzy mi w oczy, już mu nie wystarczało. — Kiedy się

ocknąłem, już go nie było. Harry nie żył. Dziewczyna była martwa. Ja przeżyłem. — Dopiero teraz

odwrócił się i spojrzał mi głęboko w oczy, by zapytać z przejęciem: — Dlaczego on mnie nie zabił, panno

Blake?

Spojrzałam w jego szczere, czyste oczy, ale nie potrafiłam przekonująco odpowiedzieć na to pytanie.

— Nie wiem, Wallace. Może chciał uczynić cię jednym z nich? Nie mam pojęcia, dlaczego akurat

ciebie, a nie Harry'ego. Dopadłeś go w końcu?

Lokalny mistrz przysłał na posterunek jego głowę w pudełku. Z przeprosinami za jego niecywilizowane

zachowanie. Tak to właśnie ujął: niecywilizowane zachowanie.

Trudno traktować to jako morderstwa, skoro sam karmisz się ludźmi.

Czy oni wszyscy to robią? Pożywiają się ludźmi?

— Nigdy nie spotkałam żadnego, który by tego nie robił.

— Nie mogą pić krwi zwierząt?

— Teoretycznie tak. W praktyce jest inaczej. Zwierzęcej krwi brakuje pewnych składników odżywczych.

Prawda była taka, że dla większości wampirów pożywianie się było zbliżone do seksu. Jako że nie byli

zwolennikami stosunków ze zwierzętami, nie pili także zwierzęcej krwi. Tyle że analogię do seksu w

przypadku funkcjonariusza Wallace'a postanowiłam mimo wszystko pominąć.

— Możesz to zrobić, Wallace?

Ale co?

Wyruszyć nocą na polowanie na wampiry?

Na tym polega moja praca.

- Nie pytałam o twoją pracę. Pytałam, czy jesteś w stanie wyruszyć w ciemną noc, aby zapolować na

wampiry.

Myśli pani, że jest więcej niż jeden?

- Lepiej zakładać pesymistyczną wersję — odparłam.

Skinął głową.

Tak. Chyba tak.

Boisz się? — zapytałam.

A pani?

Wlepiłam wzrok w wietrzną noc. Drzewa kołysały się i jęczały na wietrze. Miałam wrażenie, że patrzę

na jednolitą, poruszającą się ścianę czerni. Niedługo rozpada się i światło gwiazd przygaśnie.

Tak, boję się.

Ale pani jest przecież zabójczynią wampirów

- stwierdził. — Jak pani może to robić każdej nocy, skoro to panią przeraża?

- Czy ty nie odczuwasz strachu za każdym razem, gdy zatrzymujesz na szosie jakiegoś pirata drogowego,

mając świadomość, że facet może być uzbrojony i na tyle zdesperowany, że pośle ci kulkę? Podchodzisz

do auta i nie wiesz, co się za chwilę wydarzy.

To moja praca.

A to moja.

Ale boi się pani?

Jeszcze jak. Cała się trzęsę. Larry zawołał:

Wrócił szeryf. Ma nakaz.

Wallace i ja wymieniliśmy spojrzenia.

Masz srebrne naboje? — spytałam.

Tak.

Uśmiechnęłam się.

— Wobec tego chodźmy. Wiem, że dasz radę - powiedziałam.

Naprawdę w to wierzyłam. Wallace zrobi, co do niego należy. Ja również. Wszyscy zrobimy swoje. A gdy

nastanie świt, niektórzy z nas będą żywi a niektórzy nie. Naturalnie może okazać się, że mamy do

czynienia tylko z jednym młodym wampirem.

W tej sytuacji bardzo prawdopodobne, że wszyscy dożyjemy do świtu. Tyle tylko, że to, iż jeszcze żyję

zawdzięczam swojej przezorności. I przezornie staram się nie brać pod uwagę najprostszych rozwiązań.

Zawsze zakładam najgorsze. Tak jest bezpieczniej.

I niestety zazwyczaj moje przypuszczenia sprawdzają się.

Rozdział 15

Byłam przyzwyczajona do używania obrzyna, który miałam w domu. Owszem, jest nielegalny, ale łatwo

się nosi i robi z wampirów mielonkę. Czegóż może pragnąć współczesna łowczyni wampirów? Może

strzelby typu Ithaca kalibru 18,5 mm? Tak, to całkiem niegłupie.

- Dlaczego ja nie dostanę strzelby? — spytał Larry.

Tylko na niego spojrzałam. Wyglądało, że mówił poważnie. Pokręciłam głową.

- Kiedy nauczysz się posługiwać dziewiątką, pogadamy o strzelbach.

— Świetnie.

Ech, entuzjazm młodych. Larry był zaledwie cztery lata młodszy ode mnie, ale czasami miałam wrażenie,

że dzieli nas przepaść miliona lat.

- On nie strzeli nam przez przypadek w plecy, prawda? — spytał zastępca szeryfa Coltrain.

Uśmiechnęłam się, bynajmniej nie słodko.

- Obiecał, że tego nie zrobi.

Coltrain spojrzał na mnie, jakby nie był pewien, czy żartuję.

Szeryf St. John dołączył do nas na skraju lasu. On też miał strzelbę. Ufałam, że umie jej używać.

Wallace zabrał strzelbę z radiowozu. Jego partner Granger był uzbrojony w coś, co przypominało

karabin snajperski. Uznałam, że to nie jest odpowiednia broń jak na dzisiejszą akcję i powiedziałam to

głośno. Granger tylko na mnie spojrzał. Wzruszyłam ramionami i odpuściłam. To jego karabin i jego

skóra.

Spojrzałam na nich, a oni na mnie. Czekali na mój rozkaz.

— Czy wszyscy mają wodę święconą? — spytałam.

Larry poklepał się po kieszeni kombinezonu. Pozostali pokiwali głowami albo wymamrotali cicho „tak".

— Pamiętajcie o trzech zasadach obowiązujących podczas polowań na wampiry. Po pierwsze nigdy,

przenigdy nie patrzcie im w oczy. Po drugie nigdy, przenigdy nie odrzucajcie krzyżyka. Po trzecie:

celujcie w głowę i w serce. Nawet srebrno kule nie zgładzą wampira, jeśli trafią gdzie indziej.

Czułam się jak nauczycielka z przedszkola, wysyłającą swoje maluchy na obcy, wrogi plac zabaw

Nie wpadajcie w panikę, jeśli zostaniecie ukąszeni. Ukąszenie może zostać oczyszczone. Dopóki nie

zostaniecie zahipnotyzowani, nadal będziecie mogli walczyć.

Spojrzałam na nich, milczących, wyższych ode mnie. Nawet Larry przerastał mnie o kilka centymetrów.

Każdy z nich pokonałby mnie na rękę. Czemu więc chciałam zamknąć ich wszystkich w domu gdzie

byliby bezpieczni? Do licha, przecież wszyscy możemy wejść do środka. Napijemy się gorącego kakao.

Powiemy Quinlanom, że ich córce nic się nie stanie.

Bądź co bądź nastolatki często przechodzą na płynną dietę, prawda?

Wzięłam głęboki oddech i powoli wypuściłam powietrze.

- Do roboty chłopcy. Marnujemy światło gwiazd.

Albo nie wychwycili mojej aluzji do Johna Wayne’a, albo nie sądzili, że to było zabawne. Trudno

zgadnąć.

Musiałam pozwolić, by to St. John poprowadził nas w głąb ciemnego lasu. Nie znałam tego terenu. On

go znał. Tyle, że nie chciałam, aby szeryf szedł na szpicy. To mi się nie podobało. Chciałam, aby wrócił

ze mną. Aby wrócił do żony. Jego szkolnej miłości. Byli małżeństwem od pięciu lat i wciąż się kochali.

Jezu, nie chciałam, żeby zginął.

Drzewa zamknęły się wokół nas. St. John prowadził nas pomiędzy nimi, jakby doskonale znał drogę. O

tej porze roku poszycie było mizerne. Dzięki temu szło się łatwiej, ale wędrówka przez las, zwłaszcza po

zmierzchu, zawsze jest trudna. Nawet latarka niewiele pomaga.

Musisz na swój sposób poddać się drzewom, tak samo jak musisz poddać się wodzie, kiedy płyniesz.

Płynąć, nie koncentrujesz się zasadniczo na wodzie. Skupiasz się na rytmie swojego ciała, tnącego

chłodną toń. Dla lasu też musisz znaleźć odpowiedni rytm. Musisz koncentrować się na miejscach, gdzie

las zechce cię przepuścić. Na naturalnych prześwitach. Jeśli będziesz próbował walczyć, las odpowie tym

samym. I tak jak woda może cię zabić. Ktoś, kto nie wierzy, że las może być zabójczym miejscem, nigdy

się w nim nie zgubił.

St. John umiał poruszać się w lesie, podobnie jak ja. Byłam z tego zadowolona. Zbyt długo byłam

dziewczyną z miasta. Larry wpadł na mnie. Musiałam się przytrzymać, albo runęlibyśmy oboje.

— Przepraszam — mruknął, odsuwając się ode mnie.

- Jak tam, pogromco wampirów? - zawołał Coltrain. Szedł na szarym końcu, osłaniając tyły. Ja

musiałam iść druga, by osłaniać St. Johna, a nie chciałam dopuścić by Larry musiał iść na końcu.

Coltrain sam tego chciał. Powiedział, że on i szeryf będą strzec naszych tyłków. Może być.

- Krzycz głośniej — rzucił Wallace. — Wampir chyba cię nie usłyszał.

— Nie będzie mi żaden stanowy mówił, jak mam robić swoją robotę.

— On wie, że tu jesteśmy — wtrąciłam.

Zamurowało ich. W jednej chwili zwróciłam na siebie uwagę wszystkich.

Nawet jeśli ten wampir ma tylko kilka tygodni, charakteryzuje się wyjątkowo czułym słuchem. Wie, że tu

jesteśmy. Wie, że nadchodzimy. Nie ma znaczenia, czy będziemy zachowywać się cicho, czy przyjdziemy

tu z orkiestrą dętą. W obu przypadkach będzie tak samo. Po zmroku go nie zaskoczymy.

— Co najwyżej on mógł zaskoczyć nas, ale nie powiedziałam tego głośno. I tak wszyscy mieliśmy tego

świadomość.

— Marnujemy tutaj czas, zastępco — powiedział St. John.

Coltrain nie przeprosił i nie miał nawet skruszonej miny. W przeciwieństwie do Wallace'a.

Przepraszam, szeryfie. To się już nie powtórzy.

St. John skinął głową i odwrócił się bez słowa, by poprowadzić nas w głąb lasu.

Coltrain prychnął pod nosem, ale już się nie odezwał. Cokolwiek powiedział, wątpiłam, aby Wallace

ponownie dał się na to złapać. W każdym razie miałam taką nadzieję. Nie obchodziło mnie, czy się bał,

mieliśmy dość kłopotów i bez konfliktów wewnątrz naszej małej grupy.

Drzewa szumiały i kołysały się wokół nas. Pod stopami chrzęściły zeszłoroczne, zeschłe liście. Ktoś za

moimi plecami zaklął w głos. Powiał silniejszy wiatr, odgarniając mi włosy z twarzy. Ciemność przed

nami wydawała się inna. Dochodziliśmy do polany.

St. John przystanął na skraju przecinki, wśród drzew. Spojrzał na mnie.

- Jak pani chce to zrobić?

- Czułam zapach deszczu, niesiony podmuchami wiatru. O ile to możliwe, chciałam, abyśmy wynieśli się

stąd, zanim się rozpada. W deszczu widoczność jest prawie zerowa.

- Zabijemy go i jak najszybciej wracamy do domu. To dość prosty plan.

Skinął głową, jakbym powiedziała coś bardzo głębokiego.

Chciałabym, aby tak było.

Przed nami pojawiła się jakaś postać. W jednej chwili nic, a w następnej już tam była. Ciemność i cienie,

magia. Pochwycił St. Johna, gdy ten próbował sięgnąć po broń i szerokim łukiem cisnął go na polanę.

Strzeliłam wampirowi w pierś z bardzo bliska. Osunął się na kolana. Dostrzegłam błysk białek jego oczu,

jakby nie wierzył, że to go spotkało. Przeładowałam strzelbę.

Z tyłu za mną huknął karabin Grangera. Ktoś krzyknął. Strzeliłam wampirowi między oczy. Jego głowa

rozbryznęła się na poszycie i liście dokoła. Obróciłam się, unosząc strzelbę do ramienia, zanim jeszcze

ciało zległo na ziemi.

Larry leżał na ziemi, a na nim siedziała okrakiem wampirzyca. Dostrzegłam długie, brązowe włosy

zanim jego krzyżyk zapłonął błyskiem błękitno białego ognia. Odskoczyła do tyłu z wrzaskiem i zniknęła

w mroku. Odeszła.

Wampirzyca o długich blond włosach obejmowała Grangera szczupłymi ramionami, wtulając twarz w

jego szyję. Nie mogłam użyć strzelby. Stali zbył blisko. Z tej odległości trafiłabym oboje.

Rzuciłam strzelbę na podołek zdumionego Larry'ego. Wciąż jeszcze leżał na ziemi, mrugając powiekami.

Wyjęłam browninga i strzeliłam wampirzycy prosto w obfitą pierś. Drgnęła gwałtownie, ale nie puściła

Grangera. Wampirzyca spojrzała na mnie, wciąż przyciskając do siebie mężczyznę. Zasyczała na mnie.

Wpakowałam jej kulkę prosto w rozdziawione usta. Pocisk wywalił jej całą potylicę.

Wampirzyca zadrżała. Posłałam jej jeszcze jedną kulkę w głowę. Puściła Grangera i runęła na ziemię,

miotana konwulsjami. Granger po prostu leżał w bezruchu. W ciemnościach nie widziałam jego twarzy

ani szyi. Martwy czy żywy, zrobiłam dla niego wszystko, co mogłam.

Larry podniósł się, niezdarnie ujmując strzelbę oburącz. Rozległ się krzyk, cichy i pełen bólu. Wallace

leżał na ziemi, przygnieciony przez szczupłego wampira.

Kły zagłębiły się w jego ramieniu. Kość pękła z głuchym trzaskiem. Znów krzyknął.

Dostrzegłam Coltraina stojącego opodal nieruchomo jakby obróconego w słup soli. Z tyłu za nim coś się

poruszyło. Patrzyłam na to, czekając, aż wampir wyłoni się z mroku, ale ni stąd, ni zowąd nagle coś

błysnęło. Moim oczom ukazało się matowe, srebrne ostrze. Patrzyłam na nie, ale coś mi umknęło.

Jakbym straciła kilka chwil. Następne, co ujrzałam, to sztych ostrza wyłaniający się z gardła Coltraina.

Straciłam kolejną sekundę, mrugając na cienie, a wampir wyszarpnął miecz z jego szyi i zniknął.

Przemknął pośród drzew z niewiarygodną, nieludzką szybkością, jak koszmar postrzegany kątem oka.

Larry uniósł strzelbę do ramienia, mierząc w kierunku Wallace'a. Sięgnęłam, by mu ją odebrać i wtedy

coś wyrżnęło mnie w plecy, powalając na ziemię.

Silna ręka wdusiła mi twarz w suche, chrzęszczące liście. Druga rozdarła mi kombinezon na plecach tak

brutalnie, że oderwała jeden rękaw. Z tyłu za moją głową coś huknęło i wampir zniknął. Przetoczyłam

się na bok, dzwoniło mi w uszach.

Larry stał nade mną z wyciągniętą ręką i pistoletem w dłoni. Cokolwiek postrzelił, znikło w

ciemnościach.

Bolało mnie lewe ramię, ale nie tak bardzo, jak mogłoby, gdybym się nie podniosła. Wstałam z trudem.

Wampirów już nie było. Zniknęły.

Wallace usiadł, tuląc rękę do piersi. Coltrain leżał na ziemi. Nie ruszał się. Z tył za nami rozległ się jakiś

dźwięk. Odwróciłam się, unosząc pistolet. Larry także się odwrócił, ale zbyt wolno. Złożyłam się do

strzału i ujrzałam St. Johna.

— Nie strzelaj. To ja.

Larry wycelował trzymany oburącz pistolet w ziemię.

Jezus, Maria — powiedział. Amen.

Co się stało?

Upadek mnie oszołomił. Pobiegłem za odgłosami strzałów — wyjaśnił St. John.

Omiótł nas podmuch wiatru. Zapach deszczu był tak silny, że nieomal poczułam już jego pierwsze krople

na skórze.

Larry, sprawdź puls Grangera — powiedziałam.

Co? — Larry wydawał się być w lekkim szoku.

Sprawdź, czy żyje. — To była brudna robota i zrobiłabym ją sama, ale uznałam, że lepiej od Larry'ego

potrafię chronić nas przed wampirami. Raz mnie co prawda ocalił, ale i tak byłam w tym lepsza od

niego. No i sobie ufałam bardziej.

St. John minął nas. Dotknął Wallace'a, który pokiwał głową.

— Mam złamaną rękę, ale przeżyję. — St. John podszedł do leżącego nieruchomo Coltraina.

Larry klęknął przy Grangerze. Przełożył broń do lewej ręki, co nie było rozsądne, ale zrozumiałam go.

Ciężko jest zbadać puls po ciemku, gdy szyja jest cała wilgotna od krwi. Lepiej polegać na sprawniejszej

dłoni.

Wyczuwam puls. — Uniósł wzrok i uśmiechnął się szeroko.

- Coltrain nie żyje — powiedział St. John.

- Boże, dopomóż mi, on nie żyje. — Uniósł dłoń, a jego skóra ociekała krwią, która w świetle gwiazd

wydawała się czarna. - Został prawie zdekapitowany. Co go tak załatwiło?

- Miecz — odparłam.

Widziałam to. Obserwowałam całe zdarzenie. Ale pamiętałam tylko ciemny kształt, większy od

człowieka. W każdym razie potężniejszy od większości ludzi. Czarny cień z mieczem — to wszystko, co

ujrzałam, a przecież patrzyłam wprost na niego.

Coś przepłynęło po mojej skórze — to nie był wiatr. Moc wypełniła wiosenną noc niczym woda.

- Tam jest coś starego — powiedziałam,

- O czym ty mówisz? — rzucił St. John.

- Stary wampir. Bardzo stary. Czuję go. Jest tutaj.

Przepatrywałam wzrokiem ciemność, ale wokoło nie poruszało się nic prócz szumiących na wietrze

drzew. Niczego nie dostrzegałam. Nie miałam z czym walczyć. Ale to było tutaj i było blisko. Możliwe, że

z mieczem w garści.

Granger usiadł tak gwałtownie, że Larry z piskiem przewrócił się na liście. Postawny mężczyzna skupił

na mnie wzrok. Zobaczyłam, że sięga po broń i zrozumiałam, co robił wampir.

Wymierzyłam browninga w jego głowę i czekałam. Musiałam mieć pewność.

Granger nie sięgnął po upuszczony karabin. Wyjął pistolet i zaczął unosić go wolno, bardzo wolno jakby

wbrew sobie. Wymierzył broń w oddalonego o niecałe pół metra Larry'ego.

Wallace krzyknął;

— Granger, co ty wyprawiasz, do cholery? Strzeliłam.

Granger drgnął. Pistolet zachwiał się, ale po chwili ręka znów zaczęła się podnosić. Strzeliłam ponownie

i jeszcze raz. Jego dłoń zaciśnięta na kolbie broni, opadła powoli. W chwilę później Granger osunął się

na ziemię.

— Granger! — krzyczał Wallace, pełznąc w stronę swego partnera. Niedobrze.

Wyprzedziłam go i kopnięciem wybiłam Grangerowi pistolet z dłoni. Gdyby choćby drgnął,

wpakowałabym mu jeszcze jedną kulę. Ale on już się nie poruszył. Leżał sztywno, martwy.

Wallace spróbował objąć go jedną ręką.

Dlaczego go zastrzeliłaś? Dlaczego?

Zamierzał zabić Larry’ego. Przecież widziałeś.

Dlaczego?

Ta wampirzycą ugryzła go. Jej mistrz jest gdzieś niedaleko. I to naprawdę potężny sukinsyn. Wykorzystał

go.

Wallace ułożył sobie okrwawioną głowę Grangera na podołku i przycisnął do jego piersi swoją złamaną

rękę. Płakał.

Cholera.

Kolejny podmuch wiatru przyniósł do nas ten dźwięk. Ostre, zajadłe szczekanie. W ten hałas wdarł się

nagle krzyk kobiety, wysoki i wyraźny.

O Boże — wyszeptałam.

Beth.

St. John zaczął biec, zanim jeszcze zdążyłam cokolwiek powiedzieć.

Schwyciłam Wallace'a za ramię, ciągnąc go za kurtkę. Uniósł wzrok.

- Co się dzieje?

- Są w domu — powiedziałam. — Możesz iść?

Skinął głową. Pomogłam mu wstać.

Rozległ się kolejny krzyk. Inny. Tym razem krzyk

mężczyzny lub chłopca.

- Zostań z nim, Larry. Dojdźcie do domu, najszybciej jak się da.

- A jeżeli one próbują nas rozdzielić? — spytał Larry.

- Wówczas to im się uda — odparłam. — Rozwal wszystko, co się rusza. — Dotknęłam jego ramienia,

jakby to czyniło go bardziej realnym, bezpieczniejszym. Wcale tak nic było, ale nie mogłam zrobić nic

więcej. Larry postanowił zostać zabójcą potworów. Quinlanowie i Beth St. John nie mieli takich

aspiracji.

Włożyłam browninga do kabury, ujęłam strzelbę oburącz i rzuciłam się między drzewa. Wbiegałam w

prześwity między drzewami, o których istnieniu nie byłam do końca przekonana. Przeskoczyłam nad

kłodą omal się nie wywracając i pobiegłam dalej. Jakaś gałąź chlasnęła mnie po twarzy, wyciskając z

oczu łzy. Las jeszcze niedawno do przebrnięcia, zmienił w labirynt korzeni i gałęzi, które za wszelką cenę

usiłowały mnie pochwycić lub przewrócić. Biegłam na oślep. To niewskazane, zwłaszcza jeśli gdzieś

w pobliżu w ciemnościach czyhają wampiry. Wypadłam z lasu, potknęłam się i poszorowałam kolanami

po trawniku przed domem Quinlanów, ale strzelbę wciąż trzymałam mocno w obu dłoniach.

Drzwi frontowe były otwarte. Z wnętrza płynęło ciepłe, miodowe światło. Wewnątrz domu rozległy się

strzały. Podniosłam się i pobiegłam ku światłu.

Pudel leżał przy drzwiach, zmasakrowany, zmiażdżony, jakby ktoś usiłował zgnieść go w kulkę.

Drzwi do salonu były otwarte. Huknął drugi strzał. Podeszłam do drzwi z lewej strony, mając ścianę za

plecami, ze strzelbą gotową do strzału.

Państwo Quinlan kulili się w kącie, wyciągając

przed siebie krzyżyki. Metal świecił białym blaskiem jak płonąca magnezja.

Istota przed nimi nie wyglądała jak wampir. Przypominała raczej szkielet obciągnięty warstwą mięśni

i tkanek. Była niewiarygodnie wysoka i chuda. Na plecach miała lśniący, szeroki miecz. Czyżby to był

zabójca Coltraina?

St. John strzelał do brązowowłosej wampirzycy z lasu. Miała długie, kasztanowe włosy z przedziałkiem

pośrodku, proste i cudowne, okalające twarz zalaną krwią i wykrzywioną groźnym grymasem

wyszczerzonych kłów.

Za nią dostrzegłam leżącą na podłodze Beth St. John. Nie poruszała się.

St. John strzelał do wampirzycy raz po raz. Wciąż szła w jego stronę. Krew splamiła przód jej dżinsowej

kurtki. Pistolet szczęknął głucho, skończyła się amunicja. Wampirzyca zachwiała się, po czym padła na

kolana. W chwilę później runęła na twarz, a ja zobaczyłam, że jej plecy były całe okrwawione i

podziurawione jak rzeszoto. Leżała na podłodze, dysząc ciężko, podczas gdy St. John przeładowywał

broń.

Podniosłam się, usiłując obserwować drzwi, na wypadek gdyby miał tu pojawić się kolejny nieproszony

gość. Ruszyłam w stronę Quinlanów i stojącego przed nimi stwora. Musiałam ustawić się pod innym

kątem, aby móc użyć strzelby. Nie chciałam, aby też przy okazji oberwali.

Stwór odwrócił się do mnie. Ujrzałam twarz, która nie była ani ludzka, ani zwierzęca, lecz wydłużona i

obca, z kłami i ślepymi, gorejącymi oczami. Stwór cofnął się i nagie ciało pokryło się skórą, która

przesłoniła tkanki i niemal całkiem nagie kości. Nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Kiedy złożyłam

się do strzału, wymierzyłam w coś, co od biedy można by uznać za ludzką twarz. Długie białe włosy

okalały oblicze o mocno zarysowanych kościach. Nagle potwór ruszył biegiem - jeżeli biegiem można

nazwać osiągnięcie oszałamiającej prędkości, która sprawiła, że jego ciało wyglądało jak rozmyta czarna

struga. To coś biegło tak, jak inne wampiry latały, tego fenomenu nie sposób było określić innym

słowem, a w każdym razie ja tego nie potrafiłam. Wampiry miały wiele talentów. Niektóre latały. Ten

biegał. Zniknął, zanim zdążyłam nacisnąć spust.

Stałam, wpatrując się w otwarte drzwi, podczas gdy lufa mojej strzelby przesuwała się w ślad za stworem.

Czy mogłam strzelić? Dlaczego się zawahałam? Czy to było wahanie? Chyba nie, choć nie miałam

całkowitej pewności. Tak jak wtedy, w lesie, kiedy zginął Coltrain, jakby umknęło mi kilka sekund. To

właśnie ten wampir musiał być poszukiwanym przez nas zabójcą, ale jedyne, co widziałam w lesie, to

jego miecz.

St. John strzelał do leżącej wampirzycy. Strzelał, dopóki znów nie skończyła mu się amunicja. Mimu to

wciąż naciskał spust.

Podeszłam do niego. Z głowy wampirzycy została krwawa miazga i rozrzucone wokół gęstsze strzępy.

Twarzy już nie było.

— To nie żyje, St. John. Zabiłeś to.

Ale on wciąż mierzył do wampirzycy. Cały się trząsł. Nagle osunął się na kolana, jakby nogi odmówiły

mu posłuszeństwa. Podczołgał się do żony, zostawiając pistolet za sobą na dywanie. Wziął ją w ramiona,

ni to podnosząc ją, ni to tuląc do siebie. Była cała we krwi. Gardło z jednej strony zostało rozerwane.

St. John jęknął przeciągle. To był straszny dźwięk.

Krzyżyki Quinlanów przestały świecić. Małżeństwo wciąż tuliło się do siebie i mrugało powiekami, jakby

oślepione silnym światłem.

— Jeff, on zabrał Jeffa — jęknęła Sally Quinlan.

— Spojrzałam na nią. Jej oczy były szeroko rozwarte. — Zabrał Jeffa.

Kto zabrał Jeffa? — spytałam.

Ten wielki — odpowiedział pan Quinlan.

Ten stwór, to coś kazało Jeffowi zdjąć krzyżyk a on to zrobił. — Spojrzał na mnie ze zdumieniem.

Czemu to zrobił? Dlaczego pozbył się krzyżyka?

— Wampir musiał go zahipnotyzować — wyjaśniłam. — Owładnął nim. Chłopak nie

panował nad sobą.

Gdyby jego wiara była silniejsza, nie poddałby się - powiedział Quinlan.

- To nie była wina pańskiego syna.

Quinlan pokręcił głową.

— Nie był dość silny.

Odwróciłam się od niego. Spojrzałam tym samym na St. Johna.

Wciąż trzymał żonę w ramionach i tulił do siebie,

kołysał ją delikatnie. Wzrok miał mętny. Wydawał się nieobecny. Niewidzący. Był teraz gdzieś indziej.

Zamknął się w sobie. Ukrył się w jakimś innym miejscu. Miałam nadzieję, że w lepszym.

Ruszyłam w stronę drzwi. Nie musiałam tego oglądać. Patrzenie, jak St. John kołysze i tuli do siebie

ciało żony, nie należało do moich zawodowych obowiązków. Naprawdę.

Usiadłam na schodach, skąd mogłam widzieć drzwi, korytarz i schody aż do podestu. St. John zaczął

nucić dziwnym, łamiącym się głosem. Dopiero po chwili zorientowałam się, co śpiewał. To było You are

so beautiful Wstałam i ruszyłam w kierunku wyjścia.

Larry i Wallace właśnie dotarli przed ganek.

Pokręciłam głową i minąwszy ich, zeszłam po schodach. Dopiero przy podjeździe przestałam słyszeć

śpiew St. Johna. Przystanęłam tam, zaczerpnęłam kilka głębokich oddechów i powoli wypuściłam

powietrze. Skoncentrowałam się na moim oddechu, na szumie wiatru i rechocie żab. Skupiłam się na

wszystkim, z wyjątkiem dźwięku rodzącego się w moim gardle. Stałam tam w ciemnościach, na

podjeździe i choć wiedziałam, że to niebezpieczne, było mi to obojętne. Stałam tam dopóty, dopóki nie

upewniłam się, że nie zacznę krzyczeć. Następnie obróciłam się na pięcie i wróciłam do domu

Quinlanów.

To była najodważniejsza rzecz, jaką uczyniłam tej nocy.

Rozdział 16

Detektyw Freemont usiadła na jednym końcu kapy Ouinlanów, a ja przycupnęłam na drugim. Nie

mogłyśmy usiąść już dalej od siebie nawzajem. Tylko duma powstrzymywała mnie przed przystawieniem

dla siebie krzesła. Nie ugięłam się pod ciężarem jej spojrzenia gliny. Siedzenie na swoim końcu kanapy

kosztowało mnie wiele wysiłku. Mówiła cicho, wyraźnie intonując każde słowo, jakby obawiała się, że nie

kontrolując głosu, mogłaby zacząć krzyczeć.

— Dlaczego nie skontaktowałaś się ze mną i nie powiedziałaś, że miało miejsce drugie wampirze

morderstwo?

— Szeryf St. John powiadomił policję stanową. Sądziłam, że ciebie również poinformuje, Freemont.

- A jednak tego nie zrobił. Spojrzałam w jej lodowate oczy.

- Znajdowałaś się o dwadzieścia minut jazdy, z jednostką techników badających potencjalne zabójstwo

wampira. Dlaczego nie wezwano cię na miejsce drugiej wampirzej zbrodni?

Freemont zaczęła wodzić wzrokiem na boki, po czym przeniosła spojrzenie na mnie. Lód w jej oczach

zaczął się roztapiać. Trudno było ją przejrzeć, ale wydawała się niespokojna. Niepewna. Może nawet

przerażona.

— Nie powiedziałaś im, że to było zabójstwo dokonane przez wampira, prawda?

Spuściła wzrok.

— Cholera, Freemont, wiem, że nie chcesz, żeby federalni podebrali ci tę sprawę, ale zatajanie

informacji przed własnymi ludźmi... Mogę się założyć, że twoim przełożonym to się nie spodobało.

— To moja sprawa.

— Świetnie. Jeśli masz jakieś plany, to tym lepiej

dla ciebie, ale dlaczego wkurzasz się na mnie?

Wzięła głęboki, drżący oddech i wypuściła powietrze jak biegacz usiłujący wykrzesać z siebie więcej sił.

— Skąd pewność, że wampir użył miecza?

Widziałaś ciało — powiedziałam. Skinęła głową.

Wampir mógł rozerwać szyje ofiarom.

Widziałam ten miecz, Freemont.

— Koroner albo potwierdzi twoją wersję, albo nie.

— Dlaczego nie chcesz, aby to były wampiry? Uśmiechnęła się.

— Sądziłam, że udało mi się rozwikłać tę sprawę.

Myślałam, że dziś rano aresztuję sprawcę. Nie brałam pod uwagę, że to mogła być robota wampira.

Spojrzałam na nią. Nie uśmiechałam się.

Skoro nie wampiry, to kto?

Fairie.

Patrzyłam na nią przez jedno uderzenie serca.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

- Twój szef, sierżant Storr, zadzwonił do mnie. Powiedział mi, czego dowiedziałaś się o Magnusie

Bouvierze. Nie ma alibi na czas, kiedy popełniono te zbrodnie i nawet ty sądzisz, że on mógł to zrobić.

- To, że mógł, nie oznacza, że to zrobił — odparowałam.

Freemont wzruszyła ramionami.

- Uciekł, gdy próbowaliśmy go przesłuchać. Niewinni nie uciekają.

- Co to znaczy uciekł? Jak mógł uciec, skoro go przesłuchiwaliście?

Freemont usiadła wygodniej na kanapie, splatając ręce tak mocno, że na jej palcach pojawiły się białe

plamki.

— Użył magii, aby omamić nasze umysły i uciekł.

- Jakiego rodzaju magii?

Freemont pokręciła głową.

- Co mam powiedzieć, specjalistko od spraw nadnaturalnych? Siedzieliśmy w jego barze we czwórkę jak

idioci, podczas gdy on spokojnie wyszedł. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy wstał od stołu.

Spojrzała na mnie z powagą. Jej oczy znów stały się chłodne i pozbawione wyrazu. Można na kogoś

patrzeć takim wzrokiem cały dzień i ten ktoś nie zdoła przejrzeć twoich sekretów.

- Wyglądał jak człowiek, Blake. Jak zwykły, normalny facet. Nie zorientowałabym się, że coś jest z nim

nie tak. Skąd miałam wiedzieć, że nie jest istotą ludzką?

Już miałam coś powiedzieć, ale zmitygowałam się. Nie byłam pewna, jak odpowiedzieć na pytanie.

Próbował użyć wobec mnie glamour, ale wiedziałam, co się dzieje.

Co to jest glamour i skąd wiedziałaś, że usiłował rzucić na ciebie urok?

— Glamour to nie całkiem urok — odparłam. Nie cierpię wyjaśniać spraw nadnaturalnych ludziom,

którzy nie mają o nich zielonego pojęcia. To tak, jakby ekspert próbował wytłumaczyć mi zagadnienia

fizyki kwantowej. Wiedziałam mniej więcej, o co w tym chodzi, ale nie jak to wszystko funkcjonuje.

Rzecz jasna nieznajomość zasad fizyki kwantowej nie mogła mnie zabić. A nieznajomość zachowań istot

nadnaturalnych mogła doprowadzić do śmierci Freemont.

— Nie jestem idiotką, Blake. Wyjaśnij mi to.

— Nie uważam, że jesteś idiotką detektyw Freemont. Tyle że trudno to wytłumaczyć. Któregoś razu

jechałam w St. Louis z dwoma mundurowymi. Jechaliśmy z miejsca zbrodni. Gliniarz za kierownicą

zauważył nagle faceta idącego chodnikiem. Zatrzymał wóz i kazał facetowi oprzeć ręce na masce auta.

Facet miał przy sobie spluwę i był poszukiwany w innym stanie za napad z bronią w ręku. Zauważyłabym

broń, gdybyśmy byli w jednym pokoju, ale na pewno nie z jadącego samochodu. Po prostu bym tego nie

dostrzegła. Nawet jego partner spytał go, jak on to zrobił. Jak wypatrzył tego faceta. Co zwróciło jego

uwagę. Nie potrafił tego wyjaśnić, ale wiedział, że powinien to zrobić. Musiał to zrobić. Tak po prostu. I

wiedział, jak tego dokonać.

— Kwestia wprawy? — spytała Freemont. Westchnęłam.

- Poniekąd, ale, u licha, ja na co dzień zajmuję się ożywianiem zmarłych. Mam nadnaturalne zdolności. To

daje mi pewną przewagę.

- Jak, do diabła, mamy postępować z tymi stworami ? Gdyby Bouvier miał broń, wystrzelałby nas jak

kaczki, a my nawet nie kiwnęlibyśmy palcem. Ocknęliśmy się, a jego już nie było. Nigdy czegoś takiego

nie widziałam.

— Są rzeczy, które chronią przed glamourem faire - odparłam.

- Jakie?

- Czterolistna koniczyna przełamie moc glamouru, ale nie powstrzyma fairie, gdyby zechciał zabić cię

gołymi rękami. Są jeszcze inne rośliny, które można nosić, a które niweczą moc uroków: dziurawiec

zwyczajny, werbena czerwona, stokrotka, jarzębina, jesion. Ja postawiłabym na maść z czterolistnej

koniczyny albo dziurawca. Należy posmarować nią powieki, uszy, usta i dłonie. To powinno stanowić

skuteczną ochronę przed glamourem.

- Gdzie można to dostać? Zamyśliłam się przez chwilę.

- Cóż, w St. Louis znam takie miejsca. Tu powinnaś spróbować w sklepach ze zdrową żywnością i

salonach okultystycznych. Maść przeciwko urokom fairie będzie ci raczej trudno dostać, ponieważ w tym

kraju fairie w zasadzie nie występują. Maść z czterolistnej koniczyny jest bardzo droga i rzadka. Spróbuj

zapytać o dziurawca.

Westchnęła.

- Czy maść ochroni mnie przed mentalnym wpływem innych istot, na przykład wampirów?

— Nie — odparłam. — Na wampiry to nie działa.

A co na nie działa?

Krzyżyk, modlitwa, unikanie kontaktu wzrokowego. Krwiopijcy potrafią robić rzeczy, przy których

Magnus wydałby ci się amatorem.

Potarła powieki, rozcierając cienie kciukami. Nagle wydała mi się zmęczona.

— Jak możemy chronić ludzi przed czymś takim?

— Nie możemy — odparłam.

— Ale musimy. Na tym polega nasza praca.

Nie wiedziałam, co mam na to odpowiedzieć i nawet nie próbowałam.

Sądzisz, że to robota Magnusa, bo uciekł i nic ma alibi?

W przeciwnym razie po co miałby uciekać?

Nie wiem — odparłam. — Ale on tego nie zrobił. Widziałam to coś w lesie. To nie był Magnus. Właściwie

do tej pory tylko słyszałam o wampirach kształtujących się z cieni. Nigdy dotąd ich nie widziałam.

Spojrzała na mnie.

Nigdy ich dotąd nie widziałaś. To niezbyt pocieszające.

Nie o to mi chodziło. Ale jako że to nie Magnus, możesz zrezygnować z wystawienia listu gończego za

nim.

Pokręciła głową.

— Użył magii przeciwko funkcjonariuszom policji, popełniając przestępstwo.

— Jakie przestępstwo popełnił?

- Uciekł.

Ale przecież nie został aresztowany.

Miałam nakaz jego aresztowania.

Nie miałaś dość zarzutów, aby zdobyć nakaz - zauważyłam.

Wystarczy znać sędziego.

On nie zabił tych dzieciaków. Ani Coltraina.

Sama nam go wskazałaś.

- To było tylko przypuszczenie. Przy pięciorgu zabitych nie mogę sobie pozwolić na pomyłkę.

Wstała.

- Dobrze, niech będzie. To robota wampirów, a ja nie mam pojęcia, dlaczego Magnus Bouvier zapragnął

nagle dać nogę. Mimo to użycie magii przeciwko funkcjonariuszom policji jest przestępstwem.

- Nawet jeżeli nie był winny zbrodni, o którą próbowałaś go oskarżyć? — spytałam.

- Użycie magii w zbrodniczych celach jest poważnym przestępstwem. Mamy nakaz aresztowania

Mngiuisa Bouviera. Proszę o tym pamiętać, gdyby go pani spotkała, panno Blake.

— Wiem, że Magnus nie jest niewiniątkiem, detektyw Freemont. Nie wiem, dlaczego on uciekł, jeśli

jednak rozpowszechni pani informację, że użył magii wobec glin, ktoś może go zastrzelić.

- On jest niebezpieczny, panno Blake.

- Jak wielu ludzi, pani detektyw. Ale nikt ich nie ściga, ani nie aresztuje tylko na podstawie

domniemania.

Skinęła głową.

- Wszyscy mamy swoje uprzedzenia, panno Blake. I przez to od czasu do czasu popełniamy błędy.

W tym przypadku wiemy przynajmniej, z czym mamy do czynienia. Znamy sprawcę.

Tak — powiedziałam. — Znamy sprawcę.

Czy wie pani, kiedy zostało zabrane ciało dziewczyny? — spytała. Wyjęła notes z kieszeni, kurtki.

Rzeczowa kobieta.

Pokręciłam głową.

Nie. Już go nie było, kiedy tu przyszłam.

Co panią skłoniło, by ponownie obejrzeć ciało?

Spojrzałam na nią. Jej oczy były łagodne i nieprzeniknione.

Zadały sobie wiele trudu, by uczynić ją jedną z nich. Uznałam, że mogą spróbować ją zabrać. I tak się

stało.

Ojciec twierdzi, że poprosił panią o zakołkowanie jej ciała, zanim udała się pani w pościg za wampirami.

Czy to prawda?

Głos miała teraz łagodny, rzeczowy. Uważnie słuchała moich odpowiedzi. Nie robiła tylu notatek co

Dolph. Po prostu chciała zająć czymś ręce. W końcu miałam okazję ujrzeć Freemont przy pracy. Chyba

była w tym dobra. To mnie trochę uspokoiło.

Tak, to prawda.

Dlaczego nie spełniła pani życzenia rodziców?

— Miałam kiedyś taki przypadek. Ojciec, wdowiec. Jego jedyna córka została ukąszona. Zażyczył sobie,

abym ją zakołkowała. Zrobiłam to jeszcze tej samej nocy. Następnego ranka zjawił się z płaczem w moim

biurze, błagając, abym to odwróciła. Chciał, abym przywróciła ją do życia jako wampirzycę.

Odchyliłam się na kanapie do tyłu i skrzyżowałam ramiona. - Jeśli przebijesz kołkiem serce młodego

wampira, umrze on ostateczną śmiercią.

- Sadziłam, że aby mieć pewność, trzeba jeszcze obciąć mu głowę.

- Owszem — przyznałam. — Gdybym zakołkowała córkę Quinlanów, wycięłabym jej serce i odrąbała

głowę. — Pokręciłam głową. — Niewiele by pozostało.

Zapisała coś w notesie. Nie zauważyłam, co.

Mogłam się założyć, że ot tak, po prostu sobie bazgrała.

- Teraz rozumiem, dlaczego postanowiła pani czekać, ale Quinlanowie grożą, że podadzą panią do

sądu.

- Tak, wiem.

Freemont uniosła brwi.

- Pomyślałam, że może będzie pani chciała wiedzieć.

- Dzięki.

Nie znaleźliśmy jeszcze ciała chłopca.

Wątpię, abyście je znaleźli — odparłam.

Jej oczy nie wydawały się już łagodne. Przymrużyła podejrzliwie powieki.

- Jak to?

- Gdyby chcieli go zabić, zrobiliby to tu, tej nocy. Chyba chcą go przemienić.

- Po co?

Wzruszyłam ramionami.

- Nie wiem. Zwykle jednak, jeśli jakiś wampir zaczyna przejawiać zainteresowanie konkretną rodziną,

istnieje po temu konkretny powód.

- To znaczy motyw?

Skinęłam głową.

Weźmy Quinlanów. To gorliwi katolicy. Kościół postrzega wampiryzm jako formę samobójstwa. Ich

dzieci, jeśli staną się wampirami, będą po wsze czasy potępione.

To gorsze niż zwyczajne zabicie ich — wtrąciła.

Dla Quinlanów chyba tak.

Czy wampiry mogą wrócić po rodziców?

Zamyśliłam się przez chwilę.

— Nie wiem. Przed zalegalizowaniem wampiryzmu miało miejsce kilka przypadków, kiedy mistrz

wybijał całe rodziny. Niekiedy najpierw się z nimi zaprzyjaźniał. Kiedy indziej chodziło o zemstę. Jednak

od czasu legalizacji nie przypominam sobie, aby wydarzyło się coś takiego. Wampir mógłby ich po prostu

podać do sądu. Czym aż tak bardzo mogli zawinić Quinlanowie, aby zasłużyć sobie na taki los? I

Drzwi otworzyły się. Freemont odwróciła się z pochmurną miną. W progu stali dwaj mężczyźni. Obaj

mieli czarne garnitury, ciemne krawaty i białe koszule. Standardowy model federalny. Jeden był biały i

niski, drugi czarny i wysoki. Już samo to powinno ich odróżniać, a jednak wydawali się identyczni, jak

wytłoczeni spod tej samej sztancy.

Niższy pokazał nam legitymację.

— Agent specjalny Bradford, a to agent Elwood. Która z pań to detektyw Freemont?

Freemont podeszła do nich z wyciągniętą rękę. Pokazywała, że jest nieuzbrojona i ma przyjazne zamiary.

Taa, jasne.

— Jestem detektyw Freemont, a to Anita Blake.

Ucieszyło mnie, że załapałam się na oficjalne powitanie. Wstałam i dołączyłam do pozostałych. Agent

Bradford długo mi się przyglądał. Dostatecznie długo, aby mnie zdenerwować.

- Coś nie tak, agencie Bradford?

Pokręcił głową.

- Uczęszczałem na wykłady sierżanta Storra w Quantico. Po tym, co o pani mówił, sądziłem, że jest pani

wyższa. — Mówiąc to, uśmiechnął się na poły przyjaźnie, na poły protekcjonalnie.

Miałam ochotę się odciąć, ale z federalnymi lepiej nie zaczynać. Tak czy owak przegrałabym.

Przykro mi, że pana rozczarowałam.

- Rozmawialiśmy już z funkcjonariuszem Walllace'em. Z jego opowieści także można było wyobrazić

sobie panią jako kogoś bardziej postawnego. Wzruszyłam ramionami.

- Trudniej byłoby opisać mnie jako niższą, niż jestem.

Uśmiechnął się.

Chcielibyśmy pomówić z detektyw Freemont na osobności, panno Blake. Proszę się jednak zbytnio nie

oddalać, chcielibyśmy uzyskać oświadczenie od pani i jej asystenta, pana Kirklanda.

Oczywiście.

Osobiście spisałam zeznania panny Blake — powiedziała Freemont. - Chyba nie będziecie musieli tego

powtarzać, panowie.

Bradford spojrzał na nią.

My o tym zadecydujemy.

Gdyby panna Blake wezwała mnie, kiedy była tylko jedna ofiara, nie mielibyśmy dziś dwóch zabitych

policjantów i jednego cywila.

Spojrzałam na nią. Freemont chciała się z tego wywinąć moim kosztem. W porządku.

— Nie zapominajmy o zaginionym chłopcu — wtrąciłam. Wszyscy spojrzeli na mnie. — Szukamy

winnych, świetnie, kozioł ofiarny zawsze się znajdzie. Gdyby wcześniej mnie pani nie spławiła na pewno

bym panią powiadomiła, a tak wezwałam policję stanową. Gdyby opowiedziała pani przełożonym

wszystko, co usłyszała ode mnie, połączyliby obie sprawy, a w efekcie i tak trafiłaby pani tutaj.

— Miałam dość ludzi, aby zabezpieczyć dom i osoby cywilne — odparowała Freemont. — Nie

mówiąc już o chronieniu życia niewinnych.

Skinęłam głową.

— Zapewne. Ale przyjechałaby pani tutaj i znów wykopała mnie w try miga. A potem poszłaby pani

z St. Johnem i jego ludźmi w ciemną noc, by zapolować na pięć wampirów, w tym jednego bardzo starego,

mając za jedyne doświadczenie przejrzenie parę zdjęć ofiar wampirów. Krwiopijcy wyrżnęliby was w pień,

ale może, powtarzam, może Beth St. John nadal by żyła. I Jeff Quinlan może też byłby teraz w domu.

Spojrzałam na nią i patrzyłam, jak gniew znika z jej oczu. Patrzyłyśmy na siebie nawzajem.

— Obie spieprzyłyśmy sprawę, pani sierżant.

— Odwróciłam się do agentów. —- Zaczekam na zewnątrz.

— Chwileczkę — rzucił Bradford. — Storr mówił, że w takich przypadkach może niekiedy pomóc

miejscowa wspólnota wampirów. Z kim mógłbym tutaj porozmawiać?

- Czemu mieliby ścigać jednego ze swoich? — spytał agent Elwood.

- Ponieważ takie wypadki okrywają ich złą sławą, zwłaszcza teraz, po zamordowaniu córki senatora

Brewstera. Wampiry mają dostatecznie złą prasę.

Większości z nich podoba się, że są pełnoprawnymi obywatelami tego kraju. Cieszy je, że zabijanie

wampirów jest traktowane jak morderstwo.

- Wobec tego z kim powinienem porozmawiać? Spytał Bradford.

Westchnęłam.

- Nie wiem. Nie jestem stąd. Nie znam tutejszych wampirów.

- A jak mógłbym dowiedzieć się, z kim należy pomówić?

Chyba mogłabym panu w tym pomóc.

Jak?

Pokręciłam głową.

- Znam kogoś, kto może znać konkretne imię. Nie, żebym próbowała to przed wami ukrywać, ale wiele

potworów nie chce mieć do czynienia z policją. Jeszcze nie tak dawno policjanci strzelali do nich przy byle

okazji.

Czy to znaczy, że wampiry będą rozmawiać z panią, a z nami nie? — spytał Elwood.

Mniej więcej.

- To bez sensu. Jest pani egzekutorką. Pani zadaniem jest likwidowanie ich. Dlaczego miałyby wierzyć

pani, a nie nam? — spytał.

Nie wiedziałam, jak mam to wyjaśnić i nie byłam pewna czy tego chcę.

Ożywiam także zombi, agencie Elwood. Chyba na swój sposób wampiry także widzą we mnie potwora.

— Mimo iż jest pani dla nich odpowiednikiem krzesła elektrycznego?

— Mimo to. — To nielogiczne.

Wybuchnęłam śmiechem, nie mogłam się powstrzymać.

— Boże, czy w czymkolwiek, co wydarzyło się w tej nocy, można by doszukać się jakiejś logiki?

Elwood uśmiechnął się pod nosem. Spośród nich miał mniej doświadczenia. Chyba nie wpojono mu

jeszcze, że agenci FBI nie powinni się uśmiechać.

— Chyba nie próbowałaby pani zataić informacji przed FBI, prawda, panno Blake? — spytał

Bradford.

— Jeśli uda mi się znaleźć miejscowego wampira, który zechce z wami porozmawiać, podam wam jego

imię.

Bradford spojrzał na mnie.

— A może poda nam pani imiona wszystkich miejscowych wampirów, których pani pozna? Proszę

się nie martwić o to, czy zechcą z nami mówić, czy nie.

Patrzyłam na niego przez chwilę i skłamałam:

— Jasne. — Jeśli liczyłam na pomoc ze strony potworów, nie mogłam oddać ich wszystkich glinom

Tylko kilku wybranych.

Sprawiał wrażenie, jakby nie całkiem mi wierzył, ale nie chciał zarzucić mi kłamstwa prosto w oczy.

— Gdy dowiemy się, które wampiry są odpowiedzialne za to, co się stało, wezwiemy panią, aby je

uśmierciła.

To było więcej, niż zamierzała uczynić Freemont.

Ta noc nabierała coraz lepszych perspektyw.

- Proszę tylko wysłać mi sygnał na pager.

- Teraz chcielibyśmy porozmawiać z sierżant Freemon panno Blake.

Odprawiono mnie. No i dobrze. Podał mi rękę. Uścisnęłam ją. Potem pożegnałam się z agentem

Elwoodem. Wszyscy się uśmiechnęli.

Wyszłam.

Larry czekał w holu. Na mój widok wstał ze schodów.

Co teraz?

Muszę zadzwonić.

Do kogo?

Od strony kuchni nadeszło jeszcze dwóch facetów, którym brakowało jedynie wytatuowanego na czołach

napisu „Agent federalny".

Pokręciłam głową i wyszłam na zewnątrz. Noc była chłodna i wietrzna. Wokoło roiło się od glin. W życiu

nie widziałam tylu federalnych. Ale cóż, pierwszy wampirzy seryjny zabójca to sensacja na skalę krajową.

Każdy chciał uszczknąć coś dla siebie. Gdy tak patrzyłam na ludzi kręcących się po starannie

przystrzyżonym trawniku, nagle zatęskniłam za domem. Miałam chęć spakować się i wrócić do St. Louis.

Było jeszcze wcześnie. Noc była jeszcze młoda. Mimo to miałam wrażenie, jakby upłynęły całe wieki,

odkąd opuściliśmy cmentarzysko. Do diabła, mam jeszcze dość czasu, by wrócić i zerknąć na cmentarz

Stirlinga przed świtem.

Wsiadłam do dżipa, którego wypożyczył nam Bayard. Zamierzałam skorzystać ze znajdującego się tam

poręcznego telefonu.

Larry osunął się na fotel pasażera.

To prywatna rozmowa.

Daj spokój, Anito.

Wysiadaj, Larry.

Mam wysiąść i pójść w ciemną noc, gdzie czyhają wampiry. — Zamrugał wielkimi, niebieskimi

oczami.

Roi się tu od glin. Nic ci się nie stanic. Jesteś bezpieczny. Wynocha.

Wysiadł, mamrocząc pod nosem. Niech sobie mamrocze. Larry chciał być łowcą wampirów, jego wola, ale

to nie oznacza, że musiał tak jak ja zadawać się z potworami. Starałam się chronić go przed tym

jak tylko umiałam najlepiej. To nie było proste, ale uznałam, że gra jest warta świeczki.

Okłamałam agentów FBI. Miałam z wampirami dobre układy, ale nie dlatego, że zajmowałam się

ożywaniem zombi. Wynikało to z faktu, że miał na miał na mnie chętkę sam Mistrz Miasta St. Louis. Był

we mnie zakochany, a przynajmniej tak mu się wydawało.

Znałam jego numer na pamięć, co już samo w sobie było złym znakiem.

— Grzeszne Rozkosze, tu spełniają się wasze najmroczniejsze fantazje. Mówi Robert. W czym mogę

pomóc?

Pięknie, Robert, jeden z wampirów, których szczerze nie znosiłam.

— Cześć, Robercie, mówi Anita. Muszę pilnie pomówić z Jean-Claude'em.

Zawahał się, po czym powiedział:

— Przełączę cię do jego gabinetu. To nowy system, więc gdybym cię przez przypadek rozłączył,

zadzwoń ponownie.

W słuchawce coś szczęknęło, zanim zdążyłam odpowiedzieć. Chwila ciszy i na linii rozległ się głos. O

Jean-Claudzie można powiedzieć wiele złego, ale sprzęt ma niezły.

- Dobry wieczór, ma petite. — To wszystko, co powiedział, ale ja odniosłam wrażenie, jakby wnętrze

mojej czaszki pieściła przez tych parę chwil delikatna, miękka skóra.

Jestem w pobliżu Branson. Muszę się skontaktować z miejscowym Mistrzem Miasta.

- Żadnego „dobry wieczór, Jean-Claude, co u ciebie słychać?" Od razu do rzeczy. To doprawdy

nieuprzejme, ma petite.

- Posłuchaj, nie mam teraz czasu na twoje gierki. Szaleją tu jakieś wampiry. Porwały chłopaka. Chcę go

znaleźć, zanim go przemienią.

Ile lat ma chłopiec?

Szesnaście.

W minionych wiekach szesnastolatka nie uważano już za dziecko.

Obecnie istnieją inne kryteria wiekowe określające pełnoletność.

Czy poszedł z nimi z własnej woli?

Nie.

Wiesz to na pewno czy po prostu powiedziano ci, że został uprowadzony?

Rozmawiałam z nim wcześniej. Nie poszedłby z nimi z własnej woli.

Jean-Claude westchnął. Ten dźwięk prześlizgnął się po mojej skórze jak chłodne palce.

Czego ode mnie chcesz, ma petite!

Chcę porozmawiać z lokalnym Mistrzem Miasta. Muszę poznać jego imię. Zakładam, że wiesz kto jest

tutejszym mistrzem?

— Oczywiście, ale to nie takie proste.

— Mamy tylko trzy noce, aby go ocalić, i znacznie mniej, jeśli miał być dla nich jedynie przekąską.

Mistrz nie zechce z tobą mówić bez przewodnika, który cię wprowadzi.

To przyślij mi kogoś.

Kogo? Roberta? Williego? Żaden z nich nie jest dość potężny, by móc pełnić rolę twojej straży

przybocznej.

Jeśli chodzi ci o to, że nie są w stanie mnie obronić, nie przejmuj się. Obronię się sama.

Wiem, że potrafisz o siebie zadbać, ma petite. Dałaś mi to jasno do zrozumienia. Ale nie wyglądasz

dostatecznie groźnie. Musiałabyś zastrzelić jednego czy dwóch, aby nauczyć ich moresu. Gdyby tak się

stało, nawet jeśli wyszłabyś z tego z życiem, i tak nie uzyskałabyś pomocy z ich strony.

Chcę, aby ten chłopak wrócił cały i zdrowy do domu. Może ty mógłbyś mi pomóc, Jean-Claude.

Ma petite...

Ujrzałam w myślach brązowe oczy Jeffa Ouinlana. Jego pokój z tapetą z kowbojami.

Pomóż mi, Jean-Claude.

Milczał przez chwilę.

— Tylko ja jestem na tyle potężny, by zostać twoją strażą przyboczną. Czy chcesz, abym rzucił

wszystko i przyjechał do ciebie?

Tym razem to ja zamilkłam. Sprawy przybrały nieoczekiwany obrót. Wyglądało na to, że jeśli się zgodzę,

będę mieć wobec Jean-Claude'a spory dług.

Bądź co bądź wyświadczał mi przysługę. Nie chciałam mieć wobec niego zobowiązań. Ale jakoś sobie z

tym poradzę. Będę mogła z tym żyć. A Jeff Quinlan mógł nie przeżyć kilku kolejnych dni.

Świetnie — odparłam.

Chcesz, abym przyjechał i pomógł ci?

Zgrzytnęłam zębami i powiedziałam:

Tak.

Przylecę jutrzejszej nocy.

jeszcze tej nocy.

Ma petite, ma petite, co ja mam z tobą zrobić?

Mówiłeś, że mi pomożesz.

I pomogę, ale to wymaga czasu.

Co wymaga czasu?

Może powinnaś wyobrazić sobie, że Branson to obce państwo. Potencjalnie wrogi kraj, gdzie jestem

zobowiązany uzyskać niezbędne gwarancje bezpieczeństwa. Są po temu odpowiednie procedury. Jeśli

zjawię się znienacka, może to zostać odebrane jako wypowiedzenie wojny.

Nie mógłbyś zjawić się już dziś? — spytałam. - Ale zgodnie z procedurami, nie rozpętując przy tym

wojny?

Być może, gdybyś jednak zechciała zaczekać do następnej nocy, ma petite, moglibyśmy w miarę

bezpiecznie wkroczyć na tamtejsze terytorium.

My potrafimy o siebie zadbać. Jeff Quinlan nie.

Tak się on nazywa?

Tak.

Wziął głęboki oddech i westchnął tak przeciągle, aż zadrżałam. Kazałabym mu przestać, ale to tylko go

rozbawiło, więc tego nie zrobiłam.

— Przylecę jeszcze dzisiejszej nocy. Jak mam się z tobą skontaktować?

Podałam mu numer hotelu, a potem z ciężkim sercem numer pagera.

Zadzwonię, gdy już będę na miejscu.

Ile ci zajmie lot?

- Myślisz, że przylecę tu o własnych siłach, jak ptak?

Nie spodobało mi się rozbawienie w jego głosie, ale odpowiedziałam zgodnie z prawdą:

— Tak założyłam.

Zaśmiał się, a na moich ramionach pojawiła się gęsia skórka.

Och, mapetite, mapetite, jesteś nieoceniona.

To właśnie chciałam usłyszeć.

No to jak tu dotrzesz?

Moim prywatnym odrzutowcem.

Oczywiście, miał prywatny odrzutowiec.

Kiedy przylecisz?

Najszybciej, jak to będzie możliwe, mój niecierpliwy kwiatuszku.

Wolę ma petite niż kwiatuszku.

Jak sobie życzysz, ma petite.

Chcę zobaczyć się z Mistrzem Branson jeszcze tej nocy, przed świtem.

Dałaś mi to jasno do zrozumienia. Postaram się, to załatwić.

Nie tylko się postaraj, ale zrób to.

Masz wyrzuty sumienia w związku z tym chłopcem. Dlaczego?

Nie mam wyrzutów sumienia.

W takim razie czujesz się za niego odpowiedzialna — poprawił.

Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Trafił w dziesiątkę.

Chyba nie czytałeś w moich myślach?

Nie, ma petite, domyśliłem się tego po twoim głosie i zniecierpliwieniu.

Nie podobało mi się to. Za dobrze mnie znał. Nie znosiłam tego.

Tak, czuję się odpowiedzialna.

Dlaczego?

Bo ja tu dowodziłam.

Czy uczyniłaś wszystko co w twojej mocy, aby zapewnić mu bezpieczeństwo?

Zapieczętowałam wszystkie wejścia hostiami.

A zatem ktoś ich wpuścił, tak?

Okazało się, że w ścianie domu były drzwiczki dla psa, wyjście przez garaż. Gospodarze nie chcieli

montować ich w drzwiach frontowych.

- Czy było wśród nich dziecko-wampir?

— Nie.

Wobec tego, jak to zrobili?

Opisałam mu chudego jak szkielet wampira.

— To wyglądało prawie jak zmiana postaci. Potrafił tego dokonać w kilka sekund. Po przemianie

mógłby w słabym świetle niemal uchodzić za człowieka. Nigdy jeszcze nie widziałam czegoś takiego.

— Ja widziałem takie zdolności tylko raz — przyznał.

— Wiesz, kto to jest, prawda?

— Przyjadę do ciebie najszybciej, jak się da, ma petite.

— Nagle zmieniłeś ton, stałeś się bardzo poważny. Dlaczego?

Zaśmiał się, ale w tym dźwięku dało się wyczuć gorycz i żal. Odniosłam wrażenie, jakby moje usta

wypełniły się tłuczonym szkłem. Słuchanie tego dźwięku bolało.

Za dobrze mnie znasz, ma petite.

Odpowiedz mi na pytanie.

Czy chłopiec, którego zabrano, wyglądał na młodszego niż w rzeczywistości?

Tak, czemu pytasz?

Cisza, tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Żadnej odpowiedzi.

— Mów do mnie, Jean-Claude.

Czy ostatnio w tej okolicy zaginęli jeszcze inni młodzi chłopcy?

Nic mi o tym nie wiadomo, ale nie pytałam.

Zapytaj.

W jakim wieku?

— Dwanaście-czternaście lat i starsi, o ile nie wyglądali na swój wiek.

Jak Jeff Quinlan — powiedziałam.

Obawiam się, że tak.

— Czy ten wampir robi coś więcej, niż tylko porywa dzieciaki?

O co konkretnie pytasz, ma petite?

Czy morduje dzieci, nie tylko się nimi pożywia, ale po prostu morduje?

To znaczy?

Zawahałam się. Nie należy dyskutować z potworami o prowadzonych śledztwach.

— Wiem, że mi nie ufasz, ma petite, ale to ważne. Opowiedz mi o tych zabójstwach. Bardzo proszę.

Rzadko mówił proszę. Powiedziałam mu. Nie wdawałam się w szczegóły, ale jednak mu powiedziałam.

- Czy były molestowane?

Molestowane — powtórzyłam.

Dokładnie tak ma petite, molestowane. Są na to inne określenia, ale nie używa się ich wobec dzieci.

Ach, tak — żachnęłam się. – Nie wiem, czy napastowano je seksualnie. Były w pełni ubrane.

Są rzeczy, które można zrobić, nie zdejmując ubrania ma petite. Ale molestowanie, o którym mowa,

powinno mieć miejsce na długo przed zabiciem ofiary. Mówię tu o regularnym, systematycznym

molestowaniu przez okres wielu tygodni, a nawet miesięcy.

Dowiem się, czy było napastowane. — I nagle coś mi przyszło do głowy. – Czy ten wampir robił to

kiedykolwiek z dziewczyną?

Mówiąc „to", masz na myśli seks?

Tak.

- Gdyby rozpaczliwie pragnął towarzystwa, wziąłby sobie bardzo młodą dziewczynę, nawet nie nastolatkę,

ale tylko wówczas, gdyby nie znalazł dla siebie dogodniejszego obiektu.

Przełknęłam ślinę. Obiektu. Rozmawialiśmy o dzieciach jak o przedmiotach.

Nie, ta dziewczyna wyglądała już jak kobieta. Nie była już małym dzieckiem.

A zatem nie tknąłby jej. Nie z własnej woli. Co to znaczy - nie z własnej woli. Kto mógłby mu to nakazać?

Jego mistrz mógłby zmusić go do tego i zrobiłby to gdyby dostatecznie mocno obawiał się swego mistrza.

Choć mało jest osób, których mógłby lękać się na tyle, aby uczynić coś, co w swej naturze uważałby za

odrażające.

Znasz tego wampira. Kim on jest? Podaj mi jego imię.

Gdy przybędę na miejsce, ma petite.

Podaj mi tylko jego imię.

Abyś mogła przekazać je policji?

Na tym polega ich praca.

Nie. Jeśli to osoba, o której myślę, to nie będzie to sprawa dla policji.

A to dlaczego?

Najkrócej mówiąc, on jest zbyt niebezpieczny i nazbyt osobliwy, aby można było ujawnić go przed ludźmi.

Gdyby śmiertelnicy dowiedzieli się, że są wśród nas takie istoty, mogliby zwrócić się otwarcie przeciwko

nam. Na pewno wiesz, że w senacie ostatnio zawrzało.

Słyszałam o tym.

W takim razie moja ostrożność nie powinna cię dziwić.

Być może, jeśli jednak z powodu twojej ostrożności zginą ludzie, ustawa Brewstera może zostać

przegłosowana. Nie pomyślałeś o tym?

Ależ tak, ma petite. A teraz już się pożegnam. Mam wiele spraw do załatwienia.

Przerwał połączenie.

Siedziałam jeszcze przez dłuższą chwilę, wpatrując się w aparat. Niech go szlag. Co miał na myśli, mówiąc

„osobliwy"? Co potrafił ten wampir, czego nie umieli inni krwiopijcy? Na pewno był w stanie rozciągnąć

swe ciało na tyle, by przecisnąć się przez drzwiczki dla psa. Houdini mógłby mu pewnie pozazdrościć, ale

to jeszcze nie zbrodnia. Tyle że ja pamiętałam jego twarz. Była taka nieludzka. Nie przypominała nawet

twarzy trupa. Wyglądała... inaczej. Po prostu inaczej. I pamiętałam tych kilka straconych sekund. To

przydarzyło mi się już dwukrotnie. Ja, wielka zabójczym wampirów, byłam przez

mgnienie oka bezradna jak pierwszy lepszy cywil. Gdy ma się do czynienia z wampirami, mgnienie oka

może decydować o życiu lub śmierci.

Widok takich istot może sprawić, że zaczniesz mówić o demonach. Tak też było z Quinlanem seniorem.

Policja zignorowała go, a ja nie poparłam jego wersji wydarzeń. Quinlan nigdy nie spotkał w swoim życiu

demona, w przeciwnym razie nie popełniłby takiego błędu. Gdy raz zetkniesz się z demonem, nigdy tego

nie zapomnisz. Wolałam raczej zmierzyć się z tuzinem wampirów jednocześnie, niż stanąć oko w oko z

demonem. Takim istotom niestraszne nawet srebrne kule.

Rozdział 17

Było po drugiej w nocy, kiedy wróciliśmy na cmentarz. Federalni przetrzymywali nas w nieskończoność,

jakby nie wierzyli, że mówimy im całą prawdę. Coś podobnego. Nie znosiłam, gdy oskarżono mnie

niesłusznie o zatajenie dowodów. Aż kusiło mnie, by skłamać, aby ich nie rozczarować. Chyba Freemont

przedstawiła im mnie w niezbyt pochlebny sposób. To dla mnie nauczka. Na drugi raz będę wiedziała, jak

powinnam się zachować. Tyle że wydawało mi się nie na miejscu wzajemne oskarżanie się, gdy krew Beth

St. John nie zaschła jeszcze na dywanie.

Wiatr niosący z sobą zapowiedź ulewy ucichł zupełnie. Rozwiały się gęste chmury, które wisiały na niebie,

kiedy bawiliśmy się w lesie w berka z wampirami. Na niebie wisiał srebrny księżyc. Pełnia była dwa dni

temu. Odkąd spotykałam się z Richardem, zwracałam większą uwagę na fazy księżyca. Kto by pomyślał.

Księżyc lśnił jak wypolerowany. Roztaczał blask na tyle silny, źe rzucał słabe cienie. Latarka nie byłą

potrzebna, ale Raymond Stirling mimo to wziął ją ze sobą. To była wielka halogenowa latarka, która lśniła

w jego dłoni jak miniaturowe słońce.

Patrzyłam, jak unosi ją w moim i Larry'ego kierunku. Warknęłam:

- Proszę na nas nie świecić. Nic byśmy nie widzieli w ciemnościach.

Może nie było to zbyt uprzejme, ale czułam się umęczona. To była długa noc.

Zatrzymał rękę w pół ruchu. Nie musiałam widzieć jego twarzy, aby wiedzieć, że to mu się nie Podobało.

Ludzie pokroju Raymonda są przyzwyczajeni do wydawania rozkazów, a nie podporządkowywania się im.

Zgasił latarkę. I bardzo dobrze. Zaczekał, aż dołączą do niego panna Harrison, Bayard i Beau. Tylko on

jeden miał latarkę. Mogłam się założyć, że jego świta miała w głębokim poważaniu nocne widzenie i

wolałaby mieć porządne światło.

Larry i ja wciąż mieliśmy na sobie kombinezony. Zaczynałam mieć już dość. Chciałam wrócić do hotelu i

położyć się spać. Ale kiedy zjawi się Jean-Claude, i tak się nie wyśpię. W tej sytuacji mogłam

przynajmniej trochę popracować. Poza tym Stirling był moim jedynym obecnie płacącym klientem. To

fakt, otrzymuję zapłatę za likwidowanie wampirów, są to legalne egzekucje, ale to żadne pieniądze.

Stirling finansował tę wyprawę. Chyba za taką kasę zasługiwał na odrobinę wysiłku z mojej strony.

Długo na panią czekaliśmy, panno Blake.

Przykro mi, że śmierć młodej dziewczyny pokrzyżowała pańskie plany na dziś, panie Stirling. Wejdziemy

na górę?

- Współczuję bliskim jej straty, panno Blake i nie zgadzam się z sugestią, jakobym był pozbawiony

podstawowych ludzkich uczuć, co, jak mniemam pani suponowała.

Stał w księżycowej poświacie, wyprostowany i bardzo władczy. Panna Harrison i Bayard zbliżyli się do

niego, okazując swoje poparcie. Beau tylko stał z lekkim uśmieszkiem rozbawienia na ustach. Miał na

sobie czarną pelerynę przeciwdeszczową. Wyglądał jak zjawa.

Spojrzałam na czyste, rozgwieżdżone niebo. Potem na Beau. Uśmiechnął się szeroko, błyskając zębami.

Pokręciłam głową. Może ten facet był kiedyś skautem, przygotowanym na każdą sytuację i tak dalej.

— W porządku, cokolwiek pan powie. Miejmy to już za sobą.

Nie czekałam na nich. Po prostu ich wyminęłam i zaczęłam piąć się pod górę. Idący obok Larry mruknął:

Zachowujesz się arogancko i nieuprzejmie

Spojrzałam na niego.

To prawda.

To nasz klient. Płaci ciężkie pieniądze, Anito

Nie musisz mnie strofować, dobra?

Co się z tobą dzieje?

Przystanęłam.

Nie mogę zapomnieć tej dziewczyny i chłopaka. Oto co się ze mną dzieje. Ciebie najwyraźniej to nie

rusza?

Owszem, rusza mnie, ale nie zamierzam z tego powodu wyżywać się na innych.

Wzięłam kilka głębokich oddechów. Musiałam się rozluźnić. Larry miał rację. Cholera.

— W porządku. Masz rację. Spróbuję być milsza.

Stirling i jego świta podeszli do nas.

- Idzie pani, panno Blake?

Minął nas, sztywny jakby kij połknął.

Panna Harrison potknęła się. Gdyby Bayard jej nie złapał, wylądowałaby na tyłku. Wciąż nosiła szpilki.

Może w jej firmie sekretarkom zabraniano noszenia tenisówek.

Beau szedł powoli, a poły czarnej peleryny trzepotały wokół jego długich nóg. Towarzyszący temu odgłos

mlaskania działał mi na nerwy.

Dobra, może w tej chwili wszystko mnie denerwowało. Byłam rozdrażniona. Gdzieś tam był Jeff Quinlan.

Teraz albo już nie żył, albo został po raz pierwszy ukąszony. To nie była moja wina. Kazałam jego ojcu

umieścić hostię przy każdym z wejść. Nie omieszkałabym zabezpieczyć również drzwiczek dla psa,

gdybym o nich wiedziała, ale przecież nie widziałam całego domu. Nawet mnie postawienie straży przy

drzwiczkach dla psa trąciłoby ciężką paranoją. Ale zabezpieczyłabym je, a Beth St. John nadal by żyła.

Stało się. Nie mogłam przywrócić Beth St. John do życia, ale wciąż mogłam ocalić Jeffa. I zrobię to. Nie

chciałam pomścić go, zabijając wampira, który go zamordował. Chciałam choć raz zdążyć na czas.

Pragnęłam ocalić choć jedną osobę, pozostawiając zemstę komuś innemu. Czy Jeff był właśnie teraz

molestowany? Czy stwór, którego widziałam w domu Quinlanów, nie tylko pił jego krew? Boże, miałam

nadzieję, że nie. Byłam prawie pewna, że mogłam odwrócić efekt wampirzego ukąszenia, ale ze skutkami

gwałtów mogło być gorzej. Często bywały one nieodwracalne. A jeśli znajdę go i okaże się, że stał się

warzywem? Umysł ludzki w niektórych sytuacjach okazuje się wyjątkowo kruchy.

Wchodząc na górę, modliłam się. Modliłam się i poczułam, że odzyskuję spokój. Nie miałam żadnych

wizji. Nie słyszałam anielskich chórów. A jednak ogarnął mnie niezwykły spokój. Wzięłam głęboki

oddech i coś twardego, nieustępliwego i paskudnego w moim sercu rozprysło się w drobny mak. Przyjęłam

to za dobry omen, znak, że dotrę do Jeffa na czas. Ale jakaś cząstka mnie pozostała sceptyczna. Bóg nie

zawsze kogoś ratuje. Często po prostu pozwala ci przeżyć poniesioną stratę. Chyba nie do końca ufałam

Bogu. Nigdy w Niego nie wątpiłam, ale motywy Jego działań pozostawały dla mnie nieodgadnione.

Widzenie jakby w zwierciadle, niejasno i cała reszta, sami wiecie. Chociaż raz chciałabym ujrzeć wszystko

jasno i wyraźnie.

Blask księżyca niczym srebrna łuna spowił szczyt wzgórza. Nawet powietrze zdawało się świecić. Po

zapowiedzi deszczu zostało tylko wspomnienie. Deszcz co prawda by się przydał, ale w głębi duszy

cieszyłam się, że nie będę musiała brodzić po kostki w lepkim błocku. Tego byłoby już za wiele.

— To jak, panno Blake, może zaczniemy? — spytał Stirling.

Spojrzałam na niego.

— Tak.

Wzięłam głęboki oddech i stłumiłam w sobie chęć powiedzenia mu kilku przykrych słów. Larry miał racje.

Stirling był denerwujący, ale to nie na niego się wkurzałam. Po prostu był pod ręką.

- Pan Kirkland i ja przespacerujemy się po cmentarzu. Pan musi jednak zostać tutaj. Inni ludzie kręcący się

w pobliżu mogliby nas zdeloncentrować. – No i proszę, chyba zachowałam się dyplomatycznie.

Skoro mieliśmy stać na uboczu jak widzowie, trzeba było nam to powiedzieć na dole. Nie musielibyśmy

się tu wspinać.

Koniec z dyplomacją.

- Czy chciałby pan, abym kazała mu zostać na dole, skąd nie mógłby pan zobaczyć, co tutaj robimy?

Zamyślił się przez chwilę.

Nie. Chyba nie.

Czemu więc pan narzeka?

Anito — syknął Larry.

Zignorowałam go.

- Panie Stirling, to była naprawdę ciężka noc. Nie mam ochoty na wymianę uprzejmości. Proszę pozwolić

mi wykonywać moją pracę. Im szybciej się z tym uporam, tym szybciej wrócimy do domu. Czy wyrażam

się jasno?

Szczerość. Miałam nadzieję, że poskutkuje. Tylko to mi jeszcze pozostało.

Zastanawiał się przez chwilę, po czym skinął głową.

- W porządku, panno Blake. Proszę robić swoje. Ale powiem pani jedno. Jest pani nadzwyczaj

impertynencka. Oby efekty pani pracy były równie wymierne.

Już miałam coś powiedzieć, ale Larry dotknął mojego ramienia. Ścisnął je. Mocno, ale nie za mocno.

Stłumiłam w sobie chęć posłania ciętej riposty i ruszyłam w stronę cmentarza. Larry pomaszerował za

mną. Dzielny Larry.

— Co się dziś z tobą dzieje? -— zapytał, gdy znaleźliśmy się poza zasięgiem słyszalności Stirlinga i

spółki.

— Już mówiłam.

— Nie — zaoponował — nie chodzi tylko o to morderstwo. Do diabła, widziałem cię, jak zabijasz

ludzi i wcale tak się tym nie przejmowałaś. Co jest grane?

Zatrzymałam się i stałam tak przez dłuższą chwilę. Widział, jak zabijałam ludzi i niespecjalnie się tym

później przejmowałam. Czy to prawda? Zamyśliłam się. Tak. To prawda. Jakie to cholernie smutne.

Wiedziałam, co było nie tak. W ostatnich miesiącach widziałam zbyt wiele trupów. Zbyt wiele kiwi. Za

dużo zabijania. Ja także zabijałam. Nie zawsze w świetle prawa. Poza tym chciałam teraz szukać Jeffa

Quinlana. Nie mogłam nic zrobić aż do przybycia Jean-Claude'a. Naprawdę byłam uziemiona. Czułam

jednak, że moja praca kłóciła się z robotą dla policji. Czy to zły znak? A może dobry?

Napełniłam płuca chłodnym górskim powietrzem. Wypuściłam je bardzo wolno, koncentrując się na

oddychaniu, wdech, wydech, wdech, wydech. Gdy odzyskałam spokój, spojrzałam na Larry'ego.

Jestem dziś trochę rozdrażniona, Larry. Przejdzie mi.

Czy gdybym powiedział „trochę rozdrażniona", z nutką zdziwienia w głosie, wkurzyłabyś się?

Uśmiechnęłam się.

Jasne, że tak.

Od twojej rozmowy z Jean-Claude'em jesteś posępniejsza niż zwykle. Co się stało?

Spojrzałam na jego uśmiechnięte oblicze i w głębi duszy nie chciałam odpowiedzieć na to pytanie.

Był zaledwie o cztery lata starszy od Jeffa Quinlana. Wciąż wyglądał na licealistę.

W porządku — rzuciłam i powiedziałam mu.

Wampir-pedofil. Czy to nie jest wbrew zasadom?

Jakim zasadom?

Że możesz być tylko jednym potworem naraz.

Mnie też to zdziwiło.

Na jego twarzy pojawił się dziwny wyraz.

— Słodki Jezu, Jeff Quinlan jest teraz z tym monstrum. — Spojrzał na mnie. Przez jego twarz przetoczył

się wyraz całej zgrozy i bólu, jaki tylko mógł sobie wyobrazić. — Musimy coś zrobić, Anito. Musimy go

ocalić.

Odwrócił się, jakby chciał zejść z góry.

Schwyciłam go za rękę.

— Nie możemy nic zrobić, dopóki nie zjawi się tu Jean-Claude.

Nie możemy czekać bezczynnie.

Nie będziemy czekać bezczynnie. Mamy swoją robotę. Trzeba ją wykonać.

Ale jak możemy...

W tej chwili nie możemy zrobić nic innego.

Larry patrzył na mnie przez chwilę, po czym skinął głową.

- W porządku, skoro ty możesz zachować spokój, to i ja także.

— Dobry chłopak.

— Dzięki. A teraz pokaż mi tę sprytną sztuczkę o której rozmawialiśmy. Nigdy jeszcze nie słyszałem, aby

ktoś monitorował zmarłych, uprzednio ich nie przywołując.

Szczerze mówiąc, nie wiedziałam, czy Larry jest w stanie to zrobić. Ale gdybym powiedziała mu to prosto

w oczy, mogłabym podkopać jego wiarę w siebie. Magia — o ile jest to właściwe określenie, — często

karmi się wiarą w nasze własne możliwości i umiejętności. To ona podsyca ją bądź osłabia. Widziałam

bardzo potężne osoby, które trawiły swe umiejętności, ponieważ zwątpiły w siebie.

— Zamierzam przejść się teraz po cmentarzu. - Próbowałam jakoś ubrać to w słowa. Jak wyjaśnić

coś, czego sama do końca nie rozumiesz?

Zawsze miałam dobry kontakt ze zmarłymi. Nawet jako małe dziecko zawsze wiedziałam, czy dusza

opuściła ciało. Pamiętam pogrzeb mojej stryjecznej babki Katerine. To po niej mam drugie imię. Była

ulubioną ciotką mojego ojca. Przyszliśmy wcześnie, aby zobaczyć ciało i upewnić się, że wszystko jest już

gotowe. Wyczułam jej duszę unoszącą się w powietrzu nad trumną. Uniosłam wzrok, licząc, że ją ujrzę, ale

niczego nie dostrzegłam. Nigdy nie widziałam duszy. Wyczuwam je, ale ich nie widzę.

Teraz wiem, że dusza ciotki Katerine pozostała dłużej na tym świecie. Większość dusz odchodzi w ciągu

trzech dni, jedne od razu, inne nie. Dusza mojej matki odeszła na długo przed pogrzebem. Nie czułam jej

tam. Była tylko zamknięta trumna i okrywający ją kobierzec róż, jakby trumna mogła zmarznąć.

Bliskość matki wyczuwałam tylko w domu. Nie jej duszę, ale jakąś jej cząstkę, która nie odeszła od razu.

Słyszałam jej kroki w korytarzu pod moimi drzwiami, jakby przychodziła, by pocałować mnie na

dobranoc. Krążyła po domu przez wiele miesięcy i jej obecność przynosiła mi pocieszenie. Kiedy w końcu

odeszła, byłam na to gotowa. Nigdy nie powiedziałam o tym ojcu. Miałam zaledwie osiem lat, wiedziałam,

że on jej nie słyszał.- Może słyszał inne rzeczy. Nie wiem. Ja i ojciec nigdy nie rozmawialiśmy dużo o

śmierci mamy. Zawsze wtedy płakał.

Widywałam duchy na długo przed tym, jak zaczęłam ożywiać zmarłych. To, co miałam zrobić, było

rozwinięciem, a może kombinacją obu tych zdolności. Nic wiem. To trochę tak, jakbym próbowała

wyjaśnić, że nad trumną ciotki Katerine unosi się dusza. Albo wiedziałaś, że ona tam jest, albo nie.

Słowami nie da się tego opisać.

Czy widzisz duchy?

Teraz?

Uśmiechnęłam się i pokręciłam głową.

Nie, tak w ogóle.

No cóż, wiedziałem, że dom Calvinów nie był nawiedzony, niezależnie od tego, ile krążyło na jego temat

upiornych opowieści. Ale w pobliżu miasta znajdowała się nieduża jaskinia i na pewno coś w niej było.

Coś paskudnego.

Duch?

Wzruszył ramionami.

Nigdy nie próbowałem się tego dowiedzieć, ale nikt inny tego nie wyczuwał.

Czy wiesz, kiedy dusza opuszcza ciało? Czy potrafisz to stwierdzić?

Jasne — odparł. Równie dobrze mógłby stwierdzić: „Przecież każdy to potrafi, nie?".

Uśmiechnęłam się.

— To dobrze. Biorę się do roboty. Nie wiem, co i czy w ogóle cokolwiek zobaczysz. Wiem, że

Raymond będzie rozczarowany, ponieważ on nie ujrzy niczego, chyba że ma więcej uzdolnień, niż mi i

wydaje.

— Co zamierzasz zrobić, Anito? W college'u nie mówili o „przechadzkach po cmentarzu".

— To nie jest tak jak z magicznym zaklęciem, parę słów czy gestów i po sprawie. To nic z tych rzeczy,

— Próbowałam ująć w słowa to co nieopisane. — To bardziej mentalna zdolność niż magia. Nie

wiąże się z tym fizyczne działanie. Nie towarzyszą temu ruchy mięśni ani nawet procesy myślowe. Ja... po

prostu to robię. Zacznijmy, a jeśli będę w stanie, poproszę cię do siebie albo robiąc to, spróbuję z tobą

porozmawiać. W porządku?

Wzruszył ramionami.

— Chyba tak. Wciąż nie kapuję, co właściwie zamierzasz zrobić, ale dobra, niech będzie. Zazwyczaj

nie wiem, co się dzieje.

— Ale koniec końców zawsze jakoś sobie radzisz — dodałam.

Uśmiechnął się.

Co racja, to racja, no nie?

Fakt.

Stałam niemal dokładnie pośrodku połaci zrytej ziemi. Jeszcze niedawno obawiałam się tego, co robiłam.

Nie chodziło o to, że bałam się samej siebie i tego, co potrafię. Raczej obawiałam się, że w ogóle mogę to

robić. Ludzie nie powinni być zdolni do czegoś takiego. Tyle że ostatnio przewartościowałam to wszystko,

co czyni nas ludźmi i co sprawia, że uważamy innych za potwory. Kiedyś byłam bardzo pewna siebie i

miałam sprecyzowane poglądy na wszystko. Teraz ta pewność uległa zachwianiu. Poza tym sporo

trenowałam.

Rzecz jasna ćwiczyłam na pustych cmentarzach, gdzie prócz mnie nikogo innego nie było. No, były też

owady, ale te akurat można pominąć. Tylko ludzie są w stanie mnie zdekoncentrować.

Nawet odwrócona do niego plecami czułam za sobą ciepło obecności Larry'ego. To mnie drażniło.

Czy mógłbyś cofnąć się jeszcze bardziej?

Jasne. Jak daleko?

Pokręciłam głową.

— Możliwie jak najdalej, ale tak, żebym mogła cię widzieć.

Uniósł brwi.

Mam zaczekać z panem Stirlingiem?

Jeżeli zniesiesz jego towarzystwo.

— Pewnie, że tak. Umiem bajerować klientów, nie tak jak ty.

Tu miał rację. Nawet się na niego nie obraziłam.

Świetnie. Gdy cię zawołam, podejdź powoli. Nigdy jeszcze z nikim nie rozmawiałam, robiąc coś takiego.

Cokolwiek powiesz. — Zaśmiał się nerwowo. Nie mogę się doczekać, aby to zobaczyć.

Nie skomentowałam jego słów i odwróciłam się.

Kiedy obejrzałam się przez ramię, zobaczyłam, jak idzie w stronę pozostałych. Miałam nadzieję, że Larry

nie będzie rozczarowany. Wciąż nie byłam pewna czy nawet on cokolwiek wyczuje. Odwróciłam się do

nich tyłem. Ich widok z pewnością by mnie zdekoncentrował.

Wierzchołek góry został zryty do cna. Czułam się, jakbym znalazła się na krańcu świata, spoglądając poza

jego krawędź. Wszystko skąpane było w srebrzystej księżycowej poświacie. Tu, na szczycie góry, było tak

jasno, że samo powietrze zdawał! się roztaczać delikatną rozrzedzoną luminescencją. Czułam na twarzy

lekki wietrzyk. Niósł ze sobą zapach zieleni i świeżości, zupełnie jak po deszczu.

Zamknęłam oczy, pozwalając, by wiatr muskał moją skórę i rozwiewał włosy. Słychać było tylko płynące

z dołu brzęczenie owadów. Tu, na górze, byłam tylko ja, wiatr i umarli.

Nie mogłam powiedzieć Larry'emu, jak to się robi, bo sama nie byłam pewna. Gdyby chodziło o mięśnie,

poruszyłabym nimi. Gdyby w grę wchodziła myśl, pomyślałabym ją. Jeżeli kluczem byłoby magiczne

słowo, wypowiedziałabym je. Ale to nic z tych rzeczy. Czuję, jakby moja skóra się otwierała. Wszystkie

zakończenia nerwowe omiata wiatr. Skóra lodowacieje. Zupełnie jakby ten zimny wiatr brał swój początek

w moim ciele. Ale tak naprawdę to nie jest wiatr. Nie widać go. Ani nie czuje go nikt oprócz mnie. Ale on

jest. Istnieje naprawdę.

Chłodne palce „wiatru" wysuwają się ze mnie we wszystkich kierunkach. Jestem w stanie przeszukiwać

wszystkie groby w promieniu trzech-pięciu metrów. Gdy się przemieszczam, krąg przemieszcza się ze

mną.

Uniosłam rękę i pomachałam. Nie odwróciłam się, by zobaczyć, czy Larry mnie widzi. Pozostawałam w

samym środku mojego osobistego kręgu. Trwałam w nim, starając się nie rozpocząć sondowania zmarłych,

dopóki Larry nie zbliży się do mnie. Logiczne wydawało się, że będzie mu to łatwiej zrozumieć, jeśli

zobaczy przebieg całej operacji od samego początku.

Usłyszałam kroki na suchej ziemi. Wydawały się piekielnie głośne, jakbym słyszała chrzęst każdego

ziarnka żwiru pod jego butami.

Zatrzymał się za mną.

- Jezu, a to co?

- Co takiego? — Mój głos wydawał się donośny i odległy zarazem.

— Wiatr, lodowaty wiatr.

Usłyszałam w jego głosie nutę niepokoju. To dobrze. Gdy parasz się magią, odrobina lęku nie zaszkodzi.

W kłopoty pakujesz się zwykle, gdy poddajesz się rutynie i nabierasz nadmiernej pewności siebie.

- Podejdź bliżej, ale mnie nie dotykaj.

Co do ostatniego nie miałam pewności, ale wydawało mi się to rozsądne. Lepiej zachować ostrożność, niż

potem żałować.

Podszedł powoli, wyciągając przed siebie rękę, jakby czuł podmuchy wiatru na skórze.

- Jezus, Maria, Józefie Święty! Anito, to wypływa z twojego ciała! Ten wiatr wypływa z wnętrza ciebie!

— Tak — odparłam.

Był przerażony. I tak też wyglądał.

— Gdybym stanęła obok Stirlinga, nic by nie poczuł. Żadne z nich.

Larry pokręcił głową.

Jak mogliby nie wyczuć czegoś takiego? — Zawiesił dłoń nad moim ciałem, nie dotykając mnie jednak. —

Im bliżej twojego ciała, tym wydaje się silniejszy i chłodniejszy.

To ciekawe — stwierdziłam.

I co teraz? — zapytał.

Teraz sonduję zmarłych.

Rozpostarłam energetyczne prądy, jakbym rozczapierzała dłoń. Palce wiatru wniknęły w ziemię. Jakie to

uczucie, kiedy przenikają przez zwartą ziemie i dotykają znajdujących się w niej umarłych? Nieludzkie.

Zupełnie jakby niewidzialne palce wtapiały się w grunt w poszukiwaniu zmarłych. Tym razem nie

musieliśmy szukać daleko. Ziemia była naruszona, a nieboszczycy spoczywali bardzo płytko.

Nigdy nie próbowałam tego w innych miejscach prócz zwykłych, zadbanych cmentarzy. Każdy grób i

każde ciało są tam wyraźnie oddzielone. Wiatr opływał Larry'ego jak głaz spoczywający w strumieniu.

Moc omiatała go falami. Żył i to nas dekoncentrowało. Ale sporo ćwiczyliśmy i mogliśmy go obejść.

Stałam na stercie kości. Znajdowała się pod ziemią niewidoczna. Próbowałam ją ominąć, ale w rezultacie

weszłam na następną. Ziemia była usłana ciałami. Tkwiły jak pestki w arbuzie. Nie sposób ich było unikać.

Stałam na tratwie z kości pośród morza wyschniętej czerwonej ziemi. Wszędzie gdzie się zwróciłam,

znajdowały się ciała, kawałki kości. Nie było ani spłachetka wolnej przestrzeni. Żadnego wolnego miejsca.

Stałam w bezruchu, usiłując się opanować i oszacować odbierane wrażenia.

Klatka piersiowa na lewo ode mnie należała do tej samej osoby, co kość udowa spoczywająca wiele

metrów dalej. Wiatr popłynął przed siebie, dotykając kolejnych szczątków. Mogłabym złożyć szkielet

kawałków jak wielkie puzzle. To znaczy zrobiłaby to moja moc, gdybym spróbowała ożywić tego

nieboszczyka.

Ruszyłam dalej, następując na kolejne szczątki i wszędzie, gdzie przystanęłam, łączyłam rozsypane

fragmenty ciał. Pozostały oddzielone, ale zapamiętywałam ich układ.

Larry szedł za mną. Przemieszczał się dość gładko pośród mocy, jak pływak zostawiający za sobą na

wodzie ledwo dostrzegalny ślad. Duch pojawił się przede mną niczym blady, tańczący płomyk. Ruszyłam

w jego kierunku. Wił się, falując jak wąż, obserwując mnie, choć nie miał oczu. Niekiedy duchy pałają

nienawiścią wobec żyjących. Tak było i tym razem. Wyczułam zazdrość. Gdybym jednak była związana

przez sto lat albo i dłużej z jakimś zapomnianym przez Boga i ludzi zakątkiem na ziemi, zapewne ja

również miałabym do wszystkich wrogie nastawienie.

Co to jest? — spytał Larry szeptem.

A co widzisz?

To chyba duch. Nigdy dotąd nie widziałem zmaterializowanej zjawy.

Wyciągnął rękę, jakby chciał go dotknąć. Schwyciłam go za nadgarstek niemal w ostatniej chwili.

Poczułam jego moc. Ożyła jak buchający płomień podsycony wiatrem, którego podmuchy rozwiały mi

włosy we wszystkie strony.

Krąg nagle się poszerzył, jak zmieniająca się ogniskowa aparatu. Zmarli przebudzili się za sprawą naszej

połączonej mocy jak liźnięte ogniem polana. Nasza moc przetoczyła się po nich i ujawnili przed nami

swoje sekrety. Pozostałości mięśni, zeschnięte i przyłączone do kości, ziejące czaszki, były tam wszystkie

kawałki ciał. Wystarczyło je przywołać. Dwa kolejne duchy wyłoniły się z ziemi jak dym.

Jak na tak stary i nieduży cmentarz, było tu sporo aktywnych duchów. Na dodatek wszystkie były złe, że

zakłóciliśmy ich spokój.

Poziom wrogości był niezwykły.

Połączenie naszych mocy nie zdwoiło promieniu kręgu. Zwiększyło go czterokrotnie.

Najbliższy duch stał niczym biały słup ognia. Był silny, potężny. Prawdziwy duch na cmentarzu, gdzie od

ponad dwustu lat nikogo nie pochowano.

Lany i ja patrzyliśmy na niego. Dopóki go nie dotykaliśmy, byliśmy bezpieczni. Do licha, byliśmy

bezpieczni, nawet gdybyśmy go dotknęli. Duchy nie mogą wyrządzić ludziom fizycznej krzywdy. Mogą

cię złapać, ale jeśli je zignorujesz, znikną. Jeśli będziesz zwracać na nie uwagę, będą uciążliwe. Istota,

która wyrządza ci prawdziwą krzywdę, nie jest tak po prostu duchem. To demon, martwy czarownik, ale

nie zwyczajny duch.

Patrząc na ten falujący kształt, nie byłam pewna, czy mam do czynienia ze zwyczajnym duchem. Duchy się

zużywają. Zanikają. Po pewnym czasie przestają się materializować i pozostają po nich tylko zimne

miejsca, gdzie jeśli przez przypadek na takie natrafisz, ni stąd, ni zowąd przeszywają cię dreszcze albo

dostajesz gęsiej skórki. Duchy nie są wieczne. Te wyglądały całkiem solidnie. Jak na duchy.

Stać! — zawołał ktoś.

Larry i ja odwróciliśmy się w stronę, skąd dobiegł głos. Magnus Bouvier wspinał się po zboczu góry, z

przeciwnej strony niż droga, którą tu przyszliśmy. Włosy opadały mu na twarz, przesłaniając wszystko

oprócz oczu, skrzących się w blasku księżyca. Błyszczały w ciemnościach, odbijając światło, którego nie

widziałam.

- Stać!

Machał rękami. Koszulę z długimi rękawami miał wyciągniętą na dżinsy. Dotarł do granicy kręgu wichru i

zamarł w bezruchu. Uniósł swoje ręce do góry, jakby próbował tego dotknąć. Dwoje ludzi jednej nocy

umiejących wyczuwać moc.

Niezwykłe, ale całkiem fajne. Gdyby Magnus nie uciekał przed policją, moglibyśmy usiąść sobie i

spokojnie o tym pogadać.

— Zabroniliśmy panu wchodzić na tę ziemię, panie Bouvier — wycedził Stirling.

Bouvier spojrzał na niego, odwracając głowę powoli, jakby skupienie na wyczuwaniu mocy było dlań

wyjątkowo trudne.

- Staraliśmy się zachowywać wobec pana w sposób kulturalny — ciągnął Stirling. — Przekroczył pan

granicę. Nasza cierpliwość się wyczerpała. Beau.

Trzask przeładowywanej strzelby to bardzo charakterystyczny dźwięk. Odwróciłam się w tamtą stronę. W

dłoni miałam pistolet. Nie pamiętam, kiedy go wyjęłam. Wycelowałam w Beau. Trzymał strzelbę oburącz,

ale w nikogo nie celował. To go uratowało. Wiem, że gdyby mierzył w kogoś z nas, rozwaliłabym go.

Wciąż widziałam dwie nakładające się na siebie rzeczywistości. Nadal czułam moc cmentarza. Był mój.

Znałam spoczywające tam ciała. Znałam też duchy. Wiedziałam, gdzie leżą wszystkie szczątki. Mierzyłam

do Beau, ale myślami wciąż sięgałam do tych rozwłóczonych kawałków ludzkich ciał.

Duchy nadal były widoczne. Moc je ożywiła, Jeszcze przez dłuższą chwilę kołysały się i falowały w

powietrzu. W końcu jednak powrócą do ziemi. Istniał więcej niż jeden sposób ożywienia zmarłych choć

żaden nie był trwały.

Nie mogłam oderwać wzroku od strzelby, aby zobaczyć, co robi Bouvier.

— Anito, proszę, nie ożywiaj zmarłych. — Jego zdumiewająco głęboki głos zawierał w sobie błagalną

nutę.

Stłumiłam w sobie chęć spojrzenia na niego.

Dlaczego nie miałabym tego zrobić, Magnusie?

Wynoś się z mojej ziemi — warknął Stirling.

To nie jest twoja ziemia.

Wynoś się z mojej ziemi albo zostaniesz zastrzelony za wtargnięcie na teren prywatny.

Beau spojrzał na mnie.

Panie Stirling? — Starał się trzymać strzelbę luźno, wręcz nonszalancko, dając do zrozumienia, że nie ma

złych zamiarów.

Beau, pokaż mu, że nie żartujemy.

Panie Stirling — powtórzył ponaglająco.

— Rób to, za co ci płacę — warknął Stirling. Beau zaczął powoli unosić strzelbę do ramienia, nie

spuszczając ze mnie wzroku.

- Nie rób tego — powiedziałam. Wypuściłam powietrze, aby się wyciszyć. Nie było już nic oprócz

pistoletu i tego, w co mierzyłam.

Beau opuścił strzelbę.

Nabrałam powietrza i powiedziałam:

— Połóż strzelbę na ziemi, ale już.

— Panno Blake, to nie jest pani sprawa — rzucił Stirling.

- Nie zastrzelisz nikogo za wtargnięcie na ten teren, przynajmniej dopóki ja tu jestem.

Larry także wyciągnął pistolet. Nie celował do nikogo. I bardzo dobrze. Wycelowana broń ma tendencję do

strzelania, o ile nie wiesz, co z nią robisz.

— Broń na ziemię, Beau. Nie poproszę po raz trzeci.

Położył strzelbę na ziemi.

— Ja ci płacę.

Nie dość, abym dał się dla pana zabić.

Stirling warknął z rozdrażnieniem i postąpił na przód, jakby sam chciał podnieść strzelbę.

- Nie waż się jej dotknąć, Raymondzie. Zaręczam ci, że krwawisz tak jak wszyscy inni.

Odwrócił się do mnie.

— Nie mogę uwierzyć, że celuje pani do mnie z pistoletu na mojej własnej ziemi.

Nieznacznie opuściłam broń. Jeżeli trzymasz spluwę zbyt długo, ręce w końcu zaczynają ci się trząść.

Nie do wiary, że ściągnął pan tu Beau ze strzelbą.

Wiedział pan, że moje małe widowisko przyciągnie Bouviera. Wiedział pan o tym i zaplanował pan to. Ty

wyrachowany sukinsynu.

— Panie Kirkland, czy pozwoli pan jej, aby zwracała się do mnie w ten sposób? Jestem waszym

klientem.

Larry pokręcił głową.

W tym przypadku zgadzam się z Anitą, panie Stirling. Zamierzał pan zwabić tego człowieka w pułapkę, a

potem zamordować go z zimną krwią. Dlaczego?

Dobre pytanie — zauważyłam. — Dlaczego tak się pan boi rodziny Bouvierów? A może tylko jego

jednego?

Nie boję się nikogo. Chodźmy, zostawimy was sam na sam z waszym nowym przyjacielem.

Oddalił się, panna Harrison i Bayard ruszyli za nim. Beau wahał się przez chwilę.

Przyniosę ci strzelbę — zapewniłam. Skinął głową.

Tak też myślałem.

— I mam nadzieję, że nie będziesz czekał na nas na dole z drugą spluwą.

Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę. Na nas oboje. Pokręcił głową.

Wracam do domu, do żony.

Zrób to, Beau.

Odszedł, czarna peleryna trzepotała wokół jego nóg. Przystanął na moment i dorzucił:

— Mam dość. Rzucam tę robotę. Na co komu forsa, jeśli jest się trupem. Po śmierci jej nie wydam.

Wiedziałam, że wampiry miałyby w tej kwestii inne zdanie, ale powiedziałam tylko:

- Miło mi to słyszeć.

— Po prostu nie chcę zarobić kulki — odparł i ruszył wolno w dół zbocza.

Stałam tam z browningiem wycelowanym w górę. Odwróciłam się powoli, lustrując wierzchołek góry.

Zostaliśmy tam tylko we troje. Czemu więc nie schowałam pistoletu?

Magnus postąpił jeszcze krok w naszą stronę i zatrzymał się. Uniósł szczupłe dłonie w stronę przesyconego

energią powietrza. Przesuwał po nim koniuszkami palców jak po powierzchni wody. Poczułam jego dotyk

jak delikatne muśnięcia na skórze, drżenie przenikające moją magię.

Nie, jeszcze nie zamierzałam schować broni.

- Co to było? — spytał Larry. On także wciąż miał w ręku pistolet wymierzony w ziemię.

Bouvier spojrzał na Larry'ego. — On nie jest nekromantą, Anito, ale jest czymś więcej, niż się wydaje.

— Tak jak my wszyscy — odparłam. — Dlaczego nie chcesz, abym ożywiła tych zmarłych,

Magnusie?

Patrzył na mnie. W jego oczach połyskiwały świetlne refleksy, ale odbijały one coś, czego nie było.

Odpowiedz, Magnusie.

Albo co? — zapytał. — Zastrzelisz mnie?

- Może — odparłam.

Stojąc na zboczu, był niższy ode mnie, tak więc patrzyłam na niego z góry.

Nie sądziłem, że jesteś w stanie ożywić tak starych umarłych bez złożenia ofiary z człowieka. Myślałem,

że zgarniesz od Stirlinga forsę, spróbujesz raz, drugi, a gdy ci się nie uda, wrócisz do domu.

Zrobił krok naprzód, sięgając dłońmi przed siebie, jakby sprawdzał granicę mocy. Jakby nie był pewien,

czy zdoła wejść w jej obręb. Jego dotyk spowodował, że Larry jęknął. — Z tą mocą mogłabyś ożywić kilku

z nich, może nawet dostatecznie wielu.

Dostatecznie wielu do czego? — spytałam.

Anito, Larry, nie możecie ożywić zmarłych z tej góry. Nie wolno wam.

— Podaj choć jeden przekonujący powód — parowałam.

Uśmiechnął się do mnie.

Przypuszczam, że moja uprzejma prośba nie wystarczy?

Raczej nie.

To byłoby znacznie łatwiejsze, gdyby podziałał na ciebie glamour. — Zrobił jeszcze jeden krok

pod górę. — Rzecz jasna gdyby glamour podziałał nie byłoby nas tutaj, prawda?

Skoro nie odpowiedział na jedno pytanie, spróbowałam innego.

Dlaczego uciekłeś glinom?

Postąpił kolejny krok w moją stronę, a ja cofnęłam się. Nie wykonał żadnego groźnego gestu, ale w jego

postawie było coś wrogiego, coś obcego. Obrazy w jego oczach sprawiały, że chciałam obejrzeć się za

siebie, by ujrzeć, co się w nich odbijało. Nieomal widziałam drzewa, wodę... To trochę jak z rzeczami,

które widzi się kątem oka, tyle że te byty kolorowe.

Wyjawiłaś policji mój sekret. Dlaczego?

Musiałam.

Naprawdę sądzisz, że zrobiłem tym chłopcom te straszne rzeczy?

Z kolejnym krokiem wszedł w obręb mocy, ale nie wpłynął weń równie gładko jak Larry. Magnus był

niczym góra, olbrzymi, zmusił moc, aby go opłynęła, jak gdyby w magiczny sposób wypełniał więcej

miejsca, niż było to widać gołym okiem.

Wymierzyłam browninga w jego tors.

- Nie, nie sądzę.

Wobec tego czemu we mnie celujesz?

Po kiego cały ten szajs z magią fairie?

Uśmiechnął się.

- Tej nocy wielokrotnie użyłem glamouru. Jestem jak na haju.

Sycisz się swoimi klientami — stwierdziłam.

Nie chodzi tylko o biznes. Ty ich odsączasz. To wskazuje na pieprzony dwór unseelie.

Wzruszył ramionami.

- Jestem, czym jestem.

- Skąd wiedziałeś, że ofiarami byli chłopcy? — spytałam.

Larry stanął po mojej lewej stronie, nadal kierując pistolet ku dołowi. Nieraz go złajałam, że zbyt szybko

wymierzył w kogoś broń.

Gliny tak mówiły.

Kłamiesz.

Uśmiechnął się do mnie.

- Jeden z nich mnie dotknął. Widziałem to wszystko.

Wygodne — przyznałam.

Wyciągnął do mnie rękę.

Nawet o tym nie myśl.

Larry wycelował w Magnusa.

Co się dzieje, Anito?

Nie jestem pewna.

— Nie mogę wam pozwolić, abyście ożywili tych zmarłych. Przykro mi.

— Jak zamierzasz nas powstrzymać? — spytałam.

Spojrzał na mnie i poczułam, że coś napiera na moją magię, jakby coś ogromnego przepłynęło gdzieś w

mroku, niewidoczne.

Jęknęłam.

Nie ruszaj się albo nacisnę spust.

Nawet nie drgnąłem — odparł półgłosem.

Żadnych gierek, Magnusie; nie wiesz nawet jak niewiele dzieli cię od śmierci.

Co on zrobił? — spytał Larry. Jego dłonie leciutko drżały.

Później — odparłam. — Złóż dłonie na czubku głowy, Magnusie, tylko powoli, bardzo powoli.

Zamierzasz oddać mnie glinom?

Tak — odparłam. — Ja przynajmniej dostarczę cię do aresztu żywego. Większość glin, jak sądzę ,

rąbnęłaby cię bez mrugnięcia okiem.

— Chyba jednak nic z tego.

Dwoje ludzi mierzyło do niego z pistoletu , a on wciąż wydawał się niewiarygodnie pewny sieibie.

Albo był głupi, albo wiedział coś, o czym ja nie wiedziałam. Głupi raczej nie był.

Mów, kiedy mam strzelać — rzucił Larry.

Kiedy ja strzelę, ty też wał.

Dobra — mruknął Larry.

Magnus przyglądał się nam z uwagą.

Moglibyście zastrzelić mnie za taką drobnostkę?

Bez wahania — odparłam. — A teraz połóż ręce na głowie.

A jeśli tego nie zrobię?

Ja nie blefuję, Magnusie.

Czy w magazynku masz srebrne kule?

Patrzyłam na niego. Czułam, że Larry obok mnie poruszył się nerwowo. Nie można celować do kogoś w

nieskończoność. Prędzej czy później zaczynasz odczuwać zmęczenie albo rozdrażnienie.

- Założę się, że są srebrne. Srebro nie działa na fairie.

Najlepsze jest żelazo — odparłam. — Pamiętam.

Nawet zwykle, ołowiane naboje byłyby lepsze niż srebrne. Księżycowy metal jest sprzymierzeńcem fairie.

Ręce, Magnusie, albo dowiemy się, jak ciało fairie reaguje na srebrne kule.

Powoli, z gracją, uniósł ręce do góry. Gdy jego dłonie znajdowały się na wysokości ramion, rzucił się do

tyłu i runął w dół zbocza. Strzeliłam, ale on staczał się coraz niżej i jakimś cudem nie mogłam go dostrzec

wyraźnie. Zupełnie jakby powietrze wokół niego rozmyło się.

Larry i ja staliśmy na szczycie zbocza, strzelając raz po raz, ale wątpiłam, aby którekolwiek z nas zdołało

go trafić.

Poruszał się po stoku szybciej, niż mogłam się po nim spodziewać, bo trudno go było dostrzec nawet w

blasku księżyca, aż zniknął w gęstych krzakach porastających zbocze w połowie jego wysokości.

— Proszę, powiedz, że on nie zniknął tak po prostu — jęknął Larry.

On nie zniknął tak po prostu — zapewniłam.

To co wobec tego zrobił?

Skąd mam wiedzieć? Nie mówili o tym na wykładach o fairie. — Pokręciłam głową. — Wynośmy

się stąd. Nie wiem, co się dzieje, ale niezależnie od wszystkiego, chyba straciliśmy naszego klienta.

Myślisz, że każą nam się wynieść z hotelu?

Nie wiem, Larry. Przekonajmy się.

Zabezpieczyłam pistolet, ale nie schowałam go do kabury. Bezpiecznika też bym nie zaciągnęła, ale

obawiałam się, że schodząc ze stoku, nawet w świetle księżyca, mogłam się potknąć i tragedia gotowa.

Chyba możesz już schować broń, Larry.

Nie zabezpieczył broni.

Ty nie schowałaś.

Ale zaciągnęłam bezpiecznik.

Och. — Trochę się spłoszył, ale zabezpieczył broń i wsunął ją do kabury. — Sądzisz, że naprawdę by go

zabili?

Nie wiem. Może. Beau strzeliłby do niego, ale po tym, co stało się przed chwilą, sam widzisz, że nie

wiadomo, czy to by coś dało.

Dlaczego Stirling pragnie śmierci Magnusa.

Nie wiem.

Dlaczego Magnus uciekł policjantom?

Nie wiem.

— Trochę się denerwuję, kiedy na wszystkie moje pytania odpowiadasz: „Nie wiem".

— Ja też - przyznałam.

Obejrzałam się za siebie ostatni raz, zanim straciłam z oczu wierzchołek góry. Duchy falowały i lśniły jak

płomyki świec, chłodne, białe ognie. Dowiedziałam się czegoś, o czym nie wiedziałam aż do teraz.

Niektóre z tych ciał miały prawie trzysta lat. Sto lat więcej, niż mówił Stirling. Sto lat to sporo, w grę

wchodzi ożywianie zmarłych. Dlaczego skłamał? Być może obawiał się, że odmówię. Może. Wśród ciał

znajdowały się szczątki Indian. Były tu fragmenty biżuterii, kości zwierzęce, rzeczy nie mające

europejskiego rodowodu. Indianie z tych okolic nie grzebali swoich zmarłych, a w każdym razie nie w

zwyczajnych grobach. A to nie był kopiec.

Coś było na rzeczy, a ja nie miałam zielonego pojęcia co. Ale zamierzałam się tego dowiedzieć. Może

jutro, kiedy wynajmiemy dla siebie nowe pokoje, oddamy pożyczonego dżipa, wynajmiemy nowe auto i

powiadomimy Berta, że straciliśmy klienta. Może pozwolę, aby to Larry przekazał mu tę nowinę. W końcu

od czego są stażyści? Dobra, dobra, sama powiem o tym Bertowi, choć szczerze mówiąc, nie było mi do

tego pilno.

Rozdział 18

Kiedy zeszliśmy z góry, Stirlinga i spółki już nie było. Wróciliśmy dżipem do hotelu. Trochę się zdziwiłam,

że nie zabrali nam dżipa, żebyśmy musieli iść pieszo. Stirling nie wyglądał na faceta, który lubi,

kiedy celujesz do niego z pistoletu. Ale kto lubi?

Pokój Larry'ego znajdował się bliżej niż mój. Larry znieruchomiał, wsuwając kartę do zamka.

— Sądzisz, że pokoje na tę noc mamy opłacone, czy raczej powinniśmy się spakować?

— Spakujmy się — rzuciłam.

Skinął głową i wsunął kartę do otworu. Klamka obróciła się i wszedł do środka. doszłam do sąsiednich

drzwi i użyłam swojej karty. Pokoje miały w ścianie działowej drzwi przechodnie. Nie otworzyliśmy ich,

ale były tam. Osobiście lubię odrobinę prywatności, nawet gdy jestem z przyjaciółmi. A już zwłaszcza gdy

jestem ze współpracownikami.

W pokoju panowała cudowna cisza. Kilka minut spokoju, zanim porozmawiam z Bertem i powiem mu, że

straciliśmy klienta.

Apartament, w którym mieszkałam, składał się z dużego pokoju i oddzielnej sypialni. Moje mieszkanie

było niewiele większe. W ścianie po lewej znajdował się barek. Jako abstynentka nie miałam z niego

dużego pożytku. Ściany były w łagodnym odcieniu różu, ozdobione delikatnym, złotym motywem liści,

dywan w kolorze burgunda. Kanapa była fioletowa, w tak ciemnym odcieniu, że wydawała się prawie

czarna. Dobrana kolorystycznie kozetka. Do tego dwa fotele w barwach burgunda i fioletu z białym

kwiatowym wzorem. Drewno w całym pokoju było bardzo ciemne, wypolerowane na wysoki połysk.

Sądziłam, że to apartament dla nowożeńców, dopóki nie zobaczyłam pokoju Larry’ego. Był niemal

lustrzanym odbiciem mojego, ale w różnych odcieniach zieleni.

Pod ścianą naprzeciwko drzwi stało wyglądające na antyk biurko z wiśniowego drewna. Obok niego

znajdowały się drzwi przechodnie, ale otwierały się w drugą stronę, aby nie uderzały o biurko. Na blacie

leżała ozdobiona monogramami papeteria. Była tu też druga linia telefoniczna, zapewne umożliwiająca

podłączenie modemu.

Nie wiem, czy kiedykolwiek mieszkałam w równie wytwornym pokoju. Szczerze wątpiłam, aby Beadle,

Beadle, Stirling i Lowenstein zechcieli teraz uregulować rachunek za mój pobyt tutaj.

Odwróciłam się, usłyszawszy jakiś dźwięk. W mojej dłoni nagle zmaterializował się pistolet.

Wycelowałam go w Jean-Claude'a. Stał w drzwiach prowadzących do sypialni. Miał na sobie koszulę z

szerokimi rękawami i falbaniastymi mankietami, które sięgały niemal do jego szczupłych, długich palców.

Kołnierzyk ze stójką opięty był białym fularem, którego koronki spływały białą falą na przód koszuli.

Kamizelka, czarna i aksamitna, była wyszywana w drobne, srebrne wzorki. Sięgające do ud czarne buty

leżały na nim jak druga skóra. Jego włosy wydawały się niemal tak czarne jak kamizelka; trudno było

rozróżnić, gdzie się kończyły loki, a zaczynało ubranie. Srebrno-onyksowa brosza, którą widziałam już

wcześniej, była wpięta w białe koronki na jego piersi.

— Cóż to, ma petite, chcesz mnie zastrzelić?

Stałam tam, mierząc do niego z pistoletu. Nie poruszył się. Przezornie nie zrobił nic, co mogłabym uznać

za podejrzany gest. Jego granatowe oczy wpatrywały się we mnie. Wydawał się pełen powagi, wyczekujący.

Wycelowałam browninga w sufit i wypuściłam powietrze. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że

wstrzymywałam oddech.

Jak, do diabła, się tutaj dostałeś?

Uśmiechnął się i odsunął od framugi. Wszedł do

pokoju typowym dla siebie pełnym gracji krokiem. Poruszał się po trosze jak kot, po trosze jak tancerz, ale

było w nim też coś nieludzkiego. Nie potrafiłam tego określić.

Schowałam broń, choć nie byłam pewna, czy tego chcę. Lepiej się czułam ze spluwą w garści. Sęk w tym,

że pistolet niewiele by mi pomógł w konfrontacji z Jean-Claude'em. To znaczy mogłabym go zastrzelić, ale

ostatnio nasze... układy trochę się skomplikowały. Spotykaliśmy się. Rozumiecie coś z tego? Bo ja nie

bardzo.

— Recepcjonista mnie wpuścił. — Głos miał łagodny, pełen rozbawienia, choć trudno mi było

stwierdzić, z czego się cieszył. Może to ja tak go rozbawiłam.

A to dlaczego?

Ponieważ go o to poprosiłem. — Krążył wokół mnie jak rekin osaczający ofiarę.

Nie odwracałam się razem z nim. Patrzyłam przed siebie, pozwalając, by mnie okrążał. Gdybym zaczęła

się obracać, tylko bym go rozbawiła. Włoski na moim karku zjeżyły się. Postąpiłam krok naprzód i

poczułam, że opuścił rękę. Zamierzał dotknąć mojego ramienia. Nie chciałam, aby mnie dotykał.

Użyłeś wobec niego sztuczki mentalnej?

Tak — odparł. W tym jednym słowie zawarło się coś więcej.

Odwróciłam się, by zobaczyć jego twarz.

Patrzył na moje nogi. Uniósł wzrok i tym jednym spojrzeniem otaksował mnie od stóp do głów. Jego oczy

wydawały się jeszcze ciemniejsze niż zazwyczaj. Nie wiem, jakim cudem udało mi się wytrzymać jego

spojrzenie. Zaczynałam podejrzewać, że bycie nekromantką ma więcej atutów niż tylko umiejętność

ożywiania zombi.

— W czerwonym jest ci do twarzy, ma petite. — Jego głos stał się głębszy, łagodniejszy. Zbliżył się do

mnie, ale nie próbował mnie dotknąć. Zbyt dobrze mnie znał, aczkolwiek jego spojrzenie zdradzało, co

chciałby robić teraz z rękami. — Bardzo mi się podoba. — Głos miał miękki, łagodny, ciepły i zmysłowy.

— Masz piękne nogi.

Mówił teraz ciszej. Ten szept w ciemności muskał moje ciało jak ciepły dotyk. Jego głos zawsze miał tę

właściwość. A poza tym był najmilszym głosem, jaki zdarzyło mi się słyszeć.

Przestań, Jean-Claude. Jestem za niska, aby mieć piękne nogi.

Nie rozumiem tej współczesnej obsesji na punkcie wzrostu.

Przesunął dłońmi tuż przy moich nogach, tak blisko, że przez rajstopy poczułam na sobie jego ciepło.

Przestań! — powiedziałam.

Co mam przestać? — Głos miał delikatny, całkowicie niegroźny. No jasne.

Pokręciłam głową. Jean-Claude był niepoprawny. Domagać się od niego, aby zachowywał się przyzwoicie,

to jak błagać deszcz, aby nie był mokry. Po co się w ogóle trudzić?

— W porządku, chcesz flirtować, nie ma sprawy, ale pamiętaj, że zjawiłeś się tu, by ocalić życie pewnemu

chłopcu. Chłopcu, który być może jest właśnie gwałcony, podczas gdy my siedzimy tu sobie i

marnujemy czas.

Westchnął głęboko i podszedł do mnie. Chyba musiał dostrzec coś na mojej twarzy, ponieważ usiadł na

jednym z foteli, nie podchodząc już bliżej.

— Masz okropny nawyk, ma petite, odbierania mi wszelkiej radości z uwodzenia ciebie.

— Świetnie — mruknęłam. —To może przejdziemy wreszcie do rzeczy?

Uśmiechnął się promiennie.

Umówiłem spotkanie z Mistrzem Branson na dzisiejszą noc.

Tak po prostu — rzuciłam.

Czy nie tego chciałaś? — zapytał. W jego głosie znów pojawiło się rozbawienie.

Tak. Tylko nie przywykłam do tego, że dajesz mi dokładnie to, o co cię proszę.

- Dałbym ci wszystko, czego pragniesz, mapetite, gdybyś tylko mi na to pozwoliła.

Pragnęłam, abyś zniknął z mojego życia. Tego życzenia jakoś nie chcesz spełnić.

Westchnął.

Nie, ma petite. Nie chcę tego zrobić.

Nie powiedział nic więcej. Nie oskarżył mnie, że wolę być z Richardem niż z nim. Nie rzucił

zawoalowanej pogróżki pod adresem Richarda. To było trochę dziwne.

Coś kombinujesz — mruknęłam.

Odwrócił się. Miał rozszerzone oczy, długie palce

przycisnął do piersi na wysokości serca.

Moi ?

Tak, ty — odparowałam.

Pokręciłam głową i zarzuciłam ten temat. Na pewno coś kombinował. Zbyt dobrze go znałam. Potrafiłam

rozpoznać symptomy, ale znałam go na tyle, że wiedziałam, iż nie piśnie słówkiem na ten temat, dopóki

nie będę gotowa. Nikt nie strzegł swych tajemnic jak Jean-Claude i nikt nie miał ich tak wielu jak on.

Richard brzydził się kłamstwem. Dla Jean-Claude'a był to chleb powszedni.

Zanim wyruszymy, muszę się przebrać i spakować.

Chcesz przebrać swoją śliczną czerwoną spódniczkę? Dlaczego? Ponieważ mi się podoba?

Nie tylko dlatego — odparłam — choć przyznaję, iż jest to jeden z powodów. Do spódnicy nie mogę nosić

kabury wewnętrznej.

— Nie przeczę, że drugi pistolet może nam się bardzo przydać podczas pokazu siły jutrzejszej nocy.

Znieruchomiałam i odwróciłam się.

— Jutrzejszej nocy? Co to niby ma znaczyć? Rozłożył szeroko ręce.

— Do świtu już niedaleko, ma petite. Przed wschodem słońca nie dotarlibyśmy nawet do kryjówki

mistrza.

— Cholera - burknęłam.

— Zrobiłem, co do mnie należało, ma petite. Ale nawet ja nie potrafię odwlec wschodu słońca.

Stanęłam przy kozetce, zaciskając dłonie na oparciu aż do bólu. Pokręciłam głową.

Może być za późno, żebyśmy zdołali go ocalić,

Ma petite, ma petite. — Ukląkł przede mną, patrząc mi w oczy. — Dlaczego tak bardzo przejmujesz się losem

tego chłopca? Czemu jego życie jest dla ciebie tak cenne?

Spojrzałam na doskonałe oblicze Jean-Claude'a. Nie potrafiłam odpowiedzieć.

— Nie wiem.

Położył dłonie na moich.

— Robisz sobie krzywdę, ma petite. Wysunęłam dłonie spod jego rąk i splotłam ramiona na brzuchu.

Jean-Claude wciąż klęczał. Był zbył blisko mnie. Nagle uświadomiłam sobie, jak krótka jest moja

spódniczka.

Muszę się spakować — powiedziałam.

Dlaczego? Nie podoba ci się ten pokój? Choć się nie poruszył, nagle odniosłam wrażenie, że się do mnie

przybliżył. Czułam na sobie ciepło jego ciała, a może tylko mi się wydawało.

- Odsuń się — rzuciłam. Odchylił się do tyłu,

kucając na piętach i zmuszając mnie, bym prześliznęła się obok. Rąbek spódnicy musnął jego policzek

kiedy go mijałam. — Straszny z ciebie wrzód na tyłku.

- Miło, że zauważyłaś, ma petite. A teraz po

wiedz, dlaczego chcesz opuścić ten cudowny pokój?

- Opłacał go mój klient, który nie jest już moim klientem.

A to czemu, ma petite1?

Ponieważ postraszyłam go bronią.

Zdziwił się. I to szczerze. Maska opadła i spojrzał na mnie przedwiecznymi oczami. Oczami, które

widziały wiele, a mimo to wciąż wprawiałam go w zdumienie.

- Dlaczego to zrobiłaś?

- On i jego ludzie zamierzali zastrzelić pewnego człowieka za bezprawne wejście na ich ziemię.

Czy faktycznie wszedł tam bezprawnie?

Teoretycznie tak.

Jean-Claude uważnie na mnie spojrzał.

- Czy twój klient nie miał prawa bronić swojej ziemi?

— Nie, a w każdym razie nie wolno mu było posunąć się do zabójstwa. Kawałek ziemi nie jest wart

ludzkiego życia.

- Ochrona naszych ziem zawsze stanowiła ważny pretekst do dokonywania rzezi i mordów od zarania

dziejów, ma petite. Czyżbyś niespodziewanie zmieniła zasady?

- Nie zamierzałam tam stać i patrzeć, jak banda oprychów zabija człowieka, który wszedł na ich teren.

Poza tym to wszystko było ukartowane. Urządzili pułapkę.

Pułapkę? To znaczy zwabili tam tego mężczyznę, aby go zabić?

Tak.

Czy miałaś swój udział w tym spisku?

Można powiedzieć, że odegrałam rolę przynęty. Poczuł moją moc oddziałującą na zmarłych. Ta moc go

przywołała.

To ciekawe. Jak się nazywa ten człowiek?

— Najpierw ty podaj mi imię tego tajemniczego wampira.

— Xavier.

No proszę. Dlaczego nie chciałeś wcześniej podać mi jego imienia?

Nie chciałem, abyś podała jego imię policji.

A to dlaczego?

Już to wyjaśniłem. A teraz powiedz mi imię mężczyzny, którego dziś ocaliłaś.

Spojrzałam na niego. Nie chciałam zdradzić mu tej informacji. Ale umowa to umowa.

Bouvier, Magnus Bouvier.

Nic mi to nie mówi.

A powinno?

Tylko się do mnie uśmiechnął. To mogło oznaczać wszystko albo nic.

Irytujący z ciebie sukinsyn.

Ach, ma petite, jak mogę ci się oprzeć, skoro szepczesz mi takie czułe słówka?

Rzuciłam mu gniewne spojrzenie, na co on tylko uśmiechnął się szeroko. Przez chwilę widziałam jego

błyszczące bielą kły.

Kłoś zapukał do drzwi. Pewnie kierownik hotelu, który zaraz każe mi się wynosić. Podeszłam do drzwi.

Nie wyjrzałam przez judasza i zdziwiłam się, gdy zobaczyłam, kto stał na korytarzu. To był Lionel Bayard.

Czyżby zjawił się, aby wyrzucić nas osobiście?

Stałam tam, patrząc na niego. On odezwał się pierwszy, odchrząkując nerwowo.

- Panno Blake, czy możemy przez chwilę porozmawiać?

Zachowywał się niezwykle uprzejmie jak na kogoś, kto przyszedł, aby wyrzucić nas z hotelu.

Zamieniam się w słuch, panie Bayard.

Nie sądzę, aby korytarz był odpowiednim miejscem.

Odstąpiłam na bok, wpuszczając go do pokoju. Minął mnie i wygładził ręką krawat. Dostrzegł stojącego

przy kozetce Jean-Claude'a. Jean-Claude uśmiechnął się do Bayarda. Przyjaźnie, czarująco.

Nie wiedziałem, że ma pani towarzystwo, panno Blake. Przyjdę później.

Zamknęłam drzwi.

- Niech się pan nie przejmuje, panie Bayard. Właśnie opowiedziałam Jean-Claude'owi o naszym

nieporozumieniu.

- Ach, tak... ee... — Bayard spoglądał to na mnie, to na mistrza, jakby nie bardzo wiedział, co ma

powiedzieć.

Jean-Claude usiadł w fotelu z kocią gracją.

- Anita i ja nie mamy przed sobą tajemnic, panie...

- Bayard. Lionel Bayard – podszedł i podał rękę Jean-Claude'owi. Jean-Claude uniósł brew, ale

uścisnął mu dłoń.

Po tym geście powitania Bayard poczuł się jakby trochę lepiej. To był zwyczajny gest. Nie wiedział,

czym jest Jean-Claude. Nie pojmowałam, jak mógł patrzeć na niego, myśląc, że to człowiek. Jak dotąd

widziałam tylko jednego wampira, który mógł z powodzeniem udawać człowieka. Bayard znów odwrócił

się do mnie, poprawiając okulary, choć to wcale nie było konieczne. Znów ten nerwowy gest. Coś było nie

tak. Zamknęłam drzwi i oparłam się o futrynę, splatając ręce na brzuchu.

Co jest grane, Bayard? — spytałam.

Przyszedłem tu, aby wyrazić szczere ubolewanie z powodu tego, co się wydarzyło dzisiejszej nocy.

Spojrzałam na niego.

— Chce mnie pan przeprosić?

—Tak. Pan Stirling zachował się zbyt popędliwie. Gdyby nie pani, z jej zdroworozsądkową postawą,

mogłoby dojść do tragedii.

Starałam się zachować pokerową twarz. Chciałam posłać mu gniewne spojrzenie albo zrobić zakłopotaną

minę.

Stirling nie jest na mnie zły?

Wręcz przeciwnie, panno Blake. Jest pani głęboko wdzięczny.

Nie wierzyłam w to.

— Doprawdy? — mruknęłam.

— O tak. Co więcej, zostałem upoważniony, aby

zaproponować pani premię.

— Dlaczego?

— Aby zadośćuczynić za nasze zachowanie dzisiejszej nocy.

- Pańskie zachowanie było nienaganne — odparłam.

Uśmiechnął się skromnie. Jego zachowanie było równie szczere jak sztuczne perły, ale nawet nie w

połowie tak realistyczne.

Ile wynosi premia?

Dwadzieścia tysięcy — odparł. W dalszym ciągu wpatrywałam się w niego oparta o futrynę.

— Nie.

Zamrugał powiekami.

Słucham?

Nie chcę premii.

- Nie jestem upoważniony do podwyższenia tej sumy, ale może pani pomówić z panem Stirlingiem.

Może zechce zaproponować pani wyższą stawkę.

Pokręciłam głową i odsunęłam się od drzwi.

Nie chcę więcej pieniędzy. Nie chcę żadnych premii.

Chyba pani nie zrezygnuje, prawda? — Mrugał powiekami tak szybko, że obawiałam się, iż może zemdleć.

Zdenerwował się na samą myśl, że mogę zrezygnować z realizacji zadania. I to bardzo.

- Nie, nie rezygnuję. Ale i tak płacicie mi za to, co mam zrobić, olbrzymią sumę. Nie chcę więcej

pieniędzy.

Pan Stirling obawia się, że mógł panią urazić. Odpuściłam. To zbyt proste.

Proszę powiedzieć panu Stirlingowi, że miałabym lepsze mniemanie o jego przeprosinach, gdy dokonał ich

osobiście.

— Pan Stirling jest bardzo zajęty. Sam by się tu zjawił, ale ma obecnie wiele pilnych spraw.

Zastanawiałam się, jak często Bayard musiał przepraszać w imieniu swojego szefa. I jak często musiał to

robić, bo jego szef kazał kogoś zastrzelić.

— W porządku, przekazał pan wiadomość. Proszę powiedzieć panu Stirlingowi, że nie tylko

dzisiejsza niedoszła strzelanina mnie zdenerwowała. Tej nocy zbadałam cmentarz. Niektóre ze zwłok maja,

nie dwieście, ale trzysta lat. Trzysta lat, Lionelu, to naprawdę dużo dla zombi.

— Czy może je pani ożywić?

Podszedł bliżej, wygładzając dłońmi klapy marynarki. Nieomal wkroczył w moją przestrzeń osobistą.

Wolałabym raczej mieć przy obok siebie Jean-Claude'a.

Może pytanie brzmi nie tyle, czy mogę, ale czy tego chcę, Lionelu.

To znaczy?

Okłamałeś mnie, Lionelu. Zaniżyłeś wiek zmarłych o prawie sto lat.

Nie zrobiłem tego rozmyślnie, panno Blake, zapewniam panią. Powtórzyłem jedynie to, co mi powiedziano

w naszym dziale badań. Nie chciałem celowo wprowadzić pani w błąd.

Jasne.

Wyciągnął rękę, prawie jakby chciał mnie dotknąć. Cofnęłam się, ale tylko troszeczkę. Wydawał się

piekielnie spięty. Opuścił rękę.

— Proszę, panno Blake. Nie okłamałem pani celowo.

— Kłopot w tym, że nie wiem, czy jestem w stanie ożywić tak starych umarłych bez złożenia ludzkiej

ofiary. Nawet moja moc nie jest nieograniczona.

- Miło wiedzieć — wtrącił Jean-Claude. Zmarszczyłam brwi, zerkając na niego. - Uśmiechnął się.

Spróbuje pani, prawda, panno Blake?

Może. Jeszcze nie podjęłam decyzji. Pokręcił głową.

— Uczynimy wszystko, aby zadośćuczynić tej omyłce, panno Blake. Jest wyłącznie moją winą, że nie

sprawdzono ponownie wyników naszych badań. Czy ja osobiście mógłbym coś zrobić aby odpłacić za

nadużycie pani dobrej woli?

- Po prostu proszę stąd wyjść. Jutro zadzwonię do pańskiego biura, by przedyskutować szczegóły.

Mogę potrzebować dodatkowego... wyposażenia, niezbędnego przy ożywianiu zmarłych.

- Cokolwiek pani sobie zażyczy, Panno Blake.

W porządku. Zadzwonię.

Otworzyłam drzwi i stanęłam przy nich. Uznałam, że ta aluzja w zupełności wystarczy. Wystarczyło.

Bayard, zanim wyszedł, raz jeszcze gorąco mnie przeprosił.

- Ten mały człowieczek coś kombinuje — odezwał się Jean-Claude.

Odwróciłam się i spojrzałam na niego. Nadal siedział w fotelu, wyraźnie czując się jak u siebie.

- Niepotrzebne mi wampirze moce, aby to stwierdzić.

— Mnie również — odparł. Miękko podniósł się z fotela. Gdybym ja siedziała w fotelu w takiej

pozycji jak on, byłabym potem cała zesztywniała.

— Muszę powiedzieć Larry'emu, że może przestać się pakować. Nie rozumiem, dlaczego nadal

mamy zlecenie, aleje mamy.

Czy ktoś inny byłby w stanie ożywić ten cmentarz?

Nie bez ludzkiej ofiary, a kto wie, czy nawet gdyby ją złożono — odparłam.

Oni ciebie potrzebują, ma petite. Sądząc po zaniepokojeniu tego małego człowieczka, bardzo im zależy na

ożywieniu tych nieboszczyków.

W grę wchodzą miliony dolarów.

Myślę, że nie chodzi tylko o pieniądze — powiedział.

Pokręciłam głową.

— Ja też tak sądzę.

Podszedł i stanął obok mnie, przy drzwiach.

— Jakiego dodatkowego wyposażenia potrzebujesz, aby ożywić trzystuletnie zwłoki, ma petite!

Wzruszyłam ramionami.

— To wymaga większej śmierci. Początkowo sądziłam, że będę potrzebować jedynie kilku kóz.

Otworzyłam drzwi.

— A o czym myślisz teraz? Czego użyjesz?

Nie wiem. Może słonia — odparłam.

Wyszliśmy na korytarz. Jean-Claude spojrzał na mnie.

— Żartowałam. Naprawdę. Poza tym słonie to zagrożony gatunek. Myślałam raczej o krowie.

Jean-Claude patrzył na mnie przez dłuższą chwilę. Na jego twarzy malował się wyraz głębokiej powagi.

- Pamiętaj, ma petite. Potrafię wyczuć, kiedy kłamiesz.

— Co chcesz przez to powiedzieć

Mówiąc o słoniu, mówiłaś serio

Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na niego. Cóż mogłam powiedzieć?

— No dobra, ale tylko przez chwilę. Nie zabiłabym słonia. Naprawdę.

— Wiem, ma petite.

Naprawdę nie brałam pod uwagę możliwości złożenia ofiary ze słonia. Tyle że by to największe zwierzę,

jakie mi przyszło do głowy. A jeśli miałam podjąć próbę ożywienia kilku trzystuletnich nieboszczyków,

będę potrzebować czegoś naprawdę dużego. Krowa raczej nie wystarczy. Nie byłam pewna, czy

wystarczyłoby nawet stado krów. Jak na razie nie miałam żadnej rozsądnej alternatywy.

Ale słonia nie zabiję. Przyrzekam. Poza tym wyobrażacie sobie poderżnięcie gardła słoniowi? Jak

miałabym go przytrzymać, aby stał bez ruchu, gdy podetnę mu gardło? Nie, to nie wchodziło w rachubę.

Zbyt kłopotliwe. Między innymi dlatego większość ofiar jest naszego rozmiaru albo mniejsza. Łatwiej jest

je przytrzymać.

—Nie możemy zostawić Jeffa z tym potworem — powiedział Larry.

Stał pośrodku dywanu w kolebce leśnej zieleni. Jean-Claude usiadł w rogu zielonej, wzorzystej kanapy.

Wydawał się rozbawiony jak kot, który natrafił na wyjątkowo ciekawą mysz.

— Nie zostawimy go — zapewniłam. — Ale tej nocy nie możemy udać się na jego poszukiwanie.

Odwrócił się i wskazał palcem na Jean-Claude'a.

— Dlaczego, bo on tak mówi?

Uśmiech Jean-Claude'a poszerzył się. Naprawdę był rozbawiony.

— Spójrz na zegarek, Larry. Do świtu już niedaleko. Wszystkie wampiry będą smacznie spać w

swoich trumnach.

Larry pokręcił głową. Wyglądał teraz jak ja. Uparty, nieugięty, nieprzejednany. Nie chciał pogodzić się z

tym, czego nie akceptował.

Musimy coś zrobić, Anito.

Nie możemy spotkać się i porozmawiać z wampirami za dnia, Larry. Tak już jest i nie zdołamy tego

zmienić.

A co będzie z Jeffem, podczas gdy będziemy czekać, aż zajdzie słońce?

Jego skóra była prawie biała. Piegi odcinały się na niej jak małe plamki z tuszu. Jasnoniebieskie oczy

błyszczały gniewem. Nigdy jeszcze nie widziałam Larry'ego tak wściekłego. Prawdę mówiąc, w ogóle nie

widziałam go zdenerwowanego.

Spojrzałam na Jean-Claude'a, a on na mnie. Byłam zdana na siebie. Jak zawsze zresztą.

— Xavier też będzie musiał spać. Nie zdoła skrzywdzić Jeffa aż do zachodu słońca.

Larry pokręcił głową.

— Czy zdążymy go ocalić?

Chciałam powiedzieć: „Jasne", ale nie byłam w stanie skłamać.

— Nie wiem. Mam nadzieję, że tak.

Na jego łagodnym zwykle obliczu pojawił się wyraz niezwykłej zawziętości. Spojrzałam na niego

i zrozumiałam, dlaczego tylu ludzi mnie nie docenia, Wyglądał zupełnie niegroźnie. I jeszcze do niedawna

był niegroźny, ale teraz miał broń i uczył się, jak być niebezpiecznym. Na jego twarzy po raz pierwszy

ujrzałam mroczny, posępny wyraz. Udając się na spotkanie z Mistrzem Branson, zamierzałam zostawić

Larry'ego w hotelu. Kiedy jednak tak na niego patrzyłam, zaczęłam wątpić, czy pozwoliłby mi na to.

dzisiejszej nocy po raz pierwszy brał udział w polowaniu na wampiry. Aż do teraz udawało mi się trzymać

go z dala od prawdziwych niebezpieczeństw. Ale taki stan nie będzie trwać wiecznie. Miałam nadzieję, że

porzuci myśli o polowaniu na wampiry. Kiedy wejrzałam w jego błyszczące oczy, zrozumiałam, że moje

nadzieje były płonne. Na próżno oszukiwałam samą siebie. Na swój sposób Larry był równie uparty jak ja.

To przerażające, ale prawdziwe. Ale tej nocy nic mu nie groziło.

- Nie mogłaś po prostu mnie pocieszyć? Powiedzieć, że go na pewno znajdziemy? — spytał Larry.

Uśmiechnęłam się.

— O ile tylko mogę, staram się cię nie okłamywać.

Ten jeden raz — rzucił Larry — wolałbym, abyś skłamała.

Przykro mi — powiedziałam.

Wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze. Jego gniew minął jak za dotknięciem czarodziejskiej

różdżki. Larry nie potrafił napawać się gniewem. Nie napędzał się nim. Nie dumał zbyt długo nad

rozmaitymi sprawami. To jedna z podstawowych różnic między nami. Ja nie mam w zwyczaju niczego

nikomu wybaczać. To poważna wada, przyznaję, ale, do cholery, wszyscy je mamy.

Rozległo się pukanie do drzwi. Larry podszedł, aby otworzyć.

Nagle tuż przy mnie pojawił się Jean-Claude. Nie zauważyłam, kiedy się przemieścił. Nie usłyszałam

szelestu podeszew skórzanych butów przesuwających się po dywanie. Zupełnie nic. Magia. Serce podeszło

mi do gardła.

Tupnij czasem, kiedy robisz coś takiego.

Co robię, ma petite!

Spojrzałam na niego z ukosa.

To nie była mentalna sztuczka, prawda?

Nie — odparł. To jedno słowo prześlizgnęło się po mojej skórze jak podmuch wiosennego wiatru.

Niech cię wszyscy diabli — mruknęłam ze złością.

Uśmiechnął się.

— Już to przerabialiśmy, ma petite. Jesteś zbył wolna.

Larry zamknął drzwi.

— Na korytarzu jest jakiś facet. Mówi, że jest z Jean-Claude'em.

— Facet czy wampir? — spytałam. Larry zmarszczył brwi.

Nie wampir, ale czy człowiek, tego nie wiem na pewno.

Spodziewasz się kogoś? — spytałam.

Owszem.

Kogo?

Podszedł do drzwi i położył dłoń na klamce.

Kogoś, kogo, jak sądzę, miałaś już okazję poznać.

Otworzył drzwi zamaszystym gestem, odchodząc na bok, abym miała lepszy widok.

W otwartych drzwiach stal uśmiechnięty i rozluźniony Jason. Był dokładnie mojego wzrostu co u

mężczyzn należy raczej do rzadkości. Proste, jasne włosy zaledwie sięgały mu do ramion. Oczy miały

barwę czystego, wiosennego nieba. Ostatnim razem, gdy się spotkaliśmy, próbował mnie zjeść. Z

wilkołakami tak niekiedy bywa.

Miał na sobie przyduży, czarny sweter sięgający do połowy ud. Musiał podwinąć rękawy powyżej

nadgarstków. Nosił skórzane spodnie, sznurowane boku od pasa do połowy łydki, gdzie wiązania znikały

za cholewkami butów. Wiązanie było na tyle luźne, że pod spodem dostrzec można było jego nagie ciało.

Cześć, Anito.

Cześć, Jasonie. Co tutaj robisz? Miał dość przyzwoitości, aby udać zażenowanie.

Jestem nowym pupilem Jean-Claude'a.

Powiedział to, jakby nie było w tym nic złego. Richard nadałby tym słowom całkiem inny ton.

— Nie mówiłeś, że przybędziesz tu w towarzystwie — powiedziałam.

— Czeka nas wizyta u Mistrza Miasta. Musimy godnie się zaprezentować.

A zatem wilkołak i... ja? Jako kto? Westchnął.

Ma petite, czy nosisz ślady moich ugryzień czy nie, większość uważa cię za moją ludzką służebnicę.

— Uniósł dłoń do góry. — Proszę, Anito, wiem, że teoretycznie nie jesteś moją ludzką służebnica, ale

pomogłaś mi w obronie mojego terytorium. Zabijałaś, aby mnie chronić. To najlepsza definicja tego, co

robi ludzki sługa.

— No i co dalej? Mam na czas tej wizyty udawać twoją służebnicę?

Mniej więcej — odparł.

Zapomnij.

Anito, muszę urządzić tu mały pokaz siły. Branson było częścią terytorium Nikolaosa. Zrezygnowałem z

niego, gdyż gęstość zaludnienia pozwalała na utrzymanie innej gromady. Ale to wciąż było moje

terytorium, a teraz nim nie jest. Niektórzy utratę przeze mnie tych ziem postrzegają jako oznakę słabości i

nie potrafią zrozumieć, że uczyniłem to ze względów czysto praktycznych.

—A zatem, chociaż nie noszę twoich ś ladów chcesz przymusić mnie, abym odegrała rolę twojej służki. Ty

parszywy manipulatorze.

To ty mnie tu ściągnęłaś, ma petite. — W jego słowach pojawiła się ciepła nuta. Podszedł do mnie.

Wyświadczam ci przysługę, nie zapominaj o tym.

Wątpię, abyś pozwolił mi zapomnieć — ucięłam.

Chrząknął gniewnie, jakby nie potrafił wyrazić swego oburzenia słowami.

— Czemu ja się w ogóle z tobą zadaję? Obrażasz mnie na każdym kroku. Inni byliby gotowi

zaprzedać duszę, aby zdobyć to, co ci ofiaruję.

Stanął tuż przede mną. Jego skóra była biała jak marmur, oczy lśniły jak ciemne szafiry. Skóra zdawała

się błyszczeć, jakby gdzieś pod nią płonął dziwny blask. Wyglądał jak żywy posąg wykuty ze światła

drogich kamieni i marmuru. To było imponujące i straszne, ale już to widziałam.

- Daj sobie spokój z tym wampirzym szajsem, Jean-Claude. Już prawie świta, nie masz ze sobą

trumny, w której mógłbyś się schować?

Zaśmiał się, ale to nie był miły dźwięk, raczej gorzki, jak dotyk stalowej waty. Coś co ma drażnić, a nie

dawać przyjemność.

— Nasz bagaż jeszcze nie dotarł, prawda, mój wilku?

- Nie, mistrzu — powiedział Jason. Twoja trumna jeszcze nie dotarła? — spytałam.

- Albo wybrałem bardzo kiepskiego przewoźnika, albo... — Nie dokończył, choć jego oblicze pozostało

pogodne.

Albo co? — naciskał Larry.

Ma petite.

- Uważasz, że trumnę mógł zabrać tutejszy Mistrz — dokończyłam.

- Aby w ten sposób ukarać mnie za wejście na obce terytorium bez zachowania niezbędnych formalności.

— Mówiąc to, przez cały czas patrzył na mnie.

- To chyba moja wina — przyznałam. Wzruszył ramionami z rozdrażnieniem.

Mogłem odmówić, ma petite.

Przestań być taki kurtuazyjny. To do ciebie nie pasuje.

Czy poczułabyś się lepiej, gdybym się rozgniewał? — spytał łagodnym tonem.

Może — odparłam. Miałabym dzięki temu mniejsze wyrzuty sumienia, ale nie powiedziałam tego głośno.

Jasonie, pojedź na lotnisko i spróbuj odnaleźć nasze bagaże. Przynieś je do pokoju Anity.

Chwileczkę. Nie możesz wprowadzić się do mojego pokoju.

Już prawie świta, ma petite. Nie mam wyboru. Jutro wymyślimy lepsze rozwiązanie.

— Zaplanowałeś to sobie. Zaśmiał się gorzko.

Bywam podstępny, ale nie aż tak, ma petite. Gdy do świtu tak blisko, nie wybrałbym się w podróż, nie

zabrawszy ze sobą trumny.

A co teraz zrobisz bez niej? — spytał Larry. Wydawał się zaniepokojony.

Jean-Claude uśmiechnął się.

Nie obawiaj się, Lawrence, jedyne czego mi potrzeba to ciemność, a raczej brak światła. Sama trumna nie

jest konieczna, to jedynie pewniejsze zabezpieczenie.

Nie wiedziałam, że wampiry wcale nie muszą, sypiać w trumnie — przyznałam.

Jeśli znajduję się w bezpiecznym miejscu, głęboko pod ziemią nie korzystam z trumny. Choć szczerze

mówiąc, gdy z nadejściem dnia zapadam w sen, staję się tak nieczuły, że mógłbym nawet zasnąć na desce

nabijanej gwoździami.

Nie bardzo w to wierzyłam. Bardziej niż inne wampiry starał się udawać człowieka.

— Już wkrótce będziesz miała okazję potwierdzić prawdziwość moich słów, ma petite.

— I tego się właśnie obawiam — odparłam.

— Możesz spać na kanapie, o ile tylko zechcesz, ale szczerze powiadam ci, że z nadejściem dnia staję

się całkowicie niegroźny albo bezbronny, jeśli wolisz. Nawet gdybym chciał, nie mógłbym cię niepokoić.

— A co z innymi bajkami, w które miałam uwierzyć? Widziałam cię, jak chodzisz, chociaż słońce już

wstało, byłeś co prawda osłonięty przed światłem, ale jakoś funkcjonowałeś.

— Po około ośmiu godzinach snu, nawet jeśli wciąż jest jeszcze dzień, rzeczywiście mogę się

poruszać, ale wątpię, abyś ty spędziła w łóżku bite osiem godzin. Masz klientów, śledztwo w sprawie

zabójstwa i zapewne jeszcze całą masę innych spraw.

— Jeżeli zostawię cię samego, kto dopilnuje, żeby jakaś pokojówka nie weszła do pokoju i nie

rozsunęła zasłon, smażąc cię na skwarkę?

Jego uśmiech poszerzył się.

— Martwisz się o mnie. Jestem wzruszony.

Spojrzałam na niego. Wydawał się radosny, rozbawiony, ale to była tylko maska. Taki miał wyraz twarzy,

kiedy nie chciał, aby ktoś wiedział, o czym myślał, dając jednocześnie do zrozumienia, że on nie chce, aby

to wiedział.

Co ty kombinujesz?

Akurat teraz nic, ma petite.

Jasne.

Jeżeli odnajdę trumnę, będzie mi potrzebna ciężarówka — powiedział Jason.

Możesz skorzystać z dżipa — zaproponował Larry.

Posłałam mu miażdżące spojrzenie.

Nie, nie może.

Podejdź do tej sprawy praktycznie, ma petit, Jeśli Jason będzie musiał wynająć ciężarówkę, ja być może

będę musiał spędzić jeszcze jedną noc w twoim łóżku. Wiem, że raczej tego nie chcesz.

W jego głosie pobrzmiewało rozbawienie, ale także coś jeszcze. Może gorycz.

Poprowadzę — zaproponował Larry.

Nie — zaoponowałam ostro.

Już prawie świt, Anito. Nic mi nie będzie. Pokręciłam głową.

Nie.

— Nie możesz wiecznie traktować mnie jak młodszego brata. Przecież mogę poprowadzić dżipa.

Obiecuję, że go nie zjem — dorzucił Jason. Larry wyciągnął rękę po kluczyki.

Czasami musisz mi zaufać. Tylko na niego spojrzałam.

— Obiecuję, że gdybym został zaatakowany, nie zawaham się użyć broni i rozwalę każdego, zarówno

człowieka, jak i potwora. — Uniósł prawą dłoń do góry. — Słowo. Jeżeli trafię za kratki, będziesz mogła

wpłacić za mnie kaucję i wyjaśnić, że ja tylko wykonywałem rozkazy.

Westchnęłam.

Dobra, do cholery. Dałam mu kluczyki.

Uśmiechnął się do mnie.

Dzięki.

Pokręciłam głową.

— Tylko się pospiesz, dobra? Wracaj jak najszybciej.

Tak jest.

To teraz już zjeżdżaj i uważaj na siebie. Larry i Jason wyszli. Wpatrywałam się w drzwi jeszcze chwilę po

tym, jak się za nimi zamknęły, zastanawiając się, czy nie powinnam była jednak pojechać z nimi. Larry na

pewno by się wkurzył, ale lepiej być obrażonym niż martwym. Cholera, przecież to było proste zadanie:

pojechać na lotnisko i odebrać trumnę. Co mogło pójść nie tak? Do świtu została już niecała godzina.

Niech to szlag.

Nie możesz go wiecznie chronić, Anito.

Mogę próbować.

Jean-Claude wzruszył ramionami z rozdrażnieniem. Ten gest mógł oznaczać wszystko albo nic.

— Czy możemy już wrócić do twego pokoju, ma petite?

Już miałam powiedzieć, że mógł przecież spać z Larrym, ale nie zrobiłam tego. Nie wierzyłam, że Jean-

Claude mógłby pożywić się Larrym, ale byłam pewna, że nie spróbuje skosztować mnie.

— Jasne — odparłam.

Wydawał się odrobinę zaskoczony, jakby spodziewał się kłótni. Tyle że ja na dzień dzisiejszy miałam dość

kłótni. Chce spać w moim łóżku, proszę bardzo. Ja prześpię się na kanapie. To przecież nic zdrożnego. Czy

można wyobrazić sobie coś bardziej niewinnego?

Poza Zmotoryzowanymi Zakonnicami z Piekła Rodem, ma się rozumieć.

Rozdział 19

Gdy wróciliśmy do mojego pokoju, świt jak chłód na dłoń napierał na szyby w oknach. Wstawał nowy

dzień. Jean-Claude uśmiechnął się do mnie.

Po raz pierwszy jesteśmy razem w pokoju hotelowym i nie mamy dla siebie czasu. — Westchnął

przeciągle. — Gdy chodzi o ciebie, moje plany zawsze spełzają na niczym, ma petite.

Może powinno dać ci to do myślenia.

Może. — Spojrzał na zaciągnięte zasłony. Muszę już iść, ma petite. Do zobaczenia po zmierzchu.

Pospiesznie zamknął za sobą drzwi do sypialni. Czułam, jak przybierający na sile blask napiera na

budynek. Po latach polowania na wampiry uświadomiłam sobie, że potrafię wyczuwać zarówno świt, jak i

zmierzch. Bywały takie dni, kiedy walcząc z kolejnymi katastrofami i usilnie starając się pozostać przy

życiu, czekałam w napięciu, aż mroczne niebo przejaśni się i wschodzące słońce ocali moją skórę. Po raz

pierwszy zaczęłam zastanawiać się, jak by to było, gdybym postrzegała świt jako zagrożenie, a nie

błogosławieństwo.

Kiedy zamknął drzwi, zorientowałam się, że zostawiłam w sypialni walizkę. Cholera. Zawahałam się i w

końcu zapukałam do drzwi. Żadnej odpowiedzi. Uchyliłam drzwi odrobinę, następnie nieco szerzej. Nie

było go tam. W łazience leciała woda. Spod drzwi przebijało światło. Co wampiry robią w łazience? Lepiej

nie wiedzieć.

Wzięłam walizkę i wyniosłam ją, zanim drzwi do łazienki zdążyły się otworzyć. Nie chciałam znów go

zobaczyć. Nie chciałam widzieć, co się z nim dzieje po wschodzie słońca.

Kiedy słońce wzeszło na tyle, że w jego promieniach zaciągnięte zasłony wyglądały jak strugi jasnocytrynowej

cieczy, przebrałam się w podkoszulek i dżinsy. Miałam jeszcze szlafrok, ale witając Jasona i

Larry'ego, chciałam mieć na sobie spodnie.

Poprosiłam obsługę o dodatkowe koce i poduszkę. Nikt nie skarżył się, że było tuż po wschodzie słońca i

że to dziwna pora na takie zamówienia. Po prostu przyniesiono, co chciałam. To się nazywa klasa.

Pokojówka nie spojrzała nawet na zamknięte drzwi sypialni. Rozłożyłam koc na kanapie i przyjrzałam się

jej. Kanapa była ładna, ale nie wyglądała na wygodną. Cóż, cnota ma swoją cenę. Rzecz jasna może to nie

cnota nie pozwalała mi wejść do sypialni. Gdyby w pokoju obok leżał Richard, tylko zasady moralne

mogłyby powstrzymać mnie przed wejściem do środka. Gdy chodziło o Jean-Claude'a... nigdy nie

widziałam go po wschodzie słońca, kiedy był martwy dla całego świata. Wiedziałam, że nie chcę tulić się

do niego, gdy ciepło opuści jego ciało.

Rozległo się pukanie do drzwi. Znieruchomiałam. To pewnie Larry, ale mimo wszystko... Podeszłam

do drzwi z browningiem w dłoni. Zeszłej nocy Beau miał strzelbę. Paranoja albo ostrożność — czasami

trudno je rozróżnić.

Stanęłam z boku przy drzwiach i powiedziałam

— Kto tam?

— To my, Anito.

Zabezpieczyłam pistolet i wsunęłam go za pasek dżinsów. Browning był za duży, aby mógł zmiesi u się w

kaburze wewnętrznej, więc musiałam improwizować.

Otworzyłam drzwi.

Larry opierał się o framugę. Wyglądał na zmęczonego i sponiewieranego. W ręce miał torbę od

McDonald'sa i pojemnik z czterema styropianowymi kubkami. W dwóch z nich była kawa, w dwóch zimne

napoje.

Jason ściskał pod pachami dwie skórzane walizy, w prawej ręce trzymał mniejszą walizkę, a w lewej drugą

torbę od McDonald'sa. Nie wydawał się zmęczony. Ranny ptaszek, a przecież nawet nie zmrużył dziś oka.

Okropność.

Zatrzymał wzrok na pistolecie za paskiem moich spodni. Zauważył go, ale nie powiedział ani słowa na ten

temat. Punkt dla niego.

Larry nawet nie wspomniał o broni.

Posiłek? — spytałam.

Zeszłej nocy prawie nic nie jadłem. Poza tym Jason też był głodny — powiedział Larry.

Wszedł do środka, stawiając torbę i napoje na barku. Nikt z nas nie pił, dobrze, że barek jednak do czegoś

się przyda.

Jason wniósł walizki bokiem, ale robił to bez wysiłku. Dźwiganie ciężkich waliz nie sprawiało mu

najmniejszych trudności.

- Popisujesz się — mruknęłam. Postawił bagaże na podłodze.

— To żaden popis — odparł. Zamknęłam za nimi drzwi.

- Podejrzewam, że mógłbyś unieść jedną ręką trumnę.

- Nie, ale nie dlatego, że jest ciężka. Po prostu jest za długa. Kwestia równowagi.

Pięknie. Superwilkołak. O ile wiedziałam, wszystkie lykantropy miały nielichą krzepę. Może Richird był

w stanie dźwignąć trumnę jedną ręką. To nie była pocieszająca myśl.

Jason zaczął wykładać jedzenie na kontuar. Larry usiadł na jednym ze stołków i wsypywał sobie cukier do

kawy.

- A co z trumną? Zostawiliście ją w holu? — spytałam.

Aby usiąść, musiałam położyć browninga na kontuarze. Nie chciałam, żeby wypadł zza paska. Larry

postawił przede mną nieotwartą kawę.

— Zaginęła. Spojrzałam na niego.

- Znaleźliście walizki, a trumny nie?

Taa — mruknął Jason, rozdzielając jedzenie na trzy porcje. Jego była największa.

Jak możesz jeść o tak wczesnej porze?

Zawsze jestem głodny — odparł. Spojrzał na mnie z lekkim wyczekiwaniem.

Nic nie odpowiedziałam. Nie podpuści mnie tak łatwo.

Mogę cię nakarmić, jeśli chcesz — zaproponował z nadzieją w głosie.

Nie wydajesz się zbytnio zmartwiony - zauważyłam.

Wzruszył ramionami i usiadł na stołku.

Co mam powiedzieć? Odkąd stałem się wilkołakiem, widziałem wiele dziwnych rzeczy. Gdybym popadał

w histerię za każdym razem, kiedy stanie się coś złego, kiedy umrze ktoś, kogo znałem, byłbym dziś u

czubków.

Sądziłam, że w stadzie walki o dominację, za wyjątkiem tych o przywództwo, nie są toczone do śmierci —

rzuciłam.

Ludzie zapominają — odparł.

Będę musiała porozmawiać z Richardem, kiedy wrócę do miasta. Nie wspominał mi o tym.

Nie ma o czym mówić — rzekł Jason. — Zwykła codzienność.

Świetnie.

Czy ktokolwiek widział, kto zabrał trumnę?

Larry odpowiedział bełkotliwym, sennym głosem, pomimo iż właśnie naszprycował się porcją kofeiny i

cukru. Zdecydowanie potrzebował snu.

Nikt nie widział, kto i kiedy ją zabrał. Facet z nocnej zmiany powiedział tylko, że odwrócił się na moment,

a gdy znów tam spojrzał, już jej nie było.

Cholera — wycedziłam przez zęby.

— Dlaczego zabrano trumnę? — zapytał. Wypił prawie całą kawę. Jak na razie nie tknął jeszcze

hamburgera. Podsunęli mi ciastko i pojemnik z syropem.

— Śniadanie ci stygnie — powiedział Jason.

Za bardzo go to bawiło. Spiorunowałam go wzrokiem, ale otworzyłam kawę. Nie miałam ochoty na

jedzenie.

- Myślę, że miejscowy mistrz się popisuje. Co ty na to Jasonie? — spytałam beznamiętnym tonem.

Uśmiechnął się do mnie, żując, przełknął, po czym odparł:

- Myślę to, co Jean-Claude chce, abym myślał.

Może mój głos był za bardzo beztroski. Chyba powinnam odpuścić sobie subtelności. Nie bardzo mi to

wychodziło.

Zabronił ci ze mną rozmawiać?

Nie, mam tylko uważać na to, co mówię.

On każe skakać, ty pytasz, jak wysoko, czy tak?

Otóż to. — Włożył do ust kawałek jajecznicy, jego twarz emanowała siłą spokoju.

Czy to cię nie martwi?

Nie ja ustalam reguły, Anito.

Ale czy to cię nie martwi? — naciskałam.

Wzruszył ramionami.

- Czasami, ale nic na to nie poradzę. Po co walczyć z wiatrakami.

Nic z tego nie rozumiem — wtrącił Larry.

Ja również.

Nie musicie tego rozumieć — odparł.

Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat, jednak jego oczy wyglądały naprawdę staro. Było w nich

spojrzenie pełne smutku i tęsknoty. Tak mógł patrzeć ktoś, kto sporo widział i robił wiele rzeczy, nie tylko

tych przyjemnych. Bałam się, że ujrzę coś takiego kiedyś w oczach Larry'ego. Byli prawie w tym samym

wieku. Co takiego zrobiono Jasonowi, że w jego oczach malował się tak dojmujący ból?

— Co teraz zrobimy? — spytał Larry.

— To wy jesteście ekspertami od wampirów. Ja jestem tylko pupilem Jean-Claude'a.

Powiedział to tak, jakby w ogóle się tym nie przejmował. Ja byłabym zmartwiona.

Pokręciłam głową.

Powiadomię gliny, a potem trochę się zdrzemnę.

Co im powiesz? — spytał Jason.

Opowiem im o Xavierze.

Czy Jean-Claude pozwolił ci powiadomić policję?

Spojrzałam na niego.

Nie zamierzam prosić go o pozwolenie.

Jean-Claude nie życzyłby sobie udziału policji w tej sprawie.

Nadal na niego patrzyłam. Zamrugał powiekami.

Proszę, nie rób tego tylko dlatego, że to powiedziałem.

Dobrze cię zna jak na kogoś, kogo spotkałaś zaledwie dwukrotnie.

Trzykrotnie — poprawiłam. — Z czego dwukrotnie próbował mnie pożreć.

Oczy Larry'ego lekko się rozszerzyły.

Żartujesz.

Ona wygląda tak smakowicie — wtrącił Jason.

Mam cię dość — mruknęłam.

— Co się stało? Zarówno Richard, jak i Jean-Claude drażnią się z tobą.

- Z nimi się spotykam — ucięłam. — Z tobą nie.

- Może kręcą cię potwory. Ja też potrafię być przerażający.

Spojrzałam na niego.

— Nie — stwierdziłam. — Nie potrafisz. I dlatego nie jesteś alfą. Dlatego jesteś pupilem Jean-

Claude'a, bo nie jesteś i nigdy nie będziesz naprawdę przerażający.

Coś przemknęło w głębi jego jasnoniebieskich oczu. Coś gniewnego i niebezpiecznego. Gdy tak siedział z

kawałkiem jajecznicy na widelcu i colą w dłoni, wydał mi się nagle inny. Trudno było ująć to w słowa, ale

nagle włosy stanęły mi dęba.

Spokojnie, wilczku — powiedziałam.

Głos miałam spokojny, łagodny. Siedziałam jakieś ćwierć metra od niego. Z tej odległości bez trudu mógł

się na mnie rzucić. Browning leżał o parę centymetrów od mojej prawej ręki, ale ja wiedziałam swoje.

Mogłam zdążyć sięgnąć po broń, ale o wycelowaniu nie było już mowy. Widziałam go wcześniej w akcji,

widziałam, jaki był szybki. Nie miałabym żadnych szans. Brak snu sprawił, że stałam się zbyt ufna albo

nieostrożna. To głupota z mojej strony. Jedno i drugie mogło skutecznie skrócić moje życie.

Z jego ust dobył się cichy, gardłowy warkot. Serce zabiło mi nieco szybciej.

Nagle tuż przy twarzy wilkołaka pojawił się pistolet Larry'ego.

— Ani się waż — wycedził Larry. Mówił cicho, ale zdecydowanie.

Zsunęłam się ze stołka, zabierając ze sobą browninga. Nie chciałam, aby Larry wystrzelił z pistoletu

tuż przed moim nosem. Wymierzyłam broń w pierś Jasona, pistolet trzymałam luźno, niemal nonszalancko

w jednej ręce.

— Nigdy więcej mi nie groź.

Jason spojrzał na mnie. W głębi jego oczu pojawiła się bestia, jak fala sunąca w kierunku brzegu.

— Jeżeli zaczniesz obrastać futrem, nie zaczekam, aby przekonać się, czy blefujesz — ostrzegłam.

Larry opierał jedną nogę o stołek i wciąż mierzył w głowę Jasona. Miałam nadzieję, że nie spadnie z

siedzenia i przez przypadek nie zastrzeli Jasona. Gdyby miał go zastrzelić, wolałabym, aby uczynił to

rozmyślnie.

Barki Jasona rozluźniły się. Dłonie się rozwarły, Jason odłożył widelec i kubek z napojem na kontuar.

Zamknął oczy i przez blisko minutę siedział w całkowitym bezruchu. Larry spojrzał na mnie. Pokręciłam

głową.

Jason otworzył oczy i powoli, przeciągle wypuścił powietrze. Znów wyglądał normalnie, napięcie zupełnie

z niego uszło. Uśmiechnął się.

— Musiałem spróbować.

Zrobiłam jeszcze jeden krok w tył, opierając się plecami o ścianę. Gdy znalazłam się poza jego zasięgiem,

odłożyłam broń. Larry, aczkolwiek z pewnym wahaniem, poszedł w moje ślady.

No dobrze, spróbowałeś, i co teraz? Wzruszył ramionami.

Dominujesz nade mną.

Tak po prostu — stwierdziłam.

— Czy byłabyś szczęśliwsza, gdybym sprowokował cię do walki?

Pokręciłam głową.

Ale nie obeszło się bez mojego wsparcia — zauważył Larry. — Nie zrobiła tego sama.

Nieważne. Jesteś wobec niej lojalny, zaryzykowałbyś dla niej życiem. Bycie dominantem to coś więcej niż

popis siły mięśni czy umiejętności w posługiwaniu się bronią.

Larry wydawał się zbity z tropu.

— O co chodzi z tym dominantem? Mam wrażenie, że umknął mi fragment rozmowy.

— Dlaczego tak bardzo starasz się zatracić w sobie resztki człowieczeństwa, Jasonie? — spytałam.

Uśmiechnął się i wrócił do przerwanego śniadania.

Odpowiedz, Jasonie.

Dokończył jajecznicę i powiedział:

Nie.

Co się dzieje? — spytał Larry.

Mentalne gierki — odrzekłam. Larry parsknął z rozdrażnieniem.

Może ktoś wyjaśniłby mi, dlaczego musieliśmy celować ze spluw do kogoś, kto powinien być po naszej

stronie?

Jean-Claude wciąż mi powtarza, że Richard, podobnie jak on, nie jest człowiekiem. Mały pokaz Jasona

miał mi to uświadomić. Prawda, wilczku?

Jason dokończył posiłek, jakby w ogóle nas tam nie było.

— Odpowiedz — warknęłam.

Odwrócił się na stołku, opierając się łokciami o kontuar.

— Mam teraz zbyt wielu mistrzów, Anito. Nie potrzeba mi jeszcze jednego.

A ze mną ma na pieńku zbyt wiele potworów, Jasonie. Nie zmuszaj mnie, abym wpisała i ciebie na ich

listę.

Czy to krótka lista? — zapytał.

Z każdym dniem coraz krótsza. Uśmiechnął się i zszedł ze stołka.

Czy ktoś jeszcze jest zmęczony, czy tylko ja? Oboje z Larrym spojrzeliśmy na niego. Wilkołak nie

wyglądał na zmęczonego, a w każdym razie nie bardziej od nas.

Jason nie zamierzał odpowiedzieć na moje pytania, a te skądinąd nie były aż tak istotne, abym miała z tej

okazji posłać mu kulkę. Pat.

— Świetnie, gdzie będziesz spał? — spytałam.

Jeżeli mi zaufasz, że go nie pożrę, to w pokoju Larry'ego.

Nic z tego — odparłam.

Chcesz, abym został tu z tobą?

— Powiedziałem mu, że przez cały nasz pobyt tutaj może mieszkać w moim pokoju — wtrącił Larry.

To było, zanim zaczął zgrywać przed nami wielkiego, złego wilkołaka — odparłam.

W twoim łóżku śpi Mistrz Miasta. — Larry wzruszył ramionami. — Myślę, że poradzę sobie z jednym

wilkołakiem.

Byłam innego zdania. Nie chciałam jednak rozmawiać o tym przy wilkołaku.

Nie, Larry.

Nagle ogarnął go gniew.

Co mam zrobić, abyś zrozumiała, że umiem sobie poradzić w trudnych sytuacjach?

Pozostać przy życiu — odparłam.

To znaczy?

Nie jesteś rewolwerowcem, Larry.

Byłem gotów go zastrzelić. — Larry wskazał na uśmiechniętego wilkołaka.

— Wiem.

— Tylko dlatego, że nie dość szybko zaciska mi się palec na spuście, uważasz, że nie potrafię o siebie

dbać?

Westchnęłam.

— Larry, proszę. Gdyby Jason w biały dzień przemienił się i cię zabił, nie umiałabym się z tym

pogodzić. Nie mogłabym z tym żyć.

A jeśli zabije ciebie? — spytał Larry.

Nie zrobi tego.

Dlaczego nie?

— Bo Jean-Claude zabiłby jego. Jeśli skrzywdziłby ciebie, zabiłabym go, ale nie wiem, czy Jean-Claude

zdecydowałby się pomścić twoją śmierć. Janson bardziej boi się Jean-Claude'a niż mnie. Prawda, Jasonie?

Jason usiadł na kanapie, na moim kocu.

O, tak.

Nie wiem dlaczego — odezwał się Larry. — Przecież to ty zabijasz dla Jean-Claude'a. Jakoś nie przypominam

sobie, aby kogokolwiek zabił własnoręcznie.

Larry, kogo obawiałbyś się bardziej — mnie czy Jean-Claude'a?

Nie skrzywdziłabyś mnie — odparł.

Gdybyś musiał stanąć do walki z jednym z nas, kogo byś wybrał?

Larry przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, gniew odpłynął, zastąpiony przez coś zmęczonego i starego,

co kryło się w jego oczach.

Jego.

Na miłość boską, dlaczego? — spytałam.

Widziałem, jak zabijasz, Anito. Robiłaś to wielokrotnie i bez wahania. Jean-Claude mógłby próbować

wystraszyć mnie na śmierć, ale ty po prostu byś mnie zabiła.

Moje usta rozchyliły się lekko.

Jeśli naprawdę wierzysz, że jestem groźnięjsza od Jean-Claude'a, to w ogóle mnie nie słuchałeś.

Nie twierdzę, że jesteś groźniejsza. Powiedziałem tylko, że zabiłabyś mnie szybciej.

I dlatego nie obawiam się Anity tak bardzo jak Jean-Claude'a — wtrącił Jason.

Larry spojrzał na niego.

Co chcesz przez to powiedzieć?

Ona mogłaby mnie co najwyżej zabić — szybko, czysto i sprawnie. Jean-Claude nie uśmierciłby mnie ani

szybko, ani bezboleśnie. Uczyniłby wszystko, aby zadać mi najbardziej wyszukane cierpienia.

Patrzyli na siebie nawzajem. Twierdzenia obu zawierały w sobie niezaprzeczalną logikę. Opowiedziałam

się po stronie Jasona.

Jeśli naprawdę wierzysz w to, co mówisz, Larry, to znaczy, że jeszcze bardzo mało wiesz o wampirach.

Jak mogę dowiedzieć się o nich czegoś więcej, skoro przez cały czas mi matkujesz, Anito? Nie dajesz mi

szansy, abym się wykazał.

Czy naprawdę aż tak go ograniczałam? Byłam zanadto opiekuńcza? Niech zobaczy, jaka jestem

bezwzględna, ale niech trzyma się z daleka od Jean-Claude'a?

- Jutrzejszej nocy zamierzam pójść z tobą na spotkanie z mistrzem. Nie zostanę tutaj.

- Masz rację — odparłam. Ta odpowiedź zaskoczyła ich obu. — Jeśli naprawdę wierzysz, że potrafię zabić

kogoś szybciej niż Jean-Claude, to znaczy, że przesadziłam z opiekuńczością wobec ciebie. Musisz

zrozumieć, jak niebezpieczne są wampiry. Jakie są zabójcze i że któregoś dnia może nie być mnie przy

tobie, a ty możesz zginąć.

Wzięłam głęboki wdech i wolno wypuściłam powietrze. Strach jak lodowata gula zaległ w moim żołądku.

Bałam się, że Larry zginie, ponieważ trzymałam go zbyt długo pod kloszem. Nie tego się spodziewałam.

— Chodź, Jason — rzucił Larry. Jason wstał.

— Nie. Jutro będziesz mógł stanąć oko w oko z wampirami, a ja będę tylko obserwować, jak sobie

radzisz. Do tego czasu, dopóki nie zrozumiesz, jak niebezpieczne są potwory, nie chcę, abyś przebywał z

nimi sam na sam.

W jego oczach malował się gniew i ból. Zraniłam jego dumę i pewność siebie. Nadszarpnęłam ego. Ale...

co innego mogłam zrobić?

Larry obrócił się gwałtownie na pięcie i wyszedł. Nie próbował się ze mną spierać. Nawet się nie pożegnał.

Trzasnął drzwiami, a ja przez chwilę miałam ochotę pobiec za nim. Co mogłabym mu powiedzieć?

Oparłam się czołem o drzwi i wyszeptałam:

— Cholera.

— Mam spać na kanapie? — spytał Jason. Odwróciłam się i oparłam o drzwi. Wciąż trzymałam w

ręku browninga, choć szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałam, po co. Zaczynałam się robić zmęczona i

rozleniwiona.

Nie. Na kanapie śpię ja.

To gdzie ja mam spać?

— Nie obchodzi mnie to. Byle z dala ode mnie. Przesunął dłońmi po kocu, muskając go delikatnie palcami.

Skoro ty śpisz tutaj, to ja biorę łóżko.

Już jest zajęte — przypomniałam.

Czy to duże łóżko?

Wielkie, dwuosobowe, a co?

— Jean-Claude na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu, abym położył się przy nim. Co prawda

wolałby mieć u swego boku ciebie, ale cóż...

Spojrzałam na niego, na jego spokojne, przystojne oblicze.

Czy po raz pierwszy miałbyś dzielić łoże z Jean-Claude'em?

Nie — odrzekł.

Musiał zobaczyć coś na mojej twarzy, bo odchylił golf swetra, aby pokazać mi dwa okrągłe ślady po kłach.

Odstąpiłam od ściany i podeszłam bliżej. Na tyle blisko, by ujrzeć, że rana prawie się zagoiła.

Czasami, zaraz po przebudzeniu, ma ochotę na małą przekąskę — wyjaśnił Jason.

Jezu — wyszeptałam.

Jason poprawił sweter, zasłaniając ranę na szyi. Zupełnie jakby próbował ukryć malinkę. Jason siedział

przede mną spokojny, z pozoru niegroźny. Był dokładnie mojego wzrostu i miał twarz anioła znającego

prawdę o życiu.

- Richard nie pozwalał Jean-Claude'owi, aby ten posilał się nim — powiedziałam.

— Nie — odparł.

„Nie". To wszystko, co masz do powiedzenia.

A co mam powiedzieć, Anito?

Zamyśliłam się nad tym przez chwilę.

Chciałabym, abyś był rozjuszony. Wściekły.

Dlaczego?

Pokręciłam głową.

- Idź już i połóż się, Jasonie. Męczy mnie rozmowa z tobą.

Bez słowa wszedł do sypialni. Nie zajrzałam do środka, aby sprawdzić, czy przeistoczył się w wilka i

zwinął w kłębek na dywanie, czy może ułożył się w łóżku obok nieboszczyka. To nie była moja sprawa i

szczerze mówiąc, nie miałam ochoty tego oglądać.

Rozdział 20

Włożyłam zabezpieczonego browninga pod poduszkę. W domu, gdy chowam broń do specjalnej kabury u

wezgłowia łóżka, zwalniam bezpiecznik. Tyle że głupio by wyszło, gdybym się przypadkiem postrzeliła w

nocy, a raczej za dnia, usiłując bronić się przed wilkołakami.

Firestara wsunęłam pod poduszkę kanapy, również zabezpieczonego. Zazwyczaj zapasowy pistolet

trzymam w torbie podróżnej, ale czułam się odrobinę niepewnie.

Noże pozostały w bagażu. Sytuacja nie była aż tak groźna, żebym musiała je mieć przy sobie. Poza tym

niewygodnie by się z nimi spało.

Właśnie ułożyłam się do snu, gdy uświadomiłam sobie, że nie zadzwoniłam do agenta specjalnego

Bradforda. Cholera.

Odrzuciłam koc i podreptałam do telefonu, mając na sobie tylko majtki i podkoszulek. No i miałam także

pistolet. Na co komu broń, jeśli nie nosi jej z sobą?

Wybrałam numer. Żadnej odpowiedzi. Coś podobnego. Przecież wszyscy pracują na okrągło, przez

dwadzieścia cztery godziny na dobę, prawda? Miałam numer jego pagera. Czy informacje o Xavierze

mogły poczekać? Czy jego imię w jakikolwiek sposób im pomoże? Agent Bradford dał mi wyraźnie do

zrozumienia, że jestem persona non grata. Freemont usiłowała wyłączyć mnie z gry, Quinlanowie grozili,

że pozwą kogo się da, chyba że zostanę raz na zawsze usunięta od tej sprawy. Tak się popisałam, chroniąc

ich rodzinę, że za wszelką cenę chcieli mi już podziękować za dalsze usługi. Chyba byli przekonani, że to

ja jestem odpowiedzialna za śmierć ich syna. Kto by przypuszczał?

Miałam numer pagera Bradforda. Powiedział mi wyraźnie, że w razie gdybym się czegoś dowiedziała,

miałam poinformować o tym wyłącznie jego. Bezpośrednio. Miałam rozmawiać tylko i wyłącznie z nim.

To sprawiło, że zapragnęłam wszystko przed nim zataić. Tyle tylko, że FBI mogło mieć w swoich

archiwach kartotekę wampirów. Może to imię coś im powie. Może dzięki temu zdołają odnaleźć Jeffa.

Poza tym Jean-Claude nie zabronił mi podawać glinom imienia Xaviera. Skorzystałam z podanego mi

numeru. Zadzwoniłam na pager. Zostawiłam swój numer telefonu. Teraz mogłam albo wrócić do łóżka i

pozwolić, aby obudził mnie dzwonek telefonu, albo siąść sobie w fotelu i cierpliwie czekać. Wybrałam to

drugie.

Telefon zadzwonił po niespełna pięciu minutach. Lubię ludzi, którzy oddzwaniają możliwie jak najszybciej

po otrzymaniu sygnału na pager.

Powiedziałam: „Halo", na wypadek gdyby to nie był on. Ale to był on.

— Agent specjalny Bradford. Na moim pagerze wyświetlił się ten numer. — Miał zaspany głos.

Mówi Anita Blake. Chwila ciszy, a potem:

Wie pani, która godzina?

Nie zmrużyłam jak dotąd oka, więc wiem. Kolejna chwila ciszy.

O co chodzi, panno Blake? Czego pani chce? Wzięłam głęboki oddech i powoli wypuściłam po

wietrze. Wściekanie się nic mi nie da.

— Udało mi się poznać imię wampira, który najprawdopodobniej jest odpowiedzialny za śmierć tych

dzieciaków.

Jak ono brzmi? — Xavier.

Nazwisko?

— Zgodnie z utartym zwyczajem wampiry nie mają nazwisk.

— Dziękuję za podanie mi tego imienia, panno Blake. Jak udało się je pani zdobyć?

Zamyśliłam się przez chwilę. Nie potrafiłam wymyślić naprawdę przekonującej odpowiedzi.

Tak jakoś mi wpadło.

- Czemu pani nie wierzę, panno Blake? Wydaje mi się, że ostatniego wieczoru wyraziłem się jasno. Nie

wolno pani w żaden sposób mieszać się w tę sprawę.

- Proszę zrozumieć, nie musiałam do pana dzwonić, ale chcę, aby Jeff Quinlan wrócił do domu żywy.

Pomyślałam sobie, że FBI mogłoby zrobić użytek z imienia wampira, który porwał chłopca.

- Chcę wiedzieć, w jaki sposób zdobyła pani tę informację.

Mam swoje źródło — odparłam.

— Chciałbym z nim pomówić — stwierdził. — Nic z tego — ucięłam krótko.

— Czy zdaje sobie pani sprawę, że może to zostać potraktowane jako zatajanie informacji istotnych

dla rozwoju śledztwa?

- Nie, agencie Bradford, moim zdaniem właśnie przekazałam panu informację na tyle istotną, abym

mogła pchnąć wasze śledztwo naprzód.

Znów zamilkł.

— No dobrze, panno Blake, ma pani rację. Dziękuję za podanie tego imienia. Przepuścimy je przez

nasze komputery.

- Ten wampir był już wcześniej znany z molestowania małoletnich chłopów. To pedofil.

— Boże, wampir pedofil. — Dopiero teraz wydawał się szczerze zaciekawiony tym, co do niego

mówię. — I to właśnie on porwał chłopaka Ouinlanów?

— Tak — stwierdziłam.

Naprawdę bardzo by mi zależało na rozmowie z pani źródłem — powtórzył.

Tak się składa, że mój informator nie przepada za kontaktami z policją. Jest bardzo nieśmiały.

Mógłbym nalegać, panno Blake. Otrzymaliśmy raport, że ubiegłej nocy przyleciał tu prywatny odrzutowiec

i wyładowano z niego pojedynczą trumę. Maszyna jest zarejestrowana na J.C. Corporation, to firma, która

posiada wiele wampirzych lokali rozrywkowych w St. Louis. Czy coś pani o tym wiadomo, panno Blake?

Okłamywanie agenta FBI wydawało się kiepskim rozwiązaniem, ale nie byłam pewna, jak przyjąłby

prawdę. Federalni prowadzili śledztwo w sprawie wampirzych morderstw, aż tu nagle w mieście pojawia

się nowy krwiopijca. W najlepszym razie mogli go przesłuchać. W najgorszym... Cóż, pewnego wampira

w Missisipi przypadkiem przeniesiono do celi z oknem. Słońce wstało i... wampir uprażył się na węgiel. Co

prawda później adwokat ze związku obrońców praw obywatelskich pozwał gliniarzy i wygrał, ale to nie

przywróciło wampira do życia. Fakt faktem, że był to w miarę młody krwiopijca. Jean-Claude wydostałby

się stamtąd bez większych problemów, jednakże za ucieczkę z aresztu z użyciem wampirzych mocy

groziły poważne konsekwencje, z wystawieniem listu gończego włącznie. Mniej więcej w takiej samej

sytuacji był obecnie Magnus.

W dodatku wampir zabił ubiegłej nocy glinę. W tej sytuacji stróże prawa mogli nie wykazywać się wobec

wampirów szczególną delikatnością. Bądź co bądź policjanci to tylko ludzie.

Jest tam pani jeszcze?

Jestem.

— Nie odpowiedziała pani na moje pytanie.

Dokąd przewieziono tę trumnę? — zapytałam.

Nie wiadomo. Po postu zniknęła. Jakby zapadła się pod ziemię.

Wobec tego czego pan chce ode mnie?

Oprócz trumny wyładowano również bagaże. Niedawno odebrało je dwóch młodych mężczyzn. Opis

jednego z nich zdaje się wskazywać na Larry'eyo Kirklanda.

Doprawdy?

Właśnie tak.

Siedzieliśmy po dwóch stronach łącza, czekając, aż ta druga osoba coś powie.

Mógłbym wysłać do pani do hotelu moich agentów.

W moim pokoju nie ma żadnych trumien, agencie Bradford.

Na pewno?

Klnę się na Boga.

Czy wie pani, kto jest szefem J.C. Corporation?

Nie.

To była prawda. Dopóki nie usłyszałam o niej od Bradforda, nie miałam pojęcia o istnieniu firmy J.C.

Corporation. Mogłam się co najwyżej dormyślać, że należała do Jean-Claude'a. No dobra, po co się

oszukiwać? Spójrzmy prawdzie w oczy, ale co tak naprawdę z tego wynikało?

Czy wie pani, dokąd dostarczono tę trumnę? — zapytał.

Nie.

Powiedziałaby mi pani, gdyby wiedziała?

Oczywiście, o ile pomogłoby to w odnalezieniu Jeffa Quinlana.

W porządku, Blake, ale umówmy się, że więcej nam już pani nie pomaga. Proszę trzymać się z daleka od

tej sprawy. Kiedy znajdziemy wampiry, skontaktujemy się z panią i będzie pani mogła zrobić, co do pani

należy. Nie jest pani policjantką, lecz zabójczynią wampirów. Proszę o tym nie zapominać.

W porządku — mruknęłam.

Dobrze. Teraz chciałbym się przespać.. I pani radzę to samo. Znajdziemy dziś te wampiry. I powiedzmy,

że nie do końca wierzę w to, co usłyszałem od Freemont. Zadzwonimy do pani, gdy trzeba będzie

pozabijać krwiopijców.

Dzięki.

Dobranoc, Blake.

Dobranoc, Bradford.

Rozłączyliśmy się. Siedziałam jeszcze przez parę minut, chłonąc to, co przed chwilą usłyszałam. Co by

zrobili, gdyby zastali Jean-Claude'a w moim pokoju? Widziałam gliniarzy wkładających pogrążonego w

śpiączce wampira do worka na zwłoki i przewożących go na posterunek, by go tam po zmierzchu

przesłuchać. To nie był dobry pomysł, bo wampir mógł się obudzić mocno wkurzony. I faktycznie tak

było. Ostatecznie musiałam go zabić. To szczególne zabójstwo zawsze mnie mierziło. Tak po prostu. To

było zlecenie spoza stanu. Tamtejsze gliny zaprosiły mnie, abym im doradziła. Gdy tylko znaleźliśmy

wampira, przestali słuchać moich rad. Teraz było podobnie. Tamtego wampira także chciano jedynie

przesłuchać.

Nagle poczułam się zmęczona. Zupełnie jakby cała ta noc uderzyła we mnie zmasowaną falą. Ogarniała

mnie senność. Musiałam się położyć. Niewyspana nie zdołam pomóc Jeffowi Quinlanowi ani nikomu

innemu. Poza tym może odnajdą go federalni. Zdarzały się dziwniejsze rzeczy.

Kazałam obsłudze hotelowej, by obudzono mnie w południe i wślizgnęłam się pod koc. Czułam przez

poduszkę kanciasty kształt browninga. Dobrze, że nie czułam także firestara pod poduszką kanapy. Trochę

żałowałam, że nie wzięłam ze sobą Zygmusia, mojego pluszowego pingwinka. Gdyby jednak Jean-Claude

albo Jason zobaczyli mnie śpiąca z wypchaną zabawką, chyba zapadłabym się pod ziemię. Musiałam

zgrywać twardą babę i dzielnie znosić wszelkie tego konsekwencje. Taki los.

Rozdział 21

Ktoś dobijał się do drzwi. Otworzyłam oczy i ujrzałam pokój tonący w łagodnych, delikatnych promieniach słońca.

Zasłony nie były tu tak grube jak w sypialni. Dlatego to ja byłam tutaj, a Jean-Claudo tam.

Wbiłam się w dżinsy, które zostawiłam na podłodze i krzyknęłam:

— Już idę!

Dudnienie ustało, a zaraz potem coś łupnęło, jak by ktoś kopnął w drzwi. Czy to pobudka a la federalni? Podeszłam

do drzwi z browningiem w dłoni. Coś mi mówiło, że federalni nie byliby tak bezczelni. Stanęłam z boku, przy

drzwiach i zapytałam:

Kto tam?

Dorcas Bouvier. — Znów kopnęła w drzwi. — Otwieraj, do diaska!

Wyjrzałam przez judasza. To była Dorcas Bouvier i albo jej zła siostra-bliźniaczka. Nie zauważyłam widocznej broni.

Chyba byłam bezpieczna. Wsunęłam browninga za pasek dżinsów i zasłoniłam koszulka,. Podkoszulek był na tyle

duży, że sięgał mi do połowy ud. Doskonale maskował pistolet. Otworzyłam drzwi i stanęłam z boku. Dorcas pchnęła

drzwi, otwierając je na oścież. Zamknęłam je za nią i przesunęłam zasuwkę, po czym oparłam się o framugę,

obserwując mojego gościa.

Dorcas krążyła po pokoju jak wielka, egzotyczna kotka. Długie do pasa, kasztanowe włosy falowały przy każdym

mchu. Wreszcie odwróciła się i spojrzała na mnie oczyma koloru morskiej zieleni, tej samej barwy co oczy jej brata.

Źrenice były małe jak łebki szpilek, tęczówki zdawały się usuwać w cień białka. Wyglądała jak niewidoma.

Gdzie on jest?

On, czyli kto? — spytałam.

Łypnęła na mnie spode łba i pomaszerowała w kierunku drzwi sypialni. Nie zdążyłabym jej zatrzymać, a póki co, nie

chciałam jeszcze poczęstować jej kulką.

Gdy się z nią zrównałam, weszła dwa kroki w głąb sypialni i wyprężona jak struna wlepiła wzrok w łóżko. Widok był

wart uwagi.

Jean-Claude leżał na wznak, prześcieradło barwy ciemnego wina podciągnął aż do piersi. Na pościeli leżała jedna

jego ręka, widać też było fragment bardzo bladego ramienia. W półmroku jego włosy zlewały się z poduszką, co

sprawiało, że jego twarz wydawała się biała i prawie eteryczna.

Jason leżał na brzuchu. Prześcieradło zasłaniało tylko jedną jego nogę i pośladki. Jeżeli miał coś na sobie, ja tego nie

zauważyłam. Podniósł się na łokciach i odwrócił do nas. Blond włosy przesłoniły mu twarz. Zamrugał, jakby

przebudził się z głębokiego snu. Uśmiechnął się, ujrzawszy Dorcas Bouvier.

— To nie jest Magnus — powiedziała.

Oczywiście, że nie — odparłam. — Chce pani porozmawiać na zewnątrz?

- Jeżeli to przeze mnie, to nie wychodź — rzucił Jason. Podparł się na łokciu. Prześcieradło całkiem zsunęło się z jego

ciała.

Dorcas Bouvier odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju. Zamykając drzwi, usłyszałam jeszcze głośny śmiech

Jasona.

Dorcas wyglądała na wstrząśniętą, powiedziałabym nawet zdezorientowaną. Ten widok radował moje serce. Ja też

czułam się zażenowana, ale nie bardzo wiedziałam, co mam z tym począć. Próby tłumaczenia się w takich sytuacjach

nigdy nic nie dają. Ludzie zawsze są skłonni dostrzegać w tobie to co najgorsze. W tej sytuacji nawet nie próbowałam

się tłumaczyć. Stałam tylko i patrzyłam na nią. Unikała mojego wzroku.

Po dłuższej chwili ciszy, kiedy na jej twarzy pojawiły się pokaźne rumieńce, odezwała się:

- Nie wiem, co mam powiedzieć. Sądziłam, że jest tam mój brat. Ja... — Dopiero teraz spojrzała mi w oczy.

Odzyskiwała rezon i pewność siebie. Wzięła się w garść. Widziałam to w jej oczach. Przyszła tu nie tylko po to, by

wywlec brata z mojego łóżka.

- Skąd pani przyszło do głowy, że Magnus może być tutaj?

— Mogę usiąść?

Zaprosiłam ją, aby spoczęła. Usiadła na jednym z krzeseł, sztywno, jakby kij połknęła. Moja macocha, Judith, byłaby

dumna. Oparłam się jedną ręką o podłokietnik kanapy, gdyż nie mogłam usiąść z browningiem za spodniami. Nie

byłam pewna, jak zareagowałaby na widok broni, więc nie chciałam zdradzać się, że byłam uzbrojona. Niektórzy

ludzie, widząc spluwę, zaczynają świrować. W sumie nic dziwnego.

Wiem, że Magnus był z panią zeszłej nocy...

Ze mną?

— To znaczy... — Znów się zapłoniła. — To znaczy nie w takim sensie. Wiem, że widziała go pani wczorajszej nocy.

— Powiedział to pani?

Pokręciła głową, a włosy jak futrzany kołnierz prześlizgnęły się po jej ramionach. W osobliwy sposób przypominała

Magnusa.

— Widziałam was razem.

Przyglądałam się jej twarzy, usiłując wejrzeć poza wyraz zażenowania.

— Nie było tam pani zeszłej nocy.

Gdzie? — spytała.

Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na nią.

Jak nas pani zobaczyła?

A więc przyznaje pani, że go wczoraj widziała — mruknęła. Znów się ożywiła.

Chcę wiedzieć, w jaki sposób nas pani zobaczyła.

Wzięła głęboki oddech.

To moja sprawa.

Magnus mówił, że jeśli chodzi o wizje, jego siostra jest lepsza od niego. Czy to prawda?

Czego pani nie powiedział? — spytała. Znów ogarnął ją gniew. Emocje toczyły w jej wnętrzu zaciekłą wojnę,

przejawiając się zarówno w jej głosie, jak i wyrazie twarzy.

— Nie powiedział mi, dlaczego uciekał przed policją.

Spojrzała na swoje dłonie, złożone na podołku.

- Ja również nie wiem, dlaczego uciekł. To nie ma sensu. — Przeniosła wzrok na mnie. — Wiem, że to nie on zabił te

dzieciaki.

- Ja też to wiem — przyznałam.

Na jej twarzy odmalowało się zdziwienie.

— Sądziłam, że powiedziała pani policji, że to jego sprawka.

Pokręciłam głową.

Nie. Powiedziałam tylko, że mógł to zrobić, ale nie, że to zrobił.

Ale... ta policjantka była tego pewna. Wydawała się święcie przekonana o swoich racjach. I mówiła, że to pani jej o

tym powiedziała.

Zaklęłam pod nosem.

Detektyw Freemont?

Tak.

Niech pani nie wierzy we wszystko, co od niej usłyszy, zwłaszcza na mój temat. Ona raczej za mną nie przepada.

- Skoro pani im tego nie powiedziała, czemu wszyscy uważają, że to właśnie Magnus popełnił te straszne czyny? Nie

miał powodu, by pozabijać tych ludzi.

Wzruszyłam ramionami.

— Magnus nie jest już poszukiwany za zabójstwo. Nikt pani o tym nie powiadomił?

Pokręciła głową.

— Nie. Czy to znaczy, że może już wrócić do domu?

Westchnęłam.

To nie takie proste. Aby uciec, Magnus wykorzystał przeciwko policji swoja magię. To przestępstwo. Gliny mają

prawo go zastrzelić, gdy tylko go zobaczą. Oni nie patyczkują się z istotami rzucającymi na nich uroki. Wcale im się

nie dziwię.

Widziałam was rozmawiających pod gołym niebem.

Spotkałam się z nim wczorajszej nocy.

Powiedziała pani policji?

Nie.

Spojrzała na mnie.

— Dlaczego nie?

— Magnus z pewnością ma coś na sumieniu, w przeciwnym razie nie uciekłby, ale zasługuje na lepsze

potraktowanie.

Tak — przyznała. — To prawda.

Skąd pani przyszło do głowy, że będzie w moim łóżku?

Znów spuściła wzrok.

— Magnus potrafi być bardzo... przekonujący. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz kobieta mu odmówiła.

Przepraszam, że tak o pani pomyślałam.

Przerwała, zerknęła w stronę sypialni, a potem znowu na mnie. Ponownie się zaczerwieniła.

Nie zamierzałam tłumaczyć, jak doszło do tego, że w moim łóżku byli dwaj mężczyźni. Z całą pewnością było

oczywiste — świadczyły o tym koc i poduszka — że spałam tutaj. To przecież jasne.

— Czego pani ode mnie chce, panno Bouvier?

— Chcę znaleźć Magnusa, zanim go zabiją. Sądziłam, że może mi pani w tym pomóc. Jak mogła pani wydać

Magnusa glinom? Na pewno pani wie jak to jest być inną.

Chciałam zapytać, czy to aż tak rzuca się w oczy, czy mam wypisane na czole „Nekromantka", ale nie zrobiłam tego.

Nie chciałam usłyszeć potwierdzenia.

— Gdyby nie uciekł, zostałby tylko przesłuchany. Nie jest powiedziane, że policja musiałaby go aresztować.

Czy domyśla się pani, co było powodem jogo ucieczki?

Pokręciła głową.

— Sporo się nad tym zastanawiałam, ale nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Mój brat może być

odrobinę amoralny, ale nie jest złym człowiekiem.

Nie byłam pewna, czy można być „odrobinę" amoralnym, ale puściłam to mimo uszu.

- Jeżeli się ujawni i przyjdzie do mnie, odprowadzę go na komendę. Nic innego nie zdołałam wymyślić.

- Byłam wszędzie, gdzie tylko mógł się zaszyć, ale nie ma po nim śladu. Odwiedziłam nawet kopiec.

Kopiec? — spytałam.

Spojrzała na mnie.

Nie mówił pani o istocie?

Zastanawiałam się, czy nie skłamać, aby tylko zdobyć nowe informacje, ale jeden rzut oka na jej oblicze uświadomił

mi, że pokpiłam sprawę.

— Nie, nie wspominał o żadnej istocie.

Oczywiście. W przeciwnym razie zjawiłaby się tam już ekipa gliniarzy z dynamitem. Dynamit rzecz jasna nie zabiłby

tej istoty, ale obróciłby w perzynę wszystkie nasze zaklęcia ochronne.

Co to za istota? — spytałam.

Czy jest coś, o czym Magnus pani mówił, czego nie zdradziła pani policji? — spytała Dorcas.

Zamyśliłam się przez chwilę.

Nie.

Dobrze zrobił, zatajając to przed panią.

Możliwe, ale teraz staram się mu pomóc.

Wyrzuty sumienia? — spytała.

Być może — odparłam.

Spojrzała na mnie. Jej źrenice znów były widoczne i wyglądała prawie normalnie. Prawie.

Jak mogę pani zaufać?

Prawdopodobnie pani nie może. Ale ja chcę pomóc Magnusowi. Proszę opowiedzieć mi wszystko, panno Bouvier.

Chcę, aby pani dała słowo, że nie powie o tym policji. Mówię serio, panno Blake. Gdyby gliny się wmieszały, istota

mogłaby się wyrwać na wolność i zginęłoby wielu ludzi.

Po chwili namysłu uznałam, że policja nie musi o tym wiedzieć.

W porządku, ma pani moje słowo.

Może nie jestem tak dobra w rzucaniu uroków jak Magnus, ale obietnica złożona fairie to poważna sprawa, panno

Blake. Okłamywanie nas bywa szkodliwe dla zdrowia.

Czy to groźba?

Raczej ostrzeżenie.

Powietrze między nami zafalowało jak poruszone żarem bijącym z asfaltu w upalny dzień. Jej oczy zawirowały

niczym miniaturowe wiry.

Może powinnam była pokazać jej spluwę.

— Nie groź mi, Dorcas. Nie jestem w nastroju. Magia zdawała się odpływać jak woda wsiąkająca w szczeliny w

skałach. Wciąż tam była, tuż pod powierzchnią i wyczuwałam ją wyraźnie. Jednak w porównaniu z wampirami i

wilkołakami, które groziły mi wielokrotnie, Dorcas wypadała bardzo blado. Magnus musiał być najbardziej

utalentowanym członkiem ich rodziny. I faktycznie można się go było przestraszyć.

Żebyśmy się dobrze zrozumiały, panno Blake. Jeśli powie pani policji, a oni uwolnią tę istotę, krew niewinnych osób

splami pani dłonie.

W porządku, jestem pod wrażeniem, a teraz słucham. Proszę opowiedzieć mi wszystko.

Czy Magnus mówił pani o naszym przodku. Llynie Bouvierze?

— Tak, był pierwszym Europejczykiem na tych ziemiach. Wżenił się w miejscowe plemię. Nawrócił ich na

chrześcijaństwo. Był także fairie.

Skinęła głową.

Sprowadził z sobą jeszcze jedną fairie.

— Żonę? — spytałam.

Nie, pochwycił jedną z mniej inteligentnych fairie. Uwięził ją w czarodziejskiej skrzyni. Istota uciekła i wyrżnęła

niemal całe plemię, z którego się wywodzimy. Ostatecznie udało mu się ją schwytać z pomocą indiańskiego szamana

czy może kapłana, ale nigdy już nie odzyskał nad nią kontroli. Jedyne, co mógł zrobić, to uwięzić ją.

Jaki to był rodzaj fairie?

Trupia Główka to nie tylko nazwa baru — powiedziała— To także zdrobnienie imienia tej istoty Król Trupiogłowy.

Moje oczy rozszerzyły się.

— Ale to przecież tylko krwiożerczy, tępy potwór, czemu wasz przodek chciałby go pochwycić? Istoty tego rodzaju

nie mają skarbów ani nie spełniają życzeń. A może się mylę?

—Nie, ma pani absolutną rację. Król Trupiogłowy ne posiada żadnych bogactw ani nie dysponuje

umiejętnością spełniania życzeń.

— Czemu zatem wasz przodek go pojmał?

Większość dzieci zrodzonych z krwi ludzkiej i fairie nie posiada w sobie wielkiej magii.

Tak mówią legendy — powiedziałam — ale Magnus zadaje im kłam.

Llyn Bouvier zawarł swoisty pakt, dla siebie i swych potomków. Wszyscy mieliśmy odtąd dysponować magią fairie,

ale za pewną cenę.

Przeciągała tę historię i byłam tym już zmęczona.

Proszę mówić dalej, panno Bouvier. To nie film Hitchcocka, nie zależy nam na utrzymaniu suspensu.

Czy nie przyszło pani na myśl, że opowiedzenie tej historii może być dla mnie trudne i żenujące? — spytała.

Nie. Jeżeli tak jest, to przepraszam.

Mój przodek uwięził Króla Trupiogłowego, aby móc sporządzać napój z jego krwi. Napój ten musiał być

sporządzany co pewien czas i spożywany regularnie, w przeciwnym razie magia mogłaby opuścić mego przodka.

Spojrzałam na nią.

A co na to inne fairie?

Zmusiły go, aby uciekł do Europy, gdyby tego nie zrobił, straciłby życie. Tego typu wzajemne wykorzystywanie jest

pośród nas zabronione.

Wcale się nie dziwię.

Jego barbarzyński czyn obdarzył nas mocą rzucania uroków. Jednak ceną za ten dar była krew. Wkrótce po

uwięzieniu Króla Trupiogłowego mój przodek zaprzestał sporządzania napoju. W końcu przejrzał na oczy i zaczął

postrzegać to, co robił, jako zło. Choć jego moc osłabła, jego dzieci zyskały wraz z krwią moc fairie. I oto jesteśmy,

kim jesteśmy. — dokończyła.

— A więc trzymacie gdzieś tutaj Króla Trupiogłowego, zamkniętego w czarodziejskiej skrzyni? — spytałam.

Uśmiechnęła się, co sprawiło, że jej twarz przez chwilę wyglądała młodo i cudownie. Nie potrafiłam oszacować jej

wieku.

Kiedy magia zawiodła po raz pierwszy, Król Trupiogłowy osiągnął swe pełne rozmiary. Jest większy od człowieka,

dużo większy, to prawie gigant. Został uwięziony w kopcu z ziemi i magii.

I mówi pani, że w przeszłości ten stwór omal nie wyrżnął całego plemienia?

Skinęła głową.

Westchnęłam.

Muszę zobaczyć miejsce, gdzie ten stwór został uwięziony.

Obiecała pani...

Obiecałam, że nie powiem policji, ale właśnie się dowiedziałam, że w pobliżu znajduje się uwięziona gigantyczna

istota, prawdziwa machina śmierci i zniszczenia. Muszę zobaczyć, czy jest należycie zabezpieczona, nie chciałabym,

aby choćby tylko przypadkiem uwolniła się z pułapki i zaczęła mordować ludzi.

- Zapewniam panią, panno Blake, że nasza rodzina pilnuje tego od stuleci. Wiemy, co robimy.

— Jeżeli nie wolno mi powiadomić policji, muszę przynajmniej zobaczyć to miejsce na własne oczy.

Wyprostowała się, usiłując wykorzystać swój wzrost, aby mnie zastraszyć. Nic z tego. Nie ze mną takie numery.

— A potem co? Wezwie pani policję, prawda? Ma mnie pani za idiotkę?

— Nie sprowadzę policji, panno Bouvier, ale muszę zobaczyć ten kopiec. Gdyby ten stwór wydostał się

stamtąd, a ja nie powiadomiłabym policji, ja byłabym za to współodpowiedzialna.

— Nie sposób być gotowym na spotkanie z Królem Trupiogłowym — powiedziała. — To nieśmiertelna istota,

panno Blake, prawdziwie nieśmiertelna. Nie może umrzeć. Może pani odciąć jej głowę, a ona wciąż będzie żyła.

Gliny mogą co najwyżej pogorszyć całą sytuację.

Miała rację.

Mimo to muszę zobaczyć ten kopiec.

Jest pani bardzo uparta.

Tak, potrafię być upierdliwa, panno Bouvier. Nie zwlekajmy dłużej, proszę pokazać mi ten kopiec, pagórek czy

cokolwiek to jest, a jeśli okaże się, że jest on właściwie zabezpieczony, pozwolę pani dalej sprawować nad nim

pieczę.

A jeśli uzna pani, że zabezpieczenia nie są dostateczne? — spytała.

Skontaktujemy się z wiedźmą i zobaczymy co nam doradzi.

Zmarszczyła brwi.

— Nie pójdzie z tym pani prosto na policję?

Gdy mój dom zostaje okradziony — wzywam policję. Gdy potrzebuję magii — zwracam się do kogoś, kto się na niej

zna.

Dziwna z pani kobieta, panno Blake. Nie rozumiem pani.

W okolicy ostatnio sporo się dzieje — powiedziałam. — Czy pokaże mi pani miejsce uwięzieniu Króla

Trupiogłowego, czy nie?

W porządku. Pokażę.

Kiedy?

Bez Magnusa ledwie wiążemy w barze koniec z końcem, więc raczej nie dzisiaj. Proszę zajrzeć do baru jutro koło

trzeciej. Wyruszymy stamtąd. Zaprowadzę panią osobiście.

Chciałabym zabrać z sobą mojego współpracownika — powiedziałam.

Jednego z tych mężczyzn z sypialni?

Nie.

Po co chce go pani zabrać?

Ponieważ go szkolę, a kto wie, czy jeszcze kiedyś nadarzy się równie wyborna okazja, aby zetknął się bliżej z magią

fairie?

Zastanawiała się nad tym przez chwilę, po czym skinęła głową.

Dobrze, może pani zabrać ze sobą jedną osobę. Ale tylko jedną. Rozumiemy się?

Proszę mi zaufać, panno Bouvier, jedna osoba w zupełności mi wystarczy.

Przyjaciele mówią mi Dorrie — odparła, wyciągając do mnie rękę.

Anita.

Uścisnęłam jej dłoń. Jak na kobietę, miała przyjemny, zdecydowany uścisk. Może to szowinizm z mojej strony, ale

większość kobiet nie ma pojęcia, co znaczy porządny uścisk dłoni.

Trzymała moją dłoń dłużej, niż powinna. Kiedy ją cofnęła, przypomniałam sobie, że Magnus miał moc

jasnowidzenia. Dorrie spojrzała na mnie rozszerzonymi, dziwnymi oczami. Przyłożyła dłoń do piersi, jakby poczuła

nagły ból.

Widzę ból, krew i śmierć. Otacza cię i podąża za tobą jak chmura, Anito Blake.

Patrzyłam, jak zgroza wysącza się z jej oczu. Przeraziło ją to, co zdołała zobaczyć. Fragmenty mojego życia, mojej

przeszłości. Nie odwróciłam wzroku. Można się tego nauczyć. Jestem, kim jestem.

Jej oczy stały się normalne. Zamrugała powiekami.

— Nie zlekceważę cię, Anito.

Dorrie znów wyglądała tak zwyczajnie jak wtedy, kiedy tu przyszła, czyli nie za bardzo. Po raz pierwszy spojrzałam

na nią, zastanawiając się, czy postrzegałam ją taką, jaką była naprawdę. Czy może rzuciła na mnie urok, aby

wyglądać w moich oczach normalnie? Aby jawić się mniej potężną niż była w rzeczywistości?

— Nawzajem, Dorrie.

Znów posłała mi uśmiech, który czynił ją młodą i bezbronną. Iluzja?

Wobec tego do jutra.

Do jutra — powiedziałam.

Wyszła, a ja zamknęłam za nią drzwi. A więc rodzina Magnusa była strażnikami potwora. Czy to miało coś

wspólnego z jego ucieczką? Dorrie tak nie uważała. Powinna wiedzieć. W pokoju czuło się moc unoszącą się

łagodnie na powietrznych prądach. Magia przesycała powietrze jak zapach perfum, a ja wyczułam ją dopiero po

wyjściu Dorrie. Może Dorrie była równie dobra w rzucaniu uroków jak Magnus, tyle że działała subtelniej? Czy

mogłam jej zaufać?

Dlaczego zapytałam, czy mogę zabrać Lany'ego? Ponieważ wiedziałam, że to mu się spodoba. Może w ten sposób

zadośćuczynię mu za to, jak go potraktowałam przy Jasonie. Ale gdy tak stałam, wyczuwając wiszącą w powietrzu

moc Dorrie Bouvier, Zaczęłam mieć wątpliwości, czy to był dobry pomysł. Właściwie byłam pewna, że to nie był

dobry pomysł, ale skoro miałam obejrzeć ten kopiec, Larry powinien iść ze mną. Miał do tego prawo. Nawet do tego,

by narażać własne życie. Nie mogłam czuwać nad nim w nieskończoność. Będzie musiał nauczyć się sam o siebie

troszczyć. Smutne, lecz prawdziwe. Nie byłam jeszcze gotowa, by przeciąć pępowinę, ale musiałam dać mu nieco

więcej swobody. Pozostało mi tylko mieć nadzieję, że Lany nie przypłaci tej decyzji życiem.

Rozdział 22

Przespałam większość dnia, a gdy się obudziłam, okazało się, że wszyscy traktują mnie jak zapowietrzoną. Każdy bał

się pozwu Quinlanów i wszędzie, gdzie się nie zwróciłam, byłam persona non grata. Agent Bradford kazał mi się

pakować i zagroził wtrąceniem za kratki za utrudnianie pracy policji i mataczenie w śledztwie. To się nazywa

wdzięczność. Dzień był kompletnie schrzaniony. Tylko Dolph chciał jeszcze ze mną rozmawiać. Jedyne czego się od

niego dowiedziałam, to że nie znaleziono żadnych śladów Jeffa Quinlana ani ciała jego siostry. Nikt nie widział

również Magnusa. Gliny przesłuchiwały kolejne osoby w poszukiwaniu śladów, a ja się obijałam, ale nikt z nas nie

natrafił na nic użytecznego.

Z niejaką ulgą doczekałam nadejścia zmierzchu — teraz przynajmniej mogliśmy kontynuować. Larry wrócił do

swojego pokoju. Nie zapytałam, po co. Może chciał zapewnić mi i Jean-Claude'owi odrobinę prywatności. To

przerażająca myśl. Przynajmniej Larry wciąż chciał ze mną gadać. Miło wiedzieć, że ktoś wciąż miał jeszcze na to

ochotę.

Rozsunęłam zasłony i patrzyłam, jak szyba nabiega czernią. Zęby umyłam w pokoju Larry'ego. Moja łazienka była

niedostępna. Nie miałam ochoty oglądać Jasona nago. A już szczególnie nie chciałam widzieć Jean-Claude'a. W tej

sytuacji musiałam skorzystać z łazienki w pokoju Larry'ego.

Usłyszałam, jak otwierają się drzwi sypialni, ale nie odwróciłam się. Domyśliłam się, kto to mógł być.

Witaj, Jean-Claude.

Dobry wieczór, ma petite.

Odwróciłam się. W pokoju było prawie ciemno, Jedyne światło płynęło z latarni ulicznej i hotelowego neonu. Jean-

Claude stanął w słabym świetle. Ubrany był w koszulę ze stójką zasłaniającą całą szyję. Kołnierzyk był zapięty na

guziki z masy perłowej. Przy całej koszuli było ich chyba z tuzin. Na koszuli, miał nałożony czarny jak smoła surdut.

Z rękawów wystawały mankiety koszuli, szerokie, sztywne, zakrywające pół dłoni. Uniósł rękę i mankiet odgiął się

do tyłu, w żaden sposób nie krępując jego ruchów Nogawki czarnych spodni znikały w cholewkach czarnych butów.

Sięgały one aż do końca jego ud, tak że wyglądał, jakby przyobleczono go w czarną skórę przytrzymywaną przy

pomocy równie czarnych sprzączek.

— Podoba ci się? — spytał.

— Tak, jest czadowe.

— Czadowe — powtórzył z rozbawieniem.

— Nie potrafisz nawet przyjąć komplementu - mruknęłam.

— Wybacz, ma petite. To był komplement. Dziękuję.

— Nie ma za co. Czy możemy już pójść po twoją trumnę?

Opuścił krąg światła i nie widziałam już jego twarzy.

- W twoich ustach wszystko wydaje się takie proste, ma petite.

— Anie jest?

Zapadła cisza, tak gęsta, że wydawało się, iż w pokoju nie ma nikogo. Omal go nie zawołałam; zamiast tego

podeszłam do barku i zapaliłam lampkę powyżej. Zabłysło łagodne, białe światło. Pokój wyglądał teraz jak wnętrze

pieczary. Przy zapalonym świetle czułam się lepiej. Jednak odwrócona plecami do miejsca, gdzie powinien stać, nie

wyczuwałam Jean-Claude'a. Pokój wydawał się pusty. Odwróciłam się i ujrzałam go siedzącego na jednym z krzeseł.

Nawet

gdy na niego spojrzałam, nie poruszył się. Wyglądał jak na zatrzymanym filmie.

— Wolałabym, żebyś tego nie robił — rzuciłam. Odwrócił głowę i spojrzał na mnie. Jego oczy były czarne jak

noc. Słabe światło wychwyciło w nich niebieskie iskierki.

Czego miałbym nie robić, ma petite"?

Pokręciłam głową

— Nieważne. Co jest nie tak z dzisiejszym wieczorem? W czym problem? Mam wrażenie, że nie mówisz mi

wszystkiego.

Wstał jednym, płynnym ruchem, którego nie dostrzegłam — w jednej chwili siedział, w następnej już był na nogach.

— Zgodnie z regułami, Serephina może rzucić mi dziś wyzwanie.

Czy Serephina to imię mistrzyni?

Skinął głową.

Nie boisz się, że powiem glinom?

Zaprowadzę cię do niej, ma petite. Nic będziesz miała czasu, aby przez swą popędliwość popełnić jakieś głupstwo.

Gdybym miała tkwić tu bezczynnie przez cały dzień, znając tylko jej imię, czy spróbowałabym odnaleźć ją na własną

rękę? Pewnie, że tak.

— Świetnie. Ruszajmy.

Zaczął krążyć po pokoju, uśmiechając się i kręcąc głową.

Ma petite, czy zdajesz sobie sprawę, co może oznaczać to wyzwanie?

To, że będziemy musieli z nimi walczyć, zgadza się?

Przystanął w kręgu światła. Zajął miejsce na jednym ze stołków barowych.

Nie ma w tobie strachu. W ogóle.

Wzruszyłam ramionami.

Strach w niczym nie pomaga. Trzeba być przygotowanym i tyle. Boisz się jej? — Spojrzałam na niego, usiłując

przejrzeć tę niezwykłą maskę.

Nie lękam się jej mocy. Ufam, że pod tym względem jesteśmy sobie prawie równi, ale po wiedzmy, że jestem

ostrożny. Równość równością, ale jestem na jej terytorium, mając tylko jednego z moich wilków, moją ludzką

służebnicę i monsieur Lawrence'a. Nie jest to pokaz siły, na jaki zdecydowałbym się z okazji ponownego spotkania

po dwóch stuleciach.

Dlaczego nie sprowadzisz więcej ludzi? A raczej więcej wilkołaków?

Gdybym miał czas, by przedyskutować kwestię mojej świty, uczyniłbym to, jednak w tym pośpiechu... — Spojrzał

na mnie. — Nie było czasu na negocjacje.

Czy coś ci grozi?

Zaśmiał się posępnie.

- Ona pyta, czy coś mi grozi! Kiedy rada poprosiła, bym podzielił moje terytoria, obiecali, że

umieszczą tu kogoś równego lub słabszego ode mnie pod względem mocy. Nie spodziewali się jednak, że wkroczę na

jej ziemie bez przygotowania.

Oni, to znaczy kto? Co to za rada?

Przekrzywił głowę w bok.

— Czy naprawdę stykasz się z nami od tak dawna i nigdy nie słyszałaś o naszej radzie?

Opowiedz mi — poprosiłam.

— Mamy u nas radę, ma petite. Istnieje ona od bardzo dawna. To nie tyle organ rządzący, co raczej sąd lub może

policja. Zanim wasze sądy przyznały nam prawa obywatelskie, mieliśmy niewiele zasad i tylko jedno prawo. Nie

będziesz zwracać na siebie uwagi. To prawo, o którym zapomniał Tepes.

— Tepes — powtórzyłam. — Vlad Tepes? Masz na myśli Draculę?

Jean-Claude tylko na mnie spojrzał. Jego twarz była pusta, pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu. Wyglądał jak

wyjątkowo urodziwy pomnik, o ile oczy pomnika mogą lśnić jak szafiry. Nie zdołałam odgadnąć, o czym myślał, ale

temu właśnie miał zapobiec nijaki wyraz jego twarzy.

Nie wierzę ci.

Odnośnie rady, naszego prawa czy Tepesa?

Tego ostatniego.

Och, zapewniam cię, że go zabiliśmy.

Powiedziałeś to tak, jakbyś był przy tym. Kiedy on zmarł, w czternastym wieku?

Który to był rok... 1476 czy 1477?

Zasępił się, jakby próbował to sobie przypomnieć.

Nie jesteś aż tak stary — upomniałam go.

Na pewno, ma petite? — Znów ukazał mi swoje nieodgadnione oblicze, nawet jego oczy wydawały się martwe i

puste. Zupełnie jakbym miała przed sobą dobrze skonstruowaną lalkę.

Na pewno.

Uśmiechnął się i westchnął. Życie — z braku lepszego określenia — powróciło do jego twarzy i ciała. To jak patrzeć

na ożywającego Pinokia.

— Cholera.

— Miło wiedzieć, że wciąż od czasu do czasu potrafię cię zdenerwować, ma petite.

Odpuściłam. Dobrze wiedział, jak na mnie działa.

Skoro Serephina jest równa tobie, zajmiesz się nią, a ja wystrzelam pozostałych.

Wiesz, że to nie będzie takie proste.

Nigdy nie jest.

Patrzył na mnie z uśmiechem.

Naprawdę sądzisz, że rzuci ci wyzwanie?

Nie, ale chciałem, abyś wiedziała, że może to zrobić.

— Czy powinnam wiedzieć coś jeszcze?

Uśmiechnął się szeroko, błyskając kłem. Cudownie wyglądał w świetle. Skórę miał bladą ale niezupełnie białą.

Dotknęłam jego ręki.

— Jesteś ciepły.

Utkwił we mnie wzrok.

Tak, ma petite, i co w związku z tym?

Spałeś cały dzień. Powinieneś być zimny w dotyku, dopóki się nie posilisz.

Przyglądał mi się tylko swymi bezdennymi oczyma.

— Cholera — mruknęłam i pomaszerowałam do sypialni.

Nie próbował mnie zatrzymać. Nawet się nie starał. To mnie zdenerwowało. Niemal pędem wpadłam do sypialni.

Jedyne co ujrzałam, to blady zarys ciała na łóżku. Zapaliłam światło. Blask sufitowej lampy bezlitośnie zalał wnętrze

sypialni. Jason leżał na brzuchu, jego jasne włosy rozsypały się na ciemnej poduszce. Był nagi, jeśli nie liczyć

niebieskich slipek. Podeszłam do łóżka, wlepiając wzrok w jego plecy, wypatrując oznak, że wciąż oddychał. Kiedy

znalazłam się bardzo blisko, ujrzałam, że jego plecy powoli unoszą się i opadają. Kamień spadł mi z serca.

Aby go dosięgnąć, musiałam uklęknąć na brzegu łóżka. Dotknęłam jego ramienia. Poruszył się. Przewróciłam go na

bok. Nie próbował mi pomóc. Był całkowicie bierny. Patrzył na mnie spod pół-przymkniętych powiek. Po jego szyi

spływały dwie strużki szkarłatu. Krwi było mało, nawet nie zaplamiła pościeli. Nie sposób było stwierdzić, ile stracił.

Ile pobrał od niego Jean-Claude.

Jason uśmiechnął się do mnie. To był powolny, leniwy uśmiech.

— Wszystko gra?

Objął mnie ręką w pasie i ułożył się na wznak.

— Zakładam, że tak. — Próbowałam wstać z łóżka, ale przytrzymał mnie mocno. Przyciągnął mnie do siebie.

Wyjęłam browninga. Mógł mnie powstrzymać, ale nie zrobił tego.

Przytknęłam lufę pistoletu do jego piersi. Drugą rękę oparłam o jego żebra, aby nie mógł przyciągnął mnie jeszcze

bardziej. Zaczął podnosić się w moją stronę.

— Nacisnę spust.

Znieruchomiał z twarzą oddaloną o kilka centymetrów od mojej.

Wyliżę się.

Czy jeden pocałunek jest wart postrzału?

Nie wiem — odparł. — Wszyscy inni uważają, że warto. — Powoli przysuwał się do mnie, dając mi czas na podjęcie

decyzji.

Puść ją Jasonie, ale już. — Głos Jean-Claude'a wypełnił sypialnię szeptem brzmiącym jak ciche echa.

Jason puścił mnie. Ześlizgnęłam się z łóżka z pistoletem w dłoni.

Dziś wieczorem potrzebuję mego wilka, Anito. Postaraj się nie postrzelić go przed naszym spotkaniem z Serephiną.

Powiedz mu, żeby przestał się do mnie przystawiać — rzuciłam.

Zrobię to, ma petite, zrobię to.

Jason znów się położył. Zgiął jedną nogę w kolanie, dłonie złożył na brzuchu. Wydawał się rozluźniony, podniecony,

ale nie odrywał wzroku od Jean-Claude'a.

Nie mówiłeś, że nie wolno jej tknąć.

Mówię to teraz — powiedział Jean-Claude.

Jason usiadł na łóżku.

— Od tej pory będę zachowywał się jak na dżentelmena przystało.

— O tak — powiedział Jean-Claude. — Z pewnością. — Stał w progu, piękny i niebezpieczny zarazem. To

czuło się nawet w jego głosie, który wypełnił cały pokój. — Zostaw nas teraz samych, ma petite.

Nie mamy na to czasu — mruknęłam.

Jean-Claude spojrzał na mnie. Jego oczy były całkiem granatowe, białka zniknęły.

Chronisz go?

Nie chcę, aby coś mu się stało tylko dlatego, że stracił przy mnie panowanie nad sobą.

A jednak mogłabyś do niego strzelić.

Wzruszyłam ramionami.

— To, że nie żartuję, nie oznacza, że nie popełniam błędów.

Jean-Claude roześmiał się. Ta nagła zmiana nastroju sprawiła, że oboje z Jasonem drgnęliśmy gwałtownie. Jego

śmiech był gęsty i słodki jak czekolada, nieomal czułam ten smak w ustach.

Spojrzałam na Jasona. Patrzył na Jean-Claude'a jak dobrze ułożony pies na swego pana, usiłujący przewidzieć jego

kolejne polecenie.

— Ubierz się, mój wilku, i ty także, ma petite, musisz się przebrać.

Miałam na sobie czarne dżinsy i niebieską koszulkę polo.

A co jest nie tak z moim strojem?

Tej nocy musimy wszystkich olśnić, ma petite. Nie prosiłbym o to, gdyby to nie było ważne.

Nie założę dziś sukienki.

Uśmiechnął się.

— Oczywiście, że nie. Raczej coś bardziej stylowego. Jeśli twój młody przyjaciel nie ma nic, co mogłoby się

nadawać, sądzę, że on i Jason są tego samego wzrostu. Na pewno coś dla niego znajdziemy.

Musisz pomówić o tym z Larrym.

Jean-Claude patrzył na mnie przez moment.

— Jak sobie życzysz, ma petite. A teraz czy zechciałabyś wyjść, aby Jason mógł się ubrać? Zostanę tu, dopóki

nie wybierzesz dla siebie bardziej odpowiedniego stroju.

Miałam ochotę zaoponować. Nie lubię, gdy ktoś mówi mi, co mam na siebie włożyć, ale tym razem odpuściłam.

Stykałam się z wampirami dostatecznie długo, by wiedzieć, że podziwiały one to co widowiskowe i niebezpieczne.

Skoro Jean-Claude twierdził, że mamy olśnić tamtych, może miał rację. Nie zaszkodzi, jeśli się trochę odstawię.

Gdybym odmówiła, mogłoby to kosztować życie nas wszystkich. Nie znałam reguł na tę okoliczność. Może zresztą w

ogóle ich nie było.

Pakując się, nie brałam pod uwagę spotkania z mistrzynią wampirów, więc możliwości wyboru miałam dość

ograniczone. Wybrałam karmazynowa bluzkę ze stójką i koronką z przodu. Koronki były też przy mankietach.

Przypominało to skrzyżowanie eleganckiej, współczesnej bluzki z modelem z epoki wiktoriańskiej. Gdyby nie ta

czerwień, wyglądałaby dość konserwatywnie. Nie chciałam jej założyć, bo wiedziałam, że na pewno spodoba się

Jean-Claude'owi. Gdyby nie ten kolor, byłby to ciuch który nosiłabym z przyjemnością. Nałożyłam na bluzkę czarny

żakie.

Dorzuciwszy do tego dwa pistolety, oba noże i krzyżyk na łańcuszku na szyi, ukryty pod bluzką byłam gotowa do

wyjścia.

Czy możemy już wejść, ma petite?

Jasne.

Otworzył drzwi i otaksował mnie wzrokiem.

— Wyglądasz olśniewająco, ma petite. Podoba mi się nie ten makijaż.

Bez niego w czerwieni wyglądam blado.

Oczywiście. Czy masz inne buty?

— Tylko najki i szpilki. W najkach swobodniej się poruszam.

— Bluzka jest niesamowita. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Zostań w butach do biegania. Są

przynajmniej czarne.

Jason wyszedł z sypialni. Miał na sobie czarne, skórzane spodnie, tak obcisłe, że widać było, iż nie nosił pod nimi

bielizny. Do tego orientalna koszula ze stójką zapinana na jeden czarny guzik i przewiązana rzemykiem. Rękawy były

długie, a niebieski kołnierzyk pasował do koloru jego oczu. Koszula była wyszywana ciemnoniebieską i żółtą nicią o

tak ciemnym odcieniu, że wydawała się prawie złocista. Rękawy, kołnierzyk i brzegi ozdobione były czarną

lamówką. Kiedy Jason poruszył się, poły koszuli rozchyliły się, odsłaniając nagi brzuch. Miękkie, czarne buty sięgały

mu do kolan.

No, przynajmniej wiem, u kogo się ubierasz — powiedziałam.

W porównaniu z nimi będę wyglądać jak uboga krewna.

Zechciej przyprowadzić tu monsieur Kirklanda. Gdy tylko się przebierze, będziemy mogli wyruszyć w drogę.

Larry może nie zechcieć się przebrać.

Jeśli nie zechce, to tego nie zrobi. Nie zamierzam go przymuszać.

Spojrzałam na niego, nie byłam pewna, czy mu uwierzyłam, ale poszłam po Larry’ego. Zgodził się pójść do sypialni i

przejrzeć rzeczy, ale nie mógł obiecać, że się przebierze.

Wyszedł, wciąż mając na sobie granatowe dżinsy i najki. Zamienił swój podkoszulek na błękitną jedwabną

koszulę. To sprawiło, że jego oczy wydawały się bardziej niebieskie niż zazwyczaj. Czarna, skórzana kurtka, trochę

za szeroka w barach, ukrywała kaburę podramienną. To było lepsze niż obszerne flanelowe koszule, które nosił.

Kołnierz koszuli był wyłożony na kołnierz kurtki.

— Powinnaś przejrzeć te rzeczy — rzucił Larry. Pokręcił głową jakby nie wierzył w to, co tam ujrzał. — Nawet nie

wiedziałbym, jak założyć niektóre z nich.

Ładnie wyglądasz — powiedziałam.

Dzięki.

Czy możemy już iść? — spytałam Jean-Claude'a.

Tak, ma petite. Możemy już iść. To będzie ciekawe znów spotkać Serephinę po dwóch stuleciach.

Wiem, że to dla ciebie jak spotkanie po latach, ale nie zapominajmy, po co tu jesteśmy —- przypomniałam. —

Xavier ma Jeffa Quinlana. Kto wie, co z nim teraz robi? Chcę, aby chłopak wrócił cały i zdrowy do domu. To już

druga noc. Musimy dotrzeć do niego jeszcze tej nocy albo znaleźć kogoś, kto zdoła tego dokonać.

Jean-Claude pokiwał głową.

— Wobec tego ruszajmy w drogę, ma petite. Sephina nas oczekuje. — Wydawał się podniecony,

jakby nie mógł już doczekać się spotkania z nią. Dopiero teraz zaczęłam zastanawiać się, czy on i Serephina byli

kochankami. Wiedziałam, że Jean-Claude nie był prawiczkiem. Nie miałam co do tego złudzeń. Tyle że wiedzieć, iż

miał kochanki, to jedno, a spotkać jedną z nich to całkiem co innego. Z pewnym niepokojem stwierdziłam, iż bardzo

się tym przejmuję. Bardziej niż powinnam.

Uśmiechnął się do mnie, zupełnie jakby wiedział, o czym pomyślałam. Białka jego oczu powróciły. Dzięki temu

wyglądał prawie jak człowiek. Prawie.

Rozdział 23

Jean-Claude maszerował przez parking w swoich długich butach i surducie, wyglądał tak, jakby tylko czekał, aby ktoś

zrobił mu zdjęcie lub poprosił o autograf. Szliśmy za nim jak królewski orszak. I chyba rzeczywiście byliśmy jego

świtą, czy to nam się podobało, czy nie. W celu ocalenia Jeffa Quinlana byłam gotowa przez pewien czas stulić uszy

po sobie i odgrywać rolę pokornej wazeliniary. O ile robi się to w słusznej sprawie, nie mam nic przeciwko temu.

Ty poprowadzisz, czy masz zamiar powiedzieć jak dojechać do domu Serephiny? — spytałam.

Powiem ci, gdzie masz skręcić, gdy przyjdzie na to czas.

Myślisz, że mogłabym podać adres jej domu glinom?

Nie — odparł. I to wszystko, co powiedział.

Spojrzałam na niego spode łba, ale wszyscy wsiedliśmy do dżipa. Zgadnijcie, kto zajął miejsce na przednim

siedzeniu.

Wyjechaliśmy na główną ulicę — Strip. Samochody sunęły tu zderzak w zderzak. Gdy trafi się na korek, pokonanie

czterech mil Stripu może zająć parę godzin. Jean-Claude kazał mi skręcić w jedną z bocznych ulic. Wyglądała jak

podjazd prowadzący do teatru, ale okazała się być drogą dojazdową. Jeśli znasz objazd pomniejszymi ulicami,

możesz ominąć największe korki.

Będąc w Branson, nigdy byś się nie domyślił, że tuż za pobliskim wzgórzem jest prawdziwe Ozark. Góry, lasy i domy

ludzi, którzy nie żyją z turystów. Na Stripie dominowały neony i sztuczność; w ciągu piętnastu minut znaleźliśmy się

na otoczonej drzewami drodze ciągnącej się pośród gór Ozark.

Mojego dżipa spowiła ciemność. Mrok rozpraszał tylko słaby blask gwiazd i snopy światła z reflektorów.

— Wyglądasz, jakbyś nie mógł się doczekać spotkania z Serephiną, nawet pomimo zaginięcia twojej trumny —

zauważyłam.

Jean-Claude odwrócił się na siedzeniu na tyle, na ile pozwalał mu na to pas bezpieczeństwa. To ja zmusiłam

wszystkich do zapięcia pasów. Wampir był rozbawiony moją determinacją. To chyba idiotyzm, zmuszać

nieboszczyka do zapięcia pasa bezpieczeństwa, ale bądź co bądź to ja siedziałam za kółkiem.

Wydaje mi się, że Serephina wciąż myśli o mnie jak o bardzo młodym wampirze, jakiego znała setki lat temu. Gdyby

uważała mnie za godnego przeciwnika, wystąpiłaby przeciwko mnie lub moim sługom bezpośrednio. Nie posunęłaby

się do czegoś tak płytkiego jak kradzież trumny. To oznaka nadmiernej pewności siebie.

A skoro mowa o twoich sługach — wtrącił Larry siedzący z tyłu — czy to przypadkiem ty nie jesteś nadmiernie

pewny siebie?

Jean-Claude spojrzał na niego.

— Serephiną miała już setki lat, kiedy ją poznałem. Wampir osiąga limit swoich mocy po dwuch, trzech

stuleciach. Znam granicę jej możliwe Lawrence.

Przestań mówić do mnie Lawrence. Jestem Larry.

Dobrze go wyszkoliłaś — westchnął Jean-Claude.

— Taki już był — mruknęłam.

— Szkoda.

Wszystko wskazywało na to, że czeka nas pełne wrogości spotkanie po latach. Zapowiadało się, że będzie

niebezpiecznie. Co prawda Jean-Claiud starał się umniejszać zagrożenie, ale wiedziałam o wampirach jedno —

krwiopijcy byli jak iluzjoniści. Wciąż wyciągali ze swych cylindrów kolejne króliki. Co więcej, były to wielkie,

zębate, drapieżne króliki, które jeśli nie okażesz dostatecznej ostrożności, w jednej chwili mogły rzucić ci się do

gardła.

A co zamierza robić nasz człowiek-wilk?

Zrobię to, co mi każą— odparł Jason.

Doskonale — stwierdziłam.

Jechaliśmy w milczeniu. Jean-Claude nie przepada za niezobowiązującymi pogawędkami, a i ja nie byłam w nastroju

do rozmowy. Mogliśmy udawać, że wszystko jest pięknie i cacy, ale gdzieś tam Jeff Quinlan budził się, by spędzić

drugą noc pod czułą opieką Xaviera. Na samą myśl o tym przechodziły mnie lodowate ciarki.

— Zbliżamy się do zakrętu. Będzie zaraz po prawej, ma petite.

Głos Jean-Claude'a sprawił, że aż podskoczyłam na siedzeniu. Pogrążyłam się w milczeniu, kontemplując czarną

wstęgę szosy.

Zwolniłam. Nie chciałam przeoczyć skrętu. Od głównej drogi odchodziła druga, węższa, żwirowa. Niczym się nie

wyróżniała. Była absolutnie nijaka.

Droga była wąska, a drzewa rosły po obu jej stronach tak gęsto, że miałam wrażenie, jakbyśmy jechali przez tunel.

Nagie gałęzie i konary splatały się w górze niczym brązowoszare sklepienie tunelu. Snopy światła z reflektorów

przesuwały się po niemal całkiem nagich drzewach i podskakiwały, kiedy dżip natrafiał na wykrot. Nagie drewniane

paluchy bębniły o dach dżipa. Czułam narastającą klaustrofobię.

Rany — mruknął Larry. Przycisnął twarz do szyby na tyle, na ile pozwalały mu pasy. — Gdybym nie wiedział, że na

końcu tej drogi jest dom, zawróciłbym.

I o to chodzi — wtrącił Jean-Claude. — Większość starszych nade wszystko ceni sobie prywatność.

W świetle reflektorów pojawiła się zajmująca niemal całą szerokość drogi rozpadlina. Wyglądało tak, jakby ta droga

była przez dekady rozmywana przez deszcze.

Larry wychylił się w pasach do przodu.

Co się stało z drogą?

Dżip da sobie radę — zapewniłam.

Na pewno? — zapytał.

Raczej tak — odparłam.

Jean-Claude rozparł się na fotelu. Wydawał się odprężony, absolutnie rozluźniony, jakby wsłuchiwał się w

niesłyszalną dla mnie muzykę, dumając nad czymś, czego nigdy nie zdołałabym pojąć.

Jason wychylił się do przodu, opierając dłoń na moim fotelu.

— Dlaczego nie wyasfaltowała tej drogi? Mieszka tu od ponad roku.

Spojrzałam na Jasona. Zaciekawiło mnie, że wiedział o sprawach Jean-Claude'a więcej ode mnie.

— To jej fosa — stwierdził Jean-Claude. — Jej bariera przeciwko ciekawskim. Wielu znajduje nasz nowy status

trudnym do zaakceptowania i wciąż odcina się od świata.

Koła przetoczyły się przez krawędź. To było jak przejazd przez krater. Jakimś cudem dżip zdołał wygramolić się po

drugiej stronie. Gdybyśmy byli w zwykłym samochodzie, dalej musielibyśmy iść pieszo.

Droga pięła się pod górę jakieś sto metrów, aż nagle po jej prawej stronie ukazał się prześwit. Nie był dość obszerny,

aby dżip mógł nim przejechać bez zadrapania lakieru. Prześwit zdradzało jedynie światło księżyca igrające z mrokiem

drzew. Ten księżycowy blask oznaczał, że coś tam było. Trawa porosła żwirową połać czegoś, co mogło być kiedyś

podjazdem.

Czy to tutaj? — spytałam dla pewności.

Chyba tak — odparł Jean-Claude.

Wprowadziłam dżipa między drzewa i wsłuchiwałam się w łomot gałęzi o dach i ściany pojazdu. Miałam nadzieję, że

dżip był własnością firmy Stirlinga, a nie był przez nią tylko wypożyczony. Wyjechaliśmy spomiędzy drzew przy

wtórze cichego, metalicznego zgrzytu. Przed nami ukazała się, wysrebrzona księżycowym blaskiem, rozległa polana.

Trawa była ścięta krótko, jakby ktoś zeszłej jesieni wykarczował cały ten teren i nie dbał o niego przez zimę. Za

domem rozciągał się zdziczały sad. Teren wznosił się łagodnie w kierunku podnóża góry. Za wykarczowaną łąką

można było dostrzec gęsty, nietknięty las.

Dom stał pośrodku łagodnego wzniesienia. W blasku księżyca wydawał się srebrzystoszary. Tu i ówdzie widać było

odłażące płaty farby, jak smętne pozostałości ubrania ofiary wypadku. Front domu zdobił kamienny, duży ganek,

skrywający w cieniu zarówno okna, jak i drzwi wejściowe.

— Zgaś światła, ma petite.

Spojrzałam na ten mroczny ganek i nie chciałam gasić świateł. Blask księżyca powinien móc przeniknąć te cienie.

— Światła, ma petite.

Zgasiłam światła. Blask księżyca omiótł nas jak podmuch wiatru. Ganek pozostał mroczny jak czarna dziura. Jean-

Claude wypiął się z pasa i wysiadł. Chłopcy zrobili to samo. Ja wysiadłam ostatnia. Na trawie ułożone były duże,

płaskie kamienie tworzące chodnik ciągnący się łukiem w stronę ganku. Obok obłażących z farby drzwi widać było

szerokie, panoramiczne okno. Szkło było zbite. Ktoś zabił okno kawałkiem deski.

Mniejsze okno po drugiej stronie drzwi pozostało nienaruszone, ale tak brudne, że nic nie było przez nie widać.

Cienie wirowały i zdawały się tak gęste, że prawie namacalne. Przywodziły na myśl ciemność, z której na moich

oczach wyłonił się miecz. Nie była jednak aż tak gęsta. Ten mrok byłam w stanie prał niknąć wzrokiem. Nie było tam

nic prócz cieni.

— Co jest z tymi ciemnościami? — spytałam.

— To salonowa sztuczka — odparł Jean-Ciaud.— Nic więcej.

Wspiął się po schodach, nie oglądając się wstecz. Jeżeli był zmartwiony, nie dawał tego po sobie poznać. Jason

również wszedł na ganek. Larry i ja zrobiliśmy to na końcu. Cóż innego mogliśmy uczynić? Cienie były chłodniejsze,

niż powinny i stojący obok mnie Larry zaczął dygotać. Nie czuliśmy jednak aury mocy. Tak jak powiedział Jean-

Claude —salonowe sztuczki.

Siatkowe drzwi były wyrwane z zawiasów. Leżały na ganku, oderwane i zapomniane. Nawet mimo ochrony, jaką

zapewniał ganek, wewnętrzne drzwi były spaczone i obłaziły z farby na skutek działania warunków pogodowych. W

kątach ganku walały się naniesione przez wiatr liście.

— To na pewno tutaj? — spytał Larry.

Na pewno — odrzekł Jean-Claude.

Zrozumiałam sens pytania. Gdyby nie cienie, powiedziałabym, że dom jest opuszczony.

Te cienie zniechęciłyby przypadkowego wędrowca — stwierdziłam.

Ja na pewno nie zajrzałbym tu w Halloween po łakocie — mruknął Larry.

Jean-Claude spojrzał na nas.

Nadchodzi nasza gospodyni.

Wypaczone, pokiereszowane drzwi otworzyły się.

Spodziewałam się, że usłyszę zgrzyt zawiasów, ale drzwi uchyliły się gładko. W progu stanęła kobieta. Pokój za jej

plecami tonął w ciemnościach, jej ciało odcinało się na tle mroku. Jednak nawet w ciemnościach zrozumiałam dwie

rzeczy: to była wampirzyca i nie była dość stara, aby mogła być Serephiną.

Wampirzyca była zaledwie o kilka centymetrów wyższa ode mnie. W dłoni trzymała nie zapaloną świecę. Przez

pokój przetoczyła się fala mocy, od której zjeżyły mi się włoski na karku. Świeca zapaliła się, a ja ujrzałam przed

oczami wirujące powidoki.

Wampirzyca miała brązowe włosy, wygolone po bokach głowy. Małżowiny jej uszu ozdobiono srebrnymi ćwiekami.

Z lewego ucha zwieszał się długi kolczyk — zielony emaliowy liść na srebrnym łańcuszku. Nosiła czerwoną sukienkę

ze skóry, tak obcisłą powyżej pasa, że nie sposób było nie zwrócić uwagi na jej bujne piersi. Dół sukni opadał luźno

aż do jej kostek. Skórzana suknia, no, no. Uśmiechnęła się do nas, błyskając kłami.

— Jestem Ivy. — W jej głosie pobrzmiewał śmiech, ale w przeciwieństwie do Jean-Claude'a, którego śmiech

miał w sobie coś erotycznego, w jej przypadku kojarzył się z czymś ostrym jak tłuczone szkło, co nie miało

podniecać, lecz ranić, kaleczyć i przerażać. — Wejdźcie w nasze progi i bądźcie pozdrowieni. — Słowa brzmiały aż

nadto formalnie, jak wyuczona formułka lub nie do końca zrozumiała inkantacja.

— Dziękuję, Ivy, za to jakże hojne zaproszenie — powiedział Jean-Claude. Nagle ujął ją za rękę. Nie

zauważyłam, kiedy to zrobił. Zupełnie jakbym przegapiła klatkę filmu. Sądząc po wyrazie twarzy Ivy, ona czuła to

samo. Wydawała się wściekła.

Jean-Claude bardzo wolno uniósł jej dłoń do ust. Ani na chwilę nie odrywał od niej wzroku. Tak możesz kłaniać się

przeciwnikowi w dojo, bo jeśli odwrócisz wzrok, w chwilę później znajdziesz się na macie.

Strużka wosku ściekła po białej świecy. Trzymała ją w ręku, bez świecznika. Jean-Claude przyłożył usta do wierzchu

jej dłoni. Wosk zaczął ściekać szybciej, niż powinien.

Puścił jej dłoń w ostatniej chwili, aby uniknąć poparzenia, ona jednak dalej stała w bezruchu, po zwalając, by gorący

wosk spłynął na jej skórę. Tylko błyski w jej oczach świadczyły, że odczuła ból. Pozwoliła, by wosk stwardniał na jej

dłoni. Od strużki wosku zaczął rozchodzić się czerwony ślad oparzenia. Zignorowała go.

Wosk ze świecy przestał już spływać. Zwykle gdy świeca raz zacznie się topić, już nie przestaje. Wosk utworzył

małą, złocistą kałużę, zastygłą u szczytu świecy jak kropla wody, która czeka, aby móc oderwać się od wylotu kranu.

Przeniosłam wzrok na Jean-Claude'a i pokręciłam głową. Czy mówi wam coś słowo „dziecinada"? Ale nie

powiedziałam tego głośno. Być może był to jakiś pradawny wampirzy rytuał. Szczerze mówiąc jednak, raczej w to

wątpiłam.

— Czy twoi towarzysze wejdą do środka? — Ivy odstąpiła na bok, szeleszcząc szeroką suknią i unosząc świecę w

górę, by oświetlić nam drogę.

Jean-Claude stanął w drzwiach po drugiej stronie i aby wejść do domu, musieliśmy przejść pomiędzy dwoma

wampirami. Ufałam, że Jean-Claude nie zechce mnie ukąsić. Byłam również pewna, że powstrzymałby Ivy, gdyby

spróbowała się na mnie rzucić. Nie podobało mi się tylko, że Jean-Claude miał z tego taki ubaw. To mnie

denerwowało. Zwykle gdy wampiry zaczynają się dobrze bawić, sprawy bardzo szybko przybierają paskudny obrót.

Jason przeszedł pomiędzy nimi i znalazł się wewnątrz domu. Larry spojrzał na mnie. Wzruszyłam ramionami i

przestąpiłam próg. Larry ruszył za mną ufając, że jeśli będę przy nim, nie stanie mu się nic złego. Zapewne miał rację.

Zapewne.

Rozdział 24

Drzwi zatrzasnęły się za nami, ale nie sądzę, aby ktoś je zamykał, w każdym razie nie przy pomocy dłoni. Groźne czy

nie, te małe popisy mocy zaczynały działać mi na nerwy.

Powietrze w pomieszczeniu było nieruchome, zatęchłe. Pachniało suchością, grzybem i pleśnią,. Nawet z

zamkniętymi oczami bez trudu można się było zorientować, że te pokoje od bardzo dawna były puste. Łukowato

sklepione przejście po lewej prowadziło do mniejszego pokoju. Zobaczyłam łóżko z narzutą i poduszkami, tak

zakurzone, że wydawało się szare. W kącie stała toaletka, w jej lustrze odbijało się wnętrze pustego pokoju.

W salonie nie było mebli. Drewnianą podłogę zalegał kurz. Suknia Ivy pozostawiała w nim ślad, gdy wampirzyca szła

w kierunku drzwi w przeciwległej ścianie. Spod drzwi przebijało słabe światło. Złote, gęstsze niż elektryczne. Pewnie

kolejne świece.

Drzwi otworzyły się, zanim Ivy dotarła do nich. Gęsta fala światła wypłynęła na zewnątrz, jaśniejsza niż w

rzeczywistości, gdyż długo już pozostawaliśmy w mroku. W świetle stał wampir. Był niski, szczupły, z twarzą zbyt

młodą, aby można ją uznać za przystojną, była co najwyżej ładna. Nie żył od niedawna, jego skórę wciąż jeszcze

zdobiła opalenizna nabyta na plaży, nad jeziorem czy w jakimś innym nasłonecznionym miejscu. Jak na trupa

wyglądał przerażająco młodo. Musiał mieć osiemnaście lat, gdyby miał mniej, oznaczałoby to, że przeistoczono go w

wampira nielegalnie, ale mimo to wyglądał delikatnie i dziecinnie. Żywa przynęta.

— Jestem Bruce. — Wydawał się odrobinę skrępowany. Może to przez strój. Miał na sobie jasnoszary smoking z

lampasami na nogawkach spodni. Białe rękawiczki dobrano pod kolor koszuli. Kamizelka była jedwabna i szara.

Muszka i pas czerwone, w identycznym odcieniu jak suknia Ivy. Wyglądali, jakby wybierali się na bal maturalny.

Po obu stronach drzwi stały kandelabry wielkości człowieka, wypełniając pokój płynnym, złocistym światłem. Pokój

za progiem był dwukrotnie większy od salonu i zapewne był niegdyś kuchnią. W przeciwieństwie jednak do

pomieszczeń od frontu, został w znacznym stopniu przemodelowany. Na podłodze leżał perski dywan. Barwy były

tak jasne, że kojarzyły się z szybami witraża. Na dwóch najdłuższych ścianach zawieszono gobeliny. Jeden z nich

przedstawiał jednorożca uciekającego przed sforą psów. Drugi scenę batalistyczną tak wyblakłą ze starości, że

sylwetki były prawie niewidoczne. Przeciwległy koniec pokoju udekorowano jasnymi, jedwabnymi draperiami

zaopatrzonymi w grube sznury. Na lewo od draperii otworzyły się drzwi.

Ivy wstawiła trzymaną świecę na puste miejsce w kandelabrze. Stanęła przed Jean-Claude'em. Musiała unieść głowę,

aby spojrzeć mu w oczy.

— Jesteś piękny. — Przesunęła palcami po brzegu jego surduta. — Myślałam, że to kłamstwo. Że nikt nie może

być tak piękny. — Bawiła się guzikami z masy perłowej, zaczynając od szyi i schodząc coraz niżej. Jean-Claude

odepchnął jej dłoń, zanim dotarła do guzika w miejscu, gdzie jego koszula znikała w spodniach.

Ivy to rozbawiło. Wspięła się na palce, opierając się dłońmi i przedramionami o jego pierś. Nachyliła ku niemu usta

jak do pocałunku.

— Czy pieprzysz się z równie dobrze, jak wyglądasz? Mówią, że tak. Ale jesteś taki piękny. Nikt nie może być

tak dobry w łóżku.

Jean-Claude położył palce po obu stronach jej twarzy na wysokości żuchwy. Uśmiechnął się do niej.

Jej czerwone usta wykrzywiły się w uśmiechu. Przywarła do niego całym ciałem.

Jean-Claude jakby tego nie zauważył i wciąż dotykał jej twarzy.

Jej uśmiech zaczął gasnąć jak zachodzące słońce. Cofnęła się powoli i stanęła o krok od niego. Twarz miała pustą,

bez wyrazu.

Bruce szarpnął ją mocno za rękę. Ivy potknęła się, upadłaby, gdyby jej nie pochwycił. Rozejrzała się dokoła

zdezorientowana, jakby sądziła, że znajduje się zupełnie gdzie indziej.

Jean-Claude już się nie uśmiechał.

— Sporo czasu upłynęło, odkąd czyjeś popychadło miało na mnie ochotę. Tak, to było bardzo dawno temu.

Ivy niemal osunęła się w ramiona Bruce'a. Jej twarz przepełniał strach. Odsunęła się od Bruce'a i stanęła w pewnej

odległości od niego. Zaczęła nerwowo poprawiać czerwoną suknię. Strach niemal odpłynął już z jej twarzy, o

zdenerwowaniu świadczyły jedynie drobne zmarszczki wokół oczu.

Jak to zrobiłeś?

Stulecia praktyki, maleńka. Gniew sprawił, że jej oczy pociemniały.

- Nie powinieneś być w stanie zahipnotyzować okiem innego wampira.

Doprawdy? — rzucił z rozbawieniem w głosie.

Nie śmiej się ze mnie.

Rozumiałam ją. Jean-Claude potrafił być naprawdę wkurzający, zwłaszcza gdy mu na tym zależało.

— Mieliście nas gdzieś zaprowadzić, dzieci, zróbcie to.

Ivy stanęła przed nim, dłonie zacisnęła w pięści. W jej oczach pojawiła się wściekłość, brąz tęczówek rozlał się na

całe białka, tak że wyglądała jak niewidoma. Jej moc przetoczyła się przez pokój, powodując świerzbienie skóry i

prężenie się włosków na moich ciele.

Sięgnęłam po browninga. Taki odruch.

— Nie, Anito. To nie będzie konieczne — powiedział Jean-Claude. — To maleństwo nie wyrządzi mi krzywdy.

Pokazuje kły, o ile jednak nie chce umrzeć na tym pięknym dywanie, dobrze by było, aby pamiętała, z kim ma do

czynienia.

— Jestem Mistrzem Miasta! — Jego grzmiący głos przetoczył się przez cały dom, rozbrzmiewając w pokoju

gromkim echem, tak że wydawało się, jakby samo powietrze powtarzało jego słowa.

Kiedy dźwięk umilkł, byłam cała roztrzęsiona. Ivy powoli opanowała się. Wciąż wydawała się zagniewana, ale jej

oczy znów były normalne.

Bruce położył dłoń na jej ramieniu, jakby nie miał pewności, czy Ivy zachowa się rozsądnie. Odtrąciła jego rękę i z

gracją wskazała otwarte drzwi.

— Zaprowadzimy was na dół. Pozostali już tam czekają.

Jean-Claude skłonił się teatralnie, ani na chwilę nie odrywając od niej wzroku.

— Ty pierwsza, moja słodka. Dama zawsze powinna iść przed dżentelmenem, nigdy za nim.

Uśmiechnęła się, nagle znów była zadowolona i pewna siebie.

A zatem twoja ludzka służebnica może iść obok mnie.

Nie sądzę — odparłam.

Spojrzała na mnie niewinnie brązowymi oczami.

— Czyżbyś nie była damą? — Podeszła do mnie, przesadnie kołysząc biodrami. — Czy przyprowadziłeś tu

kogoś, kto nie jest damą, Jean-Claude?

Usłyszałam jego westchnienie. — Anita jest damą. Idź obok niej, ma petite, ale ostrożnie.

Czy to istotne, co o mnie myślą ci kretyni?

Jeśli nie jesteś damą, to znaczy, że jesteś dziwką. Nie chciałabyś wiedzieć, co może spotkać ludzką dziwkę w tych

murach.

Powiedział to ze znużeniem, jakby uczestniczył w takim spektaklu i nie przypadł mu on do gustu.

Ivy uśmiechnęła się do mnie i posłała powłóczyste spojrzenie brązowych oczu. Odnalazłam jej spojrzenie i

uśmiechnęłam się.

Zmarszczyła brwi.

— Jesteś śmiertelniczką. To niemożliwe, abyś była w stanie wytrzymać moje spojrzenie — nie w ten sposób.

Niespodzianka — rzuciłam.

Idziemy? — spytał Jean-Claude.

Ivy znów się zasępiła i weszła przez otwarte drzwi na prowadzące w dół schody. Pokonała kilka stopni,

przytrzymując jedną ręką suknię, aby się o nią nie potknąć. Odwróciła się i spojrzała na mnie. — Idziecie?

— Czy bardzo muszę mieć się na baczności? — spytałam Jean-Claude'a.

Larry i Jason podeszli, by stanąć obok mnie.

— Jeżeli zaatakują pierwsi, możesz się bronić. Ale nie atakuj pierwsza ani nie przelej pierwsza krwi. Broń się,

lecz nie atakuj, mapetite. Tej nocy będziemy tylko grać w gry, nic więcej, o ile nie podwyższysz stawki. A stawka nie

jest wcale taka wysoka.

Skrzywiłam się.

— To mi się nie podoba. Uśmiechnął się.

Wiem, ale tym razem musisz tańczyć, jak ci zagrają, ma petite. Pamiętaj o osobie, którą pragniesz ocalić i kontroluj

swój wybuchowy temperament.

No jak, śmiertelniczko? — warknęła Ivy. Czekała na mnie na schodach. Wyglądała jak rozdrażnione,

zniecierpliwione dziecko.

Idę — odparłam. Niespiesznie pomaszerowałam w kierunku czekającej wampirzycy. Szłam powoli, zwykłym

krokiem, choć od jej przeszywającego spojrzenia zaczęła mi cierpnąć skóra. Zatrzymałam się u szczytu schodów i

popatrzyłam w dół. Poczułam na twarzy podmuch chłodnego, wilgotnego powietrza. A także zapach. Woń wilgoci i

stęchlizny. Taki zapach zdradzał obecność zamkniętego pomieszczenia bez okien i z zawilgłymi ścianami. Piwnica.

Nie znosiłam piwnic.

Nabrałam do płuc stęchłego, cuchnącego powietrza i ruszyłam po schodach na dół. To były najszersze piwniczne

schody, jakie w życiu widziałam Drewno wyglądało na nowe i świeże, jakby nie zdążono go polakierować czy

wypiaskować. Były tak szerokie, że mogłyśmy iść obok siebie. Nie chciałam iść obok niej. Może dla Jean-Claude'a

nie stanowiła zagrożenia, ale nie miałam złudzeń, co mogłaby zrobić ze mną. Była potencjalną nową mistrzynią, nie

osiągnęła jeszcze apogeum mocy, ale czułam jej potęgę pulsującą pod powierzchnią pełzającą po mojej skórze.

Zatrzymałam się o stopień wyżej, czekając, by poszła dalej.

Ivy uśmiechnęła się. Wyczuwała mój strach.

— Jeśli obie jesteśmy damami, powinnyśmy iść razem. Chodź, Anito. — Wyciągnęła do mnie rękę. — Zejdziemy na

dół wspólnie.

Nie chciałam znaleźć się blisko niej. Gdyby spróbowała mnie zaatakować, nie miałabym szans, aby się obronić. Może

zdążyłabym sięgnąć po broń, a może nie. Irytowało mnie, że nie mogłam pierwsza pokazać im broni. Więcej — to

mnie przerażało. Żyję tak długo między innymi dlatego, że najpierw strzelam, a dopiero potem zadaję pytania.

Postępując na odwrót, znacznie skraca się potencjalną długość życia.

- Czy ludzka służebnica Jean-Claude'a obawia się mnie? — Stała, odcinając się na tle czerni i uśmiechała się szeroko.

Piwnica otwierająca się za jej plecami wyglądała jak otchłań piekła.

Nie wyczuwała wampirzych znaków, w przeciwnym razie wiedziałaby, że nie jestem jego służebnicą. Nie była tak

dobra, jak początkowo przypuszczałam. A w każdym razie taką miałam nadzieję.

Zignorowałam wyciągniętą dłoń, ale zeszłam dwa stopnie niżej. Otarłam się ramieniem o jej nagą skórę i

odniosłam wrażenie, jakby po mojej ręce zaczęły pełzać robaki. Schodziłam po stopniach w atramentową czeluść,

kurczowo zaciskając lewą dłoń na poręczy. Usłyszałam odgłos jej szpilek, gdy przyspieszyła kroku, by się ze mną

zrównać. Wyczuwałam jej rozdrażnienie, niczym żar bijący z jej ciała. Słyszałam mężczyzn z tyłu, za nami, ale nie

obejrzałam się za siebie. Tej nocy sprawdzaliśmy wzajemnie naszą odwagę. W tę grę grałam od dawna. I byłam w

niej dobra.

Szłyśmy obok siebie, jak konie ciągnące zaprzęg, lewą ręką trzymałam się poręczy, ona podkasywała rąbek sukni.

Utrzymywałam takie tempo, by uniemożliwić jej gładkie spływanie po schodach, o ile nie potrafiła lewitować.

Okazało się, że akurat tego nie potrafiła.

Schwyciła mnie za prawą rękę i silnym szarpnięciem pociągnęła ku sobie. Nie mogłam sięgnąć po broń. Ponieważ

nosiłam pochewki na przedramionach, nie byłam nawet w stanie wydobyć noża. Stałam oko w oko z rozjuszoną

wampirzycą i nie mogłam wyciągnąć broni. Mogłam wyjść z tego cało jedynie w sytuacji, gdyby nie chciała mnie

zabić. Pokładanie ufności w dobrą wolę i życzliwość Ivy raczej nie wchodziło w rachubę.

Jej gniew rozlał się po mojej skórze. Żar wypłynął z jej wnętrza. Czułam jej gorącą dłoń nawet poprzez skórzaną

kurtkę. Nie próbowałam się cofnąć, istoty, które są w stanie podnieść toyotę jak sztangę, zwykle na to nie pozwalają.

Jej dotyk nie palił — to nie był żar tego rodzaju, ale ciężko było przekonać moje ciało, że nic mu się nie stanie. Lata

ostrzeżeń — nie dotykaj, bo się oparzysz. Żar omiatał moje ciało, jakbym stała przy otwartym piecu. Gdyby nie robiła

tego mimowolnie, byłabym pod wrażeniem. No dobra, byłam pod wrażeniem. Jeszcze parę stuleci i Ivy naprawdę

będzie wzbudzać strach, o ile już tak nie było.

Wciąż mogłam spojrzeć jej w oczy, bezdenne i świecące wewnętrznym blaskiem. Niewiele by mi to dało, gdyby

rozszarpała mi gardło.

— Jeśli ją skrzywdzisz, Ivy, nici z rozejmu. - Jean-Claude spłynął po stopniach, by stanąć tuż nad nami. — A raczej

tego nie chcesz, Ivy. — Przesunął palcem wskazującym po jej żuchwie.

Poczułam wyładowanie jego mocy przenikające ją i mnie. Jęknęłam, ale puściła mnie. Moja ręka zdrętwiała, straciłam

w niej czucie. Nie ma mowy, abym zdołała utrzymać w niej pistolet. O ile tylko odzyskam w niej sprawność,

porachuję się z Ivy później.

Bruce wcisnął się pomiędzy nas, górując nad Ivy jak zatroskany chłopak. Sądząc po wyrazie twarzy, niewiele się

pomyliłam. Podejrzewałam, że to ona go przeistoczyła.

Ivy pchnęła go tak mocno, że stoczył się po schodach i zniknął w mroku. Najwyraźniej czuła się dobrze. Ja prawie nie

czułam palców.

Żar omiótł mnie jak palący wiatr i zniknął w ciemnościach. Pochodnie w obsadach na ścianach ożyły

przy wtórze głośnego syku i snopów iskier. Duża lampa naftowa, zwieszająca się z sufitu, wypełniła się ogniem.

Jej klosz eksplodował deszczem odłamków, płomyk na knocie zamigotał.

— Serephina każe ci posprzątać ten bałagan —

powiedział Jean-Claude. Mówił tak, jakby Ivy rozlała mleko.

Ivy, kołysząc biodrami, pokonała ostatnie stopnie schodów.

— Serephinie jest to obojętne. Stłuczone szkło i ogień mają wiele zastosowań. — Te słowa i ich wymowa ani

trochę mi się nie spodobały.

Piwnica była czarna. Czarne ściany, czarna podłoga, czarny sufit. Zupełnie jakbyśmy znaleźli się wewnątrz czarnego

pudła. Ze ścian zwieszały się łańcuchy, kajdany niektórych z nich wydawały się być oblepione sierścią. Z sufitu,

niczym obsceniczna dekoracja, zwisały skórzane pasy. W całym pomieszczeniu znajdowały się rozmaite... urządzenia.

Rozpoznałam niektóre z nich — dyby, żelazna dziewica, przeważały jednak akcesoria do krępowania. Na ich

widok domyślasz się, z czym masz do czynienia, ale nie wiesz, jak one działają. Zawsze jest w nich więcej otworów,

niż można by oczekiwać, a nikt nie dołącza do nich instrukcji, jak należy z tego korzystać.

W posadzce był otwór odpływowy, do którego spływała strużka wody. Mogłam się jednak założyć, że spływała tam

nie tylko woda.

Larry podszedł, by stanąć przy mnie.

Czy to jest to, co myślę?

Tak, to narzędzia tortur. — Zmusiłam dłoń, by zacisnęła się w pięść. Udało się. I jeszcze raz. Odzyskiwałam czucie.

O ile wiem, nie mieli nam zrobić nic złego powiedział.

Sądzę, że chcą nas tylko przestraszyć.

I udało im się — przyznał.

Mnie również ten wystrój nie przypadł do gustu, ale przynajmniej znów miałam sprawną rękę. Gdybym musiała,

mogłabym utrzymać w niej pistolet.

Po lewej stronie otworzyły się drzwi, których nawet nie zauważyłam. Sekretne przejście. Do pomieszczenia wszedł

wampir. Aby przejść przez drzwi, musiał pochylić głowę. Wyprostował się, niewiarygodnie wysoki i chudy jak

szkielet. Tej nocy jeszcze się nie pożywił i nie marnował mocy, aby ładnie wyglądać. Jego skóra miała barwę starego

pergaminu i przywierała do kości twarzy tak mocno, że wydawała się prawie przezroczysta. Oczy miał podkrążone,

zapadnięte i mętne jak u śniętej ryby. Zdeformowane dłonie wystające z rękawów czarnego surduta miały

niewiarygodnie długie, sine, szponiaste palce. Przywodziły na myśl wielkie, białe pająki.

Wszedł do pomieszczenia, a poły czarnego surduta falowały za nim jak płaszcz. Był ubrany od stóp do głowy na

czarno, zdradzały go tylko jego skóra i krótko przycięte białe włosy. Gdy przepływał przez tonące w ciemnościach

pomieszczenie, wyglądały, jakby w powietrzu unosiły się tylko jego ręce i głowa.

Pokręciłam głową, by otrząsnąć się z zaskoczenia. Gdy znów na niego spojrzałam, wydał mi się bardziej normalny.

— Wykorzystuje swoje moce, aby wydawać się luźniejszy, niż jest w rzeczywistości — powiedziałam.

— Owszem, ma petite. — Coś w jego głosie sprawiło, że odwróciłam się i spojrzałam na niego. Jego twarz

była znów tylko piękną maską, ale w oczach przez moment dostrzegłam strach.

Co się dzieje, Jean-Claude?

Reguły nie uległy zmianie. Nie sięgaj po broń. Nie uderzaj pierwsza. Nie mogą nas skrzywdzić, o ile nie złamiemy

tych zasad.

Co cię tak nagle przeraziło?

To nie jest Serephina — powiedział cichym, niepewnym tonem.

Co chcesz przez to powiedzieć?

Odchylił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem. Ten dźwięk rozbrzmiał w całym pomieszczeniu donośnym, radosnym

echem. Tyle że poczułam w ustach jego smak; był pełen goryczy.

— To, ma petite, że jestem skończonym głupcem.

Rozdział 25

Śmiech Jean-CIaude'a zanikał stopniowo, jakby dźwięk przywierał do ścian.

— Gdzie Serephina? — spytałam.

Ivy i Bruce wyszli z pokoju. Nie wiedziałam, dokąd się wybierali, ale na pewno do lepszego miejsca. Ile

izb tortur może znajdować się w domu tej wielkości? Nie, wolę nie wiedzieć.

Wysoki wampir spojrzał na nas oczyma śniętej ryby. Nie było w nich hipnotycznej mocy, niczego.

Zupełnie jakbym patrzyła w oczy trupa.

Gdy się odezwał, jego głos był prawie szokujący. Głęboki, silny, dźwięczny, lecz pozbawiony wampirzych

mocy. To był głos aktora albo śpiewaka operowego. Patrzyłam jak jego cienkie, pozbawione warg usta

poruszają się i to wszystko wydało mi się jedynie salonową sztuczką. Ten głos nie powinien wypływać z

tych ust, a jednak tak właśnie było.

Zanim ona się z wami zobaczy, musicie przejść przeze mnie.

Zaskakujesz mnie, Janosie. — odezwał się Jean-Claude. — Jesteś potężniejszy niż Serephina. Jak to się

stało, że jej służysz?

— Kiedy ją zobaczysz, zrozumiesz. A teraz chodźcie wszyscy, przyłączcie się do nas. Noc jeszcze

młoda, a ja chcę ujrzeć was wszystkich nagich i krwawiących, zanim nadejdzie świt.

— Co to za facet? — spytałam. Odzyskałam już władze w ręku, a wraz z nią rezon.

Jean-Claude stanął na ostatnim stopniu. Jason był za nim, Larry i ja zostaliśmy nieco z tyłu. Jakoś im się

nie spieszyło.

Wampir spojrzał na mnie trupimi oczami.

Jestem Janos.

Fajnie, ale zgodnie z zasadami nie możesz utoczyć nam krwi ani zrobić nam nic złego. Mam rację?

— Jak zawsze, ma petite — odparł Jean-Claude.

— Nie uczynimy niczego wbrew waszej woli — powiedział Janos. — Aby do czegokolwiek doszło,

potrzebne jest wasze przyzwolenie — dokończył.

— Wobec tego jesteśmy bezpieczni. Uśmiechnął się, skóra jego twarzy naciągnęła się jak papier. W

gruncie rzeczy spodziewałam się ujrzeć, jak kość przebija skórę, ale tak się nie stało, śmiech był odrażająco

miły.

— To się okaże.

Jean-Claude zszedł z ostatniego stopnia i wszedł do pomieszczenia. Jason podążył za nim, a po chwili

wahania zrobiłam to samo. Larry podążał za mną jak wierny pies.

Ta sala to był twój pomysł — zauważył Jean-Claude. — Ty ją urządziłeś.

Nie robię niczego bez przyzwolenia mojej mistrzyni.

Ona nie może być twoją mistrzynią, Janosie. Nie jest dość potężna.

— A jednak jestem tutaj, Jean-Claude. Jestem czym jestem.

Jean-Claude ominął koło tortur, przesuwając dłonią po ciemnym drewnie.

— Serephina nigdy nie przepadała za torturami. Można o niej powiedzieć wiele, ale nie to, że jest sadystką

— Jean-Claude podszedł do Janosa. — Myślę, że ty jesteś tu mistrzem, a ona to tylko twój pionek.

Wszyscy wiedzą że jest mistrzynią i to jej rzucają potencjalne wyzwania. Kiedy umrze, znajdziesz sobie

kolejną marionetkę.

Daję słowo, Jean-Claude, ona jest moją mistrzynią. Pomyśl o tej sali jak o nagrodzie za wierną służbę. —

Rozejrzał się po pomieszczeniu, uśmiechając się z zadowoleniem, jak właściciel dobrze zaopatrzonego

sklepiku.

Czego zamierzasz użyć wobec nas?

Zaczekaj chwilę, niecierpliwy chłopcze, a niebawem wszystko się wyjaśni.

To dziwne, że ktoś nazywał Jean-Claude'a „chłopcem", jak młodszego brata lub kuzyna. Czy Janos znał

Jean-Claude'a, gdy ten był jeszcze młody? Wkrótce po jego śmierci?

Usłyszeliśmy głos kobiety:

— Dokąd mnie prowadzicie? Sprawiacie mi ból. Ivy i Bruce przyprowadzili do sali kobietę. Weszli

bocznymi drzwiami. Właściwie przywlekli ją tu. Dosłownie. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Wyglądała

jak pies, którego właściciel próbuje zaciągnąć do weterynarza. Tyle że tu rolę właściciela odgrywały dwa

wampiry. Nie miała przeciwko nim żadnych szans. Opór był daremny.

Miała proste blond włosy do ramion. Oczy duże, niebieskie, makijaż rozmazany od łez.

Ivy najwyraźniej świetnie się bawiła. Bruce wydawał się zaniepokojony. Bał się Janosa. W sumie nic

dziwnego.

Dziewczyna przez chwilę patrzyła w milczeniu na Janosa, po czym krzyknęła. Ivy spoliczkowała ją

odruchowo, jakby uderzyła szczekającego psa. Dziewczyna jęknęła z bólu, zachlipała smętnie i zamilkła,

wpatrując się w podłogę. Po jej policzkach spłynęły łzy.

W sali oprócz nas był tylko Janos i dwoje młodzików.

Mogłam się założyć, że poradzilibyśmy sobie z nimi. Zjawiły się jeszcze dwa wampiry, prowadząc kolejną

dziewczynę. Szła sama, jej oczy pałały gniewem, plecy miała wyprostowane, ręce opuszczone wzdłuż

boków, dłonie zaciśnięte w pięści. Była niska, trochę przy kości, ale nie gruba, gdyby była wyższa, nie

rzucałoby się to tak w oczy. Miała kasztanowe włosy, małe brązowe oczy przesłonięte były szkłami

okularów, na nosie i policzkach dostrzegłam liczne piegi. Ta dziewczyna emanowała wewnętrzną siłą. Od

razu ją polubiłam.

- Wstawaj, Liso — rzuciła. Wydawała się zakłopotana i wściekła zarazem.

Blondynka, Lisa, rozpłakała się jeszcze bardziej. Wampirzyce, które pilnowały drugiej dziewczyny, nie

były młode. Obie wysokie, mierzyły po jakieś metr osiemdziesiąt wzrostu, ubrane w czarne skóry, jedna z

jasnymi włosami zaplecionymi w gruby, opadający na plecy warkocz, druga z czarnymi, rozpuszczonymi

włosami. Ich nagie ramiona wydawały się silne i umięśnione. Wyglądały jak strażniczki z kiepskiego filmu

szpiegowskiego.

Moc, jaka z nich emanowała, nie była równie papierowa. Przepływała przez pomieszczenie niczym woda,

gęsta i chłodna. Kiedy przetoczyła się po moim ciele, aż zaparło mi dech. Wpłynęła we mnie, przenikając

do szpiku kości. To bolało. Larry, stojący za mną, jęknął w głos.

Spojrzałam na niego, aby upewnić się, że jęknął z tego samego powodu co ja. Nie dostrzegłam za nami

żadnych nowych potworów, to tylko skutki zetknięcia z mocą dwóch wampirzyc.

— Co tu się dzieje, prowadzicie przytułek dla wampirów liczących sobie powyżej pięciuset lat? —

spytałam.

Wszyscy skierowali wzrok na mnie. Dwie wampirzyce uśmiechnęły się złowieszczo. Patrzyły na mnie jak

na cukierek, jakby zastanawiały się, jakie mam w sobie nadzienie. Miękkie, lepiące czy może twardy

orzeszek? Zdarzało się, że faceci rozbierali mnie wzrokiem, ale nigdy dotąd nikt nie próbował wyobrazić

sobie, jak mogłabym wyglądać bez skóry. Aż do teraz. Rety.

Chcesz coś dodać? — spytał Janos.

Chyba nie sądzisz, że pozwolimy wam bezkarnie przywlec tu te dwie nieletnie dziewczyny i nic z tym nie

zrobimy.

Wręcz przeciwnie, Anito, spodziewamy się, że zrobicie wiele rzeczy.

To, co powiedział, ani trochę mi się nie spodobało.

— Co to miało znaczyć?

— Po pierwsze dziewczęta nie są nieletnie, prawda?

Druga z dziewcząt tylko na niego spojrzała. Lisa,

wlepiając wzrok w podłogę, pokręciła głową.

— Powiedzcie jej, ile macie lat — rzucił Janos. Żadna z nich nie odpowiedziała. Ivy szarpnęła

blondynkę tak mocno, że ta aż krzyknęła.

— Osiemnaście, mam osiemnaście lat. — Osunęła się na podłogę, szlochając. Wampiry nie

interweniowały.

Jedna z wampirzyc warknęła:

— Teraz ty. Ile masz lat. — Jej głos był jak cichy grzmot, zapowiedź nadciągającej burzy.

Oczy drugiej dziewczyny, przesłonięte szkłami okularów, rozszerzyły się.

— Dziewiętnaście. — Spod opoki gniewu wypłynął strach.

— Świetnie, mają powyżej osiemnastu lat, ale niezależnie od wieku, jeśli człowiek nie ma na coś

ochoty, to znaczy, że tego nie chce i już — powiedziałam.

Chcesz zgrywać policjantkę, Anito? — spytał Janos. Wydawał się rozbawiony.

Nie zamierzam stać bezczynnie i patrzeć, jak je krzywdzisz.

Masz o sobie wysokie mniemanie, Anito. Jesteś pewna siebie. To lubię. Miło jest łamać silnych. To

prawdziwa rozkosz. Słabi płaczą, błagają i wiją się u twych stóp, ale odważni, ci nieomal domagają się,

aby sprawiać im ból i ranić. — Podszedł do mnie, wyciągając bladą, przypominającą pająka dłoń. — Czy

chcesz, abym sprawił ci ból?

Przypomniałam sobie ostrzeżenie Jean-Clauda abym nie używała broni, ale do diabła z tym, sięgnęłam po

browninga.

I nagle tuż przy mnie pojawił się Jean-Claud chwytając Janosa za nadgarstki. Janos wydawał się tym

zdumiony. Ja również byłam pod wrażeniem. Nie zauważyłam jego ruchu. Janos chyba też nie. Niezła

sztuczka.

Cofnęłam rękę, choć byłam przekonana, że pistolet dodałby mi otuchy. Tyle tylko, że tej nocy moim celem

nie było dodawanie sobie otuchy, lecz przetrwanie. Przeżycie do świtu.

— Zgodnie z regułami nikomu z nas nie może stać się nic złego — przypomniał Jean-Claude.

Janos powoli uwolnił przegub z uścisku Jean-Claude'a, robił to niespiesznie, jakby to sprawiało mu

przyjemność.

Serephina zawsze dotrzymuje danego słowa.

Co więc robią tu te dwie dziewczyny?

Tych dwoje — wskazał na Larry’ego i na mnie — nie będzie stać bezczynnie, patrząc na cierpienie obcych

im osób?

Ze smutkiem stwierdzam, że nie — odparł Jean-Claude.

A jeśli zechcą interweniować, ty także się włączysz? — spytał Janos.

Jeśli to będzie konieczne.

Janos uśmiechnął się, a ja usłyszałam skrzypienie skóry z trudem powstrzymującej napierające na nią

kości.

— Wspaniale.

Zauważyłam, że Jean-Claude zadrżał, jakby coś go przeraziło. Wydawał się zbity z tropu. Ja byłam po

prostu zakłopotana.

— Dwie młode kobiety z własnej woli przybyły do naszego domu. Wiedziały, czym jesteśmy i zgodziły

się pomóc nam zabawić gości.

Spojrzałam na drugą z dziewcząt.

— Czy to prawda?

Jedna z wampirzyc lekko szturchnęła ją w ramię, to wystarczyło.

Przyszłyśmy tu z własnej woli, ale nie wiedziałyśmy... — Wampirzyca zacisnęła palce na jej ramieniu.

Dziewczyna skrzywiła się z bólu, ale nawet nie pisnęła.

Przybyły tu z własnej, nieprzymuszonej woli i są już dorosłe — stwierdził Janos.

I co teraz? — spytałam.

Ivy, przykuj ją tam. — Wskazał na opięte skórą kajdany na lewo od drzwi. Ivy i Bruce podnieśli

dziewczynę i podprowadzili do ściany.

— Twarzą do ściany, bardzo proszę. Podeszłam do Jean-Claude'a i wyszeptałam bezgłośnie, wiedząc,

że i tak mnie usłyszy:

To mi się nie podoba.

Mnie również, ma petite.

Czy możemy to przerwać, nie łamiąc rozejmu?

Nie, o ile nie zostaniemy otwarcie zaatakowani.

Co się stanie, jeżeli złamię rozejm?

Zapewne spróbują nas zabić.

W sali było pięć wampirów, w tym trzy starsze od Jean-Claude'a. To byłaby pewna śmierć. Cholera.

Blondynka szlochała i szamotała się, próbując się wyrywać, gdy wampiry zakuły ją w łańcuchy przy

ścianie. Krzyczała i miotała się tak zawzięcie gdyby nie skórzane nakładki, pokaleczyłaby sobie

nadgarstki.

Przez boczne drzwi do pomieszczenia weszła kobieta. Była wysoka, wyższa od Jean-Claude'a. Skórę miała

koloru kawy z dwiema śmietankami. Ciemni zaplecione w warkoczyki włosy sięgały jej do pasa. Była

ubrana na czarno, w skórzany kombinezon, który nie pozostawiał wiele wyobraźni. Szła miękko, na

wysokich szpilkach. Wyglądała jak człowiek, ale nie była nim.

Kissa — odezwał się Jean-Claude. — Wciąż jesteś z Serephiną. — Wydawał się zaskoczony.

Nie wszystkim poszczęściło się tak jak tobie — odparła łagodnym głosem. W powietrzu rozeszła się

korzenna woń, a ja nie byłam pewna, czy to jej perfumy, czy może iluzja.

Nie miała makijażu, a mimo to była piękna, choć zastanawiałam się, jak mogła wyglądać, nie usiłując

omamić moich zmysłów. Ponieważ z całą pewnością żaden człowiek nie mógł emanować tak dziką, zwierzęcą

seksualnością jak Kissa. Aura erotyzmu otaczała ją jak niewidzialna chmura.

— Przykro mi, że jesteś tutaj, Kisso. Uśmiechnęła się.

— Nie żałuj mnie, Jean-Claude. Serephina obiecała mi ciebie, zanim Janos złamie to twoje piękne

ciało.

Szóstka wampirów, w tym cztery starsze od Jean-Claude'a. Nasze szanse malały z każdą chwilą.

— Przykuj drugą dziewczynę tam. —Janos wskazał na drugi zestaw oków na prawo od drzwi. Dziewczyna

pokręciła głową.

— Nic z tego. — Stawiała bardziej zaciekły opór niż jej koleżanka. Rzuciła się na ziemię i

wykorzystała każdą możliwość, by opóźnić nieuniknione.

Dwie kilkusetletnie wampirzyce, tak potężne, że ich moc sprawiała mi fizyczny ból, podniosły ją za ręce i

nogi i zaniosły pod ścianę. Dopiero teraz zaczęła krzyczeć, to był urywany, przeraźliwy, pełen wściekłości

dźwięk rozlegający się raz za razem. Ciemnowłosa wampirzyca przyszpiliła ją do ściany, a druga zakuła w

okowy.

— Nie mogę na to tak po prostu patrzeć — powiedział cicho Larry. Stał blisko mnie, może nie

wiedział, że wampiry były w stanie usłyszeć nawet najcichszy szept.

To bez znaczenia.

— Ja też nie.

Igraliśmy ze śmiercią. Ale nawet gdybyśmy mieli dziś umrzeć, zabierzemy z sobą tylu krwiopijców, ile

tylko zdołamy.

Jean-Claude odwrócił się, jakby wyczuł, że zamierzamy sięgnąć po broń.

— Ma petite, monsieur Kirkland, nie wyciągajcie broni. Wszystko jest w porządku i przebiega

zgodnie z prawem. One są tu jedynie, by dostarczyć nam rozrywki. Oni ich nie zabiją.

— Jesteś pewien? Zmarszczył brwi.

— Niczego nie jestem już pewien, ale wierzę, że dotrzymają słowa. Te kobiety są wystraszone i

posiniaczone, ale, ogólnie rzecz biorąc, nie stała się im krzywda.

— Nie stała się im krzywda? — spytał Larry. — A te siniaki? A to, że są przerażone? — Wyglądał na

rozwścieczonego i wcale mu się nie dziwiłam.

— Wampiry mając na myśli krzywdę, myślą o czymś bardziej permanentnym, prawda, Jean-Claude?

— odparłam.

Odnalazł moje spojrzenie.

Wyczuwam w twoim głosie oskarżycielski ton, ale pamiętaj, ma petite, to ty poprosiłaś mnie, abym cię tu

przyprowadził. Nie obwiniaj mnie o to, co się dzieje. Nie jestem za to odpowiedzialny.

Czyżby nudziły was przygotowane przez nas rozrywki? — spytał Janos.

Dyskutujemy, czy zabić was już teraz, czy może później — odparłam z rozbrajającą szczerością.

Janos zachichotał.

— Proszę, złam rozejm, Anito. Tylko czekam, abyś dała mi pretekst, tak bardzo chciałbym

wypróbować na tobie któreś z moich nowych urządzeń. Myślę, że złamanie ciebie trochę by potrwało.

Choć z drugiej strony często ci buńczuczni i dumni pękają najszybciej.

— Ja się nie chełpię, Janosie. Mówię to, co myślę. I mówię serio.

Ona wierzy w to, co mówi — dodała Kissa.

Owszem, to zdumiewające, ale wygląda mi to, że ona mówi prawdę — przyznał Janos. — Jakie to

smakowite.

Blondynka, Lisa, przestała szarpać się w okowach. Zwisła na całą długość łańcuchów, zapłakana i

półprzytomna.

Druga dziewczyna, dopiero co zakuta, stała nieruchomo, ale jej ręce i nogi zaczęły wyraźnie drżeć.

Zacisnęła dłonie w pięści, lecz to nie zdołało pohamować drżenia.

— Te kobiety przybyły tu w poszukiwaniu przygód. I dostaną to, czego szukały — powiedział Janos.

Dwie wampirzyce rozsunęły panele zamontowane w jednej z czarnych ścian. Ze znajdujących się tam

schowków wyjęły dwa długie, zwinięte bicze. Żadna z dziewcząt nie mogła tego zobaczyć. Dobre i to.

Nie mogłam patrzeć bezczynnie. Po prostu nie mogłam. Gdybym nic nie zrobiła, zabiłabym coś w sobie.

Musiałam zareagować. Choćbym miała to przypłacić życiem. Przynajmniej odejdę walcząc i zabiorę z sobą

kilku z nich. Lepsze to niż nic. Ale nim popełnimy zbiorowe samobójstwo, spróbuję porozmawiać.

Jeżeli nie chodzi ci o nakłonienie nas do złamania rozejmu, to o co?

O co? — powtórzył Janos. — O wiele rzeczy, Anito.

Nie podobało mi się, w jaki sposób wymówił moje imię, zmysłowo i z rozbawieniem, intymnie, jakbyśmy

byli przyjaciółmi lub bliskimi wrogami.

— Czego chcesz, Janosie?

— Czy to ty nie powinieneś negocjować w imieniu swoich ludzi? — zwrócił się do Jean-Claude'a.

— Anita doskonale sobie radzi — odparł Jean-Claude.

Janos znów uśmiechnął się ponuro.

— Dobrze więc. Czego chcemy?

Wampirzyce podeszły do dziewcząt. Uniosły bicze, pokazując je dziewczętom.

Co to jest? — spytała blondynka. — Co to ma być? — W jej głosie pobrzmiewał strach.

To bicz — powiedziała druga dziewczyna. Krótko i rzeczowo. Głos nie zdradzał jej tak, jak drżące ciało.

Wampirzyce cofnęły się na odległość odpowiednią do zadawania uderzeń.

— Czego ty chcesz, do ciężkiej cholery? — warknęłam.

— Czy wiesz, co znaczy zwrot „chłopiec do bicia"? — spytał Janos.

To osoba, która przyjmowała chłostę zamiast członka rodu szlacheckiego.

Doskonale, tak niewiele młodych osób interesuje się historią.

Co ma z tym wszystkim wspólnego historia?

Te dziewczęta są „chłopcami do bicia" dla twoich przyjaciół — wyjaśnił Janos.

Dwie wampirzyce rozplotły bicze i wprawnym ruchem strzeliły z nich prawie równocześnie. Żaden bat nie

dosięgnął pleców dziewcząt. Druga z dziewcząt krzyknęła, to był cichy, zduszony dźwięk, kiedy końcówka

bicza przecięła powietrze i trafiła w ścianę tuż obok niej. Blondynka osunęła się tylko na ścianę,

szlochając.

Proszę, proszę, proszę — powtarzała łamiącym się głosem.

Nie krzywdź ich — rzekł Larry. — Proszę.

Byłbyś gotów zająć jej miejsce? — zapytał Janos.

Dopiero teraz zorientowałam się, do czego to wszystko zmierzało.

— Nie możesz skrzywdzić nas bez naszego przyzwolenia. Ty zdradziecki sukinsynu.

Uśmiechnął się.

Odpowiedz, chłopcze. Zająłbyś jej miejsce? Larry skinął głową. Schwyciłam go za rękę.

Nie.

To rzecz jasna jego wybór — rzekł Janos.

Puść mnie, Anito.

Spojrzałam mu w oczy, usiłując dostrzec, czy wiedział, co robi.

— Nie masz pojęcia, co bicz może zrobić z ludzkim ciałem. Nie wiesz, na co się zgadzasz.

— Możemy temu zaradzić — mruknął Janos. Wampirzyce kilkoma szybkimi ruchami rozerwały

bluzki dziewcząt na plecach.

Blondynka krzyknęła.

— Nie możemy patrzeć na to bezczynnie — powiedział Larry.

Miał rację. Czy to mi się podobało, czy nie, miał rację.

— Widziałem, co może zdziałać bicz — odezwał się nagle Jean-Claude. — Nie rób im krzywdy.

Spojrzałam na niego.

—Nie sądziłam, że jesteś gotów do takich poświęceń.

Wzruszył ramionami.

Każdy z nas miewa takie chwile.

Czy dokonanie wyboru byłoby prostsze, gdybym obiecał, że jeśli ten młody człowiek zajmie miejsce

dziewczyny, nie zostanie okaleczony?

Ale czy on to przeżyje? — wtrąciłam. — Może umrzeć wskutek szoku wywołanego chłostą.

Żadnego zabijania czy okaleczania. Chcemy jedynie należnego nam kilograma ciała i litra krwi.

Wyraz naszych twarzy musiał chyba coś zdradzić, gdyż Janos wybuchnął śmiechem.

Mówię to oczywiście figuratywnie. Pozostaną mu blizny do końca życia, ale nie dozna trwalszych szkód na

ciele.

To jakiś absurd — powiedziałam. — Nie zrobimy tego.

— Czy gdybyśmy wyjęli broń, mielibyśmy szansę załatwić ich wszystkich? — spytał Larry. Odwróciłam

wzrok. Dotknął mojego ramienia.

Anito?

Moglibyśmy zabrać ze sobą kilku z nich — odparłam.

Ale tak czy owak zginęlibyśmy, a kto wtedy pomógłby dziewczynom?

Pokręciłam głową.

Musi być lepszy sposób. Larry spojrzał na Jean-Claude'a.

Czy dotrzyma słowa? Nie zabiją mnie?

Janos zwykle dotrzymuje słowa, a w każdym razie dotrzymywał kilka stuleci temu.

Czy możemy im ufać? — spytał Jason.

Nie — odparłam.

— Tak — powiedział Jean-Claude. Łypnęłam na niego.

— Wiem, że wolałabyś raczej rozwiązanie siłowe, ale sięgając po broń, doprowadziłabyś tylko do

tego, że zabiliby nas wszystkich. Albo, co bardziej prawdopodobne, niektórzy z nas zostaliby przeistoczeni

w wampiry.

Larry dotknął mojego ramienia. Spojrzałam na niego.

W porządku.

Nie jest w porządku — zaoponowałam.

Dobrze, ale to najlepsze, co możemy teraz zrobić.

Nie rób tego.

Nie mam wyboru — stwierdził. — Poza tym jestem już dorosły, pamiętasz? Umiem o siebie zadbać.

Uściskałam go. Nic innego nie przyszło mi do głowy.

— Nic mi nie będzie — wyszeptał.

Skinęłam głową. Nie byłam pewna, czy głos mi się nie załamie, a poza tym nie potrafiłam okłamywać

przyjaciół. Nie miał racji. Nie będzie dobrze. Wiedziałam to. On również. Wszyscy to wiedzieliśmy.

Jason oddalił się od nas, kierując się w stronę wampirzyc.

— O nie — zaprotestował Janos — nasz drogi zmiennokształtny nie może zostać tak po prostu

przykuty łańcuchami do ściany. Nie chcielibyśmy tego.

—Ale przecież mówiłeś...

— Powiedziałem, że możecie ocalić dziewczyny, ale nie w ten sposób. Niech śmiertelnik przyjmie

chłostę. Ty musisz jedynie zgodzić się zaspokoić pragnienie moich dwóch pomocnic, Bettiny i Pallas.

Jason spojrzał na dwie wampirzyce. Odwróciły się do nas. Nagle spróbowałam ujrzeć je oczami

dwudziestojednoletniego mężczyzny. Były szczupłe i miały obfite biusty, choć twarz Pallas była jak na

mój gust trochę za bardzo wiedźmowata, a Bettina miała za małe oczy, ale moje zdanie tu się nie liczyło.

Żadna z nich nie była piękna ani nawet ładna, choć z uwagi na długie nogi i krągłe kształty można by

uznać je za atrakcyjne. Większość facetów pewnie byłaby nimi zainteresowana. Gdyby były ludźmi. Jason

zmarszczył brwi.

— Wygląda na to, że trafiła mi się niezła gratka.

— Czy zrobiłoby ci różnicę, gdybym powiedział, że musisz im dogodzić tu, na podłodze, na oczach

wszystkich? — spytał Janos.

Jason zamyślił się przez chwilę.

— Czy jeżeli odmówię, dziewczyna zostanie wychłostana?

Janos skinął głową.

— Wobec tego zgadzam się — powiedział niepewnym, cichym głosem.

Rozwiązłość w zaciszu czterech ścian to jedno, ale robienie tego w miejscu publicznym to całkiem co

innego.

— Wobec tego chodź, zmiennokształtny, niechaj rozpocznie się przedstawienie. — Janos wykonał zamaszysty

gest bladymi dłońmi.

Jason spojrzał na Jean-Claude'a jak dziecko w pierwszym dniu szkoły, zastanawiające się, czy paru

klasowych osiłków naprawdę spuści mu lanie. Ze strony Jean-Claude'a nie doczekał się pocieszenia. Jego

oblicze było nieodgadnione jak u posągu. Skinął lekko głową co mogło oznaczać wszystko, od: „Będzie

dobrze", po: „Zrób to".

Patrzyłam, jak barki Jasona unoszą się w rytm nabieranego łapczywie powietrza. Jason zrobił kilka

głębokich wdechów i wydechów. Dlaczego większość rzeczy, które w innych okolicznościach zrobiłbyś z

wielką ochotą, w sytuacji kiedy nie masz wyjścia, mierzi cię i przepełnia odrazą?

— Byłeś kiedyś z jedna spośród nas? — spytał Janos.

Jason pokręcił głową.

Janos oparł dłoń o długich palcach na ramieniu Jasona. To najwyraźniej nie przypadło Jasonowi do gustu.

Wcale mu się nie dziwiłam.

— Czeka cię wiele rozkoszy, mój młody lykantropie. Rzeczy, których nie da ci żaden człowiek ani

zmiennokształtny. Doznania, których mogą ci dostarczyć wyłącznie umarli.

Dwie wampirzyce stanęły na wolnej połaci czarnej posadzki przy drugim końcu pomieszczenia. Zwinięte

bicze pozostawiły u stóp dziewczyn jako przypomnienie, co je czeka, jeśli któryś z mężczyzn stchórzy.

Jeżeli Jason miał ochotę na seks z wampirzycami, to mnie nic do tego. Droga wolna. Poza tym nie był pod

moją ochroną. Ale seks nie potrwa wiecznie. Nie mogłam dopuścić, aby wychłostali Larry'ego. Nie

byłabym w stanie stać bezczynnie i patrzeć, jak go torturują. Po prostu nie mogłam.

Tyle że nawet gdyby udało mi się coś wykombinować i wydostalibyśmy się z tych piwnic — co już samo

w sobie było wątpliwe — mielibyśmy przeciwko sobie wszystkie wampiry w tym domu. Może udałoby się

nam wykończyć kilka z nich, ale pojawiłyby się następne. Zawsze były następne. Co powiedział Jean-

Claude? Jeżeli oni pierwsi złamią rozejm, będziemy mogli sięgnąć po broń. To otwierało przed nami nowe

możliwości.

Ta z długimi, jasnymi włosami rozplotła warkocz. Rozpuszczone włosy zafalowały jak złota zasłona. Na

chwilę przesłoniły jej twarz i w tym momencie wydawała się łagodniejsza i bardziej ludzka. Może to tylko

iluzja. Tak czy owak Jason dotknął tych gęstych włosów, wsunął w nie obie ręce, po czym objął

wampirzycę w pasie. Zamierzał to zrobić i chyba zamierzał mieć przy tym frajdę. Miło ujrzeć kogoś, kto

lubi swoją pracę.

Ciemnowłosa podeszła do niego z tyłu, przywierając doń całym, przyobleczonym w skórę ciałem. Jason

był tak niski, że jego twarz znajdowała się na wysokości ich piersi. Wtulił twarz w biust blondynki.

Rozsznurowała skórzany gorset z przodu i rozchyliła tak, by mógł possać jej piersi.

Odwróciłam się. Nigdy nie przepadałam za podglądactwem. Za bardzo się czerwieniłam. To kłopotliwe.

Ivy i Bruce przeszli wzdłuż sceny, by stanąć obok tercetu. Bruce, zażenowany i zafascynowany zarazem,

patrzył na dalszy rozwój wydarzeń. Ivy nie wydawała się ani trochę zażenowana. Przywarła plecami do

ściany, dotykając jej dłońmi. Miała rozchylone usta. Osunęła się po ścianie, czerwona sukienka podwinęła

się jej powyżej ud. Uklękła na czworakach. Patrząc na Ivy i Bruce'a, mimowolnie ponownie skierowałam

wzrok na baraszkującą trójkę.

Jason nie miał już koszuli. Był tylko w skórzanych spodniach i czarnych butach, dopasowując się strojem

do wampirzyc. Klęczał z wyprężonym grzbietem, wtulając się w ciało brunetki. Ta gładziła go dłońmi po

nagim torsie. Odwrócił się, podsuwając jej swoje usta. Pocałunek był długi, głęboki, z języczkiem.

Blondynka siedziała przed nimi z rozłożonymi szeroko nogami, zdejmując Jasonowi spodnie. Zrobiła coś

ze swoimi skórzanymi spodniami, tak że jej krocze było odsłonięte. Była naturalną blondynką. Dlaczego to

mnie zdziwiło?

Ivy wyciągnęła rękę, by pociągnąć drugą wampirzycę za jasne, długie włosy.

— Ivy — rzucił Janos — nie zostałaś zaproszona.

Cofnęła rękę, ale nie odsunęła się. Była możliwie najbliżej, nie biorąc zarazem udziału w igraszkach. Bruce

wciąż tkwił pod ścianą. Miał otwarte usta i był trochę spocony, ale chyba nie zamierzał podejść bliżej.

Janos stał spokojnie, przyglądając się temu wszystkiemu. Uśmiechał się podejrzanie i po raz pierwszy w

jego oczach śniętej ryby pojawiły się osobliwe iskierki. Doskonale się bawił.

Jean-Claude na wpół opierał się, na poły siedział oparty o metalową skrzynię wielkości i kształtu ludzkiego

ciała. Obserwował przebieg wydarzeń, ale jego oblicze pozostawało nieodgadnione jak piękna maska.

Zauważył, że na niego patrzę, ale w jego oczach nic się nie zmieniło. Był odizolowany, zamknięty w sobie,

jakby przebywał w innym świecie. Nie zauważyłam, aby oddychał. Czy kiedy tak nieruchomiał, jego serce

przestawało bić? Czy ustawały wszelkie funkcje jego organizmu?

Kissa stała przy drzwiach. Skrzyżowała ramiona na piersiach. Jak na kogoś, kto tak bardzo pragnął kochać

się z Jean-Claudem, publiczny pokaz seksu nie robił na niej większego wrażenia. Nie była nim

zainteresowana. A może miała pilnować, żebyśmy z Larrym nie wybiegli stąd z krzykiem.

Larry wycofał się możliwie jak najdalej od miejsca, gdzie rozgrywała się scena. Oparł się o ścianę, usiłując

skupić na czymś wzrok, ale wciąż powracał spojrzeniem w przeciwległy koniec sali. To trochę tak, jakby

starać się nie patrzeć na wykolejony pociąg. Nie chcesz tego oglądać, ale gdy już znajdziesz się w pobliżu

miejsca katastrofy, nie potrafisz odwrócić wzroku. Kto wie, czy nadarzy się druga taka okazja? Igraszki

dwóch wampirzyc z wilkołakiem nie mogły być dla Larry'ego pospolitym widokiem. Nawet dla mnie była

to rzecz niezwykła. Dwie dziewczyny, wciąż przykute do ściany, nie widziały, co się działo. Lepiej dla

nich.

Z drugiego końca sali dobiegł cichy jęk. Spojrzałam w tę stronę. Jason miał spodnie spuszczone, tak że

widać było niemal całe jego pośladki. Podpierał się na rękach i tylko dolna część jego ciała dotykała

kobiety. Jego ciało unosiło się i opadało rytmicznie. Blondynka wiła się pod nim, z jej ust dobył się kolejny

jęk. Jej piersi wypłynęły spomiędzy rozchylonego skórzanego gorsetu, gdy uniosła się lekko, by dosięgnąć

ust Jasona.

Brunetka wolno polizała go różowym językiem po kręgosłupie. Wygiął się w łuk pod wpływem tej

pieszczoty, a może czegoś innego. Odwróciłam się, ale ten obraz mocno wrył mi się w pamięć. Poczułam,

że się czerwienię. Zrobiło mi się gorąco. Cholera. Oczy Larry'ego rozszerzyły się i ujrzałam, jak kolory

znikają z jego twarzy. Po chwili jego skóra była biała jak papier, a oczy niemal wchodziły z orbit.

Opierałam się przez chwilę, ale w końcu odwróciłam się, by spojrzeć, ryzykując, że obrócę się za to w słup

soli, jak żona Lota. Jason osunął się ciężko, wtulając twarz we włosy blondynki. Była zwrócona twarzą w

kierunku sali. Jej skóra jakby się naciągnęła, aż było przez nią widać wszystkie kości. Pełne dotąd usta

zwęziły się, przez co zęby wydawały się dłuższe. Wargi nie były już w stanie przesłonić kłów.

Brunetka klęczała tuż za nimi, z kolanami wciśniętymi pomiędzy ich nogi. Opuściła ręce, trzymane dotąd

przy twarzy i połowa jej oblicza zgniła. Przesunęła dłońmi po długich, ciemnych włosach i zaczęły

wypadać całymi garściami. Odwróciła się do nas. Skóra ześlizgnęła się z kości po lewej stronie jej twarzy i

spadła na podłogę z wilgotnym plaśnięciem.

Przełknęłam ślinę tak mocno, że aż zabolało i cofnęłam się, by stanąć przy Larrym. Nie był już blady, lecz

zielony.

— Teraz moja kolej — rzuciła jedna z wampirzyc. Skierowałam wzrok w tę stronę, choć uczyniłam to

niemal wbrew sobie. Nie mogłam stać i patrzeć na to, ale nie mogłam także odwrócić wzroku.

Jason uniósł się na rękach, jakby robił pompki. Dostrzegł oblicze blondynki i stężał, jego barki naprężyły

się. Odsunął się od niej powoli, klękając.

Brunetka powiodła palcami po jego nagich plecach. Jej ciało odeszło od kości, pozostawiając po sobie

rozmazane smugi zielonego śluzu. Ciałem Jasona wstrząsnął dreszcz, który nie miał nic wspólnego z

seksem.

Z drugiego końca pomieszczenia widziałam, jak pierś Jasona unosi się i opada coraz to szybciej, jak

podczas hiperwentylacji. Patrzył przed siebie, nie próbując odwrócić się i obejrzeć wstecz, jakby to, że

spoglądał gdzie indziej, mogło sprawić, iż koszmar zniknie.

Brunetka oplotła jego tors gnijącymi ramionami, przytuliła trawioną rozkładem twarz do jego szyi i

wyszeptała coś.

Jason odpełzł od nich, przywierając do ściany. Na jego nagim torsie widniały strzępy jej ciała. Oczy miał

rozszerzone, pełne przerażenia. Nie był w stanic nabrać dość powietrza. Nitka czegoś gęstego i lepkiego

spłynęła wolno z jego szyi na pierś. Strząsnął to odruchowo ręką jak pająka. Kulił się pod czarną ścianą ze

spodniami opuszczonymi do połowy ud.

Blondynka podniosła się z podłogi i podpełzła da niego, wyciągając rękę, która składała się tylko z kości

pokrytych strzępami zaschniętych tkanek. Wyglądała jak nieboszczyk, który spoczywał i rozkładał się w

suchej ziemi. Brunetka była wilgotna. Leżała na wznak na podłodze, wyciekające z niej ciemne płyny

rozlewały się w kałużę pod jej ciałem. Rozpięła skórzaną bluzkę. Jej piersi wyglądały jak ciężkie worki

wypełnione płynem.

—Jestem gotowa na ciebie — powiedziała brunetka. Głos miała czysty i wyraźny. Spomiędzy tych

gnijących warg nie powinien wydobyć się żaden dźwięk.

Blondynka schwyciła Jasona za ramię. Krzyknął.

Jean-Claude siedział, obserwując, nieruchomy, nieporuszony.

Zaczęłam iść w ich stronę. Nawet mnie to zdziwiło. Spodziewałam się poczuć woń rozkładających się ciał,

ale nic takiego nie poczułam.

Stanęłam obok Jean-Claude'a i spytałam:

Czy to iluzja?

Nie spojrzał na mnie.

Nie, ma petite. To nie iluzja.

Szturchnęłam go w ramię, było sztywne i twarde jak kawałek drewna. W dotyku w ogóle nie

przypominało ciała.

— Czy to iluzja?

— Nie, ma petite. — Dopiero teraz na mnie spojrzał, a jego oczy były bezdenne i niebieskie. — Obie

postaci są prawdziwe. — Wstał, ale nawet będąc tak blisko niego, nie zauważyłam, żeby oddychał.

Brunetka, na czworakach, wyciągnęła do Jasona rękę, która przesuwając się w jego stronę, zaczęła odpadać

od kości. Wilgotne strzępy gnijących tkanek spadły na podłogę. Jason krzyknął i przywarł do ściany, jakby

chciał przeniknąć ją na wylot. Zasłonił twarz, jak dziecko próbujące ignorować potwora czającego się pod

łóżkiem, ale on nie był dzieckiem i wiedział, że potwory istnieją.

Pomóż mu — wyszeptałam, nie bardzo wiedząc, do kogo właściwie się zwracam.

Zrobię co w mojej mocy — odpowiedział Jean-Claude. Patrzyłam na niego, gdy kolejne jego słowa

pojawiały się w mojej głowie. Usta pozostały nieruchome. — Jeżeli oni pierwsi złamią rozejm, będziesz

mogła wytłuc ich wszystkich.

Spojrzałam na niego, ale jego oblicze nie zdradzało niczego. Tylko echo jego głosu w mojej głowie

świadczyło, że nie wymyśliłam sobie tego. Nie czas teraz, abym objechała go za wejście do mojego

umysłu. Później, wrócimy do tego później.

— Janosie. — To jedno słowo rozbrzmiało w całym pomieszczeniu, aż jego echo przeniknęło

podeszwy moich stóp niczym głębokie, basowe brzmienie.

Janos odwrócił się, by spojrzeć na Jean-Claude'. Jego twarz, przypominającą trupią czaszkę, rozjaśnił

grymas zadowolenia.

Wołałeś?

Wyzywam cię. — Te dwa słowa zabrzmiały pusto i głucho, atonalnie. Jeżeli to w jakikolwiek sposób

uraziło Janosa, nie dał tego po sobie poznać.

Nie wygrasz ze mną— powiedział Janos.

To się dopiero okaże, nieprawdaż? — spytał Jean-Claude.

Janos uśmiechnął się, skóra na jego twarzy napięła się tak, że omal nie pękła.

— Jeżeli jakimś cudem okażesz się lepszy, czego sobie zażyczysz?

— Gwarancji bezpieczeństwa dla moich ludzi. — Chrząknęłam.

— I dla tych dwóch dziewcząt.

A jeżeli ja wygram — rzucił Janos — co dostanę?

A czego chcesz?

Wiesz, czego chcemy.

Powiedz to — wycedził Jean-Claude.

Zrezygnujesz z gwarancji bezpieczeństwa dla siebie.

Będziemy mogli zrobić z tobą, co tylko zechcemy.

Jcan-Claude nieznacznie pokiwał głową.

Niech tak będzie.

Wskazał na gnijące wampirzyce. — Zabierz je od mego wilka. Janos uśmiechnął się. - Nie skrzywdzę go,

ale jeśli przegrasz... Oddam go moim dwóm ślicznotkom w prezencie. Z gardła Jasona dobył się cichy

dźwięk, jak zduszony krzyk. Dłoń brunetki zaczęła przesuwać się z jego torsu w stronę krocza. Krzyknął i

odepchnął ją od siebie, gdyby jednak posunął się do przemocy, byłby zgubiony. Jak my wszyscy. Jeśli to

my złamiemy rozejm, zginiemy, ale jeżeli oni to zrobią...

Jean-Claude i Janos stanęli pośrodku sali w odległości kilku metrów od siebie. Jean-Claude stanął na lekko

ugiętych, rozstawionych szeroko nogach, jakby szykował się do walki. Janos złączył stopy razem, wydawał

się spokojny, rozluźniony.

— Przegrasz wszystko, Jean-Claude. Co ty kombinujesz?

Jean-Claude tylko pokręcił głową.

Wyzwanie zostało rzucone i przyjęte. Na co czekasz, Janosie? Czyżbyś się mnie bał?

Miałbym się ciebie bać? Nigdy, Jean-Claude. Ani sto lat temu, ani teraz.

Dość gadania, Janosie. — Głos Jean-Claude'a był cichy i łagodny, a jednak niósł się przez całe pomieszczenie,

pełznąc pod górę po czarnych ścianach, by spłynąć z nich kroplami dźwięku, pełnymi mroku,

goryczy i gniewu.

Janos zaśmiał się, ale brakowało mu unikalnych walorów głosu Jean-Claude'a, nie był tak namacalny.

— Zatańczmy.

W pokoju zapadła cisza, tak nagła, że przez chwilę wydawało mi się, iż ogłuchłam. Zaraz jednak

zorientowałam się, że wciąż słyszę bicie swego serca i szum krwi w uszach. Fale czegoś nieokreślonego

uniosły się pomiędzy dwoma mistrzami wampirów, jak żar bijący z chodnika w upalny dzień. To co

rozlało się po mojej skórze, to nie był żar... to była moc.

Wirująca, rozszalała burza mocy. Czułam wczesniej Jean-Claude'a stającego do walki z innymi

wampirami, ale nigdy jeszcze nie czułam czegoś takiego, Moje włosy rozwiał wiatr płynący od strony

dwóch mistrzów. Oblicze Jean-Claude'a wychudło, i biała skóra zalśniła jak polerowany alabaster. Oczy

wyglądały jak błękitne ognie, roniące szafirowe płomienie spływające do żył pod jego skórą. Jego kości

zalśniły złotym blaskiem. Człowieczeństwo wysączało się zeń z każdą chwilą, ale to i tak nie wystarczy.

Przegra ten pojedynek.

Chyba że oni pierwsi zerwą rozejm.

Kissa wciąż pilnowała drzwi. Jej ciemne oblicze było wyzute z wszelkich emocji. Ona mi nie pomoże.

Dwie trawione zgnilizną istoty wciąż kleiły się do Jasona. Tylko Ivy i Bruce wciąż stali na nogach. Bruce

wyglądał na mocno przerażonego. Ivy była podniecona. Obserwowała dwóch wampirzych mistrzów z na

wpół otwartymi ustami, przygryzając lekko dolną wargę, co w jej przypadku mogło znamionować głębokie

skupienie lub ekscytację. Byłam w stanie wytrzymać jej spojrzenie — i to ją drażniło.

Przeszłam przez pomieszczenie za plecami Jean-Claude'a. Gdy go mijałam, struga mocy wyprysnęła i

otoczyła mnie jak niewidzialne ramię. Nie zatrzymałam się i energia rozproszyła się, ale w miejscu, gdzie

mnie dotknęła, moja skóra zaczęła drżeć. Będzie z nami naprawdę krucho, o ile czegoś nie zrobię.

Kissa patrzyła na mnie spod półprzymkniętych powiek. Zignorowałam ją. Z mistrzami wampirów należało

rozprawiać się pojedynczo. Minęłam Bruce i zatrzymałam się przed Ivy. Ta jednak patrzyła Doza mnie, na

dwóch mistrzów, wyraźnie mnie ignorując.

Otworzyłam usta. Kiedy się odezwałam, cisza prysła, a dźwięk powrócił do mnie z głośnym, niemal

bolesnym klaśnięciem.

— Wyzywam cię.

Ivy zamrugała, jakbym dopiero co pojawiła się przed nią.

— Co powiedziałaś?

— Wyzywam cię — powtórzyłam. Zachowywałam pokerową twarz i starałam się nie myśleć zbyt

intensywnie o tym, co robię.

Ivy wybuchnęła śmiechem.

Jesteś niespełna rozumu. Jestem mistrzynią wampirów. Nie możesz rzucić mi wyzwania.

Ale mogę spojrzeć ci w oczy. Mogę wytrzymać twoje spojrzenie — powiedziałam. I uśmiechnęłam się pod

nosem. Starałam się zachować czysty umysł, żadnych myśli, które mogłyby mnie zdradzić, żadnego

strachu, który mógłby się ze mnie wysączyć, ale rzecz jasna kiedy tylko pomyślałam o lęku, ten bezczelnie

zalągł się w moim żołądku jak lodowata gula.

Wybuchnęła śmiechem, wysokim i dźwięcznym jak brzęk tłuczonego szkła. Ten dźwięk nieomal ranił,

rozcinał skórę do krwi.

Co ja, u licha, wyprawiałam?

Silny podmuch wiatru w plecy pchnął mnie brutalnie w jej stronę. Obejrzałam się przez ramię, by ujrzeć,

że Jean-Claude zachwiał się, a z jego dłoni trysnęła krew. Janos jak dotąd nawet się nie spocił. Cokolwiek

zamierzałam, powinnam się pospieszyć.

— Kiedy Jean-Claude przegra, poproszę Janosa, aby zmusił go, by mnie zerżnął. Twój mistrz będzie

jak gumowa lala dla nas wszystkich. Ty zresztą też.

Zerknęłam w stronę gnijących istot obłapiających Jasona. To było całkiem zachęcające. Odwróciłam się do

Ivy i wlepiłam wzrok w jej brązowe oczy.

— Nic nie zrobisz. Jesteś do niczego. Nie potrafisz nawet wytrzymać pojedynku na spojrzenia ze

śmiertelniczką.

Posłała mi gniewne spojrzenie. Wściekłość ogarnęła ją w jednej chwili jak ogień kartkę papieru. Patrzyłam,

jak brąz tęczówek pochłania białka jej oczu. Widziałam to wszystko z odległości ćwierć metra. Jej oczy

wyglądały jak lśniące sadzawki ciemnego światła. Serce podeszło mi do gardła, a cichutki głosik w mojej

głowie powtarzał rozpaczliwie: „Uciekaj, uciekaj, uciekaj". Ale ja stałam nieruchomo i patrzyłam jej prosto

w oczy.

Była mistrzynią, ale jeszcze dość młodą. Za sto lat zjadłaby mnie na śniadanie, teraz jednak, tej nocy być

może miałam jakąś szansę.

Zasyczała na mnie, pokazując kły.

Och, to doprawdy imponujące — wycedziłam. Pokazujesz kły jak pies.

Ten pies może rozerwać ci gardło. — Zniżyła głos do złowrogiego szeptu. Ten dźwięk był tak posępny i

nieprzyjemny, że z trudem powstrzymałam drżenie całego ciała.

Nie byłam pewna, czy nie zadrży mi głos, więc odezwałam się cicho, powoli, spokojnie i bardzo wyraźnie:

— Spróbuj. Zobaczymy, czy ci się uda.

Wyprysnęła do przodu, ale zauważyłam jej ruch, wyczułam, że na mnie skoczy. Rzuciłam się w tył, byle

jak najdalej od niej, lecz schwyciła mnie za rękę i trzymując za łokieć, dźwignęła mnie w górę, tak że już

po chwili nie dotykałam stopami podłogi. Była doprawdy niewiarygodnie silna. Mogłaby zmiażdżyć mi

rękę, a ja nie byłabym w stanie jej powstrzymać.

I nagle tuż obok pojawiła się Kissa.

— Puść ją, natychmiast!

Ivy opuściła mnie. A ściśle rzecz biorąc, cisnęła mnie na drugi koniec pomieszczenia. Moje ciało przecięło

powietrze, cały świat wokół mnie rozmył się. Przez chwilę poczułam się, jakbym była niewidoma. A

potem przestałam się przemieszczać, wszystko się zatrzymało i runęłam w dół.

Rozdział 26

Termin spadanie nie oddaje szybkości i gwałtowności bycia rzuconym z trzech metrów. Rąbnęłam w ścianę, usiłując

zamortyzować impet uderzenia dłońmi i przedramionami. Chciałam ochronić głowę. Osunęłam się po ścianie, choć

osuwanie sugeruje powolny proces, a to wszystko działo się bardzo szybko. Runęłam bez tchu, oszołomiona, u

podstawy ściany jak ciśnięta niedbale szmata, mrugając powiekami, bo nagle zaczął mi szwankować wzrok.

Pierwsze co ujrzałam, gdy odzyskałam ostrość widzenia, to gnijąca pozostałość twarzy z pasmami długich, ciemnych

włosów zwisających z czaszki. Zza połamanych zębów wyłonił się obrzmiały język, z ust wampirzycy wypłynęło coś

czarnego i gęstszego od krwi.

Podniosłam się na kolana, czując, że wokół moich ramion zacisnęły się kościste, suche ręce. Spomiędzy zeschłych ust

blondynki dobył się szept:

— Chodź, zabawimy się.

Coś twardego i sztywnego szturchnęło mnie w ucho. To był jej język. Próbowałam się odczołgać, ale jej szponiaste

palce schwyciły mnie za żakiet. Dłonie, choć powinny być słabe i kruche jak suche patyki, okazały się mocne niczym

wykute ze stali.

— Złamali rozejm, ma petite. Nie utrzymam go długo.

Spojrzałam w górę i zobaczyłam Jean-Claude'a na klęczkach, z obiema rękami wyciągniętymi do Janosa. Janos wciąż

stał sztywno i w zasadzie nie robił nic więcej. Miałam tylko parę chwil.

Zaprzestałam prób uwolnienia się od dwóch wampirzyc. Przywarły do mnie, oplatając rękoma, nogami i zalewając

płynami ustrojowymi, a tymczasem ja wydobyłam spokojnie browninga. Strzeliłam z przyłożenia w pierś gnijącej

wampirzycy. Zachwiała się, ale nie upadła. Poczułam kły zagłębiające się w moich plecach i krzyknęłam.

Po drugiej stronie pokoju rozległ się strzał, ale nie miałam czasu, aby spojrzeć. Nagle zjawił się przy mnie Jason i

zwlókł ze mnie blondynkę. Strzeliłam brunetce w gnijący czerep. Dopiero teraz runęła na podłogę, gdzie zległa w

kałuży cuchnących płynów, spazmatycznie wymachując rękoma i nogami.

Janos wykonał lekki ruch ręką i z ciała Jean-Claude trysnęła struga krwi. Osunął się na podłogę, a jego moc

wypłynęła na zewnątrz, dotykając moich włosów. Świat wypełnił się nagle wonią gnijących ciał.

Krztusząc się pociągnęłam za spust, mierząc w smukłe, czarne ciało.

Janos odwrócił się. Zrobił to jakby w zwolnionym tempie, jakbym miała jeszcze czas, aby złożyć się i wystrzelić raz

jeszcze, ale jakimś cudem był już zwrócony w moją stronę, kiedy ponownie pociągnęłam za spust. Kula trafiła go w

pierś. Zachwiał się, lecz nie upadł.

Wycelowałam w jego okrągłą trupią głowę. Jego biała dłoń uniosła się i przecięła powietrze. To nieprawdopodobne,

ale poczułam, jakby jakieś niewidzialne pazury rozorały mi rękę. Strzeliłam, ale nie dość celnie. Kula tylko otarła się

o jego czaszkę.

Znów machnął ręką i ujrzałam krew cieknącą z moich dłoni. Taktyka zastraszenia. W zasadzie nie czułam silnego

bólu, w każdym razie nie takiego, jaki mogłabym poczuć, gdyby dostał mnie w swoje ręce.

Rozległ się wystrzał z drugiego pistoletu. Janos zachwiał się, gdy kula trafiła go w ramię. Larry stal za nim z dobytą

bronią.

Zaczęło mi się robić ciemno przed oczami. Nieznacznie opuściłam pistolet — korpus Janosa był łatwiejszym celem

do trafienia — i nacisnęłam spust. Usłyszałam, jak kula Larry'ego przelatuje wysoko i trafia w ścianę za moimi

plecami.

Pełen zdumienia okrzyk uświadomił mi, że Jason wciąż był z nami.

Zobaczyłam Janosa sunącego ku drzwiom, poruszał się jak w zwolnionym tempie, pośród mgły tak gęstej, że prawie

nic nie widziałam. Wystrzeliłam jeszcze dwa razy i na pewno przynajmniej raz go trafiłam. Kiedy opuścił salę,

osunęłam się na czworaki i zaczekałam, aż odzyskam zdolność widzenia. Miałam nadzieję, że ją odzyskam.

Jak przez mgłę widziałam Jean-Claude'a, wciąż leżącego w kałuży własnej krwi. W mojej głowie pojawiło się

pytanie: Czy on nie żyje? Kompletna głupota, zważywszy że chodziło o wampira, ale to pierwsza rzecz, jaka przyszła

mi na myśl. Obejrzałam się przez ramię i ujrzałam Jasona rozrzucającego strzępy dwóch wampirzyc. Rozdzierał je na

kawałki gołymi rękami, miażdżąc kości i ciskając jak najdalej, jakby przez tę orgię zniszczenia był w stanie odwrócić

to, co mu zrobiły.

Bruce leżał na wznak pod ścianą. Krew zaplamiła jego frak. Nie byłam pewna, ale chyba nie żył. Nigdzie nie

dostrzegłam Ivy i Kissy.

Larry wciąż stał po drugiej stronie sali z pistoletem w dłoniach, jakby nie zauważył, że Janos zdołał uciec. Zmarszczył

brwi.

Jean-Claude leżał bez ruchu. Cholera.

Podpełzłam do niego. Wciąż miałam mgłę przed oczami. Nie byłam pewna, czy zdołam utrzymać się na nogach.

Dotarcie do niego zajęło mi sporo czasu, jakby mój wzrok nie sprawował się najlepiej.

Gdy w końcu się do niego doczołgałam, widziałam już idealnie. Uklękłam w rozległej kałuży jego krwi i spojrzałam

na niego. Jak oszacować, czy wampir jest martwy? One czasami nie mają pulsu, nie oddychają i nie bije im serce.

Niech to szlag. Schowałam browninga do kabury. Nie miałam już do czego strzelać, a potrzebowałam obu rąk. Krew

poplamiła mi bluzkę i dopiero teraz po raz pierwszy przyjrzałam się swoim dłoniom. Wyglądało, jakby ktoś rozorał je

paznokciami, pozostawiając głębokie bruzdy. To nic wielkiego. Zagoi się bez śladu.

Dotknęłam ramienia Jean-Claude'a. Jego ciało było miękkie, ludzkie. Odwróciłam go na plecy. Jego dłoń opadła

bezwładnie na podłogę jak ręka nieboszczyka. Jakaś sztuczka nocy sprawiła, że jego oblicze znów wydawało się

piękne, i bardziej ludzkie niż kiedykolwiek, choć nigdy nie spotkałam równie pięknego jak on mężczyzny.

Sprawdziłam mu puls. Przyłożyłam palce do stygnącej skóry na szyi. Nic nie poczułam. Łzy napłynęły mi do oczu,

poczułam dziwny ucisk w gardle. Ale nie zamierzałam płakać. Jeszcze nie. Nawet nie byłam pewna, czy naprawdę

tego chcę.

Kiedy wampir jest naprawdę martwy? Czy nieumarłemu można zrobić sztuczne oddychanie? Do licha, przecież on

czasami oddychał. Sama widziałam. Miał serce, które zazwyczaj biło. Jego milczenie nie wróżyło nic dobrego.

Odchyliłam mu głowę, zatkałam nos i wdmuchnęłam powietrze do jego ust. Jego klatka piersiowa uniosła się.

Spróbowałam jeszcze dwukrotnie, ale nie zaczął oddychać samodzielnie. Rozpięłam mu koszulę, wymacałam miejsce

powyżej mostka i nacisnęłam, jeden raz, drugi, trzeci, czwarty, aż do piętnastu powtórzeń. Dwa oddechy.

Jason podszedł do mnie chwiejnym krokiem i osunął się na kolana.

Nie żyje?

Nie wiem. — Uciskałam żebra z całej siły, gdyby to był człowiek, jego klatka piersiowa już by pękła, ale on nie był

istotą ludzką. Leżał tam, jego ciało poruszało się tylko wtedy, gdy ja je poruszyłam, luźne i bezwładne, jak to zwykle

bywa z nieboszczykami. Usta miał lekko rozchylone, oczy zamknięte, przesłonięte gęstą zasłoną rzęs. Kręcone czarne

włosy wciąż okalały jego blade oblicze.

Wyobrażałam sobie Jean-Claude'a martwego. Raz czy dwa nawet sama miałam ochotę go zabić, ale teraz, kiedy jego

śmierć stała się faktem, nie wiedziałam, co powinnam odczuwać. To nie było w porządku. Ja go tu sprowadziłam.

Poprosiłam, aby przyjechał i on to zrobił. A teraz nie żył. Był martwy. I to była w dużej mierze moja wina. Ja do tego

doprowadziłam, gdybym miała zabić Jean-Claude'a, chciałabym osobiście pociągnąć za spust i patrzeć mu w oczy,

gdy będzie umierał. Nie powinien tak odejść. Nie w ten sposób.

Spojrzałam na niego. Pomyślałam, że już nie będzie Jean-Claude'a. Że to piękne ciało zgnije w końcu w grobie, co

powinno stać się już dawno temu. Pokręciłam głową. Nie mogłam do tego dopuścić. Musiałam zrobić wszystko, aby

go ocalić. Tylko jedno cieszyło się wśród umarłych jednakowym szacunkiem, tylko jednego pragnęli. Krwi. Spróbowałam

raz jeszcze tchnąć w niego życie. Tym razem najpierw rozsmarowałam na jego ustach moją krew. Moje usta

przywarły do jego warg i poczułam słodki, miedziany smak własnej krwi.

Nic.

Larry ukląkł przy nas.

— Gdzie Janos?

Nie był w stanie zobaczyć go przez mgłę, ale nie miałam teraz czasu na wyjaśnienia.

Obserwuj drzwi, strzelaj do wszystkiego, co będzie próbowało tu wejść.

Czy mogę już puścić dziewczyny?

Jasne. — Zupełnie o nich zapomniałam. Podobnie jak o Jeffie Quinlanie. Zamieniłabym ich wszystkich za jedno

spojrzenie Jean-Claude'a. Aby tylko do mnie mrugnął. To było nieetyczne, ale ci ludzie byli dla mnie obcy. Nie

znałam ich. W przeciwieństwie do niego.

— Może potrzeba więcej krwi — podpowiedział Jason półgłosem.

Spojrzałam na niego.

To propozycja?

Żadne z nas nie byłoby w stanie w pojedynkę nasycić go, by odzyskał siły, nie narażając przy tym własnego życia, ale

postaram się pomóc — odparł,

— Już raz dziś się tobą pożywił. Czy możesz oddać mu krew po raz drugi?

— Jestem wilkołakiem. Szybko wracam do zdrowia. Poza tym moja krew daje większego kopa niż ludzka.

Posiada większą moc.

Spojrzałam na niego. Był cały ubabrany śluzem. Na jednym policzku dostrzegłam szeroką, czarną smugę. Jego

niebieskie oczy nie wyglądały jak wilcze ślepia. Były pełne bólu i cierpienia. Są rzeczy, które zadają rany gorsze od

fizycznych.

Wzięłam głęboki oddech i wyjęłam z pochewki jeden z moich noży. Nacięłam sobie lewy nadgarstek. Ból był ostry i

natychmiastowy. Przyłożyłam zraniony przegub do ust Jean-Claude'a. Krew wpłynęła do jego ust. Wypełniła je jak

wino wnętrze kielicha. Wyciekła jednak kącikiem ust i spłynęła po policzku. Pogładziłam jego szyję, aby

spowodować przełyka nie. Uśmiałby się, wiedząc, że w końcu otworzyłam dla niego żyłę. Krew wciąż wypływała z

jego ust. Nie pił. Cholera.

Wtłoczyłam powietrze do jego ust i poczułam smak własnej krwi. Jego pierś uniosła się, wtłaczałam mu do gardła

moją krew. W myślach kołatało mi się tylko jedno słowo: żyj, żyj, żyj...

Ciałem wstrząsnął dreszcz. Krtań poruszyła się w odruchu przełykania. Odsunęłam się od niego. Chciałam cofnąć

rękę, ale chwycił mnie za nadgarstek. Ścisnął tak mocno, że aż zabolało. Poczułam jego nadnaturalną siłę, zdolną

zetrzeć mi kości na miazgę. Oczy wciąż miał zamknięte, tylko jego palce zaciśnięte na moim przegubie świadczyły,

że był jakiś postęp.

Położyłam dłoń na jego pierś. Jeszcze samodzielnie nie oddychał. Jego serce nie biło. Czy to źle? Dobrze? Obojętnie?

Skąd miałam wiedzieć?

— Jean-Claude, słyszysz mnie? To ja, Anita.

Wykonał krótki ruch i przycisnął mój krwawiący przegub do swych ust. Ugryzł mnie. Jęknęłam. Obiema dłońmi

dociskał mój nadgarstek do ust i pił. Podczas seksu to mogłoby być przyjemne, teraz po prostu bolało.

Cholera — mruknęłam.

Co się stało? — spytał Lary.

To boli — jęknęłam.

Myślałam, że to powinno być przyjemne — rzuciła blondynka.

Pokręciłam głową.

— Nie, jeżeli nie zostałaś zahipnotyzowana. — Jak długo to potrwa? — spytał Larry.

Tyle ile będzie trzeba — odparłam. — Obserwuj drzwi.

Które?

Do licha, strzelaj do wszystkiego, co tu wejdzie. — Czułam się oszołomiona. Ile ze mnie wysączył?

Jason, zaczyna kręcić mi się w głowie. — Próbowałam uwolnić rękę, ale jego palce były niewzruszone

jak szczęki imadła. — Nie mogę rozewrzeć mu palców.

Jason pociągnął za sine dłonie, ale nie zdołał ich odciągnąć.

Mógłbym oderwać mu palce jeden po drugim i uwolnić cię, ale...

Tak, Jean-Claude by się wkurzył. — Byłam coraz bardziej osłabiona, zaczęły mi dokuczać zawroty głowy, poczułam

narastające mdłości. Musiałam się od niego uwolnić.

Puść mnie, Jean-Claude. Puść mnie, do cholery!

Oczy wciąż miał zamknięte, twarz pozbawioną wyrazu. Pił łapczywie jak niemowlę, ale to pochłonięte jedną tylko

czynnością niemowlę wysączało ze mnie życie. Czułam, jak ze mnie wypływa. W uszach mi szumiało, serce tłukło mi

się w piersi jak po długim biegu, krew krążyła szybciej. Pożywiał się coraz szybciej. I coraz szybciej mnie zabijał.

Przed oczyma zawirowały mi powidoki. Ciemność zaczęła pochłaniać światło. Wydobyłam pistolet.

Co robisz? — spytał Jason.

On mnie zabije.

— Nie wie, co robi.

Tak czy owak będę martwa.

Coś się poruszyło przy schodach — zawołał Larry.

Świetnie.

— Jean-Claude, puść mnie, natychmiast! — Przyłożyłam lufę pistoletu do nieskalanej skóry jego czoła. Ciemne

plamy niemal całkiem przesłaniały mi widok. W gardle poczułam smak żółci.

Nachyliłam się nad nim i wyszeptałam: — Proszę, Jean-Claude. Puść mnie. To ja, twoja ma petite. Puść mnie.

— Wampiry nadchodzą — powiedział Larry. — Pospiesz się.

Spojrzałam na tę piękną twarz i usta wpijające się w mój przegub, pożerające mnie żywcem i zaczęłam ściągać spust.

Otworzył oczy. Musiałam wysunąć palec spod obudowy spustu, aby nie pociągnąć za cyngiel.

Oparł potylicę o podłogę, wciąż trzymając mnie za rękę, ale już nie pił. Usta miał czerwone od mojej krwi. Wciąż w

niego celowałam.

Ach, ma petite, czy już tego nie przerabialiśmy?

Pistolet owszem — przyznałam — ale tego nie. — Uwolniłam przegub z jego opierających się dłoni i usiadłam,

kładąc browninga na podłodze. Wciąż nękały mnie mdłości, przed moimi oczami przesuwały się mroczki jak pchane

wiatrem chmury.

Ujrzałam Larry'ego przykucniętego u podnóża schodów, z pistoletem w dłoni. Miałam jednak wrażenie, jakbym

oglądała go przez lunetę, wydawał się odległy i mało znaczący.

Jason położył się na zalanej krwią podłodze. Spojrzałam na niego, mrugając powiekami.

— Z szyi mniej boli — wyjaśnił, jakbym właśnie zadała mu pytanie. Jean-Claude wczołgał się na niego. Jason

bez pytania odchylił głowę. Jean-Claude przywarł okrwawionymi ustami do jego tętnicy szyjnej. Mięśnie jego ust i

szczęki poruszyły się, kiedy przebił skórę i zatopił kły w miękkim ciele.

Nawet gdybym wiedziała, że z szyi mniej boli, nie zaproponowałabym mu tego. To za bardzo kojarzyło się z seksem.

To, że napił się z mojego nadgarstka, nie wydawało mi się czymś tak intymnym.

— Anito!

Odwróciłam się do schodów. Larry wciąż tam kucał. Samotny. Z pistoletem w ręku. Obie dziewczyny odsunęły się od

drzwi. Blondynka znów wpadła w histerię. Wcale się jej nie dziwiłam.

Pokręciłam głową, ujęłam browninga oburącz i wycelowałam w stronę drzwi. Potrzebowałam dodatkowej ręki, aby

ustabilizować chwyt. Moje ramiona lekko drżały, co jeszcze bardziej utrudniało celowanie.

Przez pomieszczenie przetoczyła się moc, powodując nieprzyjemne świerzbienie skóry. Nieomal czuło się ją jak

zapach perfum rozchodzący się w ciemnościach. Zastanawiałam się, czy Jean-Claude i ja także emanowaliśmy mocą,

kiedy się mną pożywiał. Nie zwróciłam na to uwagi.

W drzwiach pojawiło się coś białego. Dopiero po chwili zorientowałam się, co to takiego. Była to przywiązana do

kijka biała chustka.

Co to ma być, do cholery? — warknęłam.

Biała flaga, ma petite, symbol zawieszenia broni.

Nie odwróciłam wzroku od schodów, by ujrzeć właściciela tego łagodnego, melodyjnego głosu. Jean-Claude

najwyraźniej wracał do formy, czułam każde jego słowo jak muśnięcie miękkiego futra, gładzącego moje znużone

ciało. Jego głos był tak kojący, że zdawał się usuwać w cień wszelki ból i cierpienie.

Przełknęłam ślinę i opuściłam pistolet.

Wypieprzaj z mojej głowy.

Wybacz, ma petite. Czuję twój smak w ustach,

szaleńcze bicie twego serca jest dla mnie jak bezcenne wspomnienie. Powstrzymam mój entuzjazm, aczkolwiek wiele

będzie mnie to kosztowało, Anito, bardzo wiele. — Sprawiał wrażenie, jakbym właśnie zrobiła mu dobrze, a on

pragnął czegoś więcej.

Spojrzałam na niego. Siedział obok półnagiego Jasona. Jason wlepiał wzrok w sufit, powieki miał przymknięte, jakby

spał. Krew sączyła się z dwóch nowych ranek na jego szyi. Nic nie wskazywało, aby bardzo cierpiał. Właściwie

sprawiał wrażenie zadowolonego. Ja przyjęłam na siebie to co najgorsze, zaspokajając pragnienie Jean-Claude'a.

Jason miał już z górki.

Możemy porozmawiać? — Z korytarza dobiegł męski głos. Nie rozpoznałam go. Miałam kłopoty z koncentracją, a co

dopiero mówić o rozpoznawaniu obcych głosów.

Co mam zrobić, Anito? — spytał Larry.

To biała flaga. Symbol rozejmu — powiedziałam. Głos miałam bełkotliwy, ale mówiłam dość głośno. Czułam się jak

pijana albo naćpana. To nie było przyjemne, powiedziałabym, że raczej dołujące doznanie.

W drzwiach pojawił się Magnus. Przez chwilę wydawało mi się, że mam przywidzenia. To było takie

niespodziewane. Był ubrany od stóp do głów na biało. Miał na sobie frak i białe półbuty. Na tle jego śniadej skóry

jego ubranie zdawało się lśnić. Długie włosy przewiązał luźno białą wstążką. W jednym ręku trzymał kij z

przywiązaną do niego białą chustką. Zszedł po schodach miękkim, niemal tanecznym krokiem. Nie miał płynności

wampira, ale niewiele mu do niej brakowało.

Larry wciąż mierzył do niego z pistoletu.

Nie ruszaj się — ostrzegł. Wydawał się odrobinę wystraszony, ale mówił z pełnym przekonaniem. Nie żartował.

Pistolet tkwił pewnie w jego dłoniach.

Już ustaliliśmy, że srebrne kule nie są w stanie wyrządzić krzywdy fairie.

Kto powiedział, że mam w magazynku posrebrzane kule? — spytał Larry.

To było dobre kłamstwo. Byłam z niego dumna. Ja nawet o tym nie pomyślałam. Byłam zbyt skołowana.

Anito? — Magnus powiódł wzrokiem poza Larry'ego, jakby go tam w ogóle nie było, ale nie zszedł niżej.

Na twoim miejscu, Magnusie, zrobiłabym, co ci każe. A teraz gadaj, czego chcesz?

Magnus uśmiechnął się i rozłożył szeroko ręce. Chyba chciał w ten sposób pokazać, że jest nieuzbrojony. Tyle tylko,

że zarówno ja, jak i Larry wiedzieliśmy, że to nie broń czyniła go niebezpiecznym.

Nie mam złych zamiarów. Wiemy, że to Ivy pierwsza złamała rozejm. Serephina pragnie was gorąco przeprosić za to,

co się stało. Prosi, abyście przeszli niezwłocznie do sali audiencyjnej. Żadnych więcej testów.

Wierzymy mu? — rzuciłam, nie pytając nikogo konkretnego.

Mówi prawdę — odparł Jean-Claude.

Świetnie.

Przepuść go, Larry.

Czy to aby na pewno dobry pomysł?

Nie, ale zrób to.

Larry opuścił pistolet, ale nie wyglądał na zadowolonego. Magnus zszedł po schodach, uśmiechając się, głównie do

Larry,ego. Minął go i ostentacyjnie odwrócił się do niego plecami. W tej chwili nieomal zapragnęłam, aby Larry

wpakował mu kulkę.

Zatrzymał się o niecały metr przed nami. Wciąż jeszcze siedzieliśmy lub, jak w przypadku Jasona, leżeliśmy na

podłodze. Magnus spojrzał na nas wyraźnie rozbawiony.

Co ty tu robisz, do cholery? — spytałam.

Jean-Claude spojrzał na mnie.

Wygląda na to, że się znacie.

— To Magnus Bouvier — powiedziałam. — Co ty tu robisz? Czemu jesteś z nimi?

Poluzował krawat i rozpiął guzik przy kołnierzyku. Podejrzewałam, że popisywał się przede mną, ale z tego miejsca

nie byłam w stanie tego stwierdzić. Nie wiedziałam, czy zdołam utrzymać się na nogach.

— Jeśli chcesz mi coś pokazać, musisz tu zejść.

— Z przyjemnością. — Ukląkł przede mną w odległości nieco większej niż pół metra. Miał dwa zagojone już ślady

ukąszeń na szyi.

— Cholera, Magnusie, dlaczego?

Spojrzał na mnie, po czym skupił wzrok na krwawiącym nadgarstku.

Mógłbym zapytać cię o to samo.

Utoczyłam trochę krwi, aby ocalić mu życie. A jaką ty masz wymówkę?

Uśmiechnął się.

— Moja historia jest bardziej prozaiczna. — Magnus rozwiązał wstążkę i rozpuścił włosy. Rozsypały się

brązową kaskadą na ramiona. Spojrzał na mnie turkusowymi oczami i podpełzł na czworakach do Jean-Claude'a.

Poruszał się, jakby miał mięśnie w miejscach, gdzie ludzie ich nie posiadają. Czułam się, jakbym obserwowała

wielkiego kota. Ludzie tak się nie poruszają.

Ukląkł przed Jean-Claude'em tak blisko, że ich ciała niemal się zetknęły. Odgarnął włosy i odsłonił przed nim szyję.

Nie — powiedział Jean-Claude.

Co się dzieje? — spytał Larry.

Dobre pytanie. Nie znałam na nie dobrej odpowiedzi . Złej zresztą też nie.

Magnus zdjął białą marynarkę i upuścił ją na podłogę. Rozpiął prawy mankiet koszuli i podwinął rękaw. Podsunął w

stronę Jean-Claude'a obnażony nadgarstek. Skóra była gładka i nienaruszona. Jean-Claude ujął go za rękę i uniósł ją

do ust.

Chciałam odwrócić wzrok, lecz nie zrobiłam tego. To byłoby jak okłamywanie samej siebie. Można udawać, że to się

nie dzieje, ale prawda jest, jaka jest.

Jean-Claude musnął wargami jego skórę, po czym puścił dłoń Magnusa.

— To hojna propozycja, ale gdybym dodał do ich krwi twoją, byłbym jak pijany.

— Pijany? — spytałam. — O czym ty, kurwa, mówisz?

Ach, ma petite, jesteś taka bezpośrednia.

Zamknij się.

Utrata sporej ilości krwi sprawia, że stajesz się wulgarna — powiedział.

Odpieprz się.

Zaśmiał się, to był słodki dźwięk. Smakował jak zakazany owoc, słodki cukierek, który nie tyle sprawi, że przytyjesz,

co raczej cię zabije. Ale cóż to byłaby za śmierć.

Magnus pozostał na kolanach, wpatrując się w uśmiechniętego wampira.

— Nie skosztujesz mnie?

Jean-Claude pokręcił głową, jakby nie był pewien, czy jest w stanie wykrztusić z siebie choć słowo. Jego oczy

błyszczały od tłumionego śmiechu.

— Została zaoferowana krew. — Magnus odpełzł w moją stronę. Włosy opadły mu na bok, przesłaniając jedno

oko, które błyszczało wśród tej brązowej kaskady jak drogocenny klejnot. Oczy nie powinny mieć takiego koloru.

Zbliżył się do mnie na odległość kilkunastu centymetrów. — Litr krwi i kilogram ciała — wyszeptał, nachylając się

do mnie jak do pocałunku.

Odchyliłam się do tyłu i straciłam równowagę. Wylądowałam na wznak na podłodze. Cholera. Magnus wpełzł na

mnie na czworakach. Wbiłam lufę browninga w jego pierś.

— Cofnij się albo pożałujesz — warknęłam.

Magnus odczołgał się do tyłu, ale niezbyt daleko. Usiadłam, celując w niego z pistoletu, trzymając broń jedną ręką.

Lufa nadal mocno się kołysała. — O czym on mówi, do cholery?

— Janos mówił, że tej nocy chce naszą krew i ciało — odpowiedział Jean-Claude. — W formie przeprosin

Serephina oferuje krew i ciało nam.

Patrzyłam na wciąż klęczącego Magnusa, który nadal wydawał się dziki i niebezpieczny. Opuściłam pistolet.

— Nie, dziękuję.

Magnus usiadł na podłodze, przeczesując palcami włosy i odgarniając je z twarzy.

Odrzuciłaś dary pojednania od Serephiny. Czy odrzucasz także jej przeprosiny?

Zaprowadź nas do Serephiny, a uczynisz to, o co cię poproszono — powiedział Jean-Claude.

Magnus spojrzał na mnie.

— A ty, Anito? Czy chcesz, abym zaprowadził cię do Serephiny? Czy przyjmujesz jej przeprosiny?

Pokręciłam głową.

A powinnam?

Anita nie jest mistrzynią — powiedział Jean-Claude. — To moja zemsta i to mnie winieneś prosić o wybaczenie.

Robię, co mi kazano — odparł. — Ona rzuciła Ivy wyzwanie. Ivy przegrała.

Ale to nie ja cisnęłam ją na drugi koniec pokoju — zauważyłam.

Jean-Claude zmarszczył brwi.

— Użyła brutalnej siły, ma petite. Nie była w stanie pokonać śmiertelniczki samą tylko siłą woli i mocą

mentalną. Przegrała z tobą.

I co z tego?

To, ma petite, że obwołałaś się mistrzynią i udowodniłaś, że jesteś godna tego miana.

Pokręciłam głową.

To absurd. Nie jestem wampirzycą.

Nie powiedziałem, że jesteś mistrzynią wampirów, ma petite. Stwierdziłem tylko, że jesteś mistrzynią.

— Mistrzynią, ale czyją? Ludzi? Tym razem to on pokręcił głową.

— Nie wiem, ma petite. — Odwrócił się do Magnusa. — Co mówi Serephina?

Serephina kazała ją przyprowadzić.

Jean-Claude skinął głową i wstał jak pociągnięta za sznurki marionetka. Wydawał się jak nowo narodzony, mimo iż

był cały we krwi. Jak on śmiał? Jak mógł tak dobrze się prezentować, podczas gdy ja czułam się fatalnie?

Spojrzał na Jasona i na mnie. Odzyskał swój osobliwy dobry humor. Uśmiechnął się do mnie, nawet mimo krwi na

ustach wyglądał pięknie. Jego oczy błyszczały, w ich wnętrzu pełgały radosne iskierki. Był pewny siebie jak nigdy

dotąd.

— Nie wiem, czy moi towarzysze są w stanie iść. Wydają się ciut... wyczerpani. — Zachichotał z rozbawieniem,

przesłaniając oczy dłonią.

Jesteś pijany — powiedziałam.

Skinął głową.

Na to wygląda.

Nie można upić się krwią.

— Napiłem się do syta, ale wy dwoje, choć jesteście śmiertelnikami, nie jesteście już ludźmi w pełnym tego

słowa znaczeniu.

Nie chciałam tego słuchać.

O czym ty mówisz, do cholery?

Nekromantka i wilkołak na popitkę. Po czymś takim każdy wampir miałby nieźle w czubie. — Zachichotał.

Jean-Claude nigdy nie chichotał.

Zignorowałam go, o ile można zignorować pijanego wampira.

Jasonie, możesz wstać?

Chyba tak. — Głos miał ochrypły, bełkotliwy, ale wyraźny, pełen rozleniwienia, jak po seksie. Może jednak

powinnam się cieszyć, że bolała mnie ukąszona ręka.

Larry?

Larry podszedł do nas, zerkając na Magnusa, wciąż trzymał w dłoni pistolet. Nie wyglądał na szczęśliwego.

Czy możemy mu zaufać?

Musimy — odparłam. — Pomóż mi wstać i wynośmy się stąd, zanim nasz zębaty pęknie ze śmiechu.

Jean-Claude zanosił się śmiechem. Chyba rozbawiło go, że nazwałam go „zębatym". O rany.

Larry pomógł mi wstać i po chwili, kiedy minęły zawroty głowy, poczułam się lepiej. Następnie podał rękę Jasonowi.

Jason zachwiał się, ale jakoś ustał na nogach.

— Możesz iść?

Jeśli ty możesz, mogę i ja — odparł.

Twardziel. Postąpiłam krok, potem drugi i jakoś już poszło. Jason i Larry pospieszyli za mną. Jean-Claude kołysał się

na boki, wciąż chichocząc pod nosem.

Magnus stał u podnóża schodów, czekając na nas. Marynarkę przewiesił przez ramię. Znalazł nawet wstążkę i na

powrót związał włosy. Jason szerokim łukiem ominął rozszarpane ciała swych dwóch niedoszłych kochanek i

podniósł leżącą na podłodze koszulę. Przesłoniła ona substancję oblepiającą jego tors, ale ślady śluzu na twarzy

pozostały, a jego włosy były sztywne i niemal równie ciemne jak spodnie. Tył ubrania Jean-Claude'a oraz włosy

przesiąknięte były krzepnącą krwią. Ja również byłam ubabrana krwią i ciemnym świństwem. Dobrze, że tej nocy

ubrałam się niemal całkiem na czarno. Na czarnym tak tego nie widać. Gorzej z moją karmazynowa bluzką.

Larry jako jedyny nie był utytłany we krwi. Miejmy nadzieję, że tak już pozostanie.

W czasie gdy rozmawialiśmy, dwie dziewczyny ukryły się pod schodami. Mogłam się założyć, że na pomysł ukrycia

się wpadła dziewczyna o kasztanowych włosach. Lisa wydawała się zbyt przerażona, aby mogła myśleć, a co dopiero

wykoncypować coś naprawdę mądrego. Wcale się jej nie dziwiłam, ale histeria może co najwyżej doprowadzić cię do

przedwczesnej i gwałtownej śmierci.

Brązowowłosa dziewczyna podeszła do Larry'ego. Blondynka ruszyła za nią, dłonie wpiła w podartą bluzkę tamtej

tak mocno, że aby ją od niej uwolnić, potrzebna będzie interwencja chirurgiczna.

— Chciałybyśmy już wrócić do domu. Możemy? — Głos miała trochę zdyszany, ale dość silny. Spojrzałam w

jej brązowe oczy i skinęłam głową.

Larry spojrzał na mnie.

Magnusie — powiedziałam.

Uniósł brwi, wciąż czekając przy schodach, jak przewodnik wycieczki albo kamerdyner.

Wołałaś mnie?

Chcę, aby dziewczyny wyszły stąd i bezpiecznie wróciły do domu.

Omiótł je wzrokiem.

— Nie widzę przeszkód. Serephina ściągnęła je tu głównie z uwagi na ciebie, Anito. Spełniły już swoje zadanie.

Ostatnie słowa ani trochę mi się nie spodobały.

— Mają bezpiecznie wrócić do domu, Magnusie, nie chcę, aby choć jeden włos spadł im z głowy. Czy

wyraziłam się jasno?

Uśmiechnął się.

Wyjdą stąd i udadzą się do domu. Czy ja wyraziłem się jasno?

Skąd ta nagła chęć do współpracy?

Czy ich odejście stąd to dla ciebie wystarczające przeprosiny? — zapytał Magnus.

Tak. Jeżeli te dziewczyny odejdą stąd całe i zdrowe, przyjmę jej przeprosiny.

Skinął głową.

— Wobec tego sprawę możemy uznać za załatwioną.

— Nie chcesz najpierw ustalić tego z mistrzynią?

Moja mistrzyni wciąż szepcze mi cichutko na ucho, Anito, a ja tylko pokornie wypełniam jej polecenia. — Mówiąc

to, uśmiechnął się, ale skóra wokół jego oczu była napięta, a dłonie raz po raz mimowolnie zaciskały się w pięści.

Nie podoba ci się rola jej pieska pokojowego.

Być może, ale nic na to nie poradzę. — Zaczął wchodzić po schodach. — Idziemy?

Jean-Claude przystanął u podnóża schodów.

— Potrzebujesz pomocy, ma petite? Wypiłem sporo twojej krwi. Nie wracasz do zdrowia tak szybko jak mój

wilk.

Szczerze mówiąc, nie bardzo uśmiechało mi się wchodzenie po schodach. Droga pod górę wydawała się dłuższa niż

zejście na dół. Ale pokręciłam głową.

Dam radę.

Nie wątpię, ma petite. — Podszedł do mnie, ale nie po to, by szepnąć mi na ucho — zamiast tego poczułam go w

swoim umyśle. — Jesteś słaba, ma petite. Pozwól, że ci pomogę.

— Nie rób tego więcej, do cholery. Uśmiechnął się i westchnął.

— Jak sobie życzysz, ma petite. — Zaczął wspinać się po stopniach lekko jakby płynął w powietrzu, prawie ich

nie dotykając. Tuż za nim podążyli Larry i dwie dziewczyny. Żadne z nich nie wydawało się zmęczone. Poczłapałam

ciężko za nimi, Jason szedł ostatni. Wyglądał na wycieńczonego, miał podkrążone oczy. Może to było przyjemne, ale

oddanie takiej ilości krwi musiało być dla niego sporym poświęceniem, mimo tego, że jako lykantrop był bardziej

wytrzymały i wracał do formy szybciej niż zwykli śmiertelnicy. Czy gdyby Jean-Claude zaproponował, że wniesie go

po schodach na górę, przystałby na to? Jason wychwycił moje spojrzenie, ale nie uśmiechnął się, po prostu patrzył.

Może on także by odmówił. Czy tej noc wszyscy chcieliśmy udowodnić sobie nawzajem, że jesteśmy samodzielni,

silni i wytrzymali?

Rozdział 27

Jedwabne zasłony były rozsunięte. Tron stal w przeciwległym rogu po prawej. Nie sposób było nazwać go inaczej.

Fotel nie był właściwą nazwą dla tego złotego, ozdobionego klejnotami mebla. Wokół niego na podłodze rozłożono

mnóstwo poduszek, mogłoby się wydawać, że przygotowano je dla dziewcząt Z haremu lub gromadki piesków

pokojowych. Nic na nich nie siedziało. To wszystko wyglądało jak pusta scena przed wejściem na nią aktorów.

Nieduży gobelin na przeciwległej ścianie został odchylony na bok, odsłaniając drzwi. Otwarto je i zablokowano w tej

pozycji drewnianym klinem. Napływało przez nie świeże, wiosenne powietrze, usuwając woń zgnilizny i rozkładu.

Już miałam powiedzieć: „Chodźcie, dziewczyny", ale nagle zmienił się wiatr. Powiał silniej, był chłodniejszy i wiedziałam

już, że to nie jest zwykły wiatr. Poczułam świerzbienie skóry, mięśnie moich ramion i barków zaczęły drgać

spazmatycznie.

Co to takiego? — spytał Larry.

Duchy — odparłam.

Duchy? Co, u licha, robią tu duchy?

Serephina potrafi przywoływać duchy — wyjaśnił Jean-Claude. — To wśród nas unikalna zdolność.

W drzwiach pojawiła się Kissa. Jej prawa ręka zwisała luźno wzdłuż boku. Krew ściekała po jej ramieniu szeroką,

szkarłatną strużką.

Twoja robota? — spytałam. Larry skinął głową.

Postrzeliłem ją, ale niezbyt ją to spowolniło.

Zraniłeś ją.

Larry wybałuszył oczy.

— Pięknie. — Nie sprawiał wrażenia uszczęśliwionego. Zranieni mistrzowie wampirów mogą być piekielnie groźni.

— Serephina zaprasza cię na zewnątrz — powiedziała Kissa.

Magnus miękko jak kot osunął się na poduszki. Wyglądał, jakby nie po raz pierwszy mościł tam sobie miejsce.

Nie idziesz? — spytałam.

Już to widziałem — odparł.

Jean-Claude ruszył do drzwi. Jason podążył za nim, pozostając jednak kilka kroków z tyłu jak posłuszny pies.

Dwie dziewczyny trzymały się kurtki Larry'ego. To on uwolnił je z łańcuchów. Widziały, jak strzelał do ciemnych

typów. Był bohaterem. I jak na bohatera przystało, aby ocalić niewinnych, gotów był oddać życie.

Nagle obok mnie pojawił się Jean-Claude.

Coś nie w porządku, ma petite?

Czy dziewczyny mogą wyjść od frontu?

Dlaczego?

— Ponieważ cokolwiek tam jest, jest wielkie, wkurzone i złe jak jasna cholera, a ja chcę, aby bezpiecznie wróciły do

domu.

— Co się dzieje? — spytał Jason. Stanął nieco z boku. Raz po raz rozwierał i zaciskał pięści. Wydawał się

bardziej rozluźniony niż pół godziny temu. skądinąd jak my wszyscy.

Jean-Claude odwrócił się do Kissy.

Czy on mówił prawdę? — Wskazał na Magnusa. — Czy dziewczęta są wolne? Mogą odejść?

Są wolne. Mogą odejść. Tak powiedziała mistrzyni.

Odwrócił się do dziewczyn.

— Idźcie — powiedział.

Spojrzały po sobie, po czym przeniosły wzrok na Larry'ego.

— Same? — spytała blondynka. Brązowowłosa pokręciła głową.

Chodź, Liso, pozwolili nam odejść. Chodźmy. — Spojrzała Larry'emu w oczy i dodała: — Dziękuję —

Wracajcie bezpiecznie do domu — powiedział. — Uważajcie na siebie.

Skinęła głową i ruszyła w stronę wyjścia, ciągnąc za sobą Lisę. Wyszły z pokoju i widzieliśmy wszyscy, jak

wychodzą frontowymi drzwiami. Nic się na nie nie rzuciło. Nocy nie rozdarły krzyki przerażenia. No proszę.

— Jesteś gotowa, ma petite? Musimy złożyć wyrazy szacunku.

Postąpił krok naprzód, spoglądając na mnie. Jason stał już u jego boku, nerwowo zaciskając pięści.

Skinęłam głową i stanęłam za Jean-Claude'em. Larry trwał przy mnie jak cień. Czułam jego lęk jak drżenie

przenikające moją skórę. Zrozumiałam, dlaczego był przerażony. Janos pokonał Jean-Claude'a. Janos bał się

Serephiny, co oznaczało, że mistrzyni mogła bez większego trudu poradzić sobie z Jean--Claude'em. Skoro była w

stanie unicestwić towarzyszącego nam wampira, my sami nie stanowiliśmy dla niej godnego wyzwania. Gdybym była

mądra, powinnam zastrzelić ją, kiedy ją tylko zobaczę. Rzecz jasna przyszliśmy tu, aby prosić ją o pomoc. W tej

sytuacji moje możliwości wyboru były bardzo ograniczone.

Chłodny wiatr rozwiał nasze włosy, muskając je niczym małe, niewidzialne rączki. Wydawało się, jakby ten wiatr był

żywy. Nigdy dotąd nie zetknęłam się z wiatrem, który miałam ochotę odegnać machnięciem ręki jak zbyt nachalnego

chłopaka. Nie byłam jednak wystraszona. A powinnam się bać. Nie duchów, lecz tego, co je przywołało. Tyle że

czułam się dziwnie nierzeczywista i zdystansowana. To efekt utraty krwi.

Przeszliśmy przez drzwi i zeszliśmy po dwóch małych, kamiennych stopniach. Na tyłach domu rosły rzędy małych,

poskręcanych drzewek owocowych. Zaraz za sadem rozciągała się ściana mroku. Była to naprawdę potężna ściana

ciemności, tak czarna, że nie zdołałam przeniknąć jej wzrokiem. Na jej tle odcinały się nagie gałęzie drzew.

Co to jest? — spytałam.

Niektórzy z nas potrafią otaczać siebie i innych cieniami i mrokiem — wyjaśnił Jean-Claude.

Wiem, widziałam coś takiego, kiedy zginął Coltrain, ale to jest cała cholerna ściana.

— Istotnie, robi wrażenie — przyznał. Głos miał rzeczowy, obojętny. Spojrzałam na niego, ale nawet w blasku

księżyca nie byłam w stanie rozszyfrować wyrazu jego twarzy.

Przez mrok przebiła się iskierka białego światła. Strumienie zimnego, białego światła przecięły ciemność. Światło

zaczęło pożerać mrok, jak ogień kartkę papieru, czerń rozmywała się, pochłaniana przez blask. Kiedy resztki

ciemności rozproszyły się, wśród drzew ukazała się blada postać.

Nawet z tej odległości nie pomyliłabym jej z człowiekiem, ale ona wcale nie próbowała udawać. Biała poświata

otaczała jej głowę wirującą aureolą, połyskująca chmura rozrastała się wokół niej coraz bardziej, świecąc jak

bezbarwny neon. Raz po raz wyłaniały się z niej i znikały na powrót rozmyte postaci.

Czy to jest to, co myślę? — spytał Larry.

Duchy — powiedziałam.

Cholera — mruknął.

Otóż to — przyznałam.

Duchy wpłynęły między drzewa. Zawisły wśród zaschłych konarów jak młode pąki białych kwiatów, gdyby pąki

mogły się poruszać i świecić.

Dziwny wiatr owiał moją twarz, rozwiewając włosy. Długi, wąski korowód fosforyzujących postaci uniósł się w

powietrze. Duchy, sunąc nisko nad ziemią, zbliżały się w naszą stronę.

Anito!

Po prostu nie zwracaj na nie uwagi, Larry. Nie skrzywdzą cię, jeśli pozostaniesz nieruchomo i będziesz je ignorował.

Pierwszy duch był długi, wąski i miał szerokie, wrzeszczące usta, które wyglądały jak kółko z dymu. Uderzył mnie w

pierś. Poczułam wstrząs, jak porażenie prądem. Mięśnie w moich ramionach zadrgały konwulsyjnie. Larry jęknął.

Co to było, do cholery? — rzucił Larry. Postąpiłam krok naprzód.

Idź dalej i nie zwracaj na nie uwagi.

Nie chciałam tego, ale szłam tak szybko, że wyprzedziłam Jean-Claude'a. Następny duch przepłynął po mojej twarzy.

Przez chwilę zaparło mi dech, ale nie zwolniłam kroku i nieprzyjemne uczucie minęło.

Jean-Claude dotknął mojego ramienia. Spojrzałam mu w twarz i nie byłam pewna, co tam zobaczyłam. Wyraźnie

próbował coś mi powiedzieć. Wciąż patrząc na mnie, wysforował się do przodu.

Skinęłam głową, przepuszczając go. To nic mnie nie kosztowało.

— Nie podoba mi się to - mruknął Larry.

— Mnie również — dodał Jason. Wymachiwał rękoma, usiłując odganiać białe, wirujące opary jak mgłę. Im

bardziej się starał je rozwiać, tym bardziej opary gęstniały. Z oparów wyłoniła się twarz.

Podeszłam do Jasona i schwyciłam go za ręce.

— Zignoruj to.

Na jego ramieniu przycupnął mały duszek. Miał wielki, perkaty nos i dwoje na wpół uformowanych oczu.

Mięśnie ramion Jasona naprężyły się pod moimi palcami.

— Gdy zwracasz na nie uwagę, dodajesz im mocy do manifestacji — powiedziałam. Duch uderzył mnie w

plecy. Zupełnie jakby w moim ciele zaległa bryła lodu. Duch przeszedł przeze mnie na wylot, wypełzając z przodu.

Odebrałam to, jakby przewleczono przeze mnie zimną linę. Wrażenie, choć piekielnic nieprzyjemne, było na

szczęście krótkotrwałe. Nawet nie bolało.

Duch zagłębił się w torsie Jasona. Jason krzyknął. Tylko moje dłonie zaciśnięte na jego ramionach powstrzymały go

przed zamachnięciem się na zjawę. Wszystkie mięśnie w ciele Jasona drgały jak u konia pożeranego żywcem przez

gzy. Zwiotczał, gdy duch wyszedł z niego. Spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem. Miło wiedzieć, że można go

było przestraszyć. Najwyraźniej wampirzyce swymi gnijącymi dłońmi odebrały mu trochę odwagi. Wcale mu się nie

dziwiłam. Ja też wpadłabym w panikę.

Larry drgnął, kiedy duch prześlizgnął się przez niego, ale tylko tyle. Oczy miał rozszerzone, wiedział jednak, co

stanowiło prawdziwe zagrożenie — nie były nim duchy.

Jean-Claude podszedł do nas.

Co się dzieje, mój wilku? —W jego głosie zabrzmiała reprymenda i gniew. Jego pupil nie spisywał się jak należy.

Wszystko w porządku — odparłam. Ścisnęłam dłoń Jasona. Wciąż miał przerażony wzrok, ale pokiwał głową,

Wszystko gra.

Jean-Claude ponownie ruszył w kierunku odległej białej postaci, szedł niespiesznie, z gracją jakby nie lękał się, w

przeciwieństwie do nas. Może rzeczywiście nie odczuwał strachu. Przyciągnęłam Jasona do siebie. Larry stanął za

mną. Ruszyliśmy za Jean-CIaude'em, starając się nie okazywać zaniepokojenia.

Wyglądaliśmy jak karny oddział, pomijając fakt, że trzymałam wilkołaka za rękę. Dłoń miał spoconą. Nie mogłam

dopuścić, aby popadł w histerię. Prawą rękę wciąż miałam wolną, by w razie potrzeby móc sięgnąć po nóż lub

pistolet. Już raz ich zraniliśmy, jeśli nie będą zachowywać się jak należy, dokończymy dzieła. A w każdym razie

spróbujemy. Choćby miało nas to kosztować życie.

Jean-Claude poprowadził nas pośród nagich drzew, na konarach których niczym widmowe węże wiły się

fosforyzujące zjawy. Zatrzymał się o kilka metrów od wampirzycy. Choć spodziewałam się, że się ukłoni, nie zrobił

tego.

— Witaj, Serephino.

Witaj, Jean-Claude. — Miała na sobie prostą, białą suknię, której lśniące fałdy zakrywały jej stopy. Białe rękawiczki

niemal całkiem przesłaniały jej ramiona. Włosy miała szare, z pasemkami bieli, jedyną na nich ozdobą był srebrny

diadem z perłami. Na jej twarzy dostrzegłam starcze zmarszczki. Miała makijaż, ale na tyle delikatny, że nie ukrywał

faktu, iż była stara. Wampiry się nie starzeją. O to w tym chodzi, prawda?

Wejdziemy do środka? — spytała.

— Jeżeli chcesz — odparł. Uśmiechnęła się słabo.

Możesz wprowadzić mnie do środka, jak za dawnych czasów.

Czasy się zmieniły, Serephino. Teraz oboje jesteśmy mistrzami.

Mam wielu mistrzów, którzy mi służą, Jean-Claude.

— Ja służę tylko sobie — uciął.

Patrzyła na niego przez chwilę, po czym skinęła głową.

— Masz rację. Ale teraz bądź dżentelmenem. Jean-Claude wziął głęboki oddech, z jego ust dobyło się

westchnienie. Tak to w każdym razie odebrałam. Podał jej rękę, a ona wsunęła dłoń w rękawiczce pod jego

nadstawione ramię, kładąc palce na jego przegubie.

Duchy pomknęły za nią świetlistą strugą, spływając w dół niczym widmowy pociąg. Przemknęły obok nas,

wywołując świerzbienie skóry, po czym znów wystrzeliły w górę i zawisły trzy metry nad ziemią.

Możecie iść z nami — rzekła Serephina. — Nie będą was nękać.

To pocieszające — stwierdziłam.

Znowu się uśmiechnęła. W blasku księżyca i widmowej poświacie trudno to było stwierdzić, ale jej oczy były blade,

szare, albo może niebieskie. Nie musisz rozpoznać koloru oczu, by dostrzec ich wyraz.

Nie mogłam się doczekać, aby cię poznać, nekromantko.

Chciałabym móc powiedzieć to samo.

Uśmiech nie poszerzył się, ale i nie przygasł. Pozostał taki sam. Zupełnie jakby jej twarz była nieruchomą maską.

Przez moment uniosłam wzrok, by spojrzeć jej w oczy. Nie próbowała mnie zahipnotyzować, ale w tych oczach była

wielka moc, gorejąca gdzieś w głębi jak ogień, który tylko czeka, aby wybuchnąć i pochłonąć nas wszystkich. Nie

potrafiłam oszacować jej wieku. Nie pozwoliła mi na to. Nigdy do t ą d nie spotkałam wampira, który by to potrafił —

takiego, który oszukałby mnie, udając młodszego niż w rzeczywistości, owszem, ale ona po prostu na mnie spojrzała i

odwiodła mnie od tego zamiaru.

Odwróciła się i weszła do środka. Jean-Claude pomógł jej wejść po schodach, jakby tego potrzebowała. Uczucie

wyobcowania, wywołane utratą krwi, słabło. Znów poczułam się realna i żywa i chciałam, aby tak już zostało. Może

sprawiło to ciepło dłoni Jasona. To, że była spocona. Jego realna bliskość. Nagle ogarnął mnie strach, a przecież

Serephina nic mi jeszcze nie zrobiła.

Duchy wpłynęły do domu, jedne przeniknęły przez ściany, inne weszły drzwiami. Gdy patrzyłam, jak przechodzą

przez drewno, nieomal spodziewałam się usłyszeć jakiś dźwięk, choćby plaśnięcie, ale robiły to bezgłośnie. Nieumarli

nie czynią hałasu. Duchy unosiły się pod sufitem jak balony napełnione helem i jak mleczne strugi wody spływały po

ścianach za tronem. Przy ogniu świec były przezroczyste jak mydlane bańki.

Serephina usiadła na tronie. Magnus skulił się na poduszkach u jej stóp. W jego oczach przez krótką chwilę malował

się gniew, ale zaraz zniknął. Nie podobało mu się bycie zabawką Serephiny. Miał u mnie za to dodatkowy punkt.

Podejdź i usiądź przy mnie, Jean-Claude — powiedziała Serephina. Wskazała na poduszki po drugiej stronie

Magnusa. Stworzyliby ciekawą parę.

Nie — odparł Jean-Claude. W tym jednym słowie zawarło się ostrzeżenie. Powoli uwolniłam dłoń z uścisku Jasona.

Gdyby doszło do walki, będę potrzebować obu rąk.

Serephina roześmiała się i ten dźwięk sprawił, że jej moc została uwolniona, zalewając nas, nieszczęsnych

śmiertelników. Jej moc stratowała mnie jak stado koni. Całe moje ciało zostało wprawione przez nią w drżenie. W

ustach miałam zbyt sucho, by przełykać ślinę i nie mogłam nawet zaczerpnąć powietrza. Nie musiała mnie dotknąć,

aby mnie zranić. Mogła siedzieć na tronie, miotając we mnie mocą. Była w stanie zmiażdżyć moje kości na proch z

bezpiecznej odległości.

Coś dotknęło mojego ramienia. Drgnęłam i od wróciłam się jak w zwolnionym tempie. Trudno mi było skupić się na

twarzy Jean-Claude'a, ale gdy już to zrobiłam, miażdżąca moc wycofała się jak fale oceanu podczas odpływu.

Wzięłam głęboki, drżący oddech, jeden, potem drugi. Każdy kolejny był coraz pewniejszy.

Iluzja — wyszeptałam. — Pieprzona iluzja.

Tak, ma petite. — Odwrócił się ode mnie i podszedł do wciąż jeszcze owładniętych czarem Jasona i Larry'ego.

Skierowałam wzrok ku tronowi. Duchy otoczyły Serephinę połyskującym nimbem, to było doprawdy niesamowite.

Ale nie tak niesamowite jak jej oczy. Dostrzegłam je przez moment, który zdawał się trwać w nieskończoność, po

czym przeniosłam wzrok na skraj jej białej sukni.

— Nie możesz wytrzymać mego spojrzenia? Pokręciłam głową

— Nie.

— Czy naprawdę możesz być tak potężną nekromantką, skoro nawet nie możesz mi spojrzeć w oczy?

Nie chodziło tylko o spojrzenie w oczy. Byłam cała skulona. Wyprostowałam się, ale nie uniosłam wzroku.

— Masz nie więcej jak sześćset lat. — Powoli uniosłam wzrok, zatrzymując go na wysokości jej podbródka. —

Jak, u licha, zdołałaś p r z te ez n czas zgromadzić taką moc?

— Cóż za brawura. Spójrz mi w oczy, a odpowiem na twoje pytanie.

Pokręciłam głową.

— Aż tak bardzo mi na tym nie zależy. Zachichotała. To był cichy, mroczny dźwięk. Przesunął się po moim

kręgosłupie jak coś odrażającego i na wpół żywego.

— Ach, Janos, Ivy, miło, że do nas dołączacie. Janos przepłynął przez drzwi z Ivy u boku. Janos bardziej teraz

przypominał człowieka niż podczas naszego poprzedniego spotkania. Skórę miał bladą, lecz cielistą. Twarz wciąż

miał pociągłą. Nadal nie byłby w stanie uchodzić za człowieka, ale nie wyglądał tak potwornie jak poprzednio. Poza

tym sprawiał wrażenie uleczonego.

— Cholera.

Coś nie tak, nekromantko? — spytała Serephina.

Nie cierpię marnować naboi.

Znów zachichotała. Aż ścierpła mi od tego skóra.

— Janos ma wiele talentów.

Przeszedł obok nas. Ujrzałam w jego koszuli dziury po kulach. Przynajmniej popsułam mu ubranie.

Ivy wyglądała na nietkniętą. Czyżby dała nogę, kiedy rozpętała się strzelanina? Czy zostawiła Bruce’a, aby umarł?

Janos ukląkł pośród poduszek na jedno kolano. Ivy zrobiła to samo. Pozostali tak, ze spuszczonymi głowami,

czekając aż mistrzyni ich zauważy.

Kissa stanęła obok Magnusa. Zranioną rękę trzymała przy ciele. Raz po raz zerkała na klęczących, po czym

przenosiła wzrok na Serephinę. Wydawała się... zaniepokojona.

Coś miało się wydarzyć. Coś nieprzyjemnego.

Serephina zignorowała klęczących i powiedziała:

Co cię do mnie sprowadza, Jean-Claude?

Śmiem twierdzić, że masz coś, co należy do mnie — odparł.

Janos — rzuciła.

Janos wstał i wyszedł z sali. Po chwili wrócił, niosąc wielki worek, jakby był świętym Mikołajem. Rozwiązał go i

wysypał jego zawartość na podłogę u stóp Jean-Claude'a. Drewniane drzazgi, żadna nie dość duża, by nadawała się na

porządny kołek, utworzyły całkiem pokaźny stosik. Drewno było ciemne i polakierowane z jednej strony, z drugiej

białe i surowe.

— Z pozdrowieniami — rzucił Janos. Wytrząsnął ostatnie kawałki drewna z worka i ponownie ukląkł.

Jean-Claude spojrzał na potrzaskane drewno.

To dziecinne, Serephino. Czegoś takiego mógłbym spodziewać się po tobie przed wiekami. Teraz... — Wskazał na

duchy, zataczając dłonią półokrąg. — Jak zdołałaś podporządkować sobie Janosa? Kiedyś budził w tobie lęk.

Mów, po co przychodzisz, Jean-Claude, zanim stracę cierpliwość i sama rzucę ci wyzwanie.

Uśmiechnął się, ukłonił i teatralnym gestem rozłożył szeroko ręce. Gdy ponownie uniósł głowę, już się nie uśmiechał.

Jego twarz była jak piękna maska.

Xavier jest na twoim terytorium — oznajmił.

Czy naprawdę uważasz, że mogłabym wyczuć obecność twojej małej nekromantki, a przeoczyć Xaviera? Wiem, że tu

jest. Jeśli rzuci mi wyzwanie, rozprawię się z nim. Mów, co jeszcze masz do powiedzenia. A może to już wszystko?

Czy przyszedłeś tylko po to, by mnie ostrzec? To doprawdy urocze. Zadałeś sobie tyle trudu.

Wiem, że jesteś teraz potężniejsza od Xaviera — powiedział Jean-Claude — ale on morduje ludzi. Nie chodzi mi

tylko o atak na dom chłopca. Były jeszcze inne ofiary. Wybija swoich pupili. Zwraca niepotrzebną uwagę na nas

wszystkich.

Wobec tego niech Rada go unicestwi.

Ty jesteś mistrzynią na tym terytorium, Serephino. To należy do twoich obowiązków.

Nie mów mi, co do nich należy. Gdy umarłeś, ja miałam już wiele setek lat. Byłeś nic nieznaczącą maskotką dla

każdego wampira, który cię zechciał. Nasz piękny Jean-Claude. — Wymówiła słowo „piękny" jak obelgę.

Wiem, czym byłem, Serephino. Teraz jednak jestem Mistrzem Miasta i stosuję się do praw Rady. Nie możemy

dopuścić, aby na naszych terytoriach mordowano ludzi. To źle wpływa na interesy.

Niech Xavier wymorduje nawet setki ludzi. Zawsze będą nowi — odparła.

— Miłe podejście — skomentowałam. Skupiła wzrok na mnie, a ja pożałowałam, że w ogóle się odezwałam. Jej

moc uderzała we mnie falami jak wielkie, bijące serce.

— Jak śmiesz mnie ganić — warknęła Serephina Usłyszałam szelest jej jedwabnej sukni, gdy wstała. Nikt

więcej się nie poruszył. Usłyszałam, jak jej suknia szeleści na poduszkach i prześlizguje się po podłodze, gdy się do

mnie zbliżała. Nie chciałam, aby mnie dotknęła.

Patrzyłam na linię jej ciała i ujrzałam jej dłoń w rękawiczce przecinającą powietrze. Jęknęłam. Krew spłynęła po

mojej ręce.

— Cholera! — Skaleczenie było głębsze niż to Janosa i bardziej bolesne. Odnalazłam jej spojrzenie, gniew

dodał mi odwagi albo odebrał rozum. Jej oczy były całkiem białe, jak dwa uwięzione w twarzy księżyce. Te oczy

przyzywały mnie. Chciałam rzucić się w jej blade ramiona, poczuć dotyk tych miękkich warg i ostrą pieszczotę kłów.

Chciałam poczuć, jak jej ciało tuli moje. Chciałam, by przytuliła mnie do siebie, jak to niegdyś robiła moja matka.

Zaopiekowałaby się mną. Troszczyłaby się o mnie już zawsze i nigdy, przenigdy by mnie nie opuściła. Nie zostawiłaby

mnie.

Znieruchomiałam. Stałam przy stercie poduszek. Brzeg jej sukni prawie dotykał moich stóp. Mogłam wyciągnąć rękę

i dotknąć jej.

Serce tłukło mi się w piersi jak oszalałe. Byłam sparaliżowana strachem.

Rozłożyła szeroko ramiona.

— Pójdź do mnie, moje dziecko, a zawsze będę z tobą. I będę tulić cię po wsze czasy.

Jej głos zawierał w sobie wszystko co dobre — ciepło, pożywienie, schronienie, stanowił opokę przed wszystkim co

złe, co rani i przynosi rozczarowanie.

Wiedziałam, że wystarczy, aby wzięła mnie w ramiona i wszystko co złe przeminie. Stałam tam z dłońmi

zaciśniętymi w pięści. Tak bardzo pragnęłam, by mnie dotknęła, objęła, przytuliła. Z rany, którą mi zadała, wciąż

sączyła się krew. Roztarłam palcami zranione miejsce, wywołując silny ból. Potrząsnęłam głową.

— Pójdź do mnie, dziecko. Będę twoją matką na zawsze.

Odnalazłam w sobie głos. Był ochrypły, stłumiony, ale jakoś udało mi się wydusić:

— Wszystko umiera, suko. Nie jesteś nieśmiertelna, żadne z was nie jest.

Poczułam jej moc jak koncentryczne kręgi rozchodzące się na powierzchni stawu, do którego wrzucono kamień.

Cofnęłam się o krok, potem drugi. Z trudem powstrzymywałam się, by nie obrócić się na pięcie i nie rzucić do

ucieczki. Ale wiedziałam, że wtedy już nic by mnie nie zatrzymało. Biegłabym bez końca. Byle jak najdalej od niej.

Nie uciekłam. Zatrzymałam się dwa kroki dalej i rozejrzałam się dokoła.

Wszyscy byli zajęci. Janos stał obok Jean-Claude’a. Nie próbowali na sobie wampirzych sztuczek, ale groźba, że do

tego dojdzie, była bardzo realna. Kissa stała z boku, krew sączyła się na poduszki u jej stóp. Na jej twarzy malował

się wyraz, którego nie zdołałam rozszyfrować. Może zdumienie? Ivy stała, wpatrując się we mnie. Uśmiechała się

zadowolona, że mało brakowało, a padłabym Serephinie w ramiona. Ja się nie cieszyłam. Nikt, nawet Jean-Claude,

nie zbliżył się do niej bardziej. Czułam więcej niż strach. Moja skóra była lodowata. Przełamałam jej moc nad sobą,

ale było to tylko chwilowe. Może nie zdoła owładnąć mną mentalnie, ale zdołała wedrzeć się do mojego umysłu.

Gdyby tylko chciała, mogła mnie mieć. To nie byłoby przyjemne. Żadnych iluzji i sztuczek, tylko brutalna siła i

należałabym do niej Nie padnę jej w ramiona, ale ona mogła unicestwić mój umysł. To mogła zrobić. Jak najbardziej.

Ta świadomość prawie mnie uspokoiła. Skoro nie mogłam temu zapobiec, to po co się tym martwić? Należy

przejmować się rzeczami, które jesteś w stanie kontrolować, reszta jakoś się ułoży albo cię pogrąży. Jedno z dwojga.

Tak czy owak, nie będziesz już niczym się przejmować. I po kłopocie.

— Masz rację, nekromantko — powiedziała Serephina. — Wszyscy w tej sali jesteśmy śmiertelni. Wampiry

mogą żyć długo, nawet bardzo długo. To sprawia, że zapominamy o własnej śmiertelności. Ale nie jesteśmy

prawdziwie nieśmiertelni.

To nie było pytanie, a jako że zgadzałam się z tym, co powiedziała, tylko na nią patrzyłam.

Janos powiedział mi, że otacza cię aura mocy, nekromantko. Twierdzi, że wykorzystał ją przeciwko tobie jak

przeciwko innemu wampirowi. Przed chwilą zrobiłam to samo, gdy zraniłam cię w rękę. Nigdy dotąd nie spotkałam

śmiertelnika, któremu mogłam wyrządzić w ten sposób krzywdę.

Nie wiem, o co chodzi z tą aurą.

To ona pozwoliła ci przeciwstawić się mojej mocy. Żaden człowiek nie był dotąd do tego zdolny, a spośród

wampirów tylko nieliczni.

— Cieszę się, że zdołałam ci zaimponować.

— Nie twierdzę, że mi zaimponowałaś, nekromantko.

Wzruszyłam ramionami.

Świetnie, może nie zależy ci na ludziach i na tym, by trzymać się w cieniu. Nic nie wiem o waszej Radzie ani co ona z

tobą zrobi, za to, że nam nie pomogłaś. Ale wiem, co ja zrobię.

O czym ty bredzisz, śmiertelniczko?

Jestem legalną egzekutorką wampirów z uprawnieniami do działania na terenie tego stanu. Xavier i jego banda

porwali chłopca. Chcę go odzyskać, żywego. Pomożesz mi w tym. Ma wrócić do domu żywy albo pójdę do sądu i

zdobędę nakaz twojej egzekucji.

Jean-Claude, porozmawiaj z nią albo ją zabiję.

Ona ma za sobą ludzkie prawo, Serephino.

Czymże jest dla nas prawo ludzi?

Rada uważa, że te prawa rządzą nami tak samo jak ludźmi. Wypieranie się praw ludzi jest równoznaczne z zerwaniem

z Radą.

Nie wierzę ci.

Możesz wyczuć, że mówię prawdę. — Jego głos był opanowany, pewny siebie. — Nigdy bym cię nie okłamał, ani

dwieście lat temu, ani teraz.

Kiedy to nowe prawo weszło w życie?

Odkąd Rada uznała, że obecność w głównym nurcie może przynieść nam korzyści. Oni pragną pieniędzy, władzy

oraz możliwości bezpiecznego i swobodnego poruszania się po ulicach. Nie chcą się już ukrywać, Serephino.

Wierzysz w to, co mówisz, a zatem przynajmniej to jest prawdą — stwierdziła. Spojrzała na mnie, a ciężar tego

spojrzenia był jak wielka, niewidzialna dłoń usiłująca rozgnieść mnie na miazgę. Utrzymałam się na nogach, choć

kosztowało mnie to sporo wysiłku. Przed taką mocą należało się ukorzyć. Paść na kolana. Oddawać jej cześć.

— Przestań, Serephino — powiedziałam. — Tanie mentalne sztuczki nie podziałają na mnie i dobrze o tym

wiesz. — Zimna gula w żołądku świadczyła o czymś zgoła innym.

— Boisz się mnie, śmiertelniczko. Czuję na języku smak twojego strachu.

O rany.

— Tak, przerażasz mnie. Jak zapewne wszystkich innych w tej sali. I co z tego?

Wyprężyła się na całą wysokość swego smukłego, chudego ciała. Jej głos stał się nagle miękki, jego tchnienie

pieszczotliwie przesuwało się po mojej skórze.

— Pokażę ci.

Skinęła dłonią. Stężałam, oczekując kolejnego bolesnego ciosu, lecz ten nie nadszedł. Krzyk przeciął powietrze.

Odwróciłam się.

Po twarzy Ivy spływała krew. Kolejne rozcięcie pojawiło się na jej ramieniu. Dwa następne na twarzy. Każdy

precyzyjny ruch otwierał nową długą i głęboką ranę.

Ivy krzyknęła:

— Błagam, Serephino! — Upadła na kolana, wyciągając rękę w kierunku wampirzycy. — Mistrzyni!

Serephino! Błagam!

Serephina płynnie obeszła ją dokoła.

— Gdybyś powstrzymała swój gniew, oni wszyscy należeliby już do nas. Poznałam ich serca, ich umysły, ich

najgłębiej skrywane lęki. Mogliśmy złamać ich wszystkich. To oni złamaliby rozejm, a my nasycilibyśmy się nimi do

woli.

Była tuż przy mnie. Chciałam cofnąć się, ale mogłaby uznać to za oznakę słabości. Jej suknia otarła się o moją nogę.

Nie chciałam, aby mnie dotykała. Cofnęłam się, a ona schwyciła mnie za przegub. Nawet nie zauważyłam tego ruchu.

Spojrzałam na tę rękę jak na węża, który nagle oplótł mój nadgarstek. Do diabła, wolałabym, aby to był wąż.

Chodź, nekromantko, pomóż mi ukarać tę złą wampirzycę.

Dziękuję, ale nie — odparłam, Głos mi się łamał. Czułam dziwne trzepotanie w żołądku. Jak dotąd tylko mnie

dotknęła, ale dotyk wzmaga każdą moc. Gdyby teraz spróbowała na mnie swoich sztuczek, byłoby po mnie.

Ivy z lubością patrzyłaby na twoje cierpienia, nekromantko.

To jej problem, nie mój. — Wlepiłam wzrok w jedwabną suknię Serephiny. Kusiło mnie, aby spojrzeć jej w oczy. To

raczej nie była jej moc, lecz moje własne mroczne pragnienie. Ciężko zgrywać twardą sztukę, kiedy gapisz się na

czyjeś ciało i jesteś prowadzona za rączkę jak dziecko.

Ivy leżała na podłodze, podpierając się na łokciach. Jej cudowne oblicze przecinały liczne głębokie zadrapania. Przez

rozcięcie na policzku dostrzegłam lśniącą w blasku świec kość. Z rany na ręce wyzierały okrwawione, drżące mięśnie.

Ivy spojrzała na innie, a pośród bólu dostrzegłam w niej nienawiść tak silną, że gdyby emocje mogły zabijać, byłabym

już trupem. Gniew bił z niej potężnymi falami.

Serephina uklękła obok niej, przyciągając mnie do siebie i zmuszając, abym także osunęła się na kolana. Spojrzałam

na Jean-Ctaude'a. Janos oparł białą, wąską dłoń na jego torsie. Larry bezgłośnie wyszeptał: „Pistolet." Pokręciłam

głową. Na razie nic mi nie zrobiła. Jeszcze nie.

Jej dłoń szarpnęła mnie tak mocno, że odruchowo odwróciłam głowę, aby na nią spojrzeć. Nagle znalazłam się oko w

oko z Serephiną. To, co ujrzałam w jej oczach, nie było straszne. Jej oczy, które, jak mogłam przysiąc, miały jasny

odcień, wydawały się ciemnobrązowe. Jak oczy mojej matki.

Chyba chciała mnie omamić, abym poczuła się rozluźniona. Nic z tego. Moja skóra stała się lodowata z przerażenia.

Przestań.

Nie chcesz, abym przestała — oznajmiła. Próbowałam uwolnić rękę z jej uścisku. Równie dobrze mogłabym starać

się powstrzymać słońce, by nie wzeszło o świcie.

— Jedyne co możesz mi zaoferować, to śmierć. Moją nieżyjącą matkę w twoich martwych oczach. —

Wejrzałam w te brązowe oczy, których nie spodziewałam się ujrzeć po tej stronie nieba. Zaczęłam krzyczeć, patrząc

w oczy matki, nie mogąc oderwać od nich wzroku. Serephina nie pozwoliłaby mi na to, a ja nie mogłam z nią

walczyć, przynajmniej dopóki mnie dotykała.

— Jesteś chodzącym trupem, a cała reszta to stek kłamstw.

— Nie jestem martwa, Anito. — W jej słowach rozbrzmiało echo głosu mojej watki. Uniosła dłoń, jakby chciała

pogładzić mnie po policzku.

Spróbowałam zamknąć oczy. Odwrócić wzrok. Nie mogłam. Moje ciało ogarnął dziwny paraliż, jak to niekiedy ma

miejsce na granicy snów, kiedy odnosisz wrażenie, że twoje ciało waży tonę i nie jesteś w stanie wykonać

najmniejszego ruchu.

Dłoń zbliżała się do mnie w zwolnionym tempie i wiedziałam, że jeśli mnie dotknie, padnę jej w ramiona. Przytulę się

do niej i wybuchnę płaczem.

Pamiętałam twarz mojej matki, kiedy widziałam ją po raz ostatni. Trumna z ciemnego drewna zasłana była kobiercem

z różowych róż. Wiedziałam, że mama była w środku, ale nie pozwolono mi jej zobaczyć. Nikt nie mógł jej ujrzeć.

Zamknięta trumna, powiedzieli. Wszyscy dorośli dostawali histerii. W pomieszczeniu słychać było jęki i szloch. Mój

ojciec osunął się na podłogę. Nie mógł mi pomóc. Chciałam do mamy. Zaciski na trumnie były srebrne, Otworzyłam

je i usłyszałam za sobą krzyk. Nie miałam wiele czasu. Wieko było ciężkie, ale pchnęłam je w górę i poruszyło się.

Dostrzegłam białą satynę i cienie. Uniosłam ręce nad głową, wkładając w to całą siłę i wtedy coś zobaczyłam.

Ciocia Mattie schwyciła mnie i odciągnęła do tyłu. Wieko opadło z hukiem. Zamknęła je i zablokowała, po czym siłą

odprowadziła mnie na bok. Nie wyrywałam się. Zobaczyłam dosyć. To było trochę jak patrzenie na te trójwymiarowe

obrazki, na których coś jest ukryte. Wiesz, że zobaczysz to, o ile tylko wytężysz wzrok. Dopiero po latach zdołałam

poukładać sobie w zwartą całość to, co wówczas ujrzałam. To nie była moja matka. To nie mogła być ona. Nie moja

piękna matka. To było naczynie, coś co po sobie pozostawiła. Coś co należało ukryć w ciemnej skrzyni, aby w niej

zgniło. Otworzyłam oczy i stwierdziłam, że Serephina ma jasnoszare oczy. Wyrwałam rękę z jej wiotkiego nagle

uścisku i powiedziałam:

— Ból pomaga.

Wyprostowałam się i odstąpiłam od niej. Nie próbowała mnie zatrzymać. To dobrze, bo byłam cała rozdygotana i

wcale nie sprawiła tego wampirzyca. Wspomnienia także mają kły i potrafią kąsać.

Serephina pozostała przy klęczącej Ivy i powiedziała:

— Doprawdy imponujące, nekromantko. Pomogę ci odnaleźć chłopca, którego szukasz.

Zaniepokoiła mnie jej niespodziewana skłonność do współpracy.

Dlaczego?

Ponieważ odkąd osiągnęłam wyżyny moich możliwości, nikt jeszcze nie zdołał jednej nocy dwukrotnie umknąć moim

iluzjom. Nikt, ani żywy, ani umarły.

Schwyciła Ivy za okrwawione ramię i przyciągnęła ku sobie. Krew Ivy splamiła jej białą suknię. Ivy jęknęła.

— Pamiętaj o tym, młoda mistrzyni wampirów. Ta śmiertelniczka dokonała tego, czego ty nie potrafisz. Stawiła

mi czoła i zwyciężyła. — Nagle odepchnęła ją od siebie. Ivy ciężko wylądowała na podłodze.

— Nie chcę cię widzieć. Idź precz. Serephina wstała. Świeża krew tworzyła szkarłatne plamy testu Rorschacha

na jej białej sukni i rękawiczkach.

Zaimponowaliście nam. Teraz odejdźcie. Wszyscy. — Odwróciła się i podeszła do swego tronu. Nie zasiadła na nim.

Stanęła, odwrócona do nas plecami, z jedną ręką opartą na podłokietniku. Może tylko mi się zdawało, ale sprawiała

wrażenie zmęczonej. Duchy spłynęły spod sufitu, spiesząc jej na spotkanie i wirując wokół niej jak opary mgły. Nie

sposób ich już było rozróżnić, stanowiły zwartą masę, jakby widma utraciły swoją integralność.

Idźcie — rzuciła, nie odwracając się.

Tylne drzwi były otwarte, ale Jean-Claude skierował się ku frontowym. Nie zamierzałam się z nim spierać. Chciałam

po prostu stąd wyjść. Nie obchodziło mnie, którymi drzwiami opuścimy to miejsce. Ruszyliśmy spokojnie i powoli w

kierunku wyjścia. Miałam ochotę pobiec. Larry szedł obok mnie. Zauważyłam tętnicę pulsującą na jego szyi jak

oszalała. On także pragnął jak najprędzej się stąd wydostać. Jason dotarł do drzwi przed nami, ale zaczekał, odwrócił

się i zaprosił nas do wyjścia szarmanckim ruchem ręki, jakby był kamerdynerem.

Spojrzałam mu w oczy. Były przepełnione przerażeniem i zrozumiałam, ile musiał kosztować go ten nonszalancki z

pozoru gest. Przestąpiliśmy próg, ja, Larry i Jason. Jean-Claude szedł ostatni. Drzwi zatrzasnęły się za nami.

Wyszliśmy. Tak po prostu.

Tyle że po raz pierwszy miałam świadomość, że pozwolono mi odejść. Nie musiałam wywalczyć sobie możliwości

wyjścia ani wykorzystać w tym celu jakiegoś sprytnego fortelu. Serephina mogła być pod wrażeniem, ale tak czy

owak pozwoliła nam odejść. Gdy ktoś pozwala ci odejść, nie oznacza to, że wyszedłeś z tego zwycięsko.

Nigdy nie wróciłabym z własnej woli do tego domu. I nigdy z własnej woli nie zbliżyłabym się do Serephiny. Jako że

tej nocy udało mi się jej zaimponować, wiedziałam, że jeszcze się spotkamy. Nie było mi do tego spieszno. Wręcz

przeciwnie, wolałam możliwie jak najdłużej odwlekać moment naszego ponownego spotkania. Nawet teraz wiedziałam,

że mogła mnie mieć. Ta wampirzyca znała moją najskrytszą tajemnicę. Moje najgłębsze pragnienia. I

dysponowała kłamstwem, które nieomal warte było mojej nieśmiertelnej duszy.

Niech to cholera.

Rozdział 28

Jason wyminął mnie i wszedł do pokoju hotelowego. Natychmiast skierował się do łazienki.

— Wezmę prysznic — powiedział. Może to nieuprzejme z mojej strony, ale śmierdział jak gnijący trup. Przez całą

drogę jechaliśmy z opuszczonymi bocznymi szybami. Zwykle, jeśli samemu cuchniesz, nie czujesz woni kogoś

innego. Ja też miałam na sobie tę gnijącą substancję, ale mimo to wciąż czułam smród Jasona. Niektóre zapachy są

tak mocne, że nie sposób nie zwracać na nie uwagi.

— Zaczekaj — rzucił Larry.

Jason odwrócił się, ale nie wyglądał na uszczęśliwionego.

Skorzystaj z mojego prysznica. — Uniósł rękę, zanim zdążyłam się odezwać.

Do świtu została tylko godzina. Jeżeli chcemy, aby wszyscy do tego czasu doprowadzili się do porządku, powinniśmy

skorzystać z obu łazienek.

Sądziłam, że wszyscy będziemy dziś spać w tym pokoju — powiedziałam.

Dlaczego? — zapytał.

Jean-Claude stał przy kanapie. Wyglądał na rozluźnionego i wyraźnie nie zamierzał mi pomóc. Jason sprawiał

wrażenie zniecierpliwionego.

— W kupie raźniej — stwierdziłam.

Larry pokręcił głową.

— W porządku, ale mogę zabrać wilkołaka do sąsiedniego pokoju, aby się wykąpał. A może nie ufasz mi i

myślisz, że nawet z tym sobie nie poradzę? - W jego głosie czuć było gniew.

— Ufam ci, Larry. Dobrze się dziś spisałeś. Spodziewałam się uśmiechu. Nie doczekałam się go jednak, Larry

miał bardzo poważną minę.

— Zabiłem tego wampira, Bruce'a. Pokiwałam głową.

Sądziłam, że będziemy musieli wybić wszystkich w całym pomieszczeniu.

Ja również. — Usiadł na jednym z krzeseł. — Nigdy wcześniej nikogo nie zabiłem.

To był wampir. To nie to samo co zabicie człowieka.

Tak, no jasne. A ilu trupom robiłaś ostatnio sztuczne oddychanie?

Zauważyłam, że Jean-Claude uśmiechnął się do mnie.

Wzruszyłam ramionami.

Tylko jednemu. Czy moglibyśmy tu mieć choć odrobinę prywatności? — spytałam.

Usłyszę, co mówisz, nawet gdybym przeniósł się na drugi koniec pokoju.

Nawet złudzenie dobrze mi zrobi. Po prostu się cofnij.

Jean-Claude skłonił się lekko, po czym wraz z Jasonem podszedł do okna. Wiedziałam, że usłyszy wszystko, co

powiem, ale przynajmniej nie będzie stał tuż nade mną.

— Ty tak naprawdę nie wierzysz, że on jest martwy, prawda? — zapytał Larry.

— Widziałeś, co się stało z tymi dwiema wampirzycami — odparłam. — To tylko gnijące trupy, cała reszta jest

iluzją.

— Myślisz, że on czasem też tak wygląda? Przez chwilę przyglądałam się Jean-Claude'owi. — Obawiam się, że tak.

— Jak po czymś takim możesz jeszcze się z nim spotykać?

Pokręciłam głową.

Sama nie wiem.

Trup czy nie, próbowałaś utrzymać go przy życiu. — Zareagował na zmianę wyrazu mojej twarzy. — No dobrze, on

nie jest żywy, jest nieumarły, ale tak czy owak próbowałaś go ocalić. Bałaś się, że umarł naprawdę.

Spojrzałam na niego.

I co z tego?

To, że ja zabiłem inną żywą czy raczej nieumarłą istotę. Cholera, Anito, Bruce był nieumarłym tak krótko, że wciąż

wyglądał jak człowiek.

Prawdopodobnie dlatego do uśmiercenia go wystarczyła jedna kula w klatkę piersiową.

Jak powinienem się z tym czuć?

Ze świadomością tego, że go zabiłeś?

Tak.

To potwory, Larry. Niektóre z nich są atrakcyjniejsze od innych, ale wszystkie bez wyjątku są potworami. Nie wolno

ci w to wątpić.

Innymi słowy jesteś w stanie z czystym sumieniem powiedzieć mi prosto w oczy, że Jean-Claude jest potworem.

To było bardziej stwierdzenie niż pytanie.

Nieomal spojrzałam na wspomnianego potwora, ale w ostatniej chwili zdołałam się pohamować. Dość się już na

niego napatrzyłam tej nocy.

Tak.

A teraz zapytaj ją, czy uważa samą siebie za potwora. — Jean-Claude oparł się o kanapę i splótł ramiona na piersiach.

Larry wydawał się odrobinę zdezorientowany, ale w końcu zapytał:

— Anito?

Wzruszyłam ramionami.

— Czasami.

Jean-Claude uśmiechnął się.

Widzisz, Lawrence? Anita uważa, że my wszyscy jesteśmy potworami.

Larry nim nie jest — ucięłam.

— Poczekaj. Daj mu trochę czasu.

Było w tym sporo prawdy.

Czyżbyś zapomniał, że prosiłam o odrobinę prywatności?

O niczym nie zapomniałem, ma petite, ale mamy coraz mniej czasu. Mój wilk nie jest jedynym, który wymaga

kąpieli. Tylko nasz młody przyjaciel jest nadal świeży i pachnący.

Spojrzałam na Larry'ego Nie kalała go ani jedna kropla krwi. Tylko on nie siłował się tej nocy z wampirami.

Wzruszył ramionami.

— Przykro mi. Jakoś nie byłem dziś w stanie nakłonić nikogo, aby ochlapał mnie posoką.

— Bez żartów, Larry — ucięłam. — Biorąc pod uwagę Serephinę, myślę, że już wkrótce będziesz miał kolejną

szansę.

Smutne, lecz prawdziwe, ma petite.

Jak długo jesteś w stanie wytrzymać bez trumny? — spytałam.

Uśmiechnął się.

Wzrusza mnie twoja troska o mnie.

Nie wciskaj mi kitu. Dzisiejszej nocy otworzyłam sobie żyłę. I zrobiłam to dla ciebie.

Wybacz, jeżeli nie podziękowałem ci za ocalenie mi życia, ma petite.

Spojrzałam na niego. Wydawał się rozluźniony i rozbawiony, ale była to tylko maska. Tak właśnie wyglądał, kiedy

nie chciał, aby ktokolwiek przejrzał jego myśli i co więcej, gdy nie chciał się z tym zdradzić. Nie ma sprawy.

— Nigdy nie zapomnę, że mnie ocaliłaś, ma petite. Mogłaś się ode mnie uwolnić. Dziękuję.

Zabrzmiało to całkiem szczerze.

Nie ma za co.

Muszę to z siebie zmyć — powiedział Jason. W jego głosie zabrzmiała nuta paniki. Mogłam się założyć, że będzie

próbował zmyć z siebie coś więcej niż tylko brud. Tyle że wspomnień nie usuwa się równie łatwo. Tym gorzej.

Szkoda.

Idźcie już — obaj. Jason może się umyć w pokoju Larry'ego. To ze względów czysto praktycznych, ma się rozumieć.

Larry uśmiechnął się do mnie.

— Dzięki.

— Mówiłam serio, naprawdę dobrze się dziś spisałeś.

Nareszcie doczekałam się jego uśmiechu.

— Chodź, Jasonie, gorąca kąpiel i czyste ręczniki już czekają. — Larry przytrzymał dla Jasona drzwi i

zasalutował mi. Rany.

Znów zostałam sam na sam z Jean-Claude'em. Czy ta noc nigdy się nie skończy?

Nie odpowiedziałeś na moje pytanie dotyczące trumny — przypomniałam.

Przez noc lub dwie powinienem jakoś wytrzymać.

Jak to się stało, że Serephina, równa tobie mocą rozwinęła się do obecnego poziomu?

Pokręcił głową.

Nie mam pojęcia, ma petite. Bardzo mnie dziś niemile zaskoczyła. Co więcej, nie musiała nas puścić. Dopóki nie

zrobiła nikomu z nas nic złego, mogła zatrzymać nas jako swoich gości na następny dzień.

Zdziwiłeś się, że pozwoliła nam odejść?- spytałam.

Tak — odparł. Odstąpił od kanapy. — Weź prysznic, ma petite. Zaczekam na powrót naszych młodzieńców.

Pomyślałam, że teraz ty mógłbyś się umyć, masz krew na włosach.

Przesunął po nich dłonią i skrzywił się, czując, jak bardzo są pozlepiane posoką.

— Odrażające, ma petite, ale chcę wziąć kąpiel. To potrwa dłużej niż prysznic, więc idź pierwsza.

Patrzyłam na niego przez dłuższą chwilę.

— Jeśli się nie pospieszysz, nie zdążę się wykąpać przed świtem. Nie chciałbym spać w czystej pościeli, będąc cały

utytłany we krwi.

Wzięłam głęboki oddech i powoli wypuściłam powietrze.

Dobra, tylko nie wchodź teraz do łazienki.

Daję słowo honoru, nie zakłócę ci kąpieli. Nie wejdę do łazienki.

Jasne — mruknęłam, ale w głębi duszy mu uwierzyłam.

Jean-Claude już od dłuższego czasu usiłował mnie uwieść. Frontalny atak nie był w jego stylu. Poszłam do łazienki,

aby wziąć szybki prysznic.

Rozdział 29

Ronnie zaciągnęła mnie kiedyś do Victoria's Secret. Powiedziałam wyraźnie, że nikt nie będzie oglądał mojej bielizny

albo tego w czym śpię, za wyjątkiem innych kobiet w przebieralni sali treningowej. Ronnie odparła: „Ty je będziesz

oglądać". Logika tego stwierdzenia jakoś mi umknęła, ale zdołała namówić mnie na kupno szlafroka.

Był barwy burgunda albo ciemnych peonii. Odcinał się wyraźnie na tle mojej białej skóry i pasował kolorystycznie do

niektórych sińców na moich plecach. Nic tak nie ubarwia życia jak ciśniecie o ścianę. Ślad po ukąszeniu na moich

plecach nie był głęboki. Pod tym kątem trudno jest humanoidowi zatopić kły w czyimś ciele. Nakłucia na moim

nadgarstku były głębsze. Dwie zgrabne, małe dziurki. Nie bolały tak bardzo, jak powinny. Może wampiry mają w ślinie

środek uśmierzający ból, a może to efekt kłów. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że pozwoliłam mu się ukąsić.

Cholera.

Otuliłam się szlafrokiem. Materiał był dość gruby, aby ogrzać mnie w chłodne, zimowe wieczory i miał jedwabną

lamówkę na mankietach i połach. Był nieco wiktoriański w wyglądzie i trochę za bardzo przypominał szlafroki

męskie. Wyglądałam w nim jak porcelanowa lalka, w dodatku niekompletnie ubrana. Włożyłam pod szlafrok czarny

podkoszulek. To trochę zepsuło efekt, ale lepsze to, niż gdybym miała przywitać chłopców w samym tyko szlafroku.

Zabrałam browninga ze stołka, gdzie położyłam go biorąc prysznic, zaniosłam pistolet do sypialni. Zawsze byłam

uzbrojona. Do licha, nawet spałam ze spluwą. Schowałam browninga i włożyłam firestara do kieszeni szlafroka.

Kieszeń była trochę przeciążona i dziwnie zwisała, ale gdyby coś wlazło tu nieproszone, mogłabym się przynajmniej

obronić.

Gdy otworzyłam drzwi sypialni, zobaczyłam Jean-Claude'a stojącego przy oknie. Rozsunął zasłony i oparł się o

parapet, wpatrując się w ciemność. Odwrócił się, kiedy otworzyły się drzwi, choć wiedziałam, że usłyszał mnie

znacznie wcześniej.

Cudownie wyglądasz, ma petite.

To jedyny szlafrok, jaki mam — odparłam.

Oczywiście — powiedział. Na jego twarzy znów pojawiła się maska rozbawienia. Tym razem jednak chciałam

wiedzieć, o czym myślał. Jego granatowe jak noc oczy były pełne napięcia. To nie pasowało do jego nonszalanckiego

zachowania. Może jednak nie chciałam wiedzieć, o czym myślał.

Gdzie Larry i Jason?

Pojechali — odparł.

Dokąd?

Jason poczuł się głodny, a Larry zabrał go dżipem.

Spojrzałam na niego.

— Istnieje coś takiego jak obsługa hotelowa.

Jest jeszcze ciemna noc, ma petite. Ich oferta jest mocno ograniczona. Jason tej nocy dwukrotnie oddawał mi

krew. Potrzebował protein. — Jean-Claude uśmiechnął się. — Musiał pojechać, aby zjeść coś na mieście albo

posiliłby się Larrym. Uznałem, że wolałabyś raczej to pierwsze rozwiązanie.

Bardzo zabawne. Nie powinieneś był wysyłać ich samych.

Tej nocy ze strony Serephiny nic nam nie grozi, ma petite, a dopóki pozostajemy w mieście, ze strony Xaviera

również.

Skąd ta pewność? — Skrzyżowałam ręce na brzuchu.

Oparł się plecami o szybę i spojrzał na mnie.

Twój monsieur Kirkland nieźle się dzisiaj spisał. Sądzę, że niepotrzebnie martwisz się o niego.

Jedna noc bohaterskich czynów nie zapewni ci bezpieczeństwa na zawsze — odparłam.

Do świtu już niedaleko, ma petite, nawet Xavier nie jest w stanie znieść światła słonecznego. Wszystkie wampiry

będą szukać schronienia. Nie zechcą marnować czasu na ściganie naszych młodzieniaszków.

Patrzyłam na niego, usiłując zajrzeć pod tę uśmiechniętą maskę.

— Chciałabym podzielać twoją pewność siebie. Uśmiechnął się i odsunął od ściany. Zdjął surdut i upuścił go na

różowy dywan.

Co robisz?

Rozbieram się.

Wskazałam kciukiem sypialnię.

Rozbierzesz się tam.

Zaczął rozpinać guziki koszuli.

— Do drugiego pokoju, ale już — rzuciłam.

Wyjął białą koszulę ze spodni i podchodząc do mnie, rozpiął ostatnie guziki. Skóra na jego brzuchu i klatce

piersiowej była barwniejsza niż koszula. Był posilony, po części moją krwią, i wyglądał bardziej ludzko. Zaschnięte

plamy krwi na koszuli psuły bladą doskonałość jego ciała.

Spodziewałam się, że spróbuje mnie pocałować czy coś w tym rodzaju, ale on przeszedł obok mnie. Tył koszuli był

brązowy od zakrzepłej krwi. Odlepił ją od skóry z odgłosem przypominającym darcie, Upuścił koszulę na dywan i

wszedł do sypialni.

Stałam tam, odprowadzając go wzrokiem. Na plecach miał białe blizny. A przynajmniej wydawało mi się, że to były

blizny. Przez tą krew trudno to było stwierdzić. Zostawił drzwi do sypialni otwarte i po chwili usłyszałam szum wody

napuszczanej do wanny. Usiadłam na krześle. Nie byłam pewna, co mogłabym zrobić innego. Woda płynęła długo,

potem nastała cisza, a jeszcze później rozległy się pluski. Wszedł do wanny. I nie zamknął drzwi do łazienki. Pięknie.

— Ma petite? — zawołał.

Siedziałam przez chwilę, nie chcąc ruszyć się z miejsca.

— Ma petite, wiem, że tam jesteś, słyszę twój oddech.

Podeszłam do drzwi sypialni, bardzo ostrożnie, aby nie zajrzeć do środka. Oparłam się plecami o ścianę i

skrzyżowałam ramiona.

— Czego chcesz?

Chyba nie ma już czystych ręczników.

I co mogę na to poradzić?

Mogłabyś zadzwonić po obsługę, aby przysłali tu kilka sztuk?

Chyba tak,

Dziękuję, ma petite.

Podeszłam wściekła do telefonu. Zanim jeszcze wszedł do wanny, wiedział, że nie było już czystych ręczników. Ja też

to wiedziałam, ale byłam zbyt zajęta wsłuchiwaniem się, jak pluskał się w wannie i kompletnie o tym zapomniałam.

Byłam zła, tak na niego, jak na siebie. Dręczyciel, psia jego mać. W jego obecności powinnam bardziej mieć się na

baczności. Znajdowałam się w pokoju hotelowym, który wyglądał jak apartament dla nowożeńców, a tuż za ścianą

pluskał się w wannie nagusieńki Jean-Claude. Po tym, co zobaczyłam z Jasonem, napięcie seksualne powinno

osłabnąć, ale tak się nie stało. Może to nawyk, a może Larry miał rację. Nie wierzyłam, że Jean-Claude to gnijący

truposz.

Zamówiłam czyste ręczniki.

Odpowiedziano mi, że ktoś je zaraz przyniesie. Żadnych pytań, żadnych pretensji o nieludzką porę. Im więcej płacisz

za pokój, tym bardziej się z tobą liczą.

Pokojówka przyniosła cztery duże, miękkie ręczniki. Patrzyłam na nią przez chwilę. Czułam się niepewnie. To ona

mogła przecież zanieść ręczniki Jean-Claude'owi.

— Proszę pani? — zwróciła się do mnie. Wzięłam od niej ręczniki, podziękowałam i zamknęłam drzwi. Nie

mogłam pozwolić, aby obca kobieta ujrzała w mojej wannie wampira. Nie byłam zresztą pewna, czy moje

zażenowanie wynikało z faktu, iż w grę wchodził wampir. Grzeczne dziewczynki nie dopuszczają, aby o czwartej nad

ranem w ich łazience kąpał się nagi mężczyzna. Widać nie byłam grzeczną dziewczynką.

Przystanęłam przy drzwiach sypialni. Wewnątrz było ciemno. Światło płynęło tyko z łazienki, tworząc ukośny żółty

pas na dywanie Przycisnęłam ręczniki do piersi, wzięłam głęboki oddech i weszłam do pokoju. Mogłam stąd

zobaczyć wannę, ale na szczęście nie całą. Jedynie jej białą krawędź i górę piany. Na widok tej piany trochę się

rozluźniłam. Piana potrafi skryć niejeden grzech.

Stanęłam przy drzwiach łazienki.

Jean-Cłaude oparł się plecami o ściankę wanny. Czarne włosy miał mokre, najwyraźniej właśnie je umył. Grube strąki

przykleiły się do jego nagich ramion. Jedną rękę oparł na krawędzi wanny, drugą na czarnych kafelkach na ścianie.

Jedna blada dłoń zawisła w powietrzu, jakby po coś sięgała, ale była całkiem wiotka. Oczy miał zamknięte, czarne

półksiężyce powyżej bladych policzków. Krople wody zdobiły jego twarz i te fragmenty ciała, które zdołałam

dostrzec. Wyglądał, jakby spał.

Z piany wyłoniło się jego kolano, mokre i zdumiewająco białe. Odwrócił głowę i otworzył oczy. Jego granatowe oczy

pociemniały chyba jeszcze bardziej. Może to ta woda. W gruncie rzeczy jego włosy też wydawały się czarniejsze niż

zazwyczaj.

Wzięłam szybki, płytki oddech i powiedziałam:

— Przyniosłam ręczniki.

— Czy możesz położyć je tutaj? — Skinął luźno przewieszoną przez wannę ręką.

„Tutaj" oznaczało opuszczoną klapę sedesu, skąd bez trudu mógłby ich dosięgnąć, leżąc w wannie.

Położę je na umywalce.

Zaleję całą podłogę, zanim do nich dotrę — powiedział. Głos miał neutralny, żadnych wampirzych sztuczek,

kompletnie beznamiętny.

Miał rację, to było głupie z mojej strony. Nie zamierzał rzucić się na mnie i wziąć mnie siłą. Gdyby miał taki plan,

zrobiłby to już dawno temu.

Położyłam ręczniki na sedesie, odwracając wzrok od wanny.

— Zapewne masz wiele pytań co do dzisiejszej nocy — powiedział.

Spojrzałam na niego. Woda na jego torsie lśniła jak żywe srebro. Piana oblepiała jego klatkę piersiową, przesłaniała

jeden sutek. Miałam nieodparta chęć, aby go odsłonić. Cofnęłam się aż pod ścianę.

Udzielanie odpowiedzi to nie w twoim stylu — zauważyłam.

Dziś pragnę okazać swą hojność — odparł sennym głosem.

— Czy byłbyś równie skłonny do udzielenia mi odpowiedzi, nie siedząc nago w wannie?

Uśmiechnął się w typowy dla siebie sposób.

Być może nie, ale skoro mam zaspokoić twą nienasyconą ciekawość, czy tak nie jest zabawniej?

Zabawniej dla kogo?

Dla nas obojga, o ile tylko byłabyś skłonna się do tego przyznać.

Uśmiechnęłam się wbrew sobie. Nie chciałam, by oglądanie go mokrego i w pianie sprawiało mi przyjemność.

Chciałam się go bać i faktycznie tak było, ale poza tym pragnęłam go. Chciałam wodzić dłońmi po jego mokrym

ciele, dotykać tego, co skrywała piana. Nie chciałam się kochać. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym to z nim

zrobić, ale chciałam posunąć się o krok dalej. Nienawidziłam tego. Był trupem, to co dziś zobaczyłam, tylko mnie w

tym przekonaniu utwierdziło.

Wyglądasz na zmartwioną, ma petite. Dlaczego?

Pytałam cię, czy te dwie, gnijące wampirzyce to była iluzja, odpowiedziałeś, że nie. Spytałam, czy twoja postać jest

prawdziwa i powiedziałeś, że tak. Stwierdziłeś, że obie postaci są prawdziwe.

Zgadza się — odparł.

Czy jesteś gnijącym trupem?

Osunął się niżej w pełnej piany wannie, włożył ręce do wody i teraz ponad powierzchnię wystawała tylko jego głowa.

To nie jest jedna z moich postaci.

To nie jest odpowiedź.

Wysunął z wody bladą ociekającą pianą rękę.

Istnieją różne wampirze zdolności, ma petite, przecież wiesz.

Co to ma z tym wspólnego?

Uniósł drugą rękę i zaczął bawić się pianą, przekładając ją z jednej dłoni na drugą.

— Janos i jego dwie towarzyszki należą do innego gatunku wampirów aniżeli ja. Są inni niż większość spośród

nas. Rzadsi. Jeśli kiedykolwiek ujrzysz mnie jako gnijące zwłoki, będzie to oznaczało, że umarłem ostateczną

śmiercią. Tamte wampiry mogą rozkładać się i na powrót scalać, co czyni je trudniejszymi do zgładzenia. Jedynym

pewnym sposobem na uśmiercenie ich jest ogień.

— Jesteś wyjątkowo skłonny do udzielania informacji. Zdumiewasz mnie.

Włożył ręce do wody, zmywając pianę. Wyprostował się nieznacznie, piana przylepiła się do jego ciała.

Może obawiam się, że pomyślisz, iż to, co stało się z Jasonem, stanie się również z nami.

Tego się nie dowiemy — ucięłam.

Nie bądź tego taka pewna — odparł. — W powietrzu czuć twoje pożądanie, a mimo to naprawdę wierzysz, że nigdy

nie będziemy się kochać. Jak to możliwe, że pragniesz mnie niemal tak mocno jak ja ciebie, a mimo to jesteś

przekonana, że nigdy do niczego między nami nie dojdzie?

Chyba nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Osunęłam się po ścianie i usiadłam, podciągając kolana do piersi.

Rozległo się stuknięcie, kiedy kieszeń z pistoletem uderzyła o ścianę. Poprawiłam szlafrok i powiedziałam:

Po prostu wiem, że nic z tego nie będzie, Jean-Claude. Nigdy. Tak po prostu. Nie mogę i już. — Jakaś cząstka mnie

pożałowała tych słów, ale to była tylko cząstka.

Dlaczego, ma petite?

W seksie chodzi o zaufanie. Musiałabym zaufać komuś bezgranicznie, aby móc się z nim kochać. A tobie nie ufam.

Spojrzał na mnie bardzo, ale to bardzo niebieskimi oczami, które wydawały się szczere i wilgotne.

Naprawdę tak myślisz i nie chcesz tego? Pokiwałam głową.

Naprawdę.

Nie rozumiem cię, ma petite. Staram się, ale w dalszym ciągu nie rozumiem.

Ty również jesteś dla mnie zagadką, o ile to może stanowić dla ciebie jakieś pocieszenie.

Bynajmniej. Gdybyś była kobietą o typowych pragnieniach, już dawno wylądowalibyśmy razem w łóżku. —

Westchnął i wyprostował się jeszcze bardziej; piana zakrywała go teraz nieco powyżej talii.

Naturalnie gdybyś była taką kobietą, zapewne nie zakochałbym się w tobie.

Pociąga cię wyzwanie, trudności — podsunęłam.

Fakt, ale w twoim przypadku chodzi o coś więcej, gdybyś tylko zechciała mi uwierzyć. — Wychylił się do przodu,

podciągnął kolana do piersi i rozluźnił ramiona. Białe blizny sięgały od jego barków, w dół pleców, znikając zakryte

przez pianę. Nie było ich wiele, ale rzucały się w oczy.

Skąd masz te blizny na plecach? O ile nie jest to dzieło relikwii, powinny się były zagoić. Mógłbyś sprawić, że

znikną.

Oparł się policzkiem o kolano, aby móc na mnie spojrzeć. Nagle wydał mi się młodszy, bardziej ludzki i bezbronny.

Nie, jeżeli tych obrażeń doznałem przed śmiercią.

Kto cię wychłostał?

Byłem chłopcem do bicia dla syna pewnego arystokraty.

Spojrzałam na niego.

Mówisz prawdę, tak?

Tak.

Czy to dlatego Janos wybrał dzisiaj chłostę, aby przypomnieć ci o twych korzeniach?

Tak.

Nie wywodzisz się z arystokracji?

Urodziłem się w chłopskiej chacie, ma petit.

Spojrzałam na niego.

No tak, jasne. Uniósł głowę.

— Gdybym zamierzał zmyślać, ma petite, wybrałbym coś znacznie bardziej romantycznego i

rozrywkowego aniżeli żywot francuskiego wieśniaka.

— Byłeś w służbie na zamku?

— Byłem nieodłącznym towarzyszem jedynego syna jaśnie wielmożnego pana. Kiedy dla niego szyto ubrania, ja

również je otrzymywałem. Jego nauczyciel był także moim. Podobnie z instruktorem jazdy konnej. Nauczyłem się

szermierki, tańca i właściwego zachowania przy stole. A kiedy on zasłużył na karę, to ja zbierałem cięgi, ponieważ on

był ich jedynym dzieckiem, jedynym dziedzicem i potomkiem starego rodu. Ludzie mówią teraz o przemocy wobec

dzieci. — Znów zanurzył się w ciepłej wodzie, otaczając się pianą.

— Skarżą się, że dzieciom daje się klapsy. Nie mają pojęcia, czym jest prawdziwa przemoc wobec dzieci. Kiedy

byłem chłopcem, rodzice bez wahania chwytali za bat, by skarcić krnąbrną pociechę i chłosta do krwi była na

porządku dziennym. Nawet arystokraci bili swoje latorośle. To było normalne.

On jednak był ich jedynym dzieckiem, dziedzicem spadkobiercą. Dlatego też zapłacili moim rodzicom i przyjęli mnie

do siebie. Wielmożna pani wybrała mnie z uwagi na moją piękną buzię. Kiedy odnalazła mnie wampirzyca, która

mnie przeistoczyła, powiedziała, że przyciągnęło mnie do niej moje piękno.

— Chwileczkę...

Odwrócił głowę, spoglądając na mnie swymi ciemnoniebieskimi oczyma. Trudno było nie odwrócić wzroku, ale jakoś

wytrzymałam.

To piękne ciało i oblicze to jedynie wampirza iluzja, zgadza się? Nikt przecież nie może być aż tak piękny.

Mówiłem ci kiedyś, że to nie moja moc sprawia, że postrzegasz mnie właśnie takim, a w każdym razie nie przez cały

czas.

Serephina stwierdziła, że byłeś maskotką dla innych wampirów. Co chciała przez to powiedzieć?

Wampiry zabijają dla pożywienia, ale przemieniają innych z różnych powodów. Dla pieniędzy, bogactwa, także

tytułów, z miłości, mnie natomiast przeistoczono z namiętności. Gdy byłem młody i słaby, wampiry przekazywały

mnie sobie z rąk do rąk. Kiedy jeden się mną znudził, na jego miejsce zaraz pojawiał się następny.

Patrzyłam na niego przerażona.

Masz rację. Gdybyś chciał zmyślić swoją historię, na pewno wykombinowałbyś coś innego.

Prawda często rozczarowane albo okazuje się szpetna, nie uważasz, ma petite?

Skinęłam głową.

— Tak. Serephina była stara. Sądziłam, że wampiry się nie starzeją.

Wyglądamy na tyle lat, ile mieliśmy w chwili swojej śmierci.

Czy poznałeś Serephinę, kiedy byłeś młody?

Tak.

Sypiałeś z nią?

Tak.

Jak mogłeś pozwolić, aby cię dotykała?

Otrzymała mnie w charakterze prezentu od mistrza, w porównaniu z którym nawet jej nowe i usprawnione moce

wydają się mało znaczące. Nie miałem większego wyboru. — Spojrzał na mnie. — Ona wie, czego chcesz. Zna twoje

największe pragnienia, najskrytsze marzenia i może sprawić, że się spełnią a przynajmniej tak będzie ci się wydawało.

Co ci zaoferowała, ma petite? Co mogła ci zaproponować, że nieomal tobą owładnęła?

Odwróciłam wzrok, nie chciałam spojrzeć mu w oczy.

Co zaoferowała tobie wiele lat temu?

Moc.

Uniosłam wzrok.

Moc?

Skinął głową.

Tyle mocy, abym mógł uciec im wszystkim.

— Ale przecież od samego początku musiałeś mieć w sobie predyspozycje, aby stać się mistrzem wampirów.

Nikt nie może tego dać — powiedziałam.

Uśmiechnął się ze smutkiem.

— Teraz już to wiem, ale wtedy sądziłem, że tylko ona jest w stanie uchronić mnie przed wiecznością jako...

Nie dokończył - Zanurzył się w wodzie, czarne mokre włosy rozpłynęły się po powierzchni. Po chwili usiadł, głośno

nabierając powietrza i zamrugał, by pozbyć się wody z oczu.

Dostrzegłam krople wody zwieszające się z jego długich, ciemnych rzęs. Przeczesał dłońmi włosy i odgarnął je do

tyłu.

— Nie miałeś tak długich włosów, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy.

Zdaje się, że wolisz mężczyzn z długimi włosami.

Skoro jesteś martwy, jak to możliwe, że rosną ci włosy?

Sama odpowiedz sobie na to pytanie — odparł. Znów przeczesał włosy dłońmi i wyżął wodę z końcówek. Sięgnął po

ręcznik.

Podniosłam się.

Pójdę już, abyś mógł się ubrać.

Czy Jason i Larry wrócili? — zapytał.

Nie.

— Wobec tego nie będę się ubierał. — Wstał i przyciągnął do siebie ręcznik. Przez mgnienie oka widziałam jego

blade, ociekające wodą, nagie ciało. Ręcznik zasłonił co trzeba w samą porę. Uciekłam.

Rozdział 30

Skuliłam się na krześle stojącym najdalej od sypialni. A jednak patrzyłam w stronę drzwi. Cholera. Chciałam wybiec z

pokoju, ale dlaczego? Nie chodzi o to, że nie ufałam Jean-Claude'owi, lecz samej sobie. Niech to szlag.

Dotknęłam pistoletu w kieszeni szlafroka. Był twardy, gładki i kojący, ale teraz nie mógł mi w niczym pomóc.

Wiedziałam co nieco o przemocy; seks sprawiał mi znacznie więcej problemów. Szczerze mówiąc, nie chciałam się z

nim przespać, ale jakaś cząstka mnie miała nadzieję ujrzeć choć przez chwilę większy lub mniejszy fragment jego

nagiego ciała. Na przykład uda albo... Zasłoniłam oczy dłonią ale to nie zdołało powstrzymać nawiedzających mnie

obrazów. Widziałam je oczyma duszy.

— Ma petitel — Jego głos dobiegał z bliska, raczej nie z łazienki.

Nie chciałam patrzeć, aby, jak mawiała babcia Blake, nie odjęło mi wzroku. Poczułam, że stanął przede mną.

Poczułam ruch powietrza. Opuściłam powoli dłonie.

Klęczał przede mną owinięty w pasie jednym z grubych, białych ręczników.

Złożyłam dłonie na podołku. Na jego skórze wciąż perliły się kropelki wody. Uczesał włosy, ale były nadal wilgotne,

zaczesane do tyłu, przez co jego oblicze wydawało się prostsze, zwyklejsze niż zazwyczaj. Oczy, choć ciemne, nie

wyglądały tak posępnie bez tła czarnych włosów.

Oparł dłonie na podłokietnikach krzesła i podniósł się. Jego usta musnęły moje w delikatnym, niemal skromnym

pocałunku. Odsunął się ode mnie i puścił podłokietniki. Serce podeszło mi do gardła, bynajmniej nie ze strachu.

Jean-Claude dotknął moich rąk i uniósł je w górę. Oparł moje dłonie na swoich nagich ramionach. Skórę miał ciepłą

gładką, wilgotną. Delikatnie, bardzo delikatnie trzymał mnie za nadgarstki. Mogłabym wyrwać mu się w każdej chwili.

Przesunął moimi dłońmi po swoim śliskim ciele.

Uwolniłam ręce. Nic nie powiedział, nic nie zrobił. Klęczał, patrząc na mnie. Czekał. Widziałam jego galopujący puls

pod skórą na szyi, aż chciałam dotknąć go w tym miejscu. Przesunął moje dłonie po swoich ramionach i nachylił moją

twarz ku swojej. Chciał, abym go pocałowała, ale powiodłam dłonią po jego policzku i zmusiłam, aby odwrócił głowę.

Przytknęłam usta do jego szyi i musnęłam wargami jego skórę, aż poczułam pod językiem kołatanie pulsu. Smakował

perfumowanym mydłem, wodą i czystą skórą.

Zsunęłam się z krzesła na podłogę i uklękłam przed nim. Był teraz ode mnie wyższy, ale niewiele. Zlizałam kropelki

wody z jego torsu i zrobiłam coś, o czym marzyłam już od dawna. Przesunęłam językiem po jego sutku i poczułam

dreszcz, jaki przeszył całe jego ciało.

Wciąż zlizywałam wilgoć z jego klatki piersiowej i oplotłam go ramionami w pasie, zaciskając palce na wilgotnej skórze

pleców.

Pociągnął pasek mojego szlafroka, a ja nie zaprotestowałam. Pozwoliłam, by wsunął dłonie pod materiał i objął mnie w

talii, choć jego i moje ciało dzieliła tylko cienka tkanina mojego podkoszulka. Gładził mnie po bokach, muskał kciukami

moje żebra. Pistolet obciążał kieszeń rozchełstanego szlafroka. To było denerwujące.

Uniosłam głowę, aby na niego spojrzeć. Poczułam jego dłonie na plecach, a potem przycisnął mnie do swego wciąż

jeszcze mokrego ciała. Ręcznik był niebezpiecznie poluzowany.

Jego wargi musnęły moje, a potem pocałunek stał się czymś więcej. Brutalne, niemal bolesne połączenie splecionych

ciał. Moje dłonie zsuwały się coraz niżej, poszukując brzegów zsuwającego się ręcznika, lecz ten już się rozwiązał.

Napotkałam dłonią jego gładkie pośladki. Tylko nasze połączone ciała utrzymywały ręcznik na miejscu.

Wgryzał się w moje usta i poczułam coś ostrego, bolesnego. Cofnęłam się energicznie, w ustach miałam smak krwi.

Jean-Claude puścił mnie. Przykucnął, poprawiając ręcznik.

— Przepraszam, ma petite. Trochę mnie poniosło.

Dotknęłam dłonią ust i zobaczyłam na palcach krew.

— Ugryzłeś mnie. Skinął głową.

— Bardzo mi przykro. Naprawdę.

— Mam nadzieję.

— Nie zwalaj wszystkiego na mnie, ma petite. Musisz w końcu przyznać przed samą sobą i przede mną, że

poczułaś coś do mnie. Pociągam cię.

Usiadłam na podłodze, przy krześle, w rozchełstanym szlafroku. Mój podkoszulek był wysoko podwinięty. Chyba było

już za późno, aby zgrywać niewiniątko.

W porządku, pociągasz mnie. Zadowolony?

Prawie — odparł i dostrzegłam coś w jego oczach. Coś mrocznego, bezdennego i starszego, niż mogłam się

spodziewać.

Mogę zaoferować ci moje śmiertelne ciało i dużo więcej, ma petite. Więzi, która mogłaby nas połączyć, nie byłby w

stanie zapewnić ci żaden ludzki kochanek.

Czy za każdym razem miałabym tracić trochę krwi?

— To był wypadek — odparł.

Spojrzałam na niego, bladego i wilgotnego, klęczącego na podłodze w białym ręczniku, a poza tym całkiem nagiego.

— Po raz pierwszy zdradzam Richarda — stwierdziłam.

— Spotykamy się od wielu tygodni — zauważył. Pokręciłam głową.

Ale dotąd go nie zdradziłam. Aż do teraz. Bo to jest zdrada.

A zdradzałaś mnie z Richardem?

Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć.

Ubieraj się.

Naprawdę chcesz, abym się ubrał?— zapylał, Odwróciłam wzrok. Byłam zażenowana i skrępowana.

— Tak. Proszę.

Wstał, przytrzymując ręcznik dłońmi. Wlepiłam wzrok w podłogę, abym nie musiała oglądać jego uśmiechniętej twarzy.

Odstąpił ode mnie i nawet nie zadał sobie trudu, aby owinąć się dobrze ręcznikiem. Mięśnie pod jego skórą, od łydek

do pasa, poruszały się miarowo. Wszedł nagi do sypialni, a ja cieszyłam oczy tym widokiem.

Dotknęłam palcem języka. Wciąż krwawił. Tak to jest, gdy całujesz się po francusku z wampirem. Zdenerwowałam się

na samą myśl o tym.

Ma petite'? — Dobiegło z sąsiedniego pokoju.

Tak.

Masz suszarkę?

W walizce. Weź sobie.

Na szczęście zostawiłam walizkę w sypialni. Punkt dla lenistwa. W ten sposób uniknęłam ponownego oglądania jego

nagiego ciała. Gdy hormony przestały buzować, zażenowanie wzięło górę. Usłyszałam, jak włączył suszarkę i

zastanawiałam się, czy susząc włosy, stał przed lustrem nagi. Wystarczyłoby, abym podeszła do drzwi i poznałabym

odpowiedź na to pytanie.

Wstałam, poprawiłam podkoszulek, przewiązałam szlafrok w pasie i usiadłam na kanapie. Siedziałam zwrócona

plecami do sypialni. Nie zamierzałam niczego sprawdzać ani oglądać. Wyjęłam z kieszeni firestara i położyłam na

stoliku przed sobą. Pistolet wydawał się bardzo materialny, bardzo czarny i dość dwuznaczny.

Suszarka ucichła i znów go usłyszałam.

Ma petite'',

Co?

Przyjdź ze mną porozmawiać, póki słońce jeszcze nie wzeszło.

Spojrzałam przez okno, które otworzył. Niebo nie było już tak czarne, ale i niejasne, ciemność rozpraszała się powoli.

Zaciągnęłam zasłony i weszłam do sypialni. Zostawiłam pistolet na stoliku. Bądź co bądź miałam w sypialni browninga.

Jean-Claude starannie złożył narzutę i koc w nogach łóżka. Teraz przykrywało go tylko prześcieradło barwy burgunda.

Leżał nieruchomo, a jego ciemne loki rozsypały się miękko na poduszce. Otulił się lekko prześcieradłem.

— Możesz się przy mnie położyć, jeśli chcesz. Oparłam się o ścianę i pokręciłam głową.

Nie proponuję ci seksu, ma petite, do świtu pozostało zbyt mało czasu. Proponuję ci natomiast połowę łóżka.

Prześpię się na kanapie. Mimo wszystko dziękuję.

Uśmiechnął się, jego usta wykrzywiły się znacząco, znów dawała o sobie znać jego arogancja. W sumie miło wiedzieć,

że pewne rzeczy się nie zmieniają.

— Nie chodzi o to, że mi nie wierzysz. Nie ufasz samej sobie.

Wzruszyłam ramionami.

Przykrył się po samą szyję.

- Nadchodzi. — W jego głosie usłyszałam strach.

— Co nadchodzi?

— Wschód słońca.

Spojrzałam na zaciągnięte szczelnie zasłony w oknach. Były podwójne, ale i tak na ich obrzeżach dostrzegłam szare

smugi światła.

Wytrzymasz bez swojej trumny?

O ile ktoś nie rozsunie zasłon. — Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę. — Kocham cię, ma petite, najbardziej jak

potrafię.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Stwierdzenie, że go pożądam, byłoby nie na miejscu. A gdybym stwierdziła, że go

kocham, skłamałabym.

Światło przybierało na sile, krawędzie zasłon zbielały. Ciało na łóżku skuliło się. Przewrócił się na bok, wyciągając

jedną rękę w bok, a drugą przytrzymując prześcieradło przy piersi. Patrzył na nabierający mocy blask, a ja czułam, jak

narasta w nim strach.

Uklękłam przy łóżku. Nieomal ujęłam go za rękę, ale ostatecznie tego nie zrobiłam.

Co się teraz stanie?

Chcesz poznać prawdę, to patrz. — Spodziewałam się, że zatrzepocze powiekami, a jego głos będzie coraz bardziej

bełkotliwy, jakby zasypiał. Ale stało się inaczej. Zamknął oczy w jednej chwili, gwałtownie. Na jego twarzy pojawił się

grymas bólu.

To boli — wyszeptał. Jego oblicze zwiotczało. Widziałam, jak umierają ludzie, jak światło w ich oczach gaśnie. Jak z ich

ciał uchodzi dusza. Czułam odchodzenie dusz. I to właśnie ujrzałam. On umarł.

Blask napierał na zasłony, a gdy słońce wzeszło zupełnie, skonał. Z jego ust wypłynęło ostatnie rzężące tchnienie.

Uklękłam przy łóżku i spojrzałam na niego. Potrafiłam rozpoznać trupa na pierwszy rzut oka. I tym razem także nie

miałam żadnych wątpliwości. Cholera.

Złożyłam przedramiona na łóżku i oparłam na nich podbródek. Obserwowałam go, czekałam, że nabierze tchu, drgnie

czy się jakoś poruszy. Bezskutecznie. Wyciągnęłam rękę, by dotknąć jego dłoni. Moje palce zawisły w wahaniu, ale po

chwili mimo wszystko go dotknęłam. Skóra wciąż była ciepła, ludzka, lecz on się nie poruszył. Ścisnęłam go za

nadgarstek, aby wyczuć puls. Nic. W tym ciele krew już nie krążyła.

Czy wiedział, że tu jestem? Czy czuł, że go dotykam? Patrzyłam na niego przez, jak sądziłam, bardzo długą chwilę. A

więc tak to jest. Wampiry były trupami. Były martwe. Cokolwiek je ożywiało, było jak moja własna moc, pewna odmiana

nekromancji. Tyle tylko, że ja potrafiłam rozpoznawać nieboszczyków. Wystarczył mi jeden rzut oka. To nadawało

całkiem nowego znaczenia pojęciu nekrofilia.

Czy tylko mi się zdawało, czy poczułam muśnięcie duszy opuszczającej jego ciało? Wszak z całą pewnością wampiry

nie miały duszy, na tym polegała zasadnicza różnica — poczułam jednak, że coś uszło z tego ciała. A skoro nie dusza,

to co? Jeżeli to jednak dusza, to gdzie przebywa ona za dnia? Kto czuwa nad duszami wszystkich wampirów, gdy te

pogrążone są w dziennym śnie?

Rozległo się pukanie do drzwi, to zapewne chłopaki, Wstałam, otulając się szczelniej połami szlafroka Nie wiedzieć

czemu byłam zziębnięta. Podeszłam do drzwi, aby otworzyć. Skaleczenie na języku prawie przestało już krwawić.

Rozdział 31

Śniłam. W tym śnie ktoś trzymał mnie na kolanach. Gładkie, ciemne ramiona oplatały mnie w pasie. Uniosłam wzrok i

ujrzałam uśmiechniętą twarz matki. Była najpiękniejszą kobietą na świecie. Wtuliłam się w nią i poczułam zapach jej

czystej skóry. Zawsze pachniała płynem do kąpieli. Pochyliła się i pocałowała mnie w usta. Zapomniałam, jak smakuje

jej szminka i jak pocierała kciukiem moje wargi, na których pozostawiła ślady pomadki.

Na jej kciuku pozostało coś jaśniejszego niż szminka. Z opuszka spłynęła kropla krwi. Skaleczyła się agrafką.

Krwawiła. Podsunęła kciuk w moją stronę i powiedziała:

— Pocałuj, Anito, żeby nie bolało.

Ale krwi było za dużo. Spływała po jej dłoni. Patrzyłam na jej uśmiechniętą twarz, a strużki krwi ściekały po niej jak

deszcz. Obudziłam się, siadając sztywno na welurowej kanapie i łapczywie chwytając powietrze. Wciąż czułam na

wargach smak jej szminki, a zapach płynu do kąpieli otulał mnie jak niewidzialny kokon.

Larry podniósł się z sąsiedniej kanapy i przetarł dłońmi oczy.

Co się stało? Zamawialiśmy budzenie?

Nie, coś mi się przyśniło. Jakiś koszmar. Pokiwał głową przeciągnął się i sposępniał.

Czujesz ten zapach? Spojrzałam na niego.

Jaki?

— Zapach perfum albo płynu do kąpieli, czujesz go?

Przełknęłam ślinę, serce podeszło mi do gardła

— Tak. Czuję.

Larry zwiesił nogi z kanapy.

— Co się z tobą dzieje?

Podeszłam do okna i rozsunęłam zasłony. Drzwi sypialni były zamknięte, a Jean-Claude znajdował się wewnątrz,

całkowicie bezpieczny. Spał tam także Jason. Stanęłam w promieniach słońca, pozwalając, by mnie trochę ogrzały.

Oparłam się o ciepłą szybę i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że nie mam na sobie nic prócz przydużego

podkoszulka i majtek. A zresztą. Stałam tak jeszcze przez chwilę, chłonąc promienie słońca i czekając, aż mój

szalejący rytm serca powróci do normy.

— Serephina przesłała mi sen. To zapach perfum mojej matki.

Larry stanął tuż przy mnie. Miał na sobie szorty i zielony podkoszulek. Jego kręcone rude włosy sterczały we wszystkie

strony. Zmrużył powieki, gdy stanął w świetle.

Sądziłem, że tylko wampir, którego coś z tobą łączy, może nawiedzać cię w snach.

Też tak myślałam.

Wobec tego jakim cudem ja czuję zapach perfum z twojego snu?

Pokręciłam głową i oparłam czoło o szybę.

Nie wiem.

Naznaczyła cię?

Nie wiem.

Ścisnął moje ramię.

Będzie dobrze.

Odstąpiłam od niego i zaczęłam chodzić po pokoju.

— Nie będzie, Larry. Serephina wdarła się w moje sny. Oprócz Jean-Claude'a nigdy nikomu to się nie udało.

Przerwałam, gdyż nie było to zgodne z prawdą. Dokonała tego Nikolaos. Ale stało się to po tym, jak mnie ugryzła.

Pokręciłam głową. Tak czy owak to był bardzo zły sen.

Co zamierzasz zrobić?

Zabiję ją.

To znaczy chcesz ją zamordować.

Gdyby Larry nie wpatrywał się we mnie z przejęciem, odparłabym: „Jasne, że tak". Trudno jednak planować

morderstwo, kiedy ktoś patrzy na ciebie tak, jakbyś kopnęła jego ulubionego szczeniaka.

Postaram się zdobyć nakaz — powiedziałam.

A jeśli ci się nie uda?

Sprawa jest prosta, Larry, ja albo ona. Wolę, aby padło na nią. Rozumiemy się?

Larry patrzył na mnie ze smutkiem.

To, co zrobiłem ubiegłej nocy, było morderstwem. Zdaję sobie z tego sprawę, ale nie zamierzałem nikogo zabijać.

Jeśli pozostaniesz w tym fachu dłużej, to raczej nieuniknione.

Pokręcił głową.

Nie wierzę.

Możesz w to wierzyć albo nie, ale taka jest prawda. Te istoty są zbyt niebezpieczne, aby można było pogrywać z nimi

uczciwie.

Jeżeli naprawdę w to wierzysz, dlaczego wciąż spotykasz się z Jean-Claude'em? Jak możesz pozwalać, aby cię

dotykał?

Pokręciłam głową.

Nie twierdzę, że jestem konsekwentna.

Nie potrafisz się z tego wybronić, prawda?

Co masz konkretnie na myśli? Zabicie Seraphiny czy moje randki z Jean-Claude'em?

Obie te sprawy. Do licha, Anito, jeżeli stoisz po stronie dobra, nie możesz postępować jak ci źli.

Zabrakło mi argumentów. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć.

Stoję po stronie dobra, Larry. Ale nie zamierzam zgrywać męczennicy. Jeśli będę zmuszona złamać prawo, nie

zawaham się.

Naprawdę zamierzasz zdobyć nakaz? — Zadał to pytanie beznamiętnym tonem. Ale nagle wydał mi się dużo starszy. I

pełen powagi, nawet pomimo zabawnie zmierzwionej czupryny.

Patrzyłam, jak Larry dorasta na moich oczach. Nie tyle postarzał się fizycznie, co raczej nabrał sporo doświadczenia.

Wyraz jego oczu był głębszy i dojrzalszy niż przed paroma miesiącami. Za dużo widział i zbyt wiele rzeczy zrobił.

Wciąż starał się być sir Galahadem, ale tamten miał Boga po swojej stronie. A Larry miał tylko mnie. To za mało.

— Mogłabym zdobyć nakaz tylko w jeden sposób — kłamiąc — stwierdziłam.

— Wiem — odparł. Spojrzałam na niego.

— Jak dotąd Serephina nie złamała prawa. I co do tego na pewno nie skłamię. Uśmiechnął się.

— To dobrze. O której mamy się spotkać z Dorcas Bouvier?

— O trzeciej.

Wymyśliłaś już, jaką można by złożyć ofiarę, aby ożywić te wszystkie zombi dla Stirlinga? — zapytał.

Nie.

Spojrzał na mnie.

— Co zamierzasz powiedzieć Stirlingowi? Pokręciłam głową.

Jeszcze nie wiem. Ciekawi mnie tylko, dlaczego tak bardzo zawziął się na Bouviera.

Bo chce mieć ziemię — odparł Larry.

Stirling i spółka mówili nie tylko o Magnusie, ale o całej rodzinie Bouvierów. To znaczy, że nie tylko on ich pozywa. W

tej sytuacji zabicie Magnusa nie rozwiąże ich problemów.

Wobec tego po co mieliby to robić? — zapytał Larry.

— Otóż to — odparłam. Larry pokiwał głową.

Musimy znów pomówić z Magnusem.

Najlepiej bez udziału Serephiny — dodałam.

Amen — przytaknął Larry.

Chciałabym pomówić z Magnusem, ale zanim znów stawimy czoło panu Bouvierowi, powinniśmy zaopatrzyć się w

maść fairie.

Że co?

Nie miałeś zajęć na temat fairie?

Były dobrowolne — przyznał.

Maść fairie czyni cię odpornym na działanie uroków. Na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że sekrety Magnusa są

paskudniejsze niż Serephina.

Nie może być nic gorszego.

To fakt, ale na wszelki wypadek się zabezpieczymy, aby nie mógł nas zauroczyć. W sumie to może nam tylko pomóc

podczas spotkania z Dorrie. Ona nie jest może tak groźna jak Magnus, ale ma dar lśnienia, a ja wolałabym tego nie

doświadczyć.

— Sądzisz, że Serephina odnajdzie Jeffa Quinlana?

— Jeżeli ktokolwiek może tego dokonać, to właśnie ona. Wydawała się przekonana, że poradziłaby sobie z

Xavierem, ale Jean-Claude również sądził wczoraj, że byłby jej w stanie sprostać. A jednak się pomylił.

Zmarszczył brwi.

— A więc damy szansę Serephinie? Zabrzmiało to niezbyt przekonująco, ale pokiwałam głową.

Jeżeli miałabym wybierać między wampirzycą przestrzegającą większości praw a krwiopijcą mordującym dzieci,

opowiedziałabym się po jej stronie.

Jeszcze niedawno groziłaś, że ją zabijesz.

Jestem gotowa z tym zaczekać, dopóki nie ocali Jeffa i nie zabije Xaviera.

— Czemu miałaby go zabić? — spytał Larry.

— On morduje ludzi na jej terytorium. Niezależnie od tego, co ona mówi, to jawne wyzwanie, pod ważenie jej

autorytetu. Poza tym wątpię, aby Xavier zechciał oddać Jeffa bez walki.

— Jak sądzisz, co się z nim stało wczorajszej nocy? - zapytał Larry.

Pokręciłam głową.

Lepiej o tym nie myśleć, Larry. Robimy co w naszej mocy.

Moglibyśmy powiedzieć o Serephinie FBI.

Wiem jedno, mistrzowie wampirów nie rozmawiają z glinami. Stróże prawa zbyt długo uśmiercali krwiopijców przy

pierwszej lepszej okazji, a w każdym razie usilnie próbowali.

No dobrze — mruknął — ale tak czy owak będziemy musieli wymyślić dostatecznie dużą ofiarę, aby dziś w nocy ożywić

całe to stare cmentarzysko.

Zastanowię się nad tym — obiecałam.

Naprawdę nie wiesz, co z tym zrobić? — Wydawał się zaskoczony.

Pomijając ofiarę z człowieka, wątpię, abym była w stanie ożywić kilkunastu nieboszczyków liczących sobie po trzysta

lat. Nawet ja nie jestem wszechpotężna.

Uśmiechnął się.

Miło słyszeć, że się do tego przyznajesz.

Ja również się uśmiechnęłam.

Niech to będzie nasza mała tajemnica.

Wyciągnął rękę, a ja przybiłam mu piątkę. On odpowiedział tym samym i od razu poczułam się lepiej. Larry umiał

nakłonić mnie do uśmiechu. Tak to już bywa z przyjaciółmi.

Rozdział 32

Dorcas Bouvier stała na parkingu oparta o samochód. Jej włosy lśniły w słońcu, falując w rytmie jej ruchów jak ciężka

woda. W dżinsach i zielonym topie wyglądała doskonale.

Larry starał się nie patrzeć na nią, ale było to trudne. Miał na sobie niebieski podkoszulek, białe najki i przydużą

flanelową koszulę w kratę, pod którą skrywał kaburę podramienną.

Ja byłam w dżinsach, niebieskiej koszulce polo, czarnych najkach i czarnej koszuli. Musiałam pożyczyć ją od Larry'ego,

bo mój czarny żakiet był cały ubabrany w wampirzym świństwie. Musiałam ukryć pod czymś browninga. Ludzie

denerwują się na widok broni. Larry i ja wyglądaliśmy, jakbyśmy wzięli ciuchy z tej samej szafy.

Dorrie odstąpiła od auta.

Idziemy?

Chcielibyśmy pomówić z Magnusem.

Aby go wydać glinom? Pokręciłam głową.

— Aby dowiedzieć się, dlaczego Stirling tak bardzo pragnie go zabić.

— Nie wiem, gdzie on jest — odparła Dorcas.

Może było to widać na mojej twarzy, bo dodała natychmiast: — Nie wiem, gdzie on jest, ale nawet gdybym wiedziała,

nie powiedziałabym ci. Używanie magii wobec stróżów prawa oznacza wyrok śmierci. Nie wydam go.

— Nie jestem z policji.

Spojrzała na mnie mrużąc lekko powieki.

Przyszłaś rzucić okiem na Trupiogłowego czy wypytywać mnie o brata?

Skąd wiedziałaś, że powinnaś tu na nas zaczekać? — spytałam.

Wiedziałam, że przyjedziecie punktualnie. — Jej źrenice zwęziły się do rozmiarów łebka od szpilki.

Chodźmy — powiedziałam.

Poprowadziła nas na tyły restauracji. Za budynkiem zaczynał się las. Na skraju polany miała swój początek ścieżka.

Była bardzo wąska. Chociaż szliśmy gęsiego, gałęzie chłostały mnie po ramionach. Świeże, zielone liście ocierały się o

moje policzki jak aksamit. Ścieżka była miejscami tak wydeptana, że widać na niej było sterczące, gruzłowate korzenie,

ale z obu stron zaczynała już zarastać chwastami, jakby nie korzystano z niej tak często jak kiedyś.

Dorrie maszerowała nierówną ścieżką dziarskim, energicznym krokiem. Najwyraźniej znała tę trasę, ale w grę

wchodziło coś jeszcze. Gałęzie drzew, które zahaczały o moją koszulę, nie zaplatywały się w jej włosy. Korzenie, o

które ja się potykałam, nie spowalniały jej marszu.

W sklepie ze zdrową żywnością nabyliśmy maść. Krzewy, które usuwały się jej z drogi, a nam przeszkadzały, były

zatem prawdziwe. To nie była iluzja.

Między innymi dlatego miałam teraz w magazynku browninga zwykłe ołowiane kule. Musiałam kupić trochę naboi

specjalnie na tę okazję. Larry też miał pełny magazynek i po raz pierwszy żałowałam, że nie nabył jak dotąd drugiego

pistoletu. Wciąż miałam firestara z magazynkiem pełnym posrebrzanych naboi, gdyby jednak zaskoczyły nas wampiry,

Larry byłby w nie lada opałach. Teraz był jednak środek dnia, więc bardziej martwiłam się o fairie. W kieszeniach

koszuli mieliśmy też trochę soli. Wystarczy rzucić jej szczyptę na fairie lub zaczarowaną przezeń istotę. Sól niweczy

działanie czarów fairie. Na pewien czas.

Po ścieżce przetoczył się podmuch wiatru. W jednej chwili zerwała się nielicha wichura. Powietrze pachniało

świeżością i czystością. Miałeś nadzieję, że taki zapach roztaczał się u zarania dziejów — zapach świeżego chleba,

czystego prania, dziecięcych wspomnień o wiośnie. Zapewne jednak pachniało wtedy ozonem i bagienną stęchlizną.

Rzeczywistość zawsze pachnie gorzej niż marzenia.

Dorrie przystanęła i odwróciła się do nas.

Drzewa na ścieżce to tylko iluzja. Nie są prawdziwe.

Jakie drzewa? — spytał Larry. Zaklęłam w duchu. Dobrze byłoby zachować w tajemnicy, że dysponowaliśmy specjalną

maścią.

Dorrie cofnęła się do nas. Spojrzała mi w twarz z bardzo bliska i skrzywiła się, jakby ujrzała coś ohydnego.

Użyliście maści — rzuciła z niesmakiem.

Magnus dwukrotnie próbował nas omamić.

Nic dziwnego, że staramy się zachować podstawowe środki ostrożności — zauważyłam.

— Cóż, wobec tego nasze iluzje nie są już dla was postrzeganie.— Przyspieszyła kroku, zmuszając nas, byśmy zrobili to

samo, chcąc za nią nadążyć.

Ścieżka doprowadziła nas na niemal dokładnie okrągłą polanę. Pośrodku niej widniał nieduży kopiec z białym,

kamiennym celtyckim krzyżem otoczonym przez morze pięknych niebieskich kwiatów. Cała ziemia wokoło była

porośnięta dzwonkami. Były bardziej błękitne niż niebo, bujne i soczyste. Żaden kwiat nie mógł tak urosnąć bez

pomocy. Tak to już jest w Missouri, gdzie wody używa się racjonalnie. Kiedy jednak stanęłam wśród tego morza

kwiecia, otoczona drzewami, stwierdziłam, że ktoś się tu napracował, ale było warto.

Dorrie stała niemal po kostki w kwiatach. Patrzyła z rozdziawionymi ustami, a na jej twarzy malowało się przerażenie.

Magnus Bouvier klęczał wśród kwiatów na szczycie kopca, przy krzyżu. Jego usta byty błyszczące od świeżej krwi. Coś

poruszało się przed nim i wokół niego. Coś co było bardziej wyczuwalne niż widoczne. Jeśli to była iluzja, maść

powinna była z nią sobie poradzić. Spróbowałam spojrzeć na to kątem oka. Niekiedy w przypadku gdy ma się do

czynienia z magią, spoglądanie pod kątem bywa efektywniejsze niż patrzenie wprost.

Dostrzegłam falowanie powietrza układającego się w coś, co wyglądało jak postać. Była większa od człowieka.

Magnus odwrócił się i zobaczył nas. Podniósł się raptownie i falujące powietrze znikło, jakby go w ogóle niebyło. Otarł

usta rękawem.

— Dorrie... — Głos miał łagodny i zduszony.

Dorrie wdrapała się na szczyt pagórka.

Bluźnierca! — krzyknęła i uderzyła go w twarz. Wilgotne plaśnięcie słychać było na całej polanie.

Auć! — Larry skrzywił się. — Czemu ona tak się wścieka?

Spoliczkowała go jeszcze raz, tak mocno, że aż usiadł pośród morza kwiatów.

Jak mogłeś? Jak mogłeś zrobić coś tak plugawego?

Co on takiego zrobił? — zapytał Larry.

Pożywiał się Królem Trupiogłowym, jak jego przodek.

Dorrie odwróciła się do mnie. Wyglądała na przerażoną i wstrząśniętą, jakby właśnie przyłapała swego brata na

molestowaniu dzieci.

— Nie wolno ci było tego robić — zwróciła się do Magnusa. — Przecież doskonale o tym wiedziałeś!

— Pragnąłem mocy, Dorrie. Czy to coś złego? Przecież nic się nie stało.

— Nic się nie stało? Nic? — Schwyciła go za długie włosy i zmusiła, by ukląkł. Odsłoniła ślady kłów na jego szyi. —

Oto dlaczego ta istota może cię przywoływać. To dlatego jeden z Daoine Sidne, choć tylko mieszaniec jak ty, jest

przyzywany przez samą śmierć. — Puściła go tak nieoczekiwanie, że wylądował na czworakach.

Dorrie usiadła wśród kwiatów i rozpłakała się. Weszłam w morze kwiatów. Rozstępowały się jak woda, ale nie

poruszały się. Po prostu nie było ich w miejscu, gdzie stawiało się stopę.

Jezu, czy one schodzą nam z drogi? — spytał Lany.

Niezupełnie — odparł Magnus. Zszedł z pagórka i stanął u jego podnóża. Miał na sobie biały frak, ten sam co zeszłej

nocy, a raczej to co zeń zostało. Smuga krwi na rękawie odcinała się rażąco na tle bieli.

Przeszliśmy pośród kwiatów, które poruszały się i nie poruszały zarazem, by stanąć obok niego przy kopcu.

Odgarnął włosy za uszy, by odsłonić twarz. Nie, nie miał spiczastych uszu. Skąd w ogóle biorą się takie plotki?

Odważnie spojrzał mi w oczy. Jeżeli wstydził się tego, co zrobił, to nie okazywał tego. Dorrie wciąż szlochała wśród

kwiatów, jakby lada chwila miało jej pęknąć serce.

A zatem już wiecie — powiedział.

Nie można utoczyć krwi fairie, zarówno fizycznie, jak i nie fizycznie, bez rytualnej magii. Przeczytałam to zaklęcie,

Magnusie. To pic.

Uśmiechnął się, słysząc moje słowa. Uśmiech wciąż miał uroczy, ale krew w kąciku ust niweczyła cały efekt.

Musiałem związać się z bestią. Oddać mu cząstkę mej śmiertelności, aby móc pić jego krew.

To zaklęcie nie miało pomóc ci w zdobyciu krwi — stwierdziłam — lecz doprowadzić do tego, by fairie powybijały się

wzajemnie.

Jeżeli oddałeś tej istocie część swojej śmiertelności, czy w zamian zyskałeś choć odrobinę jej nieśmiertelności? —

spytał Larry. To było dobre pytanie.

Tak — odparł Magnus — lecz nie dlatego to zrobiłem.

— Zrobiłeś to dla władzy i mocy, ty sukinsynu warknęła Dorrie. Zeszła z pagórka, prześlizgując się wśród dziwnych

kwiatów.

Chciałeś uprawiać prawdziwy glamour, prawdziwą magię. Na Boga, Magnusie, musisz pić krew tej istoty już od wielu

lat, zapewne zacząłeś ten proceder będąc jeszcze nastolatkiem. To właśnie wtedy twoje moce przybrały na sile.

Sądziliśmy wszyscy, że sprawiło to twoje wejście w wiek męski.

Obawiam się, że nie, droga siostrzyczko.

Nasza rodzina została przeklęta, na zawsze, związana z tą ziemią, to pokuta za to samo bluźnierstwo, którego i ty się

dopuściłeś. Gdy ostatni raz ktoś próbował pić jego krew, Trupiogłowy zdołał uwolnić się z pułapki.

— Jest nadal uwięziony i od dziesięciu lat ten stan nie uległ zmianie, Dorrie.

— Skąd wiesz? Skąd pewność, że to nie owa mglista istota, którą przyzywasz, straszy ostatnio dzieci?

— Dopóki nie czyni im krzywdy, cóż w tym złego?

— Chwileczkę — wtrącił Larry. — Czemu miałaby straszyć dzieci?

— Mówiłam ci, ten stwór to straszak na niegrzeczne dzieci. — Rzekomo maje pożerać. — I nagle coś mi przyszło do

głowy. To była straszna myśl. Widziałam wampira władającego mieczem, ale czy to, co widziałam, na pewno było

wampirem? Nie wiedziałam.

— Kiedy ten stwór uwolnił się i zaczął mordować Indian, robił to gołymi rękami czy może używał jakiejś broni?

Donie spojrzała na mnie.

Nie wiem. Czy to ważne?

O Boże — jęknął Lany.

Możliwe, że to bardzo ważne — odparłam.

Chyba nie masz na myśli tych zabójstw? — zapytał Magnus. — Trupiogłowy nie jest w stanie objawiać się fizycznie.

Dopilnowałem tego.

Jesteś pewien, drogi bracie? Masz całkowitą pewność? — W głosie Dorrie pobrzmiewała drwina i powątpiewanie.

— Owszem, jestem pewien.

— Będziemy musieli ściągnąć tu czarownicę, aby to sprawdziła. Ja się na tym tak dobrze nie znam —

stwierdziłam.

Dorrie skinęła głową.

Rozumiem. Im szybciej, tym lepiej.

Te zabójstwa nie są dziełem Króla Trupiogłowego — powiedział z naciskiem Magnus.

Mam nadzieję. Głównie ze względu na ciebie — odparłam.

To znaczy?

Zginęło pięć osób. Pięcioro ludzi, którzy niczym nie zasłużyli sobie, aby odejść przedwcześnie z tego świata.

Trupiogłowy jest uwięziony połączoną mocą Indian, chrześcijan i fairie — wyjaśnił. — Nie ma szans, aby się uwolnić.

Powoli obeszłam pagórek. Niezwykłe kwiaty wciąż usuwały mi się z drogi. Próbowałam patrzeć pod nogi, lecz można

było dostać od tego zawrotów głowy, gdyż kwiaty zmieniały położenie, chociaż się nie poruszały. Równie dobrze

mogłam próbować obserwować, jak zakwitają. Widać było efekt końcowy, lecz nie poszczególne jego stadia.

Zignorowałam kwiaty i skupiłam się na pagórku. Nie zamierzałam wyczuwać umarłych, toteż nie przeszkadzało mi, że

był jeszcze dzień. Czuło się ta obecność magii, była ona bardzo silna. Nigdy dotąd nie miałam okazji zetknąć się bliżej

z magią fairie. Było tutaj też coś znajomego i bynajmniej nie chrześcijańskiego.

Wyczuwam tu jakąś odmianę śmiertelnej magii — powiedziałam. — Może złożono tu ludzką ofiarę?

Niezupełnie — odparł Magnus.

Nigdy nie posunęlibyśmy się do złożenia ofiary z człowieka — powiedziała Dorrie.

Ona może nie, ale nie miałam pewności co do Magnusa. Nie powiedziałam tego głośno. Dorrie i tak była już mocno

wstrząśnięta.

Skoro to nie ofiara, to co?

Na trzech wzgórzach spoczywają ciała naszych zmarłych. Każda śmierć to jak kołek mający unieruchomić

Trupiogłowego — odparł Magnus.

Jak to się stało, że straciłeś orientację, które wzgórza należą do was? — spytałam.

Minęło ponad trzysta lat — odparł Magnus. — Nie było wtedy żadnych dokumentów. Nawet ja sam nie byłem całkowicie

pewien, czy to jest właśnie to wzgórze. Kiedy jednak zaczęto wykopywać ciała, poczułem to. — Skulił się w sobie, jakby

nagle zrobiło mu się zimno. — Nie możesz przywołać zmarłych ze wzgórza. Jeśli to uczynisz, Król Trupiogłowy zostanie

uwolniony. Magia mająca go związać jest dość złożona. Szczerze mówiąc, sam nie wiem, czy byłbym w stanie

sprostać temu zadaniu. Poza tym nie znam żadnych indiańskich szamanów.

— Zadrwiłeś sobie ze wszystkiego, co było i jest nam drogie — wtrąciła Dorrie.

Co ci zaoferowała Serephina? — spytałam. Spojrzał na mnie zaskoczony.

O czym ty mówisz?

Ona oferuje każdemu to, czego pragnie w głębi serca. Co było twoim ukrytym pragnieniem, Magnusie?

Wolność i moc. Powiedziała, że znajdzie innego strażnika dla Króla Trupiogłowego. I że wymyśli jakiś sposób, abym

mógł zatrzymać pobraną od niego moc bez konieczności powtarzania mego rytuału.

— Uwierzyłeś jej? Pokręcił głową.

Jestem jedyną osobą w rodzinie, która dysponuje mocą. Pełnimy funkcję odwiecznych strażników, pokutując za próbę

odebrania tej istocie mocy i za to, że pozwoliliśmy jej, aby zaczęła zabijać. — Osunął się na kolana pośród błękitnego

kwiecia, pochylił głowę, a długie włosy przesłoniły mu twarz. — Nigdy nie będę wolny.

Nie zasługujesz, aby być wolnym — dorzuciła Dorrie.

Dlaczego Serephinie tak bardzo na tobie zależy? — spytałam.

Boi się śmierci. Twierdzi, że pożywianie się kimś tak długowiecznym jak ja pomaga jej wymykać się kostusze.

— To przecież wampirzyca — mruknął Larry.

— Ale nie jest nieśmiertelna — zauważyłam.

Magnus uniósł wzrok. Jego dziwne oczy barwy akwamaryny przebłyskiwały pośród pasemek włosów. Może to te oczy,

włosy albo osobliwe ni to poruszające się, ni to nieruchome kwiaty, ale w tej chwili nie przypominał człowieka.

— Ona lęka się śmierci — powiedział. — Boi się ciebie — dorzucił cicho, nieomal szeptem.

— Wczorajszej nocy omal mnie nie zabiła. Dlaczego się mnie obawia?

— Zeszłej nocy sprowadziłaś pośród nas śmierć.

— Nie po raz pierwszy — zauważyłam.

— Przyszła do mnie po moją długowieczność, mą nieśmiertelną krew. Może teraz zwróci się do ciebie. Może zamiast

unikać śmierci, zechce jej zakosztować.

Poczułam na skórze lodowate ciarki.

— Powiedziała ci to ubiegłej nocy?

— W grę wchodzi moc i chęć zemsty na jej starym wrogu, Jean-Claudzie, ale koniec końców, Anito, ona zastanawia się,

czy twoja potęga jej pomoże. Czy gdyby wypiła twoją krew, stałaby się nieśmiertelna? Czy dzięki swej nekromancji

mogłabyś uchronić ją od śmierci?

— Zawsze możesz wyjechać z miasta — wtrącił Larry.

Nie byłam pewna, do kogo kierował te słowa. Pokręciłam głową.

— Mistrzowie wampirów nie rezygnują tak łatwo. Powiem Stirlingowi, że nie przywołam dla niego umarłych, Magnusie.

Jako że prócz mnie nikt inny nie zdołałby tego dokonać, masz tę sprawę z głowy.

— Ale nie odzyskam ziemi — powiedział Magnus swoim dziwnym głosem. — Jeżeli tamci po prostu wysadzą górę,

efekt będzie zapewne taki sam.

Dorrie, czy to prawda? Skinęła głową.

To całkiem możliwe.

Co chcesz, abym zrobiła? — spytałam.

Magnus czołgał się wśród kwiatów, spoglądając

na mnie poprzez lśniącą zasłonę włosów. W jego oczach wirowały zieleń i błękit, od których zakręciło mi się w głowie.

Odwróciłam wzrok.

— Przywołaj tylko kilku umarłych. Dasz radę? — zapytał.

— Bez problemu — odparłam. — Ale czy prawnicy na to przystaną?

— Dopilnuję, aby nie mieli żadnych obiekcji — zapewnił.

— Dorrie? — rzuciłam. Skinęła głową.

— Zajmę się tym.

Przez chwilę patrzyłam na Magnusa.

— Czy Serephina naprawdę ocali tego chłopca?

— Tak — odparł.

Spojrzałam na niego.

— Wobec tego do zobaczenia wieczorem.

Nie. Znów będę w sztok pijany. Nie jest to co prawda całkowite zabezpieczenie, ale pomaga mi uwolnić się od niej.

W porządku, ożywię tylko kilku umarłych. Odzyskacie waszą ziemię. Będzie bezpieczna.

A my będziemy ci wdzięczni — powiedział Magnus. Wyglądał dziko, przerażająco i pięknie zarazem, gdy tak kucał

wśród tych kwiatów. Może jego wdzięczność będzie coś warta, o ile wcześniej nie zabije go Serephina.

I o ile nie wykończy przedtem mnie.

Rozdział 33

Pod koniec dnia zadzwoniłam do agenta specjalnego Bradforda. Nie znaleziono ani Xaviera, ani Jeffa. Nie znaleziono

żadnego wampira, którego mogłabym zabić, czemu więc do niego zatelefonowałam? Nie brałam przecież udziału w

tym śledztwie, pamiętacie? Ja o tym pamiętałam. Okazało się, że dwie najmłodsze ofiary były molestowane seksualnie,

ale nie stało się to tego samego dnia, kiedy zginęły. Zapewne powinnam była wspomnieć o Magnusie, ale on był

jedynym, który znał się na zaklęciach mogących spętać Króla Trupiogłowego. Nie byłoby dobrze, gdyby trafił teraz za

kratki. Dorrie znała godną zaufania miejscową czarownicę. Byłam skłonna uwierzyć, że naszym zabójcą jest właśnie

Trupiogłowy. Nigdy jeszcze nie widziałam wampira, który potrafiłby tak skutecznie ukryć się przede mną jak ten stwór,

który zabił Coltraina. Dodałam go do mojej listy podejrzanych, ale nie powiedziałam o tym glinom. Dobrze, że tego nie

zrobiłam. Napaść seksualna zdawała się obciążać Xaviera. Poza tym tłumaczenie, że szkockie straszydło popełnia

morderstwa, na tle eterycznym nie brzmiało szczególnie przekonująco nawet dla mnie.

Niebo zasnute było chmurami, które błyszczały jak klejnoty. Skrzyły się i rozciągały po nieboskłonie niczym olbrzymi,

lśniący kobierzec rozdarty wielkimi pazurami przez jakąś gigantyczną bestię. W prześwitach między chmurami widać

było czarne niebo, na którym jak okruchy diamentów błyszczały gwiazdy.

Stałam na szczycie wzgórza, wpatrując się w niebo i nasycając płuca chłodnym wiosennym powietrzem. Larry stanął

przy mnie i spojrzał w górę. W jego oczach odbijało się światło gwiazd.

— Do dzieła — rzucił Stirling.

Odwróciłam się i spojrzałam na niego. Na niego, Bayarda i pannę Harrison. Był z nimi również Beau, ale kazałam mu

zaczekać u podnóża góry. Zagroziłam przy tym, że jeśli go tu zobaczę, bez ostrzeżenia wpakuję mu kulę w łeb. Nie

byłam pewna, czy Stirling mi uwierzył, ale Beau na pewno.

— Nie jesteś wielkim miłośnikiem przyrody, prawda Raymondzie?

Nawet w blasku księżyca zauważyłam, że się skrzywił.

— Chcę mieć to już za sobą panno Blake. Dziś. Jeszcze tej nocy.

Może to dziwne, ale podzielałam jego zdanie. Zbiło mnie to z tropu i odrobinę zdenerwowało. Nie lubiłam Raymonda.

Nabrałam ochoty, aby pokłócić się z nim niezależnie od tego, że przyznawałam mu rację. Ale nie zrobiłam tego. Punkt

dla mnie.

Zrobimy to jeszcze tej nocy, Raymondzie. Nie denerwuj się.

Proszę nie zwracać się do mnie po imieniu, panno Blake — wycedził przez zęby, zaczynając jednak od słowa „proszę".

W porządku. Zrobimy to jeszcze tej nocy, panie Stirling.

Świetnie. — Skinął głową. — Dziękuję. A teraz do roboty.

Już miałam rzucić jakiś cwany tekkst, ale Larry wyszeptał:

— Anito.

Miał oczywiście rację. Próbowałam odwlec to co nieuniknione. Byłam zmęczona Stirlingiem, Magnusem i całą tą aferą.

Najwyższy czas odwalić swoje i wrócić do domu. No, może nie od razu do domu. Nie wyjadę stąd, nie załatwiwszy w

ten czy inny sposób sprawy Jeffa Quinlana.

Koza zaczęła żałośnie beczeć. Była przywiązana do kołka pośrodku cmentarzyska. Zwierzę było białe w brązowe

plamy i miało dziwne, żółte ślepia, obwisłe uszy i najwyraźniej lubiło, gdy drapało się je po głowie. Larry drapał je, gdy

jechaliśmy tu dżipem. To zawsze jest niewskazane. Nie należy zaprzyjaźniać się ze zwierzętami na ofiarę. Później

trudniej jest je zabić.

Wiedząc o tym, nie głaskałam kozy. To była pierwsza koza Larry'ego. Nauczy się, w mniej lub bardziej nieprzyjemny

sposób. U podnóża góry były jeszcze dwie kozy. Jedna z nich była mniejsza i jeszcze fajniejsza od tej.

Panie Stirling, czy nie powinni być przy tym obecni prawnicy Bouvierów? — spytał Bayard.

Bouvierowie stwierdzili, że obecność adwokata nie jest konieczna — odrzekłam.

A to czemu? — zapytał Stirling.

Ufają, że ich nie oszukam.

Stirling przyglądał mi się przez dłuższą chwilę. Nie widziałam wyraźnie jego oczu, ale czułam, jak kręcą się trybiki

wewnątrz jego czaszki.

Ale robi to pani, prawda? — spytał. Głos miał zimny, pełen tłumionego gniewu.

Nie zamierzam kłamać, gdy w grę wchodzą umarli, panie Stirling. Czasami kłamię, gdy chodzi o żyjących, ale o

zmarłych nigdy. Poza tym Bouvier nie zaproponował mi łapówki. Po co miałabym pomagać mu za friko?

Larry powstrzymał się od komentarza. On także patrzył na Stirlinga. Być może zastanawiał się, co powie.

Powiedziała pani swoje, panno Blake. Czy możemy wreszcie przejść do konkretów? — Jego głos stał się nagle

rzeczowy, zwyczajny. Cały gniew i nieufność prysły. A w każdym razie nie dało się ich wyczuć w jego głosie.

Doskonale. — Uklękłam i otworzyłam sportową torbę leżącą u moich stóp. Miałam w niej swój sprzęt. W drugiej takiej

torbie woziłam akcesoria do egzekucji wampirów. Wcześniej przekładałam je w zależności od zlecenia. Drugą torbę

nabyłam, kiedy zjawiłam się któregoś razu na miejscu, gdzie miałam ożywić zombi, by stwierdzić, że wzięłam

niewłaściwy sprzęt. Poza tym wożenie akcesoriów do zabijania wampirów bez ważnego dokumentu zezwalającego na

egzekucję konkretnego krwiopijcy jest niezgodne z prawem. Ustawa Brewstera może to zmienić, ale póki co miałam

dwie torby. Sprzęt do zombi w torbie koloru burgunda, na wampiry w białej. Nawet po ciemku łatwo je było rozróżnić. I

o to chodziło.

Torba Larry'ego była zielona, ozdobiona wizerunkami Wojowniczych Żółwi Ninja. Bałam się zapytać, jak wyglądała jego

torba z akcesoriami na wampiry.

— Ustalmy coś — powiedział Larry. Zamieniłam się w słuch. Larry ukląkł i otworzył torbę.

— Mów — odpowiedziałam. Wyjęłam słój z maścią. Znałam animatorów używających specjalnych pojemników na

maść. Z gliny, z ręcznie dmuchanego szkła, z mistycznymi symbolami na ściankach. Ja używałam starego szklanego

słoika po fasolce.

Larry wyjął słój po maśle orzechowym. Znałam tę markę. Było naprawdę pyszne.

Mamy ożywić co najmniej trzech zombi, tak?

Zgadza się — przyznałam.

Rozejrzał się wokoło, lustrując rozsypane kości.

Trudno jest ożywiać zmarłych z masowego grobu, prawda?

To nie jest masowy grób. To stary cmentarz, który przekopano. Sprawa jest łatwiejsza niż w przypadku masowego

grobu.

Dlaczego?

Położyłam maczetę obok słoika.

Ponieważ każdego z tutejszych zmarłych złożono do grobu zgodnie z rytuałem i dzięki odprawionym ceremoniom

powinni być oni przypisani do swoich mogił, tak więc w przypadku konkretnego przywołania istnieje spora szansa, że

odpowiedzą na wezwanie.

To znaczy?

To znaczy, że ożyją i już.

Skinął głową. Położył na ziemi coś, co wyglądało jak szeroka, zakrzywiona arabska szabla.

— Skąd to masz?

Pochylił głowę i mogłam się założyć, że się zaczerwienił. W blasku księżyca nie zdołałam tego zobaczyć.

Od kumpla z college'u.

A skąd on to ma?

Larry spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

— Nie wiem. Coś nie tak? Pokręciłam głową.

Nie, tylko jakoś nie mogę uwierzyć, że chcesz użyć czegoś takiego do odrąbywania głów kurczakom i zabicia paru kóz.

Dobrze leży w ręce. — Wzruszył ramionami. — A poza tym fajnie wygląda. — Uśmiechnął się do mnie.

Pokręciłam głową, ale nie wróciłam już do tego tematu. Czy naprawdę potrzebowałam maczety do zdekapitowania

kilku kurczaków? Tylko gdyby chodziło o krowę. Parę razy składałam w ofierze jałówkę.

Możecie zapytać, dlaczego dziś nie zdecydowaliśmy się na krowę. Nikt nie chciał sprzedać Bayardowi jałówki.

Wyobraźcie sobie, że ten idiota wpadł na genialny pomysł, aby wyjaśnić okolicznym farmerom, do czego jest mu

potrzebne zwierzę. Bogobojni ludzie zapewne sprzedaliby mu krowę na hamburgery, ale nie po to, by użyto jej do

ceremonii przywołania umarłych. Łajdacy pełni uprzedzeń.

— Najmłodszy z tutejszych zmarłych ma dwieście lat, prawda? — dopytywał się Larry.

Zgadza się — przyznałam.

Mamy ożywić co najmniej trzech spośród tych nieboszczyków i to w na tyle dobrym stanie, aby mogli odpowiedzieć na

zadane im pytania.

— Taki jest plan — stwierdziłam.

Możemy to zrobić? Uśmiechnęłam się do niego.

Taki jest plan.

Jego oczy rozszerzyły się.

Cholera, ty także nie masz pewności, że nam się uda, prawda?— Jego głos przeszedł w pełen zdumienia szept.

Co noc rutynowo ożywiamy po trzech nieboszczyków. Tyle że teraz zrobimy to razem.

— Nie ożywiamy rutynowo trzech dwustuletnich umarlaków.

Fakt, ale teoretycznie to to samo.

Teoretycznie? — Pokręcił głową. — Gdy wypowiadasz słowo „teoretycznie", wiem, że mamy nie lada kłopoty. Jesteśmy

w stanie to zrobić?

Szczerze mówiąc, powinnam odpowiedzieć nie, ale w tym fachu sporo zależy od wiary i pewności siebie. Trzeba

uwierzyć, że można czegoś dokonać i zwykle to się udaje. Kusiło mnie, aby skłamać. Ale nie zrobiłam tego. Kwestia

zaufania pomiędzy mną a Lanym.

Myślę, że może nam się to udać.

Ale nie jesteś pewna.

Nie.

Rany, Anito.

Nie marudź. Damy radę.

Ale nie jesteś pewna.

Nie jestem pewna, czy uda mi się wrócić do domu, bo przecież samolot może się rozbić gdzieś po drodze, ale to

jeszcze nie znaczy, że nie wejdę na pokład.

To ma mnie pocieszyć? — zapytał.

Owszem.

Nic z tego — mruknął.

Przykro mi, nie potrafię powiedzieć nic więcej Chcesz mieć pewność, zmień fach i zostań księgowym.

Jestem kiepski z matmy.

Ja też.

Zaczerpnął powietrza. Oddychał powoli.

— No dobra, szefowo, jak połączymy nasze siły? Powiedziałam mu.

Nieźle. — Nie wydawał się już zdenerwowany. Raczej gorączkowo czekał na rozpoczęcie ceremonii. Larry mógł chcieć

zostać zabójcą wampirów, ale tak naprawdę był animatorem. W grę nie wchodził wybór kariery zawodowej, lecz jego

dar, a raczej przekleństwo. Nikt nie mógł nauczyć ożywiania zmarłych osobę, która nie miała tej mocy we krwi.

Genetyka to cudowna rzecz: brązowe oczy, kręcone włosy, umiejętność ożywiania zombi...

Czyjej maści użyjemy? — spytał Larry.

Mojej. — Dałam Larry'emu przepis na maść i wyjaśniłam, z którymi składnikami trzeba uważać, jak choćby z cmentarną

pleśnią, ale mimo to pole do popisu pozostawało dość spore. Każdy animator ma swoją własną receptę. Nigdy nie było

wiadomo, jak będzie pachniała maść Larry'ego. Aby połączyć moce, należało użyć jednej maści, wybraliśmy moją.

Właściwie zapewne nie musieliśmy nawet korzystać z jednej maści, ale jak dotąd łączyłam moce z innymi zaledwie

trzykrotnie. Dwa razy z mężczyzną, który był moim mentorem w tym fachu. W obu przypadkach używaliśmy tej samej

maści. Trzykrotnie pełniłam funkcję ogniskowej mocy. Czyli to ja wydawałam polecenia i podejmowałam decyzje. Tak

jak lubię.

Czy ja mógłbym ogniskować moc? — spytał Larry. — To znaczy nie dziś, ale później, w przyszłości?

Jeśli nadarzy się okazja, spróbujemy — powiedziałam. Szczerze mówiąc, nie byłam pewna, czy Larry był dość silny,

aby ogniskować mcc. Mój mentor Manny tego nie potrafił. Podobnie było z większością animatorów. Ci, którzy to

umieli, byli uważani za pariasów i spychani na margines. Unikano z nimi kontaktu. Nikt im nie ufał. Co do nas, mieliśmy

dosłownie i w przenośni podzielić się naszą mocą. Rzadko który animator jest do tego skory. Istnieje teoria, zgodnie z

którą możliwe jest permanentne zawłaszczenie magii innej osoby. Ja w to nie wierzę. Ożywianie zmarłych to nie

amulet, który ktoś może ci ukraść. Animacja tkwi w komórkach naszych ciał. To część nas samych. Nie można nam

tego odebrać.

Odkręciłam słoik i w wiosennym powietrzu rozszedł się nagle zapach bożonarodzeniowej choinki. Użyłam sporo

rozmarynu.

Maść była gęsta, woskowa i chłodna. Drobiny cmentarnego mchu świeciły w niej jak robaczki świętojańskie.

Rozsmarowałam maść na czole i na policzkach Larry'ego. Wyjął koszulę ze spodni i podwinął, abym mogła pomazać

jego tors ponad sercem. Kiedy nosisz kaburę podramienną, jest to trudniejsze, niż się wydaje, ale oboje byliśmy

uzbrojeni. Oba moje noże i zapasowy pistolet zostawiłam w dżipie. Dotknęłam jego skóry i poczułam pod palcami bicie

jego serca.

Podałam słoik Larry'emu. Zanurzył dwa palce w gęstej masie. Pomazał mi twarz maścią. Dłoń miał pewną, twarz

przepełnioną napięciem i skupieniem. Wzrok pełen powagi. Rozpięłam koszulkę polo, a Larry wsunął pod nią palce,

aby dotknąć mojego serca. Jego palce otarły się o łańcuszek krzyżyka. Relikwia wyślizgnęła się spod maleriału.

Natychmiast schowałam ją z powrotem. Larry oddał mi słoik, a ja szczelnie zakręciłam wieczko. Nie chciałam, aby

maść się zeschła.

Nigdy nie słyszałam, aby ktoś dokonał czegoś takiego, co my próbowaliśmy zrobić tej nocy. Nie miałam na myśli liczby

zmarłych, lecz rozrzucenie szczątków. Chcieliśmy ożywić tylko trzech umarłych, ale w tej okolicy nie było ani jednego

nienaruszonego szkieletu. Nawet gdybyśmy wskrzeszali ich pojedynczo, rzecz była nader niepewna i ryzykowna. Jak

ożywić tylko tylu zmarłych, ilu zaplanowałeś, skoro szczątki są porozrzucane po całym terenie? Nie znałam żadnych

imion. Nie było grobu, który mogłabym otoczyć kręgiem. Jak miałam to zrobić? Dobre pytanie.

Póki co jednak musieliśmy najpierw zamknąć krąg. Wszystko po kolei.

— Sprawdź, czy masz obie ręce posmarowane maścią — powiedziałam.

Larry potarł dłoń o dłoń, jakby rozcierał odżywkę.

— Tak jest, szefowo, co dalej?

Wyjęłam z torby głęboką, srebrną misę. Błyszczała w świetle księżyca jak porzucony kawałek nieba. Larry aż

wybałuszył oczy.

— Nie musi być ze srebra. Nie ma na niej mistycznych symboli. Może być nawet z plastiku, chodzi o to, że

spływa do niej życie innej istoty. Użycie ładnego naczynia jest wyrazem szacunku, ale musisz zrozumieć, że

niekoniecznie musi być ono srebrne ani nie jest wymagany akurat ten kształt. To po prostu naczynie. Jasne?

Larry pokiwał głową.

— Dlaczego nie sprowadzimy tu na górę pozostałych kóz? Nieźle się zmachamy, przyprowadzając je tutaj

pojedynczo.

Wzruszyłam ramionami.

Po pierwsze wpadłyby w panikę. Po drugie byłoby okrucieństwem, gdyby musiały oglądać, jak ich przyjaciółka umiera i

nabierały przekonania, że będą następne.

Mój wykładowca zoologii powiedziałby, że traktujesz je jak ludzi.

Niech sobie mówi, co chce. Wiem, że one odczuwają ból i strach. To wystarczy.

Larry patrzył na mnie przez dłuższą chwilę.

Ty też nie lubisz tego robić.

Nie. Chcesz pomóc trzymać czy będziesz podawać marchewkę?

Marchewkę?

Wyjęłam z torby pokaźną marchew z zieloną nacią.

— To po to poszłaś do sklepu, podczas gdy ja siedziałem w aucie z kozami?

— Tak.

Uniosłam marchewkę w górę. Koza wyciągnęła łeb w kierunku warzywa, napinając sznur, którym była przywiązana do

palika. Pozwoliłam jej uszczknąć kawałek naci. Zabeczała i ponownie spróbowała mnie dosięgnąć. Dostała więcej naci

i zamerdała krótkim ogonkiem. Szczęśliwa kózka

Podałam Larry'emu srebrną misę.

— Postaw ją na ziemi, poniżej szyi. Kiedy buchnie krew, postaraj się nabrać tyle, ile zdołasz.

W prawej ręce trzymałam za plecami maczetę, w lewej zaś marchewkę. Czułam się jak dentystka zajmująca się

dziećmi. Nie, nie mam nic za plecami. Nie zwracaj uwagi na tę dużą igłę. Tyle że ten zastrzyk był nieodwracalny.

Koza zjadła niemal całą nać marchewki, a ja zaczekałam, aż zacznie przeżuwać. Larry ukląkł na ziemi obok

zwierzęcia. Podałam kozie marchewkę. Skubnęła ją a ja odsunęłam dłoń. Koza wyprężyła szyję, usiłując dosięgnąć

smakowitego pomarańczowego kąska.

Podłożyłam maczetę pod kosmate gardło, zrobiłam to delikatnie, bez cięcia. Skóra zadrżała pod ostrzem, szyja

wyprężyła się jeszcze bardziej. Przeciągnęłam ostrzem maczety po gardle zwierzęcia.

Maczeta była ostra, a ja miałam wprawę. Nie było żadnego odgłosu, tylko wyraz szoku w żółtych ślepiach i strugi krwi

buchające z rozpłatanej szyi.

Larry uniósł misę, podsuwając ją pod ranę. Krew zbryzgała rękawy jego niebieskiego podkoszulka. Koza upadła na

kolana. Krew wypełniała misę, ciemna, błyszcząca, bardziej czarna niż czerwona.

We krwi są kawałki marchwi — zauważył Larry.

Nie ma sprawy — ucięłam. — Marchew jest obojętna.

Łeb kozy opadł do przodu, dotykając ziemi. Misa podsunięta pod jej szyję wypełniała się krwią. To była prawie

doskonała śmierć. Z kozami bywa różnie, ale tym razem się udało. Rzecz jasna to był dopiero początek.

Przyłożyłam okrwawione ostrze do lewego ramienia i nacięłam je. Ból był ostry i natychmiastowy. Przytrzymałam

zranioną rękę nad misą, pozwalając, by gęste krople zmieszały się z kozią krwią,.

— Podaj mi prawą rękę — powiedziałam.

Larry nie oponował. Wyciągnął do mnie rękę. Powiedziałam mu, co go czeka, ale to wciąż był gest pełen szczególnego

zaufania. Spojrzał na mnie bez cienia lęku. Boże.

Zraniłam go w ramię. Skrzywił się, ale nie cofnął ręki.

— Niech krew spłynie do naczynia.

Uniósł ramię nad misą. W blasku księżyca krew wydawała się czarna.

Poczułam na skórze pierwsze muśnięcia mocy. Mojej mocy, mocy Larry'ego i potęgi rytualnej ofiary. Larry spojrzał na

mnie, wybałuszając oczy.

Uklękłam przy nim, kładąc maczetę w poprzek na misie. Wyciągnęłam do niego lewą rękę. On podał mi prawą.

Schwyciliśmy się za ręce, pozwalając, by krew zmieszała się. Larry trzymał misę z jednej, ja z drugiej strony. Krew

ściekała po naszych przedramionach do naczynia i na okrwawioną, nagą stal.

Staliśmy, trzymając się za ręce i wspólnie przytrzymując miskę. Po chwili wolno uwolniłam dłoń z jego uścisku. Larry

jak zawsze powtarzał każdy mój gest. Mógł naśladować mnie nawet z zamkniętymi oczami.

Podeszłam do granicy kręgu, który utworzyłam w myślach i zanurzyłam dłoń w misie. Krew wciąż była zdumiewająco

ciepła, prawie gorąca. Ujęłam okrwawioną dłonią rękojeść maczety i zaczęłam za pomocą ostrza spryskiwać krwią

przekopaną ziemię.

Czułam Larry’ego stojącego pośrodku kręgu, który obchodziłam, jakby łączyła nas niewidzialna lina. Z każdym krokiem

lina zacieśniała się jak skręcająca się guma. Moc narastała z sekundy na sekundę, z każdą rozpryśniętą kroplą krwi.

Ziemia była spragniona posoki. Nigdy jeszcze nie ożywiałam umarłych na terenie, gdzie odprawiono już wcześniej

rytuały śmierci. Magnus powinien był o tym wspomnieć. Może nie wiedział. Jak ja lubię usprawiedliwiać innych.

To nie miało teraz znaczenia. Była tu magia spragniona krwi oraz śmierci. Coś, co pragnęło, abym zamknęła krąg. Coś,

co chciało, abym ożywiła umarłych. Coś głodnego.

Dotarłam niemal do miejsca, z którego zaczęłam. Jeszcze tylko kilka kropel krwi i zamknę krąg. Lina mocy pomiędzy

Larrym a mną była tak napięta, że aż sprawiała mi ból. Potencjał mocy był przerażający i zabawny zarazem.

Obudziliśmy coś starego i pozostającego od dawna w uśpieniu. To sprawiło, że się zawahałam. Nagle przystanęłam.

Nie miałam ochoty zamknąć kręgu. Poczułam upór i strach. Nie całkiem to rozumiałam. To była magia kogoś innego,

czyjeś zaklęcie. Zaktywizowaliśmy je, ale nie wiedziałam, czemu miało ono służyć. Mogliśmy ożywić naszych

umarłych, ale byłoby to jak stąpanie po cienkiej linie rozpiętej pomiędzy tym drugim zaklęciem i... czymś jeszcze.

Poczułam starego Króla Trupiogłowego spoczywającego w swoim leżu o dobrych parę kilometrów stąd. Czułam, jak

ten stwór obserwuje mnie, ponaglając, abym uczyniła ten ostatni krok. Pokręciłam głową, jakby istota fairie mogła mnie

zobaczyć. Nie rozumiałam zaklęcia dostatecznie dobrze, aby podjąć to ryzyko.

— Co się stało? — spytał Larry. Miał zduszony głos. Dławiliśmy się niewykorzystaną mocą, a ja nie bardzo wiedziałam,

co mogłabym z nią zrobić.

Kątem oka wychwyciłam jakiś ruch, Na skraju zbocza stała Ivy. Nosiła traperki ze zrolowanymi na nich grubymi, białymi

skarpetami, luźne czarne szorty, obcisły różowy top i flanelową koszulę w kratę. Łańcuszek jej wiszącego kolczyka

rozbłysł w blasku księżyca.

Jedyne co musiałam zrobić, to prysnąć kilka kropel krwi na ziemię, by zamknąć krąg. To zatrzymałoby na zewnątrz

zarówno ją, jak i kogokolwiek innego. Żaden nieproszony gość nie mógłby przekroczyć granicy kręgu. No, może to nie

była do końca prawda. Demony i anioły zapewne potrafiłyby pokonać tę barierę, ale wampiry nie dałyby sobie z nią

rady.

Poczułam triumfalną radość istoty uwięzionej wewnątrz pagórka. Ten stwór chciał, abym zamknęła krąg. Cisnęłam

misę i maczetę za siebie, w stronę środka kręgu, z dala od jego granicy, aby nie padła na nią ani jedna kropla krwi.

Ivy ruszyła w moją stronę, była tak szybka, że ujrzałam tylko sunącą ku mnie rozmazaną, szatą smugę. Sięgnęłam po

pistolet, wyjęłam go z kabury i w tej samej chwili Ivy runęła na mnie. Impet uderzenia wybił mi broń z ręki.

Wylądowałam na wznak na ziemi, bezbronna, z gołymi rękami.

Rozdział 34

Ivy odchyliła się do tyłu, rozwierając szeroko szczęki i szczerząc kły. Larry krzyknął:

— Anito!

Usłyszałam odgłos wystrzału i poczułam, jak pocisk wchodzi w jej ciało. Trafił ją w ramię, skręcając jej ciało, zaraz

jednak odwróciła się do mnie z uśmiechem. Wpiła palce w moje ramię i przetoczyłyśmy się w bok, tym razem to ja

wylądowałam na niej, a jej dłonie zacisnęły się na moim karku. Ścisnęła mnie tak mocno, że aż jęknęłam.

Złamię jej kark, jeżeli nie wyrzucisz tej pukawki — warknęła.

I tak mnie zabije. Nie rób tego.

Anito...

— Zrób to teraz albo zabiję ją na twoich oczach.

— Zastrzel ją!

Larry nie miał czystej pozycji do strzału. Musiałby mnie ominąć, aby oddać strzał z przyłożenia. Ivy zabiłaby mnie ze

dwa razy, zanim zdążyłby do niej podejść.

Ivy przyciągnęła moją głowę niżej. Oparłam się prawą ręką o ziemię. Musiałaby coś mi złamać, aby przyciągnąć mnie

do siebie. Jeśli złamie mi kark, będzie po wszystkim, złamana ręka to tylko trochę bólu i nic więcej.

Usłyszałam, jak coś stuknęło o ziemię, coś ciężkiego, metalicznego. Pistolet. Larry wyrzucił broń. Cholera.

Nacisnęła mocniej na mój kark. Wbiłam dłoń w ziemię, tak że pozostał na niej ślad.

- Mogę złamać ci rękę i przyciągnąć do siebie. Wybieraj — na siłę albo po dobroci.

— Na siłę — wycedziłam przez zęby. Schwyciła mnie za rękę i nagle coś mi przyszło do głowy. Upadłam

na nią. To ją zaskoczyło. Zyskałam krótką chwilę, aby wyciągnąć spod bluzki łańcuszek.

Jej pałce wślizgnęły się w moje włosy i delikatnie, wcale nie mocno, przycisnęła moją twarz do swego

policzka.

— Za trzy noce od dziś będziesz taka jak ja, Anito. Będziesz mnie czcić i wielbić.

— Szczerze wątpię. — Łańcuszek wychylił się do przodu, krzyżyk dotknął jej szyi. Błysnęło oślepiająco białe

światło, jak błysk magnezji. Fala żaru omiotła moje włosy.

Ivy wrzasnęła i zaczęła odpychać od siebie krzyżyk, równocześnie usiłując wyczołgać się spode mnie.

Klęczałam nad nią z krzyżykiem zwieszającym się przede mną na łańcuszku. Błękitnobiały ogień zgasł, gdyż

relikwia nie dotykała już wampirzego ciała, ale blask wciąż był silny i wampirzyca rozpaczliwie przed nim

uciekała.

Nie wiedziałam, gdzie był mój pistolet, ale dostrzegłam leżącą na ziemi maczetę. Ścisnęłam ją w dłoni i

wstałam. Larry był tuż a mną. On także wyjął swój krzyżyk i trzymał go przed sobą na całą długość

łańcuszka. Białe światło o błękitnym centrum było niemal boleśnie jasne.

Ivy krzyknęła, zasłaniając oczy. Jedyne co musiała zrobić, to odejść. Ale ona zastygła w bezruchu,

sparaliżowana w obliczu dwóch krzyżyków i dwójki wierzących.

Pistolet — powiedziałam do Larry'ego.

Nie mogę go znaleźć.

Oba pistolety były matowo czarne, aby nie odbijały nocnego światła i nie uczyniły z nas celów, teraz były

całkiem niewidoczne.

Podeszliśmy do wampirzycy. Osłoniła twarz obiema rękami i wrzasnęła:

— Nieee! — Wycofała się niemal do granicy kręgu. Gdyby rzuciła się do ucieczki, nie gonilibyśmy jej,

ale ona nie uciekała. Może nie mogła.

Wbiłam jej między żebra ostrze maczety. Krew pociekła po ostrzu na moje ręce. Pchnęłam ostrze w górę,

mierząc w jej serce i przekręciłam je, aby rozpłatać mięsień.

Powoli opuściła ręce. Oczy miała rozszerzone, przepełnione zdziwieniem. Spojrzała na ostrze tkwiące w jej

ciele, jakby nie rozumiała, skąd się tam wzięło. Jej szyja, w miejscu gdzie dotknął jej krzyżyk, całkiem

sczerniała. Upadła na kolana, a ja wraz z nią, nie wypuszczając maczety z rąk. Nie umarła. W gruncie rzeczy

wcale tego nie oczekiwałam. Wyszarpnęłam ostrze z jej ciała, czyniąc jeszcze większe spustoszenia.

Zacharczała, ale pozostała na klęczkach. Jej dłonie dotknęły krwi wyciekającej z jej piersi i brzucha.

Wpatrywała się w błyszcząca ciemność, jakby nigdy wcześniej nie widziała krwi. Posoka sączyła się coraz

wolniej; jeśli szybko z nią nie skończę, rana się zasklepi.

Stanęłam nad nią i ujęłam maczetę oburącz. Włożyłam w zamach całą swoją siłę. Ostrze wbiło się w jej kark,

dosięgło kręgu szyjnego i wgryzło się w kość.

Ivy wpatrywała się we mnie, krew ciekła jej po szyi. Wzięłam zamach do kolejnego cięcia, a ona tylko na mnie

patrzyła. Rana była zbyt poważna, już nie mogła mi uciec. Musiałam nieźle się natrudzić, aby wyrwać ostrze

z jej karku. Ivy przez cały czas tylko na mnie patrzyła. Jeśli jej nie dobiję, nawet ta rana wkrótce się zagoi.

Zadałam ostatnie cięcie i poczułam, że kość pęka. Ostrze gładko rozcięło szyję i głowa Ivy spadła, bryzgając

ciemną prawie czarną krwią z kikuta szyi. Czarna krew rozlała się po ziemi i zamknęła krąg.

Moc wypełniła krąg i poczułam jakbyśmy w niej tonęli. Larry osunął się na kolana. Światło z krzyżyków

wyglądało jak gasnące gwiazdy. Wampirzyca była martwa, krzyżyki nie mogły nam teraz pomóc.

— Co się dzieje?

Czułam moc napierającą ze wszystkich stron jak woda, dławiąca i niewidzialna. Oddychałam nią pozwalałam,

by przesączała się przez skórę w głąb mego ciała.

Krzyknęłam bezgłośnie i upadłam na ziemię. Padałam przez otaczające mnie warstwy mocy, a gdy runęłam

na twardy grunt, poczułam pod sobą emanację energii rozciągającej się w dół i na zewnątrz.

Leżałam na warstwie kości. Zaczęły drżeć, jakby coś poruszyło nimi gwałtownie, budząc je z wiekowego snu.

Podźwignęłam się na kolana, wpijając palce w ziemię. Dotknęłam długiej, cienkiej kości ramieniowej, a ta

poruszyła się. Podniosłam się powoli na nogi, spowolniona przez gęste powietrze wokół i patrzyłam z uwagą.

Kości prześlizgiwały się przez grunt jak przez wodę, łącząc się ze sobą. Ziemia pod moimi stopami falowała i

dygotała, jakby pełzały pod nią ogromne krety.

Larry także podniósł się.

— Co się dzieje?

— Coś złego — odpowiedziałam.

Nigdy nie widziałam, jak scalają się umarli. Zawsze wyłaniali się z grobu na powierzchnię w jednym kawałku.

Nie przypuszczałam, że może to przypominać składanie makabrycznych puzzli. U moich stóp uformował się

szkielet i niebawem kości zaczęły pokrywać się tkanką napływającą na nie niczym glina i formującą ciało.

— Anito?

Odwróciłam się do Larry'ego. Wskazywał szkielet przy granicy kręgu. Połowa kości pozostawała po drugiej

stronie. Ciało pokryło kości znajdujące się wewnątrz kręgu i naparły na krwawą barierę. Ziemia zafalowała

raz jeszcze, a magia wypłynęła z niej i przetoczyła się poza obręb kręgu. Usłyszałam dziwne pyknięcie, jak to

w uszach, kiedy reguluje się w nich ciśnienie. Powietrze rozrzedziło się. Spłynęło w dół zbocza jak

niewidzialny płomień, a tam gdzie się pojawiło, umarli ożywali, kości pokrywały się tkankami.

Przerwij to, Anito. Zakończ to.

Nie mogę. — Zabójcza magia tkwiąca w ziemi przejęła kontrolę. Jedyne co mogłam zrobić, to patrzeć, czując

moc rozchodzącą się na zewnątrz. Tej mocy było tyle, że mogłam napędzać się nią w nieskończoność. Było jej

dość, by ożywić tysiąc umarłych.

Wiedziałam, kiedy Król Trupiogłowy wydostał się ze swego więzienia. Poczułam, że kiedy istota uciekła, moc

zaczęła słabnąć. Następnie moc powróciła do wnętrza kręgu i powaliła nas na kolana. Umarli wyłaniali się z

ziemi jak pływacy brnący z wysiłkiem w kierunku brzegu. Kiedy blisko dwudziestu nieboszczyków powstało,

wyczekując, z pustymi oczami, moc wyrwała się na zewnątrz. Zorientowałam się, że poszukiwała kolejnych

zmarłych, czegoś jeszcze, co mogłaby przywołać. To mogłam powstrzymać. Fairie wyrwał się z więzienia. Miał

to, czego chciał.

Przywołałam moc z powrotem. Wchłonęłam ją w siebie i przepuściłam przez ziemię, jakbym wyciągnęła węża

za ogon z dziury. Tchnęłam moc w zombi. Wtłoczyłam ją w nich i powiedziałam:

— Ożyjcie.

Pomarszczone ciała wygładziły się, martwe oczy zalśniły. Łachmany przeobraziły się na powrót w odzież. Z

długiej sukni opadły grudy ziemi. Kobieta o włosach barwy nocy, ciemnej skórze i oczach takich samych jak

u Magnusa spojrzała na mnie. Wszyscy umarli skupili na mnie wzrok. Dwudziestka umarłych, wszyscy

mający ponad dwieście lat i wszyscy wyglądali jak żywi.

— Mój Boże — wyszeptał Larry.

Nawet ja byłam pod wrażeniem. — Bardzo imponujące, panno Blake. — Głos Stirlinga wypełnił ciszę.

Brzmiał dziwnie, jakby nie powinno go tutaj być. Stanowił element innej rzeczywistości, nie pasował do tych

prawie doskonałych zombi. Fairie uciekł, ale ja mimo wszystko zamierzałam dokończyć swoje zadanie.

— Kto spośród was pochodzi z rodu Bouvier? Rozległy się głosy, głównie w języku francuskim. Prawie

wszyscy nieboszczycy wywodzili się

z Bouvierów. Kobieta przedstawiła się jako Anais Bouvier. Wyglądała prawie jak żywa

— Chyba jednak będzie musiał pan przenieść swój hotel — powiedziałam.

Nie sądzę— odparł Stirling.

Odwróciłam się i spojrzałam na niego.

W ręce trzymał wielki, srebrny, błyszczący pistolet. Niklowaną czterdziestkępiątkę. Trzymał go jak na filmie,

przed sobą, przy biodrze. Z takiej pozycji trudno o celny strzał. Ale to tylko teoria. Gdy tak w nas celował,

nie miałam większej ochoty na sprawdzenie tej teorii.

Bayard mierzył w nas z automatycznej dwudziestkidwójki. Robił to dość niewprawnie. Chyba nigdy wcześniej

nie miał w ręku broni. Może nawet nie zwolnił bezpiecznika.

Panna Harrison dziarsko celowała we mnie z niklowanej trzydziestkiósemki. Stała na lekko rozstawionych

nogach, miękko balansując na wysokich szpilkach. Trzymała pistolet oburącz i chyba miała w tym niezłą

wprawę. Oświetliłam jej twarz. Oczy miała rozszerzone, ale wydawała się opanowana i zimna. Była

spokojniejsza niż Bayard i miała lepszą postawę niż Stirling. Miałam nadzieję, że Stirling dobrze jej płacił.

— Co jest grane, Stirling? — spytałam. Mówiłam cicho, ale starałam się przydać mojemu głosowi mocy.

Wciąż miałam jej wystarczająco dużo, by złożyć te wszystkie zombi z powrotem do ziemi. Z tą, mocą mogłam

jeszcze wiele zdziałać.

Uśmiechnął się w jasnym, odbitym świetle.

Uwolniłaś istotę. Teraz cię zabijemy.

Dlaczego miałoby ci zależeć na uwolnieniu Trupiogłowego? — Widziałam broń, ale wciąż nie wiedziałam

dlaczego.

To nawiedziło mnie w snach, panno Blake. Obiecało mi całą ziemię Bouvierów. Całą bez wyjątku.

— Ucieczka fairie nie sprawi, że otrzymasz tę ziemię — stwierdziłam.

Dostanę ją kiedy Bouvier umrze. Kiedy nie będzie już kto miał walczyć o tę ziemię, zostanie odnaleziony

dokument przyznający nam nie tylko tę górę, ale całą tę okolicę.

Nawet po śmierci Magnusa nie dostaniesz tej ziemi — powiedziałam, ale bez większego przekonania.

—Masz na myśli jego siostrę? — spytał Stirling.

— Ona umrze równie łatwo jak Magnus.

Coś ścisnęło mnie w dołku.

— Ty sukinsynu — syknął Larry, postępując krok naprzód.

Panna Harrison wycelowała w niego pistolet.

Schwyciłam go wolną ręką za ramię. Wciąż miałam w dłoni maczetę. Larry znieruchomiał, pistolet wciąż

mierzył w jego pierś. To chyba nie poprawiło naszej sytuacji.

Poczułam, że mięśnie ramienia Larry'ego są napięte. Widziałam go zagniewanego, ale nigdy jeszcze w takim

stanie. Moc odpowiedziała na ten gniew. Wszystkie zombi odwróciły się w naszą stronę przy wtórze szelestu

ubrań. Ich błyszczące oczy, tak bardzo żywe, patrzyły na nas wyczekująco.

Stańcie przed nami — rozkazałam szeptem. Zombi wyszły przed nas. Te znajdujące się najbliżej zasłoniły nas

najszybciej. Straciłam z oczu wymachujący bronią tercet. Miałam nadzieję, że i tamci nas nie widzieli.

Zabić ich! — krzyknął Stirling.

Chciałam rzucić się na ziemię, ale wciąż trzymałam za rękę Larry'ego. Stawił mi opór. Dokoła nas rozległy

się strzały i Larry natychmiast przybrał pozycję horyzontalną.

Przywierając policzkiem do ziemi, zapytał:

— Co teraz?

Kule trafiały w zombi. Ciała podrygiwały i kołysały się siekane pociskami. Kilka bardzo żywych twarzy

skierowało ku nam wzrok, w miarę jak w ich ciałach pojawiało się coraz więcej dziur po kulach. Ale nie

odczuwały bólu. Panika to był czysty odruch.

Ktoś krzyknął i to nie byliśmy my.

— Przestańcie, przestańcie! Nie możemy tego robić. Nie możemy ich tak po prostu zabić.

To Bayard.

Za późno na wyrzuty sumienia — ucięła panna Harrison. Chyba po raz pierwszy usłyszałam jej głos.

Wyglądało na to, że mam do czynienia z profesjonalistką.

Lionelu, albo jesteś ze mną, albo przeciwko mnie.

Cholera — mruknęłam.

Zaczęłam pełznąć przed siebie, aby rozeznać się w sytuacji. Odsunęłam połę krynolinowej spódnicy w samą

porę, by ujrzeć, jak Stirling strzela Lionelowi w brzuch. Czterdziestkapiątka zagrzmiała i nieomal wyrwała

się z ręki Stirlinga, ale nie wypuścił jej. Z odległości ćwierć metra z takiej spluwy możesz ustrzelić prawie

wszystko.

Bayard osunął się na kolana i spojrzał na Stirlinga, Próbował coś powiedzieć, ale spomiędzy jego ust nie

dobył się żaden dźwięk.

Stirling wyjął pistolet z ręki Bayarda i schował go do kieszeni. Następnie odwrócił się do Bayarda plecami i

ruszył po ubitej, suchej ziemi.

Panna Harrison po chwili wahania pospieszyła za swoim szefem. Bayard przewrócił się na bok, ciemna struga

wylewała się z jego brzucha. Szkła okularów odbijały księżycowy blask, co sprawiało, że mężczyzna wyglądał

jak niewidomy.

Stirling i panna Harrison szli po nas. Stirling przeciskał się pomiędzy nieboszczykami jak między drzewami,

ale radził sobie całkiem nieźle. Umarli nie ustępowali mu z drogi. Stali jak uparte, cielesne zapory. Nie

kazałam im się ruszyć, więc tego nie robili.

Panna Harrison przestała przeciskać się między nieboszczykami. Blask księżyca odbił się na jej błyszczącym

rewolwerze, gdy oparła go o bark zombi i złożyła się do strzału.

— Zabijcie ją— wyszeptałam.

Zombi, o którego się opierała, odwrócił się do niej. Wydała z siebie okrzyk zdumienia gdy nieboszczycy

otoczyli ją ciasnym kręgiem.

Larry spojrzał na mnie.

— Coś ty im powiedziała?

Panna Harrison zaczęła krzyczeć. To były wysokie, pełne przerażenia wrzaski. Jej rewolwer zagrzmiał raz,

drugi, trzeci. Aż do opróżnienia bębenka. Po chwili iglica uderzyła w zużytą łuskę. Do ciała kobiety zbliżyły

się powolne, spragnione usta i dłonie.

— Powstrzymaj ich — rzekł Larry. Schwycił mnie za rękę. — Powstrzymaj ich.

Czułam, jak dłonie wyrywają kawałki mięsa z ciała panny Harrison. Jak zęby zagłębiają się w jej barku,

rozszarpują tę smukłą szyję i wiedziałam, kiedy do głodnych ust spłynęła krew.

Larry czuł to samo.

— O Boże, powstrzymaj to! — Padł przede mną na kolana i błagał, szarpiąc mnie za rękę.

Stirling nie wystrzelił ani razu. Gdzie się podział?

— Stójcie — wyszeptałam.

Umarli znieruchomieli jak roboty w pół ruchu. Panna Harrison, jęcząc, osunęła się ciężko na ziemię.

Stirling podszedł z boku, mierząc w nas ze swego wielkiego pistoletu, trzymając go tak jak powinien, oburącz.

Zaszedł nas od tyłu, podczas gdy zombi zajmowały się panną Harrison. Był tuż obok nas. Musiał mieć nerwy

ze stali, by podejść tak blisko zombi. Larry wpił palce w moje ramię.

Nie, Anito. Proszę, nie rób tego. — Nawet gdy celowano do niego z pistoletu, Larry kurczowo trzymał się

swoich zasad. To godne podziwu.

Jeśli piśnie pani choć słowo, panno Blake, zabiję panią.

Patrzyłam na niego. Byłam tak blisko, że mogłabym wyciągnąć rękę i dotknąć nogawki jego spodni.

Czterdziestkapiątka była wymierzona w moją głowę. Gdyby nacisnął spust, byłoby po mnie.

— To nieostrożność z pani strony, że nie nakazała pani, aby zombi zaatakowali nas oboje.

Przyznawałam mu rację, ale jedyne co mogłam zrobić, to patrzeć na niego. Wciąż trzymałam w ręku maczetę.

Starałam się nie zacieśniać uścisku na rękojeści. Lepiej nie zwracać niepotrzebnej uwagi na tę jakże poręczną

broń. Chyba jednak musiałam się czymś zdradzić, bo powiedział:

— Proszę odłożyć maczetę, panno Blake. Powoli.

Nie zrobiłam tego. Wciąż wlepiałam wzrok w niego i jego pistolet.

— Natychmiast, panno Blake, albo... — Odciągnął kurek. To nie było konieczne, ale przydało temu

gestowi dramatyzmu.

Puściłam maczetę.

— Proszę odsunąć od niej rękę, panno Blake. Cofnęłam rękę. Nie odsunęłam się od niego ani

od pistoletu. Chciałam, ale zmusiłam się, by wykonywać jak najmniej zbędnych ruchów, parę centymetrów

nie sprawi, że pistolet przestanie być zabójczą bronią, ale mogłoby zrobić różnicę, gdybym spróbowała rzucić

się na niego. Nie było to rozwiązanie, które przyjęłabym z entuzjazmem, aczkolwiek z braku alternatyw... Nie

zamierzałam dać się zabić bez walki.

— Czy może pan odesłać zombi z powrotem, panie Kirkland?

Larry zawahał się.

— Nie wiem.

Zuch chłopak. Gdyby powiedział, że nie, Stirling mógłby go zabić. Gdyby odpowiedział tak, Stirling mógłby

zabić mnie.

Larry puścił moją rękę i nieznacznie odsunął się ode mnie. Stirling zerknął na niego, po czym przeniósł wzrok

na mnie, lufa jego broni nawet nie zadrżała. Cholera.

Larry klęczał, wciąż oddalając się ode mnie i zmuszając Stirlinga, aby dzielił uwagę pomiędzy nas oboje.

Lufa pistoletu przesunęła się ze środka mojego czoła w stronę Larry’ego. Nabrałam powietrza i wstrzymałam

oddech. Jeszcze nie teraz, jeszcze nie. Gdybym zdecydowała się zaatakować zbyt wcześnie, byłoby po mnie.

Larry rzucił się po coś, co leżało na ziemi. Lufa przesunęła się w jego kierunku.

Zrobiłam dwie rzeczy naraz. Wsunęłam lewą rękę pod nogę Stirlinga i pociągnęłam, a prawą zacisnęłam na

jego kroczu i pchnęłam z całej siły. Może nie sprawiło mu to tyle bólu, ile zamierzałam, ale stracił

równowagę. Runął na wznak, rozpaczliwie usiłując wymierzyć we mnie broń. Miałam nadzieję, że upuści

pistolet albo będzie wolniejszy. Nie był i nie wypuścił spluwy. Miałam tylko ułamek sekundy, aby

zadecydować, czy mam spróbować pozbawić go rodowych klejnotów i zadać jak najwięcej bólu w jak

najkrótszym czasie, czy sięgnąć po pistolet. Sięgnęłam po broń, nie próbowałam jej schwycić, skupiłam się na

jego rękach. Jeśli je unieruchomię, będzie bezbronny.

Padł strzał. Nie spojrzałam. Nie było czasu. Larry oberwał albo nie. Jeżeli nie, musiałam zdobyć tę spluwę.

Przycisnęłam obie ręce Stirlinga do ziemi, ale nie miałam jak się zaprzeć. Uniósł ręce nad ziemię, a ja nie

byłam w stanie go powstrzymać. Zaparłam się stopami, zmuszając, aby uniósł ręce nad głowę, ale teraz zrobił

się z tego pojedynek zapaśniczy, a mój przeciwnik był ode mnie jakieś trzydzieści kilogramów cięższy.

Rzuć broń. — Za moimi plecami rozległ się głos Larry'ego. Nie mogłam się odwrócić. Nie mogłam oderwać

wzroku od pistoletu. Oboje go zignorowaliśmy.

Zastrzelę cię — ostrzegł Larry.

Tym zwrócił na siebie uwagę Stirlinga. Jego wzrok padł na Larry'ego, a ciało na chwilę znieruchomiało. Tego

właśnie potrzebowałam. Zacisnęłam dłonie na jego nadgarstkach i rzuciłam się na niego. Z całej siły wbiłam

kolano w jego krocze. Wydał z siebie zduszony okrzyk. Jego dłonie rozwarły się spazmatycznie. Uniosłam

ręce i dotknęłam pistoletu. Palce Stirlinga zacisnęły się mocno na kolbie. Nie zamierzał oddać mi spluwy.

Podpełzłam wyżej i oparłam jego ręce o swoje biodro. Szarpnęłam go za jedną rękę i szybkim, energicznym

ruchem wyłamałam mu staw łokciowy. Jego dłoń zdrętwiała i pistolet był już mój. Odczołgałam się od niego z

pistoletem w dłoni.

Larry stał nad nami, celując w Stirlinga. Tamten zdawał się w ogóle tego nie zauważać. Przetaczał się po

ziemi z boku na bok, usiłując równocześnie dotykać obu obolałych miejsc.

— Miałem broń. Mogłaś po prostu odsunąć się od niego — powiedział Larry.

Pokręciłam głową. Wierzyłam, że Larry mógłby zastrzelić Stirlinga. Tyle że nie byłam pewna, czy Stirling nie

strzeliłby do Larry'ego.

— Pistolet był praktycznie mój. Nie chciałam mu go zostawić — powiedziałam.

Larry wycelował broń w ziemię, ale wciąż trzymał go oburącz.

— To twoja spluwa. Chcesz ją z powrotem? Potrząsnęłam głową.

— Zatrzymaj ją dopóki nie wsiądziemy do samochodu.

Spojrzałam na zombi. Obserwowały mnie spokojnym wzrokiem. Ciemnowłosa kobieta miała na ustach krew.

To jej zęby wgryzły się w szyję panny Harrison.

Panna Harrison leżała nieruchomo na ziemi. W najlepszym razie zemdlała.

Moc powoli zaczynała słabnąć. Jeśli miałam odesłać ich wszystkich tam, skąd przyszli, musiałam to zrobić już

teraz.

— Powróćcie do ziemi. Wracajcie do swych mogił. Wracajcie wszyscy, wracajcie.

Umarli przez chwilę krążyli w tę i z powrotem, jak dzieci bawiące się w muzyczną zabawę z krzesłami.

Następnie jeden po drugim ułożyły się na ziemi, a ta pochłonęła je niczym woda. Ziemia zafalowała i

pozostawała wzburzona, dopóki ostatnie z ciał nie znikło w jej wnętrzu.

Nie było już kości wystających z ziemi. Grunt był gładki i równy, jakby cały wierzchołek góry, jeszcze

niedawno rozkopany, został przywrócony do poprzedniego stanu.

Moc załamała się, powracając do ziemi czy skąd się tam brała. Musieliśmy dotrzeć do dżipa i wykonać parę

telefonów. Na wolności przebywała żądna krwi istota fairie. Musieliśmy ściągnąć policję do domu Bouvierów.

Larry ukląkł przy pannie Harrison. Dotknął je szyi.

— Ona żyje. — Gdy cofnął rękę, była umazana krwią.

Spojrzałam na Stirlinga. Przestał się wić po ziemi i leżał na boku, z podkurczonymi nogami i jedną ręką

wykrzywioną pod nienaturalnym kątem. W jego oczach dostrzegłam zarówno ból, jak i nienawiść. Gdyby

jeszcze kiedyś nadarzyła mu się druga szansa, moje dni byłyby policzone.

— Zastrzel go, jeśli się poruszy — warknęłam.

Larry wstał i posłusznie wycelował pistolet w Stirlinga.

Podeszłam, aby sprawdzić, co z Bayardem. Leżał na boku, przyciskając dłonie do rany na brzuchu. Rozległy

czarny krąg wskazywał, gdzie krew wsączyła się w głodną glebę. Potrafiłam rozpoznać trupa na pierwszy rzut

oka, ale uklękłam przy nim, twarzą do Stirlinga. Nie żebym nie ufała Larry'emu. Nie ufałam Stirlingowi.

Nie wyczułam pulsu na szyi. Skóra zaczęła robić się już chłodna w tę przyjemną skądinąd wiosenną noc. Nie

umarł od razu. Umierał powoli. Konał, podczas gdy my walczyliśmy. Umarł samotnie i wiedział, że umiera.

Wiedział również, że został zdradzony. To nie była dobra śmierć.

Wstałam i spojrzałam na Stirlinga. Chciałam go zabić za Bayarda, za Magnusa, za Dorrie Bouvier. Za to, że

był wrednym sukinsynem bez serca.

Widział, jak wykorzystałam zombi jako broń. Użycie magii w charakterze zabójczej broni było karane

śmiercią. W tym przypadku pojęcie samoobrony nie wchodziło w grę.

Spojrzałam na Stirlinga i na nieprzytomną pannę Harrison, by stwierdzić, że mogłabym po prostu podejść i

wpakować każdemu z nich kulkę w głowę i bynajmniej nie spędziłoby mi to snu z powiek. Spałabym po tym

jak dziecko. Boże Święty!

Larry spojrzał na mnie, broń wciąż trzymał gotową do strzału, ale na krótką chwilę oderwał wzrok od

Stirlinga. Błąd. Tym razem mu się upiekło, ale musiałam go tego oduczyć.

Czy Bayard żyje?

Nie. — Ruszyłam w ich stronę, zastanawiając się, co mam teraz zrobić. Wątpiłam, aby Larry pozwolił mi

rozwalić ich oboje z zimną krwią. Po części cieszyłam się z tego. Po części nie.

Podmuch wiatru omiótł moją twarz. Coś zaszeleściło, jakby gałęzie drzew albo poły płaszcza na wietrze. Na

szczycie tej góry nie było drzew. Odwróciłam się z wielką czterdziestkąpiątką trzymaną oburącz i ujrzałam

stojącego na skraju zbocza Janosa. Spoglądając na jego przypominającą czerep kościotrupa twarz, chyba na

chwilę wstrzymałam oddech. Był cały ubrany na czarno, nosił nawet czarne rękawiczki. Przez jedną krótką

chwilę miałam wrażenie, że patrzę na trupią czaszkę unoszącą się w nocnym powietrzu.

— Mamy chłopaka — powiedział.

Rozdział 35

Krzyżyki wciąż pozostały na widoku. Połyskiwały białą, łagodną poświatą. Nie zmieniły się ona jeszcze w

silny, gorejący blask. Póki co nie zaistniało jeszcze bezpośrednie zagrożenie, ale nawet przez materiał

podkoszulka czułam ciepło krzyżyka.

Janos osłonił oczy dłonią, tak jak zwykły śmiertelnik przed oślepiającymi promieniami słońca.

— Proszę to schować, abyśmy mogli porozmawiać.

Nie kazał nam ich zdjąć. Mogłam zgodzić się na włożenie krzyżyka pod ubranie, później znów mogę go wyjąć.

Jedną ręką wsunęłam krzyżyk pod koszulkę, w drugiej trzymałam gotową do strzału czterdziestkępiątkę.

Nagle zorientowałam się, że nie wiem, czy w magazynku znajduje się srebrna amunicja. Nie było czasu, aby

teraz o to zapytać. Stirling zapewne i tak by skłamał.

Larry także schował krzyżyk. Światło rozpraszające noc nieznacznie przygasło.

— W porządku, co teraz? — spytałam.

Z tyłu za Janosem pojawiła się Kissa, prowadząc przed sobą jak tarczę Jeffa Quinlana. Nie miał okularów,

przez co wydawał się jeszcze młodszy. Kissa wykręciła mu rękę do tyłu pod takim kątem, że nawet lekkie

szarpnięcie musiało mu sprawiać nieopisany ból.

Miał na sobie kremowy smoking z pasem o dwa tony ciemniejszym, pod kolor muszki. Kissa nałożyła czarny,

skórzany strój. Jeff rysował się wyraźnie na jej ciemnym tle.

Przełknęłam ślinę, coś ścisnęło mnie w gardle.

Co jest grane?

Wszystko gra, Jeff?

Chyba tak.

Kissa szarpnęła go lekko. Skrzywił się.

— Nic mi nie jest. — W jego głosie pobrzmiewała nuta przerażenia.

Wyciągnęłam do niego rękę.

— Podejdź tu.

Jeszcze nie — zaoponował Janos. Przynajmniej próbowałam.

Czego chcesz?

Na początek rzućcie broń.

A jeżeli tego nie zrobimy? — Wydawało mi się, że znam odpowiedź, ale chciałam, by to powiedział.

Kissa zabije chłopaka i wszystkie wasze wysiłki spełzną na niczym.

Pomocy — wychrypiał Stirling. — To wariatka. Zaatakowała panią Harrison z pomocą zombi. Gdy

próbowaliśmy się bronić, omal nas nie pozabijała.

Zapewne to samo powtórzyłby przed sądem. I przekonałby ławę przysięgłych. Ja zostałabym przedstawiona

jako zła królowa voodoo, władczyni zombi, a on jako niewinna, skrzywdzona ofiara.

Janos wybuchnął śmiechem, jego cienka jak papier skóra omal przy tym nie popękała. Nie sądziłam, że to

wytrzyma. A jednak wytrzymała.

— O nie, panie Stirling, ja wszystko widziałem. Stałem w cieniu i widziałem, jak zabił pan tamtego

mężczyznę.

Przez twarz Stirlinga przemknął cień strachu.

— Nie wiem, o co ci chodzi. Wynajęliśmy go w dobrej wierze. Zwrócił się przeciwko nam.

— Moja mistrzyni otworzyła pański umysł dla Trupiogłowego. Uwolniła go, by w pańskich snach zaszczepił

pragnienie zdobycia ziemi, pieniędzy i władzy. Tego wszystkiego, czego pan pragnie.

Serephina wysłała Ivy, aby mnie zabiła albo raczej abym to ja była zmuszona zabić ją. Aby dzięki temu

zyskać pewność, że Trupiogłowy zostanie uwolniony — wtrąciłam.

Tak — odparł. — Serephina powiedziała jej, że musi oczyścić się z hańby, jaką się okryła poprzez przegraną

z tobą.

Aby tego dokonać, miała mnie zabić.

Tak.

A gdyby jej się udało?

Moja mistrzyni w ciebie wierzy, Anito. Jesteś śmiercią kroczącą pośród nas. Tchnieniem śmiertelności.

Dlaczego miałaby pragnąć uwolnienia tej istoty? — Tej nocy zadawałam mnóstwo pytań.

Pragnie posmakować krwi nieśmiertelnego.

To sporo zachodu jak na drobne urozmaicenie w menu.

Znów uśmiechnął się w ten swój dziwny sposób.

— Jesteś tym, co jesz, Anito. Przemyśl to sobie. Zrobiłam to i aż mi szczęka opadła ze zdumienia.

Jest przekonana, że poprzez picie krwi nieśmiertelnego sama zyska sobie nieśmiertelność?

Otóż to.

To się nie uda — odparłam.

Zobaczymy.

— Co ty na tym zyskasz? — spytałam.

Przekrzywił kościstą głowę w bok jak trawiony

rozkładem ptak.

Jest moją mistrzynią i dzieli się ze swymi sługami tym, co sama zyskuje.

Ty także pragniesz nieśmiertelności.

— Pragnę potęgi i władzy — odparł.

Pięknie.

Nie martwi cię, że ten stwór będzie mordował dzieci? Że już zabił kilkoro?

My się pożywiamy i Trupiogłowy również. To normalne, nieprawdaż?

I sądzisz, że Trupiogłowy da się wam, ot tak, odsączać z krwi?

Serephina odkryła zaklęcie, którego użył przodek Magnusa. Kontroluje fairie.

W jaki sposób?

Pokręcił głową i uśmiechnął się.

— Nie przeciągaj tego dłużej, Anito. Rzućcie broń albo Kissa pożywi się nim na waszych oczach.

Kissa przesunęła dłonią po krótkich włosach Jeffa w pieszczotliwym geście. Następnie przekrzywiła jego

głowę w bok, obnażając długą gładką szyję.

— Nie! — Jeff próbował się wyrwać, ale Kissa szarpnęła go za rękę tak silnie, że aż krzyknął.

— Złamię ci rękę, chłopcze — warknęła.

Ból unieruchomił go, ale w jego oczach malowało się przerażenie. Spojrzał na mnie. Nie prosił, nie błagał.

Jego wzrok był wymowniejszy niż jakiekolwiek słowa.

Wargi Kissy rozchyliły się, ukazując spiczaste, wilgotne kły.

— Stój — krzyknęłam i znienawidziłam siebie za to.

Rzuciłam czterdziestkępiątkę na ziemię. Larry także upuścił trzymany przez siebie pistolet. Rozbrojona

dwukrotnie w ciągu jednej nocy. To prawdziwy rekord, nawet jak dla mnie.

Rozdział 36

I co teraz? — spytałam.

Serephina czeka na nas na przyjęciu. Przysłała dla ciebie odpowiedni strój. Możesz przebrać się w limuzynie

— odparł Janos.

Jakie znowu przyjęcie?

-To, na które cię zaprasza. Jcan-Claude'owi przekaże zaproszenie osobiście. To mi się nie spodobało.

Myślę, że daruję sobie to przyjęcie.

Raczej nie — mruknął Janos.

Spomiędzy drzew wyłonił się kolejny wampir. To była ta brunetka, która dręczyła Jasona. Szła w długiej,

czarnej sukni, która okrywała ją od szyi po kostki. Oplotła Janosa ramionami, głaszcząc go po szyi i ukazując

nam gołe plecy. Przesłaniały je tylko układające się w cienką pajęczynę czarne paski. Suknia sprawiała

wrażenie, jakby wystarczył tylko jeden ruch, aby zsunęła się z jej ciała, a jednak wciąż je opinała. Modne

czary. Ciemne włosy zaplotła w warkocz upięty na boku głowy. Wyglądała całkiem atrakcyjnie jak na

trawionego zgnilizną trupa, a przecież taką ją widziałam, i to całkiem niedawno.

Nie potrafiłam ukryć zdziwienia.

Myślałem, że ona nie żyje — powiedział Larry.

Ja również.

Nie ryzykowałbym życia Palas, gdybym wierzył, że twój wilkołak może ją zabić — powiedział Janos.

Z mrocznego lasu wyłoniła się kolejna postać. Długie, jasne włosy okalały szczupłe, drobno kościste oblicze.

Oczy lśniły krwistą czerwienią. Już wcześniej widziałam u wampirów gorejące oczy, ale zawsze roztaczały

taki blask, jaki kolor miały ich tęczówki. Nikt, kto był kiedyś człowiekiem, nie miał czerwonych tęczówek.

Ubrany był w czarny smoking i długą niemal do kostek pelerynę.

Xavier — wyszeptałam.

Larry spojrzał na mnie.

To ten wampir-morderca? Skinęłam głową.

Co on tu robi?

— To dlatego tak szybko odnalazłeś Jeffa. Współpracujesz z Xavierem — powiedziałam. — Czy

Serephina wie o tym?

Janos uśmiechnął się.

Ona jest mistrzynią wszystkich, Anito, jego również. — Powiedział to z przejęciem, jakby mu to imponowało.

Nie pożywisz się już długo swoim fairie, jeżeli gliny trafią przez Xaviera do ciebie.

Xavier wykonywał tylko rozkazy. Rekrutował nowych członków — odparł Janos z niejakim rozbawieniem.

Dlaczego Ellie Quinlan?

Xavier lubi od czasu do czasu zabawić się z młodym chłopcem. To jego jedyna słabość. Przemienił kochanka

dziewczyny, a chłopak chciał, aby została z nim na zawsze. Tej nocy powstanie i pożywi się razem z nami.

Zamierzałam zrobić wszystko, aby temu zapobiec.

Czego chcesz, Janosie?

Przysłano mnie, aby ułatwić ci życie — odrzekł.

No jasne.

Pallas odstąpiła od Janosa i podeszła do Stirlinga.

Ten spojrzał na nią, tuląc złamaną rękę do boku. Musiało go boleć jak cholera, ale na jego twarzy nie

malował się teraz ból, lecz strach. Patrzył na wampirzycę, ale nie wydawał się już butny i arogancki.

Przypominał dziecko, które odkryło, że pod łóżkiem naprawdę kryje się potwór.

Spomiędzy drzew wyłoniła się jeszcze jedna wampirzyca. Blondynka. Wyglądała wspaniale, nikt by nie

przypuszczał, że mogła być przeżarta przez zgniliznę. A jednak widziałam to na własne oczy. Nigdy nie

przypuszczałam, że wampirzyca może wyglądać na naprawdę martwą, a mimo wszystko przeżyć.

— Pamiętasz Bettinę — powiedział.

Bettina miała na sobie czarną suknię, która odsłaniała jej blade ramiona. Na jedno ramię miała zarzucony

czarny szal. Suknię opinał w talii złoty pasek. Blond warkocz był misternie ułożony i upięty na czubku głowy.

Podeszła do nas, a jej oblicze wyglądało perfekcyjnie. Sucha, gnijąca skóra była tylko złym snem, koszmarem.

Dobrze by było. Jean-CIaude powiedział, że tylko ogień daje całkowitą pewność. Myślałam, że miał na myśli

tylko Janosa.

Janos wyciągnął rękę i odciągnął Jeffa od Kissy. Zacisnął przyobleczone w czarne rękawiczki dłonie na

ramionach chłopca. Palce miał dłuższe niż normalnie, jakby posiadały o jeden staw więcej. Gdy tak

przyglądałam się im na tle białej kurtki Jeffa, stwierdziłam, że palce wskazujący i środkowy były równej

długości. Jeszcze jeden mit okazał się prawdą przynajmniej w przypadku Janosa. Długie, dziwne palce

zagłębiły się lekko w ciele Jeffa.

Oczy chłopaka rozszerzyły się z bólu.

— Co się dzieje? — zapytałam.

Kissa miała na sobie ten sam czarny, winylowy strój co w izbie tortur, a może raczej identyczny, bo tamten

Larry przedziurawił przecież kulą z pistoletu. Stanęła za nim, zaciskając dłonie w pięści. Stała w całkowitym

bezruchu, co potrafią jedynie umarli, ale było w niej pewne napięcie i czujność. Nie była zadowolona. Jej

ciemna skóra dziwnie pobladła. Tej nocy jeszcze się nie pożywiała.

Potrafiłam to odgadnąć, przynajmniej u większości wampirów. Zawsze zdarzają się wyjątki.

Xavier jak rozmyta smuga przemknął obok Stirlinga, by stanąć przy wciąż nieprzytomnej pannie Harrison.

Larry potrząsnął głową w niedowierzaniu.

Czy on po prostu tam się pojawił, czy tak szybko się przemieścił?

Przemieścił się — odparłam.

Spodziewałam się, że Janos odeśle Kissę do pozostałych, lecz nie zrobił tego. Jakaś postać pojawiła się na

stoku wzgórza, pełznąc powoli, jakby każdy ruch sprawiał jej dojmujący ból. Blade ręce wpijały się w gołą

ziemię, nagie ramiona lśniły pośród wiosennej nocy. Głowa istoty opadła do ziemi, krótkie ciemne włosy

przesłoniły twarz. I nagle głowa uniosła się, blask księżyca rozjaśnił wychudzone oblicze. Wąskie, bezkrwiste

wargi rozchyliły się, ukazując cienkie kły. Twarz przepełniał grymas głodu. Wiedziałam, że oczy były

brązowe, gdyż widziałam je. wpatrujące się niewidzącym wzrokiem w sufit sypialni Ellie Ouinlan. Nie miałam

hipnotycznej mocy, ale w głębi tych ciemnych oczu płonął jakiś ogień. Płomień szaleństwa i być może również

głodu. To były zwierzęce emocje, nie było w nich nic ludzkiego. Może gdy pozwolą jej pożywić się po raz

pierwszy, będzie mieć czas na odczuwanie emocji, teraz wszystko zawęziło się do zaspokojenia tej najbardziej

pierwotnej potrzeby.

Czy to jest ta, o której myślę? — spytał Lany.

Tak — odpowiedziałam. Jeff chciał do niej pobiec.

— Ellie?

Janos mocno przycisnął go do piersi, oplatając go na ukos ramieniem. Jeff zaczął się szamotać, chciał podbiec

do zmarłej siostry. W tej kwestii popierałam zachowanie Janosa. Ożywieńcy mają nieprzyjemny zwyczaj

najpierw się pożywiać, a dopiero potem zadawać pytania. Stwór, który był kiedyś Ellie Quinlan, z dziką

rozkoszą rozdarłby swemu młodszemu bratu gardło. Skąpałaby się w jego krwi i parę minut, godzin, dni lub

tygodni później uświadomiłaby sobie, co zrobiła. Może nawet pożałowałaby tego.

— Idź, Angelo, idź do Xaviera — rzekł Janos.

— Nowe imię nie uczyni jej kimś innym, niż była — odparłam.

Janos spojrzał na mnie.

— Ona nie żyje od dwóch lat i ma na imię Angela.

Nazywa się Ellie — powiedział Jeff. Już się nie wyrywał, lecz patrzył na nieżyjącą siostrę ze zgrozą jakby

dopiero teraz ujrzał ją po raz pierwszy.

Ludzie ją rozpoznają Janosie.

Będziemy ostrożni, Anito. Nasz nowy aniołek nie ujrzy nikogo niepożądanego.

Niezły układ, nie ma co — mruknęłam pod nosem. — Masz dla niej jeszcze jakieś propozycje?

— Tylko jedną— odparł. — Aby zaspokoiła pragnienie.

Jestem pod wrażeniem, że przywlokłeś ją tak daleko, nie pozwalając się jej wcześniej pożywić.

Ależ nakarmiłem ją — Głos Xaviera był zdumiewająco miły. Czułam się dość nieswojo, słysząc ten głos

płynący z ust bladego, upiornego wampira.

Spojrzałam na niego, unikając jego wzroku.

Jestem pod wrażeniem — powiedziałam.

Andy przeistoczył ją, a Andy'ego przeistoczyłem ja. Jestem jej mistrzem.

Jako że Andy nie pojawił się, podejrzewałam, że zabiłam go w lesie z szeryfem St. Johnem. Wolałam nie

poruszać teraz tego tematu. To nie był właściwy moment.

A kto jest twoim mistrzem?

Obecnie Serephina — odparł Xavier. Spojrzałam na Janosa.

Nie zdołaliście jeszcze ustalić, który z was jest ważniejszy i silniejszy, prawda? — Uśmiechnęłam się.

— Marnujesz nasz czas, Anito. Nasza mistrzyni czeka na nas. Skończmy to. Przywołaj naszego aniołka.

Xavier wyciągnął bladą dłoń przed siebie. Ellie wydała gardłowy jęk i zaczęła pełznąć na czworakach po

ziemi. Długa czarna suknia krępowała jej nogi. Rozdarła ją ze zniecierpliwieniem. Materiał pękł w jej

dłoniach jak papier, spod strzępów sukni wyzierały gołe nogi. Schwyciła kurczowo dłoń Xaviera, jak rozbitek

chwytający się koła ratunkowego. Nachyliła się do jego nadgarstka i tylko dłoń, którą trzymał ją za włosy,

powstrzymywała ją przed pożywieniem się jego krwią

— Umarli nie dadzą ci tego, czego potrzebujesz, Angelo — rzekł Janos. — Pożyw się żywymi.

Pallas i Bettina uklękły po obu stronach Stirlinga. Xavier przysiadł z gracją obok panny Harrison, czarna

peleryna rozpostarła się wokół niego jak kałuża krwi. Przez cały czas trzymał Ellie za włosy, nieomal

wciskając jej twarz w ziemię. Wpiła palce w jego dłonie i pojękiwała cichutko. Żaden człowiek nigdy nie

wydawał z siebie podobnych dźwięków.

Panno Blake — wyjęczał przerażony Stirling — stoi pani po stronie prawa. Musi mnie pani chronić.

Wydawało mi się, że chcesz wytoczyć mi proces, Raymondzie. O ile pamiętam, zamierzałeś oskarżyć mnie o

napaść na ciebie i pannę Harrison z użyciem zombi.

Wcale nie. — Spojrzał na klęczące przy nim wampirzyce, a następnie przeniósł wzrok na mnie.

— Nikomu nic nie powiem. Naprawdę. Nie pisnę o tym ani słowem. Błagam. Spojrzałam na niego.

Błagasz o litość, Raymondzie?

Tak, tak, błagam.

O taką samą litość, jaką okazałeś Bayardowi?

Proszę...

Bettina pogładziła policzek Stirlinga. Mężczyzna drgnął jak oparzony.

Błagam! Cholera.

Nie możemy patrzeć bezczynnie — rzekł Larry.

Masz jakieś sugestie?

— Nie oddajemy nikogo potworom, niezależnie od przyczyny. To podstawowa reguła — powiedział.

Ja także ją wyznawałam. I kiedyś naprawdę w to wierzyłam, dawno temu, kiedy jeszcze wydawało mi się, że

wiem, kto jest, a kto nie jest potworem.

Zaczął wyjmować łańcuszek spod koszuli.

— Nie rób tego, Larry. Nie każ nam ginąć za Raymonda Stirlinga.

Wyjął krzyżyk spod koszuli. Relikwia zalśniła jak oczy Serephiny. Spojrzał na mnie.

Westchnęłam i także wyjęłam krzyżyk.

To kiepski pomysł.

Wiem — odparł. — Ale nie mogę tylko stać bezczynnie i patrzeć.

Jeden rzut oka na jego żarliwe oblicze wystarczył, abym zrozumiała, że mówił prawdę. Nie mógł przyglądać

się temu bezczynnie. W przeciwieństwie do mnie. Może nie spodobałoby mi się to, ale nie próbowałabym temu

zapobiec. Tym gorzej dla mnie.

Co robicie z tym relikwiami? — spytał Janos.

Zamierzamy to przerwać — odparłam.

Przecież chcesz ich śmierci, Anito.

Nie w taki sposób — mruknęłam.

Chciałabyś, abym pozwolił ci użyć broni i żeby zmarnowało się tyle cennej krwi?

Sugerował, że pozwoliłby mi ich zastrzelić. Pokręciłam głową.

To już raczej nie wchodzi w rachubę.

Nigdy nie wchodziło — dorzucił Larry.

Nie skomentowałam tego, nie chciałam odbierać mu złudzeń. Podeszłam do Pallas i Bettiny, Larry ruszył w

stronę Ellie i Xaviera, trzymając przed sobą krzyżyk na łańcuszku, jakby to mogło mu w czymś pomóc. Nie

miałam nic przeciwko temu dramatycznemu gestowi, ale będę później musiała uświadomić mu, że to niewiele

daje.

Krzyżyk zaczął roztaczać blask jak stuwatowa żarówka. Cały świat poza zasięgiem poświaty postrzegałam jak

czarny krąg.

Xavier wstał i wyprostował się naprzeciwko Larry'ego. Wampirzyce cofnęły się, spłoszone silnym światłem.

Dziękuję, panno Blake — wydusił z trudem Stirling. — Bardzo dziękuję. — Zdrową ręką objął moją nogę. Z

trudem powstrzymałam się, aby go nie kopnąć.

Dziękuj Larry'emu, ja pozwoliłabym ci zdechnąć.

Zdawał się mnie nie słyszeć. Nieomal płakał z ulgi, śliniąc mi się na buty.

— Cofnijcie się od nich, proszę. — Głos był kobiecy, słodki jak miód.

Zamrugałam, by pozbyć się powidoków spowodowanych przez blask krzyżyka i ujrzałam Kissę trzymającą

broń. Był to rewolwer, chyba magnum, w tym świetle trudno go było rozpoznać. W każdym razie wielka

spluwa, która robi wielkie dziury.

Odsuńcie się od nich, ale już.

Sądziłam, że Serephina nie chce mojej śmierci.

— Kissa zastrzeli twojego młodego przyjaciela. Wstrzymałam oddech, po czym wypuściłam powietrze.

Jeżeli go zabijesz, nie będę z wami współpracować, niezależnie co dla mnie na dziś zaplanowaliście.

Nie rozumiesz, Anito — rzekł Janos. — Moja mistrzyni nie chce twojej dobrowolnej współpracy. Wszystko,

czego chce od ciebie, może wziąć siłą.

Patrzyłam na niego w silnym białym świetle. Janos tulił do siebie Jeffa. Coś podobnego. Prawdziwa sielanka.

Tylko tego mi brakowało.

— Zdejmijcie krzyżyki i rzućcie je między drzewa — rozkazał Janos. Przesunął dłonią w rękawiczce po

twarzy Jeffa i pocałował go w policzek.

— Teraz, kiedy już wiemy, że jesteś gotowa zaryzykować życie dla obu tych młodzieńców, mamy o jednego

zakładnika więcej, niż jest to konieczne. — Położył obie dłonie na szyi Jeffa, ale nie tak, by sprawić mu ból,

jeszcze nie.

— Zdejmijcie krzyżyki i rzućcie je w krzaki. Nie powtórzę tego po raz trzeci.

Spojrzałam na niego. Nie chciałam rozstawać się z krzyżykiem. Spojrzałam na Larry'ego. Wciąż stał

naprzeciw Xaviera, a jego krzyżyk świecił jasnym blaskiem. Cholera.

Kissa, zastrzel chłopaka.

Stój. — Odpięłam łańcuszek. — Nie zabijaj go.

Nie rób tego, Anito — ostrzegł Larry.

Nie mogę pozwolić, abyś zginął — powiedziałam. Zacisnęłam łańcuszek w dłoni, krzyżyk świecił

białoniebieskim światłem jak płonąca magnezja. Nie chciałam wyrzucać krzyżyka. To nie był dobry pomysł.

Cisnęłam krzyżyk w krzaki. Błysnął jak spadająca gwiazda i zgasł, znikając wśród drzew.

Teraz twój krzyżyk, Larry — powiedział Janos. Larry pokręcił głową.

Po moim trupie.

— Zastrzelimy chłopaka — rzekł Janos. — Albo może nasycę się nim na waszych oczach. — Jedną ręką

przycisnął Jeffa do siebie, a drugą odgarnął mu włosy i odchylił głowę, odsłaniając szyję.

Larry spojrzał na mnie.

Co mam zrobić, Anito?

Musisz sam podjąć decyzję — odparłam.

Oni go naprawdę zabiją?

Tak.

Zaklął cicho i rozpiął łańcuszek. Następnie cisnął krzyżyk w stronę lasu z taką siłą, jakby wkładał w to całą

swoją wściekłość. Kiedy zgasł blask krzyżyka, otoczyła nas ciemność. Światło księżyca, jeszcze niedawno tak

jasne, zdawało się teraz słabe i złowrogie.

Stopniowo odzyskałam zdolność widzenia w ciemnościach. Kissa podeszła bliżej, przez cały czas celując do

nas z rewolweru. Gdy ujrzałam ją po raz pierwszy, emanowała zmysłowością i mocą teraz była przygaszona,

potulna, jakby utraciła całą swą żywiołowość.

Jakby ktoś odebrał jej tę energię. Wydawała się blada i wychudzona. Powinna się jak najszybciej pożywić.

Czemu nie pozwolili ci się dziś pożywić? — zapytałam.

Nasza mistrzyni nie jest całkowicie pewna jej lojalności i oddania. To wymaga przetestowania, prawda, moja

mroczna piękności?

Kissa nie odpowiedziała. Patrzała na mnie wielkimi, ciemnymi oczami, ale broń w jej dłoniach nawet nie

zadrżała.

— Pożywcie się, dzieci, pożywcie się.

Pallas i Bettina podeszły do Stirlinga. Spojrzały na mnie znad niego. Odpowiedziałam równie zimnym

spojrzeniem.

Stirling chwycił mnie za nogę..

— Nie możesz im mnie oddać. Błagam, błagam.

Pallas uklękła przy nim. Bettina podeszła z mojej strony. Strąciła dłoń Stirlinga z mojej nogi. Plecy

wampirzycy otarły się o moje udo. Cofnęłam się o krok, a Stirling zaczął krzyczeć. Xavier i Ellie zaczęli już

pożywiać się nieprzytomną na szczęście panną Harrison. Larry patrzył na mnie, dłonie miał puste i wyglądał

na kompletnie bezradnego.

Nie wiedziałam, co mam powiedzieć.

Nie dotykajcie mnie, precz ode mnie! — Stirling zaczął okładać Pallas zdrową ręką ale wampirzyca schwyciła

ją bez trudu i przytrzymała.

Przynajmniej go zahipnotyzujcie — podpowiedziałam.

Pallas spojrzała na mnie.

— Po tym, jak próbował cię zabić? Czemu pragniesz okazać mu litość?

— Może nie chcę słyszeć jego krzyku.

Pallas uśmiechnęła się. W jej oczach zapłonął czarny ogień.

— Dla ciebie wszystko, Anito.

Ujęła Stirlinga pod brodę, zmuszając, by na nią spojrzał.

— Panno Blake, proszę mi pomóc. Proszę... — Słowa uwięzły mu w gardle.

Patrzyłam, jak jego oczy stają się mętne, puste, wyczekujące.

— Chodź do mnie, Raymondzie — rzekła Pallas. — Pójdź do mnie.

Stirling usiadł, obejmując wampirzycę zdrową ręką. Próbował też drugą, ale ta nie chciała zgiąć się w łokciu

Bettina poruszyła jego złamaną ręką, wyginając ją to w jedną, to w drugą stronę i roześmiała się w głos.

Stirling nie reagował. Nie czuł bólu. Przytulił się do Pallas. Na jego twarzy malował się wyraz euforii.

Radości. Uwielbienia. Szczęścia.

Pallas zatopiła kły w jego szyi. Stirling drgnął spazmatycznie, ale zaraz rozluźnił się, a z jego gardła dobyło

się cichutkie pojękiwanie.

Pallas odchyliła głowę Stirlinga w bok, ssąc krew sączącą się z rany, ale pozostawiając jednocześnie trochę

miejsca dla drugiej wampirzycy. Bettina wgryzła się w odsłoniętą szyję mężczyzny.

Dwie wampirzyce zaczęły się pożywiać, ich głowy były tak blisko siebie, że ich włosy zmieszały się w

jednolitą, złoto-czarną falę. A Raymond Stirling wydawał z siebie radosne dźwięki, kiedy go zabijały.

Larry splótł ramiona na piersi i oddalił się, by stanąć na skraja polany. Ja zostałam przy Stirlingu.

Patrzyłam, jak umiera. Chciałam jego śmierci. Tchórzostwem byłoby dla mnie odwrócić wzrok. Poza tym

musiałam to zobaczyć. Musiałam przypomnieć sobie, kto był potworem, a kto nie. Może jeśli nie odwrócę

wzroku, nie mrugnę ani nie zamknę oczu, już nigdy tego nie zapomnę.

Patrzyłam na szczęśliwą pełną uniesienia twarz Stirlinga, aż jego ręka osunęła się z pleców Pallas, a powieki

opadły. Zamknął oczy. Zemdlał z upływu krwi i szoku, ale wampirzyce obejmowały go mocno i pożywiały się

dalej.

Nagle otworzył szeroko oczy, a z jego gardła dobył się wilgotny gulgot. Dostrzegłam w jego oczach strach.

Pallas uniosła rękę i pogładziła Stirlinga po włosach jak przerażone dziecko. Strach zniknął z jego oczu, a

wraz z nim zgasło również światełko życia. Obserwowałam to wszystko. Patrzyłam, jak Raymond Stirling

umiera i wiedziałam, że ta ostatnia chwila, wyraz przerażenia malujący się na jego twarzy będzie

prześladować mnie w snach jeszcze przez wiele tygodni.

Rozdział 37

Silny podmuch wiatru uniósł w górę tuman kurzu. Jean-Claude pojawił się jakby znikąd. Nigdy jeszcze tak

się nie ucieszyłam na jego widok. Nie rzuciłam mu się w ramiona, ale podeszłam, by przy nim stanąć. Larry

podążył za mną. Jean-Claude nie zawsze był gwarantem bezpieczeństwa, ale teraz sprawił, że poczułam się

znacznie lepiej.

Miał na sobie jedną z białych koszul. Tę z mnóstwem delikatnych koronek z przodu. Krótki biały surdut

kończył się na wysokości talii. Mankiety surduta również ozdobione były koronkami. Nosił obcisłe białe

spodnie z czarnym paskiem. Pasek ten pasował do jego aksamitnie czarnych butów.

— Nie spodziewałem się ciebie tutaj, Jean-Claude — rzekł Janos.

Nie miałam pewności, ale wydawał się zaskoczony. Doskonale.

Serephina dostarczyła zaproszenie osobiście, Janosie, ale to za mało.

Zaskakujesz mnie, Jean-Claude — powiedział.

Serephinę także zaskoczyłem. — Sprawiał wrażenie spokojnego i wyciszonego. Jeżeli nawet obawiał się tego,

że stał samotnie, otoczony przez wrogów, na szczycie wzgórza, nie dawał tego po sobie poznać. Ciekawiło

mnie, w jaki sposób zdołał zaskoczyć Serephinę.

Jason nadszedł od strony dżipa. Nosi czarne skórzane spodnie, które wyglądały, jakby uszyto je na nim, nie

miał koszuli. Jego szyję zdobiło coś, co wyglądało jak nabijana ćwiekami obroża, dłonie miał przyobleczone w

czarne rękawiczki, ale poza tym od pasa w górę był nagi. Miałam nadzieję że to Jason wybrał swój dzisiejszy

strój.

Prawą stronę jego twarzy od podbródka do czoła pokrywały sińce, jakby uderzyło go coś ogromnego.

— Widzę, że twój pupil włączył się do bójki — rzekł Janos.

— Jest mój pod każdym względem, Janosie. Oni wszyscy należą do mnie.

Ten jeden raz odpuściłam. Gdybym miała wybierać pomiędzy Jean-Claude'em lub Serephina, nie miałam

wątpliwości, za kim bym się opowiedziała.

Larry podszedł tak blisko, że mogłam go ująć za rękę. Może nie lubił, gdy zaliczano go do menażerii Jean-

Claude’a.

Utraciłeś pokorę, która tak mi się w tobie podobała, Jean-Claude. Czy odrzuciłeś również zaproszenie

Serephiny?

Przyjdę na jej przyjęcie, ale w swoim czasie i otoczeniu moich ludzi.

Spojrzałam na niego. Czy on zwariował? Zmarszczył brwi.

— Serephina chciała, abyś był na tym przyjęciu zakuty w łańcuchy.

Każdy z nas ma w tej kwestii możliwość wyboru, Janosie.

Chcesz powiedzieć, że byłbyś gotów rzucić nam wszystkim wyzwanie? Tu i teraz? — W jego głosie

pobrzmiewała nuta rozbawienia.

Nie umrę samotnie, Janosie. Koniec końców być może mnie pokonasz, ale słono będzie cię to kosztować.

Jeżeli naprawdę zamierzasz przyjść z własnej woli, proszę bardzo — odparł Janos. — Nasza mistrzyni

wzywa, pozwól nam odpowiedzieć na ten zew.

Janos, Bettina i Pallas unieśli się nagle w powietrze. To nie był lot ani nawet lewitacja. Nie potrafiłam

odnaleźć na to odpowiedniego określenia.

Boże drogi — wyszeptał Larry. Noc, kiedy po raz pierwszy ujrzysz wampira w locie na zawsze pozostaje w

pamięci.

Pozostali, jak rozmyte smugi, rozproszyli się i pomknęli w stronę lasu. Ellie Quinlan zniknęła wraz z nimi.

Jej brata zabrał Janos. Aż do tej pory nie wiedziałam, że wampir może coś dźwignąć w powietrze. Każdego

dnia uczę się czegoś nowego.

Pozbieraliśmy naszą broń i ruszyliśmy w dół zbocza. Nasze krzyżyki przepadły. Nawet Jean-Claude szedł

pieszo, a wiedziałam, że znał inne możliwości przemieszczania się. Czy to nieuprzejme unosić się w powietrzu,

podczas gdy inni tego nie potrafią?

Dżip stał tam, gdzie go zostawiłam. Noc była jeszcze młoda. Do świtu pozostało dobrych parę godzin, a jedyne

czego teraz chciałam, to wrócić do domu.

— Pozwoliłem sobie wybrać dla ciebie strój na dzisiejszą noc — powiedział Jean-Claude. — Jest w

dżipie.

Tylko się uśmiechnął.

Westchnęłam.

W porządku. — Gdy nacisnęłam klamkę, stwierdziłam, że drzwiczki są otwarte. Ubranie leżało złożone na

fotelu pasażera. Czarna skóra. Pokręciłam głową. — Chyba jednak nie.

Twoje rzeczy leżą od strony kierowcy, ma petite. To ubranie Lawrence'a.

Lany zajrzał mi przez ramię.

— Chyba żartujesz.

Obeszłam dżipa i zobaczyłam parę czarnych, nowiutkich dżinsów. Najciaśniejszych jakie miałam. A także

krwistoczerwoną koszulkę bez rękawów, której wcześniej nie miałam. Wydawała się być zrobiona z jedwabiu.

Był tu jeszcze długi czarny płaszcz. Gdy go założyłam, okazało się, że sięga mi do połowy łydki i unosi się na

wietrze jak peleryna. Spodobał mi się. W przeciwieństwie do czerwonej, jedwabnej koszulki.

Niezłe — powiedziałam.

Mój strój mi się nie podoba — poskarżył się Larry. — Nie wiem nawet, jak mam się wbić w te spodnie.

Jasonie, pomóż mu się ubrać.

Jason zgarnął naręcze skórzanej odzieży i przeniósł na tył dżipa. Larry z kwaśną miną podążył za nim.

— Nie ma butów? — spytałam. Jean-Claude uśmiechnął się.

— Nie sądziłem, że zechcesz zrezygnować ze swoich najków.

Fakt.

Przebierz się szybko, ma petite, musimy dotrzeć na miejsce, zanim Serephina zapragnie zabić chłopca ot

tak, dla kaprysu.

Czy Xavier pozwoliłby jej uśmiercić swoją nową zabawkę?

Jeżeli naprawdę jest jego mistrzynią nie miałby tu nic do gadania. No już, ma petite, przebierz się.

Tylko szybko. — Zamierzałam przebrać się po drugiej stronie dżipa, ale zorientowałam się, że w ten sposób

znalazłabym się w polu widzenia Larry'ego. Niech to szlag. Odwróciłam się do Jean-Claude'a plecami i

zdjęłam szelki kabury podramiennej.

Jak zdołaliście uciec Serephinie?

Zdjęłam bluzkę przez głowę. Zwalczyłam chęć obejrzenia się przez ramię. Wiedziałam, że Jean-Claude

patrzy, po co więc się upewniać?

— Jason rzucił się na nią w kluczowym momencie. To rozproszyło ją na tyle, abyśmy mogli uciec.

Niestety obawiam się, że pokój wygląda, jakby przeszło przezeń tornado.

Powiedział to tak łagodnym tonem, że musiałam zobaczyć jego oblicze. Nałożyłam czerwoną koszulkę i

odwróciłam się. Stał bliżej niż sądziłam, prawie w zasięgu ręki. W swoim białym stroju wyglądał doskonale.

— Cofnij się o kilka kroków, bardzo proszę. Chciałabym mieć trochę wolnej przestrzeni.

Uśmiechnął się, ale wykonał moje polecenie. Chyba po raz pierwszy.

— Czyżbym cię nie doceniła? — spytałam. Najszybciej jak umiałam założyłam dżinsy. Starałam się nie

myśleć o tym, że się na mnie gapił. To było zbyt krępujące.

— Musiałem uciekać, ma petite. Ona jest mistrzynią Janosa, a nawet on mnie pokonał. Nie mogę stawić

jej czoła w otwartej walce.

Nałożyłam kaburę podramienną zaczepiając szelki o pasek spodni. W koszulce bez rękawów szelki trochę

mnie poobcierają ale trudno, taki los. Wyjęłam spod fotela firestara i włożyłam do kabury wewnętrznej,

przypiętej z przodu do dżinsów. Byłoby ją widać nawet pod płaszczem. Przesunęłam kaburę do tyłu, choć nie

lubiłam umieszczać jej za plecami. Wyjęłam srebrne noże ze schowka na rękawiczki i przypięłam pochewki

na przedramionach. Wyjęłam także nieduże pudełeczko. Znajdowały się w nim dwa dodatkowe krzyżyki.

Wampiry wciąż mi je odbierały.

Jean-Claude obserwował to wszystko z żywym zainteresowaniem. Wodził za mną wzrokiem, jakby starał się

zapamiętać każdy ruch moich rąk. Nałożyłam płaszcz i przeszłam kilka kroków, aby sprawdzić, jak się z tym

wszystkim czuję. Wydobyłam oba noże, aby upewnić się, że rękawy nie były za ciasne. Wyciągnęłam oba

pistolety i z firestarem nie poszło mi tak, jak mogłabym sobie tego życzyć. Ostatecznie przesunęłam kaburę

wewnętrzną na biodro. Pistolet wpijał mi się teraz w bok i byłam pewna, że narobi mi siniaków, ale

przynajmniej mogłam go wyciągnąć w miarę szybko. Tej nocy to było ważniejsze aniżeli wygoda. Wrzuciłam

do kieszeni płaszcza zapasowe magazynki do pistoletów. Były załadowane zwykłymi nabojami. Czułam się

nieswojo, nie mając srebrnej amunicji w zapasie, ale tej nocy mogło dojść do bliższego spotkania z Królem

Trupiogłowym. I mógł tam też być Magnus. Chciałam być przygotowana na każdą ewentualność.

Larry wyłonił się zza dżipa. Aż przygryzłam wargę, aby powstrzymać się od śmiechu. Nie, żeby źle wyglądał

— po prostu nie czuł się w tym stroju swobodnie. Chodzenie w czarnych skórzanych spodniach wyraźnie

sprawiało mu trudność.

Staraj się stąpać naturalnie — podpowiedział Jason.

Nie mogę — odparł Larry. Miał na sobie jedwabną koszulkę bez rękawów, taką samą jak moja, tyle że

niebieską, a do tego swoje czarne najki. Stroju dopełniała czarna kurtka, którą pożyczył od Jasona.

Spojrzałam na buty.

Czarne buty do biegania, zgoda, ma petite, ale białe buty do czarnej skóry? Zupełnie nie pasują.

Czuję się jak kretyn — poskarżył się Larry.

— Jak ty możesz stale w tym chodzić?

Lubię skórę — odparł Jason.

Musimy już ruszać — oznajmił Jean-Claude.

— Anito, poprowadzisz?

Pomyślałam, że może chciałbyś pofrunąć — odparłam.

Ważne jest, abyśmy zjawili się tam razem — wyjaśnił.

Larry i ja napełniliśmy kieszenie solą. Z zapasowymi magazynkami w jednej i solą w drugiej kieszeni mój

płaszcz wydawał się trochę obwisły, ale co tam, nie wybieraliśmy się wszak na rewię mody.

Wsiedliśmy wszyscy do dżipa. Z tylnego siedzenia znów doszły mnie głośne utyskiwania.

— W tych spodniach w ogóle nie można usiąść.

— Zapamiętam na przyszłość, że nie lubisz skórzanej odzieży, Lawrence.

— Mam na imię Larry.

Zarośniętą ścieżką wyprowadziłam dżipa z placu budowy.

— Serephina pragnie nieśmiertelności. — Skręciłam na główną drogę i ruszyłam w stronę Branson, choć

rzecz jasna po drodze czekała nas jeszcze wizyta u Serephiny.

Jean-Claude odwrócił się na fotelu, aby spojrzeć na mnie.

— Co mówiłaś, ma petite?

Powiedziałam wszystko co wiem. Opowiedziałam o Królu Trupiogłowym i o planie Serephiny.

— Ona jest obłąkana — zakończyłam.

— Niezupełnie, ma petite. W ten sposób być może nie zdobędzie nieśmiertelności, ale zyska nieopisaną

moc. Pytanie brzmi, jakim cudem Serephina uzyskała taką potęgę, by zdominować Janosa, zanim zaczęła

karmić się Magnusem i Trupiogłowym?

Co chcesz przez to powiedzieć?

Janos przebywał w starym kraju. Nie opuściłby go z własnej woli. Podążył za nią. Skąd wzięła moc, aby go

sobie podporządkować?

Może Magnus nie jest pierwszym fairie, którym się pożywia — odparłam.

— Być może — przyznał — albo znalazła sobie jakieś inne pożywienie.

— Na przykład jakie?

Szczerze mówiąc, ma petite, też chciałbym znać odpowiedź na to pytanie.

Masz na myśli zmianę menu? — zasugerowałam.

Moc jest zawsze kusząca, ma petite, ale tej nocy rozmyślam o niej z bardziej praktycznych pobudek.

Gdybyśmy odkryli, co stanowi źródło jej mocy, moglibyśmy je unicestwić.

— W jaki sposób? Pokręcił głową.

— Nie wiem, ale o ile nie uda nam się wymyślić dziś jakiejś sprytnej sztuczki, ma petite, ta noc

może być ostatnią w naszym życiu. — Powiedział to z niezmąconym spokojem. Ja nie byłam spokojna. Krew

tętniła mi w żyłach z taką siłą, że czułam to w szyi i obu nadgarstkach. Słyszałam jej szum w uszach. To

mogła być ostatnia noc w moim życiu. Te słowa brzmiały posępnie i złowrogo. Zwłaszcza że czekało nas

spotkanie z Serephina. W tym kontekście owe słowa wydały mi się jeszcze bardziej złowrogie i zatrważające.

Rozdział 38

Weszliśmy po kamiennych schodach na werandę. Wypełniał ją blask księżyca i łagodna ciemność. Nie było

gęstych, nienaturalnych cieni sugerujących, co kryje się wewnątrz. To był po prostu opuszczony dom, nic

szczególnego. Nerwowy ucisk w żołądku świadczył, że nie dałam się nabrać na tę sztuczkę.

Kissa otworzyła drzwi. Z sąsiedniego pokoju płynęło łagodne światło świec. Tej nocy nic nie wskazywało, aby

ten pusty pokój był czymś innym, niż się wydawał. Pot perlił się na twarzy Kissy, w blasku świec krople

wydawały się złociste. Wciąż była surowo karana i choć zastanawiałam się za co, to nie był mój

najpoważniejszy problem.

Kissa bez słowa wprowadziła nas do środka. Serephina siedziała na swoim tronie w rogu. Miała na sobie białą

balową suknię, w której wyglądała jak Kopciuszek, włosy upięła w kok. Diamenty jak ogień rozbłysły w jej

włosach, gdy skinęła głową na powitanie.

U jej stóp kulił się odziany w biały frak Magnus. Przy jego kolanach leżały rękawiczki, biały cylinder i

laseczka. Pośród bieli odcinały się tylko jego długie, kasztanowe włosy. Każdy wampirzy mistrz, którego

spotkałam, uwielbiał dramatyczne prezentacje. Janos i jego dwie kobiety, przyodziani od stóp do głów na

czarno, wyglądali jak żywa zasłona ciemności. Ellie, leżąca na boku na poduszkach, niemal sprawiała

wrażenie żywej. Nawet w podartej i poplamionej czarnej sukni wyglądała na zadowoloną jak kotka, która

opiła się śmietanki. Jej oczy błyszczały, usta wykrzywiał tajemniczy uśmiech. Ellie, alias Angola, cieszyła się,

że jest nieumarłą. Jak na razie. Kissa podeszła do nich i uklękła po drugiej stronie Magnusa. Jej czarna

skóra stapiała się w jedno z płaszczem Janosa. Serephina pogładziła spocone oblicze Kissy dłonią w białej

rękawiczce.

Serephina uśmiechnęła się i był to cudowny uśmiech, dopóki nie zobaczyłeś jej oczu. Biło z nich blade światło.

Źrenice, choć wciąż widoczne, rozmywały się w szybkim tempie. Oczy dopasowywały się kolorem do sukni. To

się nazywa zgranie barw.

Jeffa i Xaviera nie było. To mi się nie spodobało. Już miałam o nich zapytać, ale Jean-Claude spojrzał na

mnie. To jedno spojrzenie w zupełności mi wystarczyło. On był mistrzem, ja grałam rolę sługi. W porządku,

grunt aby zadał właściwe pytania.

— Przybyliśmy, Serephino — powiedział Jean-Claude. — Oddaj nam chłopca, a zostawimy cię w spokoju.

Zaśmiała się.

— Ale ja nie zostawię w spokoju ciebie, Jean-Claude.

Przeniosła na mnie spojrzenie swych gorejących oczu. Poczułam się jak w snopie świateł reflektorów

samochodu.

— Nina, tak się cieszę, że cię widzę.

Przestałam na chwilę oddychać. Nina, tak zdrobniale nazywała mnie matka. Coś rozbłysło w jej oczach jak

odległa łuna, ale zaraz światło znów stało się falujące i chłodne. Nie próbowała mnie zahipnotyzować.

Dlaczego? Ponieważ była mnie aż tak pewna. Moja skóra nagle stała się lodowata. To było to.

Powiedziałabym, że to arogancja, ale uwierzyłam w to. Zaoferowała mi coś lepszego niż seks i bardziej

sycącego niż moc czy władza. Dom. Kłamstwo czy nie, to była dobra propozycja.

Larry dotknął mojej ręki.

— Cała się trzęsiesz. Przełknęłam mocno ślinę.

— Nigdy nie mów głośno jak bardzo się boisz, Larry, to psuje cały efekt.

— Przepraszam.

Odstąpiłam od niego, tulenie się do siebie mijało się z celem. Zerknęłam na Jean-Claude'a, bezgłośnie

pytając, czy w ten sposób nie łamię obowiązującego wampirzego protokołu.

Przywitała cię jak mistrzynię. Odpowiedz tym samym. — Niespecjalnie go to obchodziło, mnie owszem.

Czego chcesz, Serephino? — spytałam.

Podniosła się i przepłynęła po wyłożonej dywanem podłodze. Wydawało się, jakby to, co znajdowało się pod

tą suknią, nie było ludzkimi nogami. Nogi tak się nie poruszają. Może lewitowała. Tak czy owak zbliżała się

do mnie. Rozpaczliwie chciałam się cofnąć. Nie chciałam, aby znalazła się blisko mnie.

Larry postąpił krok i stanął za moimi plecami. Jason przybliżył się do Jean-Claude'a. Nie ruszyłam się z

miejsca. To najlepsze co mogłam zrobić.

Coś przemknęło w jej oczach jak odległy cień przesuwający się wśród drzew. To było niezwykłe samo w sobie.

Odwróciłam wzrok i uświadomiłam sobie, że nie pamiętam, abym patrzyła jej w oczy. Jakim zatem cudem

mogłam teraz odwrócić od niej wzrok?

Poczułam, że podpływa do mnie. W moim polu widzenia pojawiła się dłoń w białej rękawiczce. Cofnęłam się i

równocześnie uniosłam wzrok. Tylko zerknęłam na jej twarz, ale to wystarczyło. Jej oczy wyglądały jak

mroczne tunele, w głębi których buzował ogień, jakby oczodoły były ciemnymi jaskiniami, wewnątrz których

jakieś małe istoty rozpaliły ogniska, by rozjaśniły tę ciemność. Mogłabym przez całą wieczność ogrzewać

dłonie przy tym ogniu.

Krzyknęłam i zakryłam oczy rękami. Czyjaś dłoń dotknęła mojego ramienia. Drgnęłam gwałtownie i znów

wrzasnęłam.

Jestem tu, ma petite.

Więc zrób coś! — odparłam. — Robię.

— Będzie moja jeszcze przed świtem. — Wskazała na mnie, po czym podpłynęła w kierunku Jasona. Zaczęła

głaskać dłonią w rękawiczce jego nagi tors. Stał w bezruchu, poddając się pieszczocie. Ja nie pozwoliłabym

się jej dotknąć. Za żadne skarby.

— Ciebie oddam Bettinie i Pallas. Nauczą cię radości gnijącego ciała.

Jason patrzył przed siebie, ale w jego oczach pojawiła się trwoga.

Bettina i Pallas wyszły zza tronu, by stanąć o niecały metr za Serephiną. Dramatyczne gesty to nasza

specjalność.

— A może zmuszę cię, abyś zmienił się w wilka i pozostał w tej postaci, dopóki nie stanie ci się ona

bliższa od ludzkiej. — Wsunęła palec pod obrożę na jego szyi. — Przykuję cię do ściany, będziesz moim psem

łańcuchowym.

— Dość tego, Serephino — powiedział Jean-Claude.

— Noc mija. Te małostkowe tortury nie przystają komuś dysponującemu tak wielką mocą.

— Czuję się dziś małostkowa, Jean-Claude i wkrótce będę tak potężna, by odzwierciedlić tą mocą

wszystko, co czuję. — Przeniosła wzrok na Larry'ego.

— On też dołączy do mojej trzódki. — Spojrzała na Jean-Claude'a. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy,

że jest od niej wyższy. — A ty, mój kochany, będziesz służyć nam wszystkim za maskotkę przez całą

wieczność.

Jean-Claude rzucił jej aroganckie, miażdżące spojrzenie.

— Jestem teraz Mistrzem Miasta, Serephino. Nie możemy torturować się wzajemnie. Nie możemy

okradać się z tego, co posiadamy, niezależnie jak atrakcyjne i ponętne mogłoby się nam to wydawać.

Dopiero po chwili zorientowałam się, że mówił o nas jak o rzeczach.

Serephina uśmiechnęła się.

— Przejmę twoje interesy, twoje fundusze, twoje terytoria i twoich ludzi, zanim jeszcze ta noc dobiegnie

końca. Czy Rada naprawdę myśli, że zadowolę się okruchami z twojego stołu?

Jeżeli oficjalnie rzuci mu wyzwanie, wszyscy byliśmy już martwi. Jean-Claude nie miał szans w starciu z nią,

ja również. Dywersja, oto czego potrzebowaliśmy.

— Masz na sobie dość diamentów, aby założyć własny interes i kupić sobie własny dom.

Spojrzała na mnie gorejącymi oczami, a ja pożałowałam, że nie zdołałam utrzymać języka za zębami.

Sądzisz, że mieszkam w tym domu, bo nie stać mnie na nic lepszego?

Nie wiem.

Podpłynęła w kierunku swego tronu i rozsiadła się na nim, wygładzając suknię.

— Nie ufam waszym ludzkim prawom. Pozostanę w ukryciu, tak jak większość z nas czyniła przez stulecia.

Niechaj inni stąpają w świetle jupiterów. Gdy po nowomyślicielach nie pozostanie już żaden ślad, wyjdę

z cienia. — Nagle machnęła ręką.

Jean-Claude zachwiał się. Z jego twarzy trysnęła krew, zachlapując białą koszulę i surdut strugą szkarłatu.

Czerwone krople prysnęły także na moje włosy i policzek.

Znowu machnęła ręką i na jego twarzy z drugiej strony pojawiło się głębokie rozcięcie, a krew Jean-Claude'a

bryznęła na Jasona.

Jean-Claude utrzymał się na nogach. Nawet nie krzyknął. Nie dotknął zranionych miejsc. Stał w całkowitym

bezruchu, tylko krew wypływała z jego ran. Oczy wyglądały jak bezdenne szafirowe sadzawki malujące się

pośród okrwawionego, beznamiętnego jak maska oblicza.

Obnażony mięsień w policzku drgnął spazmatycznie.

Błysnęła kość żuchwy. To była przerażająco głęboka rana. Wiedziałam jednak, że mógł ją uleczyć. Choć

wyglądała przerażająco, była to tylko taktyka zastraszania. Wciąż powtarzałam to swemu bijącemu jak

szalone sercu. Chciałam sięgnąć po broń i rozwalić tę sukę. Nie mogłam jednak zastrzelić ich wszystkich. Nie

byłam nawet pewna, czy Janosa można było zastrzelić.

Nie muszę cię zabijać, Jean-Claude. Wystarczy wrazić rozpalony metal w twoje rany, a staną się nie do

zaleczenia. Twoje piękne oblicze zostanie zeszpecone na zawsze. Będziesz mógł wciąż udawać Mistrza Miasta,

ale to ja będę rządzić. Ty staniesz się jedynie moją marionetką.

Powiedz słowo, Serephino — rzucił Jean-Claude. — Powiedz to i skończ z tymi gierkami. — Głos miał

matowy, prawie normalny. Nie zdradzał niczego, bólu, strachu ani zgrozy.

Wyzwanie — czy to jest słowo, które pragniesz usłyszeć, Jean-Claude?

Właśnie. — Jego moc przepłynęła po mojej skórze jak chłodny ogień. Buchnęła nagle, poczułam, jak

przetacza się przeze mnie niczym wielka pięść. Walnęła w Serephinę, przecinając powietrze. Kissa znalazła

się w polu rażenia i runęła w tył, na poduszki rozłożone za tronem.

Serephina odrzuciła głowę do tyłu i zaśmiała się. Śmiech ucichł jak ucięty nożem, jakby go nigdy nie było. Jej

oblicze wyglądało jak maska z oczyma wypełnionymi białym ogniem. Skóra bladła coraz bardziej, bielała,

przybierając odcień przezroczystego marmuru. Żyły zarysowały się pod skórą jak smugi błękitnego ognia. Jej

moc przelała się przez pokój jak wzbierająca woda, coraz głębsza i głębsza, tak głęboka, że gdyby jej nie

uwolniła, ani chybi byśmy się w niej potopili.

Gdzie twoje duchy, Serephino? — spytałam.

Przez chwilę, sądziłam, że mnie zignoruje, ale ta przypominająca maskę twarz odwróciła się wolno, bardzo

wolno, w moją stronę.

— Gdzie twoje duchy?

Mimo iż na mnie patrzyła, nie byłam pewna, czy usłyszała. Zupełnie jakbym usiłowała przejrzeć oblicze

zwierzęcia, nie, raczej posągu. Pustka.

— Nie potrafisz kontrolować Trupiogłowego i swoich duchów równocześnie, prawda? Mam rację? Musiałaś

z czegoś zrezygnować?

Serephina podniosła się, a ja wiedziałam, że użyła swej mocy, by wznieść się ponad poduszki. Unosiła się

powoli coraz wyżej, ku sufitowi, to było niesamowite. Grałam na czas, ale po co? Co chciałam w ten sposób

osiągnąć? Co, u licha, mogliśmy zrobić w tej sytuacji? W mojej głowie rozległo się echo głosu:

— Krzyżyki, ma petite, nie musisz dla mnie cierpieć.

Nie wahałam się ani nie próbowałam się z nim spierać.

Krzyżyk wyjęty spod mojej bluzki rozpalił się oślepiającym blaskiem. Zmrużyłam oczy i odwróciłam wzrok,

po to tylko, by ujrzeć błysk krzyżyka Larry'ego.

Jean-Claude skulił się obok mnie, zgarbiony osłonił oczy przedramieniem. Serephina wrzasnęła i nieomal

runęła na podłogę. Mogła stać w obliczu krzyża, ale nie mogła wyprawiać przy nim swoich sztuczek.

Wylądowała niezgrabnie, ale zaraz się pozbierała. Pozostałe wampiry syczały, osłaniając twarze.

Magnus wstał z poduszek. Ruszył w naszą stronę. Jason stanął przed Jean-Claude'em, przesuwając się, by

osłonić mnie swoim ciałem. Spojrzał na mnie bursztynowymi oczami. Siedząca w nim bestia spoglądała na

mnie bez lęku poprzez poświatę bijącą z relikwii. Przez krótką chwilę ucieszyłam się, że zabrałam ze sobą

zarówno srebrne, jak i zwykłe naboje.

Serephiną powiedziała:

— Nie, Magnusie. Nie ty.

Magnus zawahał się i spojrzał na Jasona. Z gardła wilkołaka popłynął cichy warkot.

— Dam sobie z nim radę — rzucił Magnus.

Od strony otwartych drzwi piwnicy dobiegł jakiś dźwięk. Coś wchodziło po schodach. Coś ciężkiego. Schody

zaskrzypiały w proteście. Z mroku wychynęła dłoń, tak duża, że palce mogłyby objąć całą moją głowę.

Paznokcie były długie, brudne i zakrzywione jak szpony. Potężne bary były okryte łachmanami. Stwór miał

ponad trzy metry wzrostu. Przechylił się w bok, aby przejść przez drzwi, a gdy się wyprostował, głową

dotykał sufitu. Nie było sensu oszukiwać się, że mieliśmy do czynienia z człowiekiem.

Na ogromnej, niekształtnej głowie nie było ani kawałka skóry. Pokrywające ją tkanki były czerwone i

wilgotne jak otwarta rana. Żyły pulsowały od krwi, która w nich płynęła, ale krew nie wypływała na zewnątrz.

Stwór otworzył paszczę pełną połamanych, żółtych zębów i powiedział:

— Oto jestem.

Zdumiałam się, słysząc słowa wypływające z tych upiornych ust. Głos miał pusty, odległy, jakby dochodził z

dna studni. Głęboki, ochrypły i zagubiony.

Pokój nagle zrobił się mały. Król Trupiogłowy mógł w każdej chwili wyciągnąć rękę i dotknąć mnie.

Niedobrze. Jason cofnął się o krok, aby zrównać się z nami. Magnus stanął u boku Serephiny. Spoglądał na

istotę z równym zdziwieniem jak my wszyscy. Czyżby nigdy nie widział tej istoty w jej pełnej krasie?

— Podejdź do mnie — powiedziała Serephina Wyciągnęła do stwora ręce, a ten ze zdumiewającą

płynnością i gracją wypełnił polecenie. Ta płynność wydawała się cokolwiek nie na miejscu. Coś tak wielkiego

i szpetnego nie powinno poruszać się jak żywe srebro, a jednak tak właśnie było. W ruchu tym dostrzegłam

Magnusa i Dorrie. To poruszało się jak coś pięknego.

Serephina ujęła jego wielką brudną dłoń w swoje drobne dłonie. Podwinęła postrzępiony, złachmaniony

rękaw, obnażając gruby, muskularny nadgarstek.

— Powstrzymaj ją, ma petite.

Spojrzałam na Jean-Claude'a, który wciąż osłaniał się przed ogniem krzyży.

Co takiego?

Jeśli nasyci się jego krwią krzyże mogą okazać się niewystarczającą bronią przeciwko niej.

Nie zakwestionowałam jego słów, nie było czasu. Dobyłam browninga. Larry także sięgnął po broń.

Serephina nachyliła się nad przegubem fairie, rozdziawiając usta, błysnęły wilgotne kły.

Nacisnęłam spust. Kula trafiła ją w bok głowy. Impet obrócił ją, buchnęła krew. Można było ją zranić. To

dobrze.

Janos rzucił się, by osłonić ją własnym ciałem. Równie dobrze mogłabym strzelać do Supermana.

Pociągnęłam dwukrotnie za spust, wpatrując się w jego martwe oblicze z odległości metra. Uśmiechnął się do

mnie. Srebrne kule to na niego za mało.

Larry wyminął Jean-Claude'a. Strzelał do Pallas i Bettiny. One jednak wciąż sunęły naprzód. Kissa nadal

leżała na podłodze. Ellie w obliczu krzyży wydawała się jak sparaliżowana. Król Tropiogłowy stał w

bezruchu, jakby czekał na rozkazy albo jakby niczym się nie przejmował. Patrzył na Magnusa dziwnym

wzrokiem. Wydawało się, że go rozpoznał. To nie było przyjazne spojrzenie.

Zza osłony ciała Janosa dobiegł głos Serephiny:

— Daj mi rękę.

Fairie wyszczerzył zęby.

— Wkrótce będę wolny i będę mógł cię zabić. — Mówiąc to, istota patrzyła na Magnusa.

Nie chciałam, aby stwór wielkości sporej szafy rozzłościł się na mnie, ale nie chciałam również, aby Serephina

zyskała jego moc. Strzeliłam w tę pozbawioną skóry głowę. Równie dobrze mogłabym na nią splunąć. Stwór

spojrzał na mnie z ukosa.

— Nie szukam z tobą zwady — rzekł fairie. — Nie prowokuj mnie.

Patrząc na ten monstrualny czerep, wcale nie miałam na to ochoty. Cóż jednak mogłam począć?

— Co zrobimy? — spytał Larry.

Podszedł, stając niemal plecy w plecy ze mną.

Bettina i Pallas zatrzymały się nieco poza zasięgiem ramion, porażone mocą krzyżyków, a nie pistoletu. Jean-

Claude osunął się na klęczki, schylając głowę, by osłonić się przed blaskiem krzyżyków, ale nie odpełzł od

nas. Pozostawał w ochronnym zasięgu światła.

Srebrna kule nie mogą zranić fairie, więc... Wdusiłam przycisk w browningu i wyjęłam magazynek. Dobyłam

zapasowy z kieszeni i przeładowałam. Wycelowałam w pierś stwora, gdzie, jak miałam nadzieję, powinno

znajdować się serce. Pociągnęłam za spust.

Trupiogłowy zawył. Na jego łachmanach pojawiła się krew. Wiedziałam, kiedy stwór poczuł ukąszenie

Serephiny. Moc zawirowała w pokoju, a wszystkie włosy na moim ciele stanęły dęba. Przez mgnienie oka nie

mogłam oddychać. W pokoju było zbyt wiele magii, by można było wykonywać tak prozaiczną czynność jak

oddychanie.

Serephina podniosła się powoli zza ciemnej postaci Janosa. Uniosła się ku sufitowi, skąpana w blasku

krzyżyków, uśmiechnięta. Rana po kuli w jej głowie już się zagoiła. Z jej oczu trysnęły białe płomienie,

otaczając jej twarz i wiedziałam, że nasze chwile są już policzone. Wszyscy umrzemy.

W drzwiach piwnicy pojawił się Xavier. Trzymał w dłoniach potężny miecz. Spojrzał na Serephinę i

uśmiechnął się.

— Pożywiłaś się mną — rzekł Trupiogłowy. — Uwolnij mnie.

Serephina uniosła obie ręce w górę, dotykając palcami sufitu.

— Nie — wyszeptała. — Nigdy. Odsączę cię do cna i będę pławić się w twej mocy.

— Obiecałaś — przypomniał Trupiogłowy. Spojrzała na niego, unosząc się w powietrzu, jej gorejące

oczy znajdowały się na tej samej wysokości co jego.

— Skłamałam — odparła. Xavier krzyknął:

— Nie! — Próbował podejść bliżej, ale nie pozwoliły mu na to krzyżyki.

Cisnęłam garść soli w Serephinę i Trupiogłowego. Roześmiała się.

Co robisz, Nina?

Nigdy nie łam słowa danego fairie — powiedziałam. — To przekreśla wszelkie układy.

W dłoniach Trupiogłowego pojawił się miecz, zupełnie jakby istota wyczarowała go z powietrza. Był to oręż,

który miał przy sobie Xavier w domu Quinlanów. Ile może być mieczy mierzących tyle co ja? Wbił ostrze w

pierś Serephiny, przebijając ją na wylot jak motyla. Zwykła stal nie mogłaby wyrządzić jej szkody, ale taka,

którą obłożono zaklęciami fairie, owszem. Przybił ją do ściany tak mocno, że rękojeść miecza dotknęła jej

piersi. Następnie wyszarpnął ostrze, przekręcając je w ranie, by obrażenia były możliwie jak najbardziej

dotkliwe.

Serephina zawyła i osunęła się na podłogę, pozostawiając na ścianie rozmazaną smugę krwi.

Trupiogłowy odwrócił się do nas. Dotknął palcami krwawiącej piersi.

— Wybaczę ci to, co uczyniłaś, gdyż dzięki tej ranie uwolniłaś mnie. Kiedy on umrze, nie będzie więcej

ran.

Wbił miecz w ciało Magnusa. Ruch był tak szybki, że prawie niedostrzegalny. Stwór był równie szybki jak

Xavier. Cholera.

Magnus upadł na kolana, jego usta rozwarły się w bezgłośnym krzyku. Trupiogłowy pociągnął mieczem w

górę, jak w przypadku Serephiny i to przypomniało mi obrażenia na ciałach chłopców.

Jeżeli Trupiogłowy pomoże nam w ucieczce przed Serephiną i jej wesołą gromadką to świetnie, ale co potem?

Stwór wyszarpnął miecz. Magnus wciąż żył i patrzył na mnie. Wyciągnął do mnie rękę, a ja mogłam spokojnie

patrzeć, jak umiera. Mogłam pozwolić mu umrzeć. Trupiogłowy zamachnął się do ostatniego ciosu.

Wycelowałam w niego browninga.

— Nie ruszaj się. Dopóki go nie zabijesz, jesteś śmiertelny i kule mogą cię zabić.

Fairie zastygł w bezruchu, gapiąc się na mnie.

— Czego chcesz, śmiertelniczko?

To ty zabiłeś tych chłopców w lesie, prawda? Trupiogłowy zamrugał, patrząc na mnie.

To były zepsute dzieci.

— Czy jeśli wyjdziesz stąd, będziesz zabijał kolejne zepsute dzieci?

Trupiogłowy spojrzał na mnie, zamrugał i odrzekł:

— To właśnie robię. Oto czym jestem. Strzeliłam bez namysłu. Gdyby stwór wcześniej się poruszył,

byłoby po mnie. Kula trafiła go między oczy. Zatoczył się chwiejnie do tyłu, ale nie upadł.

— Ma petite, krzyżyki albo nie zdołam ci pomóc. — Głos Jean-Claude'a brzmiał jak ochrypły

szept.

Wsunęłam krzyżyk pod ubranie, a w chwilę potem to samo zrobił Larry. W pokoju nagle zrobiło się ciemniej

i chłodniej, jedyne światło dawały teraz świece. Trupiogłowy rzucił się naprzód jak rozmyta czarna plama.

Nacisnęłam spust, ale nie wiedziałam, czy go trafiłam.

Miecz przeciął powietrze, sunąc mi na spotkanie i nagle w rękę dzierżącą oręż wpił się Jean-Claude,

wytrącając stwora z równowagi. Larry stanął obok mnie i oboje wypaliliśmy w pierś bestii,

Trupiogłowy strząsnął z siebie Jean-Claude'a, ciskając go na ścianę. Larry i ja staliśmy ramię w ramię,

niewzruszeni. Ujrzałam srebrzysty błysk miecza i wiedziałam, że nie zdążę się uchylić.

Nagle przede mną pojawił się Xavier, jego dziwny miecz zablokował ostrze Trupiogłowego. Stal zatrzymała

się o kilka centymetrów od mojej twarzy. Na mieczu Xaviera, w miejscu gdzie zatrzymał oręż Trupiogłowego,

pojawiła się szczerba. Dziwny miecz śmignął w górę, zagłębiając się w torsie Trupiogłowego. Fairie ryknął,

tnąc na odlew, by dosięgnąć Xaviera, ale tamten znajdował się zbyt blisko, by mógł mu zagrozić wielki miecz

giganta.

Trupiogłowy osunął się na kolana. Xavier przekręcił miecz w ranie, jakby usiłował odnaleźć serce stwora.

Następnie wyszarpnął ostrze. Buchnęła struga posoki. Fairie runął na brzuch z przeraźliwym wyciem.

Próbował się jeszcze podnieść. Przyłożyłam mu lufę browninga do głowy i wystrzeliłam tak szybko, jak tylko

mogłam. Z przyłożenia nie musiałam celować.

Larry stanął obok mnie i także wypalił. Opróżniliśmy w czerep stwora oba magazynki, a to coś wciąż żyło.

Xavier wbił mu miecz w plecy, przyszpilając istotę do podłogi. Pierś stwora unosiła się i opadała, gdy ten

rozpaczliwie walczył o kolejny oddech.

Wyjęłam firestara i wymieniłam magazynek na ten ze zwykłymi nabojami. Oddałam jeszcze trzy strzały i nagle

czerep eksplodował w potężnym rozbryzgu krwi, kości i wilgotnych, gęstych strzępów ciała.

Kiedy to się stało, Xavier był na grzbiecie stwora. Staliśmy przy nim, ubabrani krwią i fragmentami mózgu.

Xavier wyszarpnął miecz z pleców stwora. Ostrze było poszczerbione i wygięte wskutek uderzenia o kość.

Staliśmy przy martwym gigancie zjednoczeni więzią, której nie sposób wyrazić słowami.

To żelazne ostrze, zgadza się? — spytałam.

Tak — odparł. Źrenice jego oczu były szkarłatne jak wiśnie, nie miały barwy krwi jak u albinosa, ale

wydawały się jednolicie czerwone. Ludzie nie mają takich oczu.

Jesteś fairie — powiedziałam.

Nie wygłupiaj się. Przecież wszyscy wiedzą, że fairie nie mogą stać się wampirami.

Spojrzałam na niego i pokręciłam głową.

Zaingerowałeś w zaklęcie Magnusa. Ty mu to zrobiłeś.

Sam to sobie zrobił — odparł Xavier.

Czy pomogłeś Trupiogłowemu zabić te dzieciaki, czy tylko dałeś mu miecz?

Nakarmiłem go swymi ofiarami, kiedy już mi się znudziły.

W firestarze miałam jeszcze osiem naboi. Może dostrzegł jakąś zmianę w wyrazie moich oczu.

Ani ołów, ani srebro nic mi nie zrobią. Jestem odporny na jedno i drugie.

Gdzie Jeff Quinlan?

W piwnicy.

— Przyprowadź go.

— Nie sądzę. — I nagle znów usłyszałam jakiś dźwięk, gwałtowne poruszenie obok nas. Zahipnotyzował

mnie na dłuższą chwilę, a wtedy wydarzyła się masa paskudnych rzeczy.

Jason leżał na dywanie, kaszląc krwią. Gdyby był człowiekiem, powiedziałabym, że umierał. Jako lykantrop

mógł dożyć do świtu. Jedna z wampirzyc mocno go pokiereszowała. Nie wiem która. Jean-Claude leżał pod

stertą wampirów złożonych z Ellie, Kissy, Bettiny i Pallas. Jego głos brzmiał jak grzmiący ryk,

rozbrzmiewając gromkim echem wewnątrz pokoju. To było imponujące, ale nie dość imponujące.

— Nie rób tego, ma petite.

Janos z Larrym stali obok tronu. Larry miał ręce związane z tyłu sznurem od zasłon. Zakneblowano mu usta.

Blada dłoń Janosa zaciskała się wokół szyi Larry'ego.

Serephina siedziała na tronie, z jej ciała wypływała czarna krew. Nigdy jeszcze nie widziałam, aby ktoś tak

szybko tracił tyle krwi. Tors miała rozdarty tak mocno, że widać było szaleńczo bijące wewnątrz klatki

piersiowej serce.

Czego chcesz? — spytałam.

Nie, ma petite. — Jean-Claude spróbował wstać, ale nie mógł. — To pułapka.

Powiedz mi coś, czego nie wiem.

Ona chce ciebie, nekromantko — rzekł Janos.

Zastanawiałam się nad tym przez chwilę.

Po co?

Skradłaś jej krew nieśmiertelnego. Zajmiesz jego miejsce.

Stwór nie był nieśmiertelny — odparłam. Udowodniliśmy to.

Był potężny, nekromantko, podobnie jak ty. Ona wypije twoją krew i będzie żyć.

A co ze mną?

Będziesz żyć wiecznie, Anito. Czeka cię cała wieczność.

Odpuściłam ten tekst o „wieczności". Wiedziałam co nieco na ten temat. Nie dałam się nabrać.

— Ona i tak weźmie ciebie, a jego zabije — powiedział Jean-Claude.

Zapewne miał rację, ale cóż mogłam uczynić?

Puściła tamte dziewczyny.

Nie wiesz tego na pewno, ma petite. Widziałaś je żywe?

Miał rację.

— Nekromantko. — Głos Janosa sprawił, że znów skupiłam uwagę na nim.

Serephina leżała rozciągnięta na tronie. Jej biała suknia była cała we krwi i wydawała się teraz czarna,

przyklejona do jej szczupłego ciała.

— Podejdź, nekromantko — powiedział Janos. — Pójdź albo twój śmiertelnik ucierpi.

Zaczęłam iść w jego stronę. Jean-Claude zawołał:

— Nie!

Janos machnął na odlew bladą pajęczą dłonią tuż nad ciałem Larry'ego. Niebieska koszulka Larry'ego została

rozpłatana, popłynęła krew. Knebel stłumił krzyk. Gdyby Janos go nie przytrzymał, upadłby na podłogę.

— Rzuć broń i podejdź do nas, nekromantko. Wyrzuć całą broń, jaką masz przy sobie.

Ma petite, błagam, nie rób tego.

Muszę, Jean-Claude. Przecież wiesz.

Ona też to wie — odparł.

Spojrzałam na niego, bezradnego i przyszpilonego do podłogi ciężarem ciał wampirzyc. To powinno wyglądać

absurdalnie, ale wcale takie nie było.

Ona wcale nie chce cię dla siebie. Nie chce, abym to ja cię miał. Chce mi ciebie odebrać.

Tym razem to ja zaprosiłam cię na tę imprezę, pamiętasz? — powiedziałam. — Więc pozwól mi się zabawić.

Podeszłam do Janosa. Starałam się nie patrzeć na to co było za nim, nie widzieć, do czego jeszcze się

zbliżałam.

— Nie rób tego, ma petite. Ona uznała w tobie mistrzynię. Nie może wziąć cię siłą. Musisz wyrazić

zgodę. Odmów.

Pokręciłam głową i pomaszerowałam dalej.

— Najpierw broń, nekromantko — rzekł Janos. Położyłam oba pistolety na podłodze.

Larry wściekle kręcił głową. Burczał coś przez knebel. Zaczął się szamotać, osunął się na kolana, Janos

musiał go puścić, aby go nie udusić.

Teraz noże — powiedział Janos.

Nie mam...

Nie próbuj nas okłamywać. Nie tu i nie teraz.

Miał rację. Położyłam noże na podłodze.

Serce tłukło mi się w piersi, tak że prawie nie mogłam oddychać. Stanęłam przed Larrym. Spojrzałam mu w

oczy. Wyjęłam mu knebel; był zrobiony z czyjegoś jedwabnego szala.

— Nie rób tego. Boże, Anito, nie rób tego. Nie dla mnie. Proszę!

Na jego koszulce pojawiły się świeże rozcięcia, znów trysnęła krew. Jęknął, ale nie krzyknął. Spojrzałam na

Serephinę.

Mówiłaś, że takie cięcia są skuteczne, jedynie gdy ktoś jest otoczony aurą mocy.

On ją posiada — wyjaśnił Janos.

Puść go. Puść ich wszystkich, a zrobię to, czego chcesz.

Nie rób tego dla mnie, ma petite.

Robię to dla Larry'ego. Dla całej reszty przy okazji.

Janos spojrzał na Serephinę. Osunęła się na bok, przymrużyła powieki.

— Chodź do mnie, Anito. Pozwól, bym dotknęła twojej ręki, a puszczę ich wszystkich, daję ci moje słowo, jak

jedna mistrzyni drugiej.

— Nie, Anito! — Larry znów zaczął się szamotać. Nie próbował jednak uciec, lecz podążyć za mną.

Dłoń Janosa przecięła powietrze i rękaw kurtki Larry'ego został rozszarpany w rozbryzgu krwi. Larry

krzyknął.

— Przestań! — krzyknęłam. — Przestań natychmiast. — Podeszłam do Janosa. — Ani mi się waż

ponownie go tknąć — rzuciłam mu prosto w twarz, wlepiając wzrok w jego martwe oczy. Żadnej reakcji.

Dłoń dotknęła mojego ramienia i drgnęłam z cichym jękiem. Pozwoliłam, by gniew skłonił mnie do zrobienia

ostatnich kilku kroków. To co zamierzałam zrobić, było zbyt przerażające, abym mogła o tym myśleć.

Serephina zdjęła jedną rękawiczkę. Jej obnażona dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku. Nie zrobiła tego

zbyt mocno, nie sprawiła mi bólu. Ujrzałam jej dłoń i serce podeszło mi do gardła. Nie mogłam nic

powiedzieć.

— Puść go — rzekła Serephina.

Kiedy tylko Janos uwolnił Larry'ego, ten spróbował podbiec do mnie. Janos machnął ręką na odlew, cios był

tak silny, że zbił Larry'ego z nóg i odrzucił go kilka metrów do tyłu.

Stałam jak sparaliżowana, z jej dłonią zaciśniętą na przegubie. Przez jedną krótką chwilę sądziłam, że Larry

zginął, zaraz jednak usłyszałam jego jęk, kiedy spróbował wstać.

Spojrzałam za plecy Larry'ego i odnalazłam spojrzenie Jean-Claude'a. Od lat miał na mnie chrapkę, a oto ja

zamierzałam z własnej woli oddać się innej mistrzyni.

Serephina szarpnięciem zmusiła mnie, abym uklękła, ściskając moją rękę tak mocno, że omal nie pogruchotała

mi kości. Ból skłonił mnie, abym spojrzała jej w oczy. Były brązowe, tak ciemne, że prawie czarne. I

uśmiechały się do mnie łagodnie. Poczułam zapach perfum mojej matki, zapach jej lakieru do włosów i skóry.

Potrząsnęłam głową. To kłamstwo. To wszystko kłamstwo. Nie mogłam oddychać. Uklękła nade mną, a kiedy

nachyliła się, to gęste, czarne włosy mojej matki musnęły mój policzek.

Nie. To wszystko nieprawda!

To może być prawda, jeśli tylko tego zechcesz, Nina. — Wejrzałam w te oczy i runęłam w ich głębię jak w

otchłań mrocznego tunelu. Spadałam w kierunku płonącego gdzieś daleko, wątłego ognia. Próbowałam go

odnaleźć. Dosięgnąć go. Ten ogień ogrzeje moje ciało i serce. Stanie się dla mnie wszystkim. Nic innego nie

będzie miało dla mnie znaczenia. Będzie dla mnie wszystkim.

Jakby z daleka, jak przez mgłę usłyszałam, jak Jean-Claude wykrzykuje moje imię. Było już jednak za późno.

Jej ogień ogrzał mnie, sprawił, że poczułam się cała. Pełna. Ból to drobna cena za coś tak wspaniałego.

Czarny tunel otoczył mnie bez reszty i nie było już nic oprócz ciemności i błyszczących oczu Serephiny.

Rozdział 39

Śniłam. Byłam bardzo mała. Taka mała, że mieściłam się na podołku mojej matki i tylko moje stopy

wystawały poza jej kolana. Gdy brała mnie w ramiona, czułam się tak bezpieczna, że miałam pewność, iż nic i

nikt nie jest w stanie mnie skrzywdzić dopóty, dopóki jest przy mnie mama. Oparłam głowę na jej piersi.

Słyszałam bicie jej serca. Silny, pewny rytm, którego pulsowanie przenikało przez skórę mojej twarzy coraz

mocniej i coraz głębiej. Ten rytm narastał. Wypełniał moje uszy.

To właśnie ten dźwięk mnie obudził. Ale przecież tak naprawdę wcale się nie ocknęłam. Otaczała mnie

ciemność tak nieprzenikniona, że odniosłam wrażenie, jakbym straciła wzrok. Leżałam w ramionach matki, w

ciemnościach. Zasnęłam w łóżku rodziców. Byli obok mnie. Moja mama i tato. Słyszałam bicie serca mamy,

ale było coś w tym rytmie, co mi się nie spodobało. Mama miała szmery w sercu. Rytm jej serca był ciut

nierówny, spowalniał, jakby odrobinę się wahał, a potem następowały dwa szybkie uderzenia, gdy, zdawałoby

się, próbował nadgonić tempa. Serce, które wyczuwałam przez skórę, biło regularnie jak w zegarku.

Próbowałam się podnieść, zsunąć się z niej i uderzyłam głową w coś twardego i nieustępliwego. Moje dłonie

przesunęły się po ciele, do którego byłam przyszpilona. Dotknęłam satynowej sukni z wszytymi w nią

szlifowanymi klejnotami. Leżałam w absolutnej ciemności i próbowałam się z niej ześlizgnie. Ułożyłam się w

zagłębieniu jej ramienia. Jej naga skóra otarła się o moje gołe ramiona. Pulsowanie jej serca przepełniało

ciemność, nawet gdy usilnie starałam się unikać z nią kontaktu.

Nasze ciała były jak stopione ze sobą. To nie była trumna dla dwojga.

Moje ciało zlał zimny pot. Ciemność stała się nagle przeraźliwie gorąca, klaustrofobiczna. Nie mogłam

oddychać. Próbowałam przewrócić się na plecy. Stoczyć się z niej. Nie mogłam. Nie było miejsca.

Każdy mój wysiłek sprawiał, że jej wiotkie ciało podrygiwało bezwładnie. Nie czułam już zapachu perfum

mojej mamy. Czułam woń starej krwi i ziemisty, dobrze mi znany odór. Zapach wampirów.

Krzyknęłam i spróbowałam podnieść się na rękach, aby zyskać choć trochę przestrzeni, aż wreszcie wieko

uniosło się. Prostowałam ramiona coraz bardziej, napierając plecami na satynę i drewno. Wieko opadło z

hukiem, a ja siedziałam na niej okrakiem z górną połową ciała wyprężoną w łuk.

Słabe światło podkreślało zmarszczki na jej twarzy. Staranny makijaż wyglądał nie na miejscu. Przypomniała

teraz kiepsko umalowanego trupa. Wygramoliłam się z trumny, nieomal wypadając na podłogę.

Trumna Serephiny stała na podeście w Trupiej Główce. Ellie leżała zwinięta w kłębek pod ścianą. Ominęłam

ją szerokim łukiem, spodziewając się, że lada chwila schwyci mnie za kostki, ale ona nie poruszyła się. Nawet

nie oddychała. Zmarła niedawno i po wschodzie słońca była zwyczajną nieboszczką.

Serephina także nie oddychała, ale jej serce biło, jakby żyła. Dlaczego? Aby zapewnić mi ukojenie? Przez mój

dotyk? Nie wiedziałam. Jeśli wyjdę z tego, zapytam Jean-Claude'a. O ile jeszcze żył. Jeżeli dotrzymała słowa.

Janos leżał pośrodku podłogi na wznak, z dłońmi złożonymi na piersiach. Bettina i Pallas tuliły się do niego z

dwóch stron. Na podłodze leżała trumna. Nie wiedziałam, która jest godzina. Mogłam się założyć, że

Serephina nie musiała przesypiać całego dnia. Ale wydostanę się stąd. Muszę.

— Mówiłem jej, że nie będziesz spać cały dzień.

Głos sprawił, że odwróciłam się gwałtownie. Magnus stał za barem, opierając łokcie o kontuar. Wyprostował

się nagle i przeciągnął. Miał na sobie koszulę od smokingu. Była jasnozielona i podkreślała barwę jego oczu.

Przestraszyłeś mnie — powiedziałam.

Zwinnie przeskoczył nad barem i wylądował miękko jak kot na ugiętych nogach.

Nie sądziłem, że jesteś taka strachliwa. Cofnęłam się o krok.

Szybko doszedłeś do siebie.

Piłem krew nieśmiertelnego. To pomaga. — Spojrzał na mnie z nieprzyjemnym błyskiem w oku.

Co się z tobą dzieje, Magnusie?

Odgarnął długie włosy. Odchylił kołnierzyk koszuli, odrywając przy tym dwa guziki. Na gładkiej skórze jego

szyi dostrzegłam świeży ślad po ugryzieniu.

Cofnęłam się o jeszcze jeden krok w stronę drzwi.

No i co z tego? — Przesunęłam dłonią po szyi i na niej także odnalazłam ślady kłów. — Oboje mamy takie

same i co z tego?

Zabroniła mi pić. Powiedziała, że prześpisz cały dzień. Że dopilnuje, abyś przespała cały dzień, ale chyba cię

nie doceniła.

Zrobiłam kolejny krok w stronę drzwi.

Nie rób tego, Anito.

Dlaczego nie? — Obawiałam się, że znam już odpowiedź.

Serephina kazała mi zatrzymać cię tu, dopóki się nie obudzi. — Spojrzał na mnie ze smutkiem w oczach. —

Usiądź. Zrobię coś do jedzenia.

— Nie, dziękuję.

—Nie uciekaj, Anito. Nie zmuszaj mnie, abym cię skrzywdził.

— Kto jest w drugiej trumnie? — spytałam.

To pytanie chyba go zaskoczyło. Puścił włosy, przesłaniając nimi ranę na szyi. Koszula na jego piersiach

rozchyliła się. Nie zwracałam wcześniej takiej uwagi na jego tors albo to, jak włosy opadają mu na ramiona.

Chyba maść przestawała działać.

Przestań, Magnusie.

Co mam przestać?

Twoje uroki na mnie nie działają.

Urok będzie dla ciebie przyjemną alternatywa — powiedział.

Kto jest w trumnie?

Xavier i chłopak.

Pognałam w stronę drzwi. Nagle zalazł się tuż za mną, był niewiarygodnie szybki, ale widziałam szybszych.

Większość z nich jakimś trafem już nie żyła. Nie próbowałam otworzyć drzwi. Rzuciłam się na niego i to go

zaskoczyło. Wykonałam niemal podręcznikowy przerzut przez bark. Próbowałam rzucić nim tak, aby wbić go

w podłogę.

Przez chwilę leżał oszołomiony. Szarpnięciem otworzyłam drzwi. Promienie wiosennego słońca wpadły do

pomieszczenia i dosięgły Janosa oraz kobiet. Janos odwrócił głowę. Nie czekałam, aby zobaczyć więcej.

Pobiegłam.

Słyszałam krzyki za sobą, a następnie trzask zamykanych drzwi, ale nie obejrzałam się. Wypadłam na

żwirowy parking, biegnąc ile sił w nogach. Usłyszałam za sobą jego kroki. Wiedziałam, że nie zdołam go

prześcignąć. Odczekałam do ostatniej chwili, przystanęłam i kopnęłam go. Przewidział mój ruch i uchylił się,

równocześnie podbijając mi drugą nogę. Oboje runęliśmy na ziemię. Cisnęłam mu w twarz garść żwiru, a on

rąbnął mnie pięścią w szczękę. Po naprawdę mocnym ciosie następuje krótka chwila, kiedy cały świat wokół

ciebie zamiera. To chwila szoku, paraliżu, w której możesz co najwyżej zamrugać powiekami. Ujrzałam nad

sobą twarz Magnusa. Nie zapytał, czy nic mi się nie stało, chodziło mu o to, aby mnie zatrzymać. Dopiął

swego. Podniósł mnie i przerzucił przez ramię. Gdy odzyskałam siły, mogłam już co najwyżej popatrzeć na

ziemię z wysokości barków Magnusa.

Przesunęłam dłońmi po jego plecach, zamierzając walnąć go oburącz w kark. Zamachnęłam się, ale nim

zdążyłam zrobić coś więcej, otworzył kopniakiem drzwi i cisnął mnie jak worek kartofli na podłogę. Oparł się

o drzwi i zamknął je na zasuwkę.

— Musiałaś zmusić mnie do użycia siły, prawda? Podniosłam się i zaczęłam wycofywać, zbliżając

się tym samym do wampirów. To nie był dobry pomysł. Ruszyłam wolno w stronę baru. Tam musiało być

drugie wyjście.

Nie potrafię poddać się bez walki, Magnusie.

Wziął głęboki oddech i odstąpił od drzwi.

W takim razie czeka nas oboje długi dzień. Oparłam dłoń na gładkim drewnie kontuaru.

Owszem — powiedziałam.

Tuż obok leżała przecięta na pół cytryna i nóż. Wbiłam wzrok w Magnusa, starając się usilnie nie zerknąć

ponownie w tamtą stronę. Nie chciałam, aby zwrócił na niego uwagę. To nie takie proste, jak może się

wydawać.

Spojrzał na nóż. Uśmiechnął się i pokręcił głową.

— Nie rób tego, Anito.

Oparłam dłonie o kontuar i wskoczyłam na blat. Usłyszałam jego kroki, ale nie odwróciłam się. Nigdy się nie

odwracaj, wtedy ścigający zyska przewagę. Chwyciłam nóż i równocześnie przetoczyłam się po kontuarze.

Twarz Magnusa zbyt szybko ukazała się za barem. Nie byłam na to gotowa. Mogłam jedynie spojrzeć na

niego, ściskając nóż w dłoni. Gdyby był odrobinę wolniejszy, pchnęłabym go w gardło, w każdym razie taki

miałam plan.

Magnus przykucnął na kontuarze, wpatrując się we mnie. Jego oczy barwy akwamaryny błyszczały.

Wirowały w nich iskierki i kolory, odbijały się rzeczy, których nie było. Spoglądał na mnie z góry, kołysząc

się lekko na palcach i jedną ręką podpierając się dla równowagi o kontuar. Włosy opadły mu do przodu,

przesłaniając twarz. Znów stawał się dziki jak wtedy, na pagórku. Ale tym razem nie zamierzał zgrywać

porządnego faceta. Spodziewałam się, że rzuci się na mnie, ale nie zrobił tego. Nie zamierzał ze mną walczyć,

chciał jedynie uniemożliwić mi ucieczkę. Miał mnie tu zatrzymać.

Spojrzałam na to, co stało pod barem. Butelki z alkoholem, czyste szklanki, kubełek z lodem, czyste ścierki,

serwetki. Nic z tego nie mogło mi się przydać. Cholera. Podniosłam się powoli, opierając się plecami o ścianę,

aby znaleźć się możliwie jak najdalej od Magnusa. Zaczęłam centymetr po centymetrze przesuwać się w

kierunku drzwi. Magnus naśladował moje ruchy, z gracją prześlizgując się po gładkim kontuarze.

Był szybszy i silniejszy ode mnie, ale ja miałam broń. Nóż był dobrej jakości, przeznaczony co prawda do

krojenia produktów spożywczych, a nie ludzi, ale nóż to nóż. Nada się. Zmusiłam się, by nie ściskać zbyt

mocno trzonka. Musiałam się rozluźnić. Opanować. Wydostać się stąd. Zerknęłam w stronę otwartej trumny

Serephiny. Wydawało mi się, że zaczęła oddychać.

Magnus skoczył na mnie. Uderzył we mnie całym ciałem, a ja pchnęłam go nożem w brzuch. Stęknął, a ciężar

jego ciała przygniótł mnie do podłogi. Wbiłam nóż po rękojeść. Jego dłoń zacisnęła się na mojej i stoczył się

ze mnie, wyrywając mi nóż. Wypełzłam zza kontuaru na czworakach. Magnus już tam był i szarpnięciem

postawił mnie na nogi. Użył tylko jednej ręki. Przód koszuli miał cały we krwi. Uniósł okrwawiony nóż przed

moją twarzą.

To bolało — powiedział. Przyłożył mi nóż do gardła. Poczułam, że moje serce zaczyna bić jak szalone.

Magnus cofał się powoli, ciągnąc mnie za sobą.

Dokąd idziemy? — spytałam.

Zobaczysz — odpowiedział. Nie spodobało mi się to.

Zahaczył stopami o ciało Ellie. Gdybym spojrzała za jego plecy, mogłabym zobaczyć trumnę Serephiny.

Trudno poruszać głowę, gdy ktoś przykłada ci nóż do gardła. Pociągnął mnie za rękę, a ja stawiłam mu opór.

Odchyliłam się do tyłu, miałam świadomość noża przyłożonego do mojej szyi, ale bardziej niż ostrza

obawiałam się Serephiny.

Chodź, Anito.

Najpierw powiedz mi, co chcesz zrobić — powiedziałam, spoglądając nerwowo na nóż na gardle.

Ellie leżała nieruchoma, martwa u naszych stóp. Krew Magnusa skapnęła na jej puste oblicze. Gdyby to był

ktoś inny, mógłby zlizać krew nawet przez sen, ale Ellie była prawdziwym trupem. Jako ożywieniec była

wciąż pusta, oczekując na odbudowę jej „osobowości", o ile to w ogóle kiedykolwiek nastąpi. Widziałam

wampiry, które nigdy nie doszły do siebie. Nigdy nie stały się istotami podobnymi do ludzi, którymi kiedyś

byli.

— Zamknę cię w trumnie i zapieczętuję ją do czasu, aż Serephina się obudzi.

— Nie — odparłam.

Magnus ścisnął mnie za ramię, jakby próbował wyczuć kość. Nawet jeśli nic mi nie złamał, to na pewno zrobił

mi nielichego siniaka.

Mogę ci sprawić ból, Anito, na wiele różnych sposobów. Wejdź do środka.

Nic, co mógłbyś mi zrobić, nie przeraża mnie tak jak perspektywa powrotu do tej trumny. — Musiał

zrozumieć, że z pomocą noża nic już nie osiągnie, chyba że naprawdę chciałby mnie zabić. Odsunął ostrze od

mojej szyi, abym sama nie poderżnęła sobie gardła.

Spojrzałam na niego z odległości niespełna pół metra i ujrzałam w jego oczach coś, czego wcześniej nie

zauważyłam. Był przerażony.

— Król Trupiogłowy zginął, ponieważ podzieliłeś się z nim swoją śmiertelnością. Czy wcześniej trudniej

byłoby cię zabić, Magnusie? Nie masz już od kogo czerpać nieśmiertelności, prawda? To cię boli?

— Nie wymądrzaj się. To może ci zaszkodzić — rzucił półgłosem. Uśmiechnęłam się.

— Jesteś śmiertelnikiem, jak my wszyscy. Mój ty biedaku.

Uśmiechnął się, błyskając zębami.

— Nadal jestem w stanie wytrzymać więcej niż ty.

— Gdybyś naprawdę w to wierzył, nie próbowałbyś na powrót zamknąć mnie w trumnie.

Jego dłoń przecięła powietrze z niemal wampirzą prędkością. Trafił mnie w ramię i dopiero po chwili

uświadomiłam sobie, że mnie chlasnął. Z rany popłynęła krew. Szkarłatna strużka spłynęła po mojej ręce.

Zmienił chwyt, ujmując mnie za nadgarstek zamiast za ramię, szybciej, niż zdążyłam się zorientować.

Patrzyłam, jak krew spływa w stronę mojego łokcia. Rana nie była duża, może nawet nie pozostanie mi

blizna. A gdyby nawet, to była moja lewa ręka. jedna blizna więcej, jedna mniej, co za różnica?

— Nie mogłeś skaleczyć mnie w prawą rękę. Mam na niej znacznie mniej blizn.

Wykonał szybkie, pionowe cięcie i rozpłatał moje prawe ramię od barku niemal po łokieć.

— Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, pani. Skaleczenie było bolesne i głębsze niż poprzednie.

Że też nie potrafię trzymać języka za zębami. Krew cienką strużką spłynęła po moim ramieniu. Krople

ściekające z lewej ręki zadrżały przy moim łokciu i z miękkim plaśnięciem spadły na policzek Ellie. Krew

spłynęła po jej skórze do ust. Poczułam chłodny dreszcz wywołany magiczną emanacją. Wstrzymałam oddech.

Poczułam to. Poczułam ciało leżące u naszych stóp.

Był dzień. Nie powinnam była ożywić zombi, a co dopiero wampira. To było niemożliwe, a jednak czułam jej

ciało i czułam magię. Wiedziałam, że gdybym tylko zechciała, mogłabym nad nim zapanować. Przywołać je.

Byłoby moje. Chciałam tego.

— Co się stało? — Magnus szarpnął mnie za rękę, zmuszając, abym na niego spojrzała. Patrzyłam na

wampirzycę. Nie chciałam, ale to się stało niespodziewanie.

Czułam obecność magii, była tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Tylko jak miałam ją przywołać? No jak?

Uśmiechnęłam się do Magnusa.

Zamierzasz mnie tak kroić, dopóki nie wrócę do trumny?

Być może.

Musiałbyś mnie zabić, Magnusie, bo póki żyję, nie wejdę tam. Nie ma mowy. A Serephina nie chce mojej

śmierci. — Postąpiłam krok w jego stronę. Zaczął się cofać, ale zmusił się, by tego nie zrobić. Nasze ciała

prawie się zetknęły. Doskonale. Wsunęłam dłoń pod jego koszulę, dotykając nagiego ciała. Oczy Magnusa

rozszerzyły się.

Co ty kombinujesz?

Uśmiechnęłam się i przesunęłam dłonią po śladzie świeżej krwi w górę, do rany. Musnęłam brzegi rany, a on

jęknął cicho, jakby z bólu. Otarłam rękę o jego skórę, rozsmarowując krew po jego ciele.

— Widziałeś miejsce zbrodni, kiedy mnie dotknąłeś, a mimo to nadal chciałeś się ze mną kochać, pamiętasz?

Wziął głęboki, drżący oddech i nerwowo wypuścił powietrze. Wyjęłam okrwawioną dłoń spod jego koszuli.

Uniosłam rękę, aby mógł ją wyraźnie zobaczyć. Jego oddech stał się odrobinę szybszy. Uklękłam powoli, nie

puścił mnie, nie odłożył noża, ale też nie próbował mnie zatrzymać. Rozmazałam krew na ustach Ellie. Magia

rozbłysła, spłynęła iskrami po mojej skórze jak zimny ogień. Następnie przepłynęła w górę po mojej ręce do

Magnusa.

— Cholera! — Magnus zamachnął się na mnie nożem.

Zablokowałam jego nadgarstek przedramieniem i poderwałam się z impetem. Uderzyłam w niego i wkładając

w ten ruch całą siłę moich kolan, dźwignęłam go w górę. Zawisł na moich ramionach, ale wciąż miał nóż.

Przerzuciłam go do tyłu. Upadł na Ellie.

Stanęłam nad nimi, dysząc ciężko.

— Powstań, Ellie.

Oczy wampirzycy otworzyły się szeroko. Magnus zaczął odsuwać się od niej.

— Złap go — powiedziałam.

Ellie oplotła go ramionami w pasie i przytrzymała. Dźgnął ją nożem. Krzyknęła. Boże, miej litość, ona

krzyknęła. Zombi nie krzyczą.

Pobiegłam w stronę drzwi.

Magnus ruszył za mną, ciągnąc za sobą Ellie Poruszał się szybciej, niż się spodziewałam, ale nie dość szybko.

Otworzyłam drzwi na oścież i do pomieszczenia wpłynęły oślepiające promienie słońca.

Ledwie przestąpiłam próg, gdy z tyłu za mną rozległy się wrzaski. Obejrzałam się za siebie, nie mogłam się

temu oprzeć. Ellie płonęła. Magnus próbował uwolnić się z jej uścisku i wył przeraźliwie. Nic jednak nie

trzyma cię równie mocno jak umarli.

Wybiegłam na parking.

— Nina, nie odchodź.

Głos sprawił, że stanęłam jak wryta na skraju parkingu. Obejrzałam się do tyłu. Magnus przestąpił próg i

wyszedł na żwirowy podjazd. Ellie płonęła silnym, białym ogniem. Paliły się także włosy i koszula Magnusa.

Krzyknęłam:

— Wracaj do środka, sukinsynu! — Ale ten sam głos, który niemal zmienił mnie w słup soli na parkingu,

zmuszał go do wyjścia na zewnątrz, na słońce.

Głos rozległ się ponownie:

— Wróć do łóżka, Anito. Jesteś zmęczona. Musisz odpocząć.

Nagle poczułam się zmęczona, bardzo zmęczona. Czułam każdy siniak, każde zadrapanie. Ona sprawi, że

poczuję się lepiej. Dotknie mnie swymi chłodnymi dłońmi i ukoi mój ból.

Magnus upadł na podjazd, wyjąc jak potępieniec. Wampirzyca wtapiała się w niego, spalając go żywcem.

Słodki Jezu.

Magnus wyciągnął do mnie rękę. Krzyknął przeraźliwie:

— Pomóż mi!

Wampirzyca stapiała się z jego ciałem, jej ogień pożerał jego tkanki. Pobiegłam. Biegłam co sił w nogach, a w

moich uszach rozbrzmiewał szept Serephiny:

— Nina, mama za tobą tęskni.

Rozdział 40

Zatrzymałam samochód na autostradzie. Byłam cała pokryta zakrzepłą krwią, posiniaczona, podrapana, a

mimo to para staruszków postanowiła mnie zabrać. Kto powiedział, że nie ma już dobrych Samarytan?

Chcieli zawieźć mnie na policję. Nie zaoponowałam.

Mili policjanci tylko rzucili na mnie okiem i spytali, czy mają wezwać karetkę. Odparłam, że nie, ale mogą

dać sygnał na pager agentowi Bradfordowi i powiadomić go, że chce się z nim skontaktować Anita Blake.

Próbowali zawieźć mnie do szpitala, ale nie było na to czasu. Minęło już południe. Musieliśmy zacząć działać

jeszcze przed zmierzchem. Poprosiłam policjantów, aby wysłali wóz patrolowy z dwoma funkcjonariuszami w

celu dopilnowania, by nikt nie wywiózł trumien. Powiedziałam im, że na parkingu może być ranny mężczyzna

i może potrzebować karetki, ale w żadnym wypadku nikomu nie wolno wchodzić do budynku.

Wszyscy kiwali głowami i zgadzali się ze mną. Większość glin w tym rejonie zeszłej nocy lub dziś rano

odwiedziła dom Serephiny. Gliniarze powiedzieli, że Kirkland sprowadził policję do kryjówki wampirzycy po

tym, jak mnie zabrali. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Kirkland to Larry. Co oznaczało, że Serephina

dotrzymała słowa i puściła ich. Na wieść o tym, że Larry żyje, poczułam tak wielką ulgę, że zmiękły mi kolana

i ledwie utrzymałam się na nogach. W piwnicy domu Serephiny gliny odkryły ponad tuzin zakopanych ciał.

Powinna była pogrzebać je w lesie. Być może przywoływała ich duchy. Nie wiedziałam. Nieważne. Grunt, że

mieliśmy nakaz egzekucji i że gliny słuchały mnie dziś z uwagą.

Posadzono mnie za stołem w pokoju przesłuchań z kubkiem czarnej kawy tak gęstej, że można by kroić ją

nożem i dano mi koc, abym się ogrzała. Cała się trzęsłam i nie mogłam tego opanować.

Zjawił się Bradford i usiadł naprzeciwko mnie. Spojrzał na mnie lekko rozszerzonymi oczami.

— Miejscowi mówią że odnalazła pani kryjówkę mistrzyni wampirów.

Zaśmiałam się, ale zabrzmiało to dość żałośnie. Prawie jak płacz.

Nie powiedziałabym, że odnalazłam kryjówkę Serephiny. Raczej obudziłam się w mej. — Uniosłam kubek do

ust i zatrzymałam go w połowie drogi. Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że bałam się, iż porozlewam kawę po

całym stole. Wzięłam głęboki oddech, wypuściłam powietrze i skupiłam się na wypiciu pierwszego łyka kawy.

Skoncentrowałam się na prostej fizycznej czynności. Pomogło, trochę się uspokoiłam.

Trzeba panią zawieźć do szpitala — powiedział Bradford.

Chcę śmierci Serephiny.

Mamy nakazy na nich wszystkich. Na wszystkie wampiry zamieszane w tę sprawę. Jak chce to pani zrobić?

Spalcie je. Zablokujcie wszystkie wyjścia, poza frontowymi drzwiami. Jeżeli Magnus jest w środku, wyjdzie.

Magnus Bouvier? — zapytał.

Tak. — W sposobie, w jaki to powiedział, było coś, co mi się nie spodobało.

Gliny znalazły na parkingu to, co z niego zostało. Wyglądał, jakby ktoś stopił jego ciało od pasa w dół. Wie

pani coś może na ten temat? — zapytał, przyglądając mi się z wytężoną uwagą.

Upiłam ostrożnie kolejny łyk kawy i spojrzałam na niego niewzruszonym wzrokiem. Co miałam powiedzieć?

Był kontrolowany przez wampiry. Miał zatrzymać mnie w barze do zmierzchu. Może został przez nie ukarany

za niedopełnienie obowiązków. — Za to, co zrobiłam z Magnusem i Ellie, mogłam z łatwością zarobić karę

śmierci. Nie zamierzałam spowiadać się z tego federalnym.

Wampiry go ukarały? — zapytał.

Tak.

Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, po czym skinął głową i zmienił temat.

Czy wampiry nie spróbują ucieczki, gdy ogień zacznie się rozprzestrzeniać?

Światło słoneczne lub ogień — odparłam. -

Tak czy owak usmażą się na skwarkę. Do nich będzie należeć tylko decyzja jak umrzeć. — Dopiłam

kawę.

Pani protegowany, pan Kirkland, powiedział, że uprowadzono panią z cmentarza. Potwierdza pani tę wersję?

Tak się składa, że to prawda, agencie Bradford. — I faktycznie była to poniekąd prawda. Dobrze jest czasem

pominąć to i owo.

Uśmiechnął się i pokręcił głową.

— Więcej pani zataja, niż ujawnia. Patrzyłam na niego, aż przestał się uśmiechać.

— Prawda bywa bolesna, agencie Bradford, nieprawdaż?

Patrzył na mnie przez chwilę, po czym skinął głową.

Być może, panno Blake, być może.

Zadzwoniłam do hotelu, ale w pokoju Larry'ego nikt nie odebrał. Zatelefonowałam pod numer mojego pokoju

i Larry tam był. Na chwilę go zatkało, gdy usłyszał mój głos.

Anito, o Boże, Anito, nic ci nie jest? Gdzie jesteś? Zaraz po ciebie przyjadę.

Jestem na komendzie, w mieście. Nic mi nie jest. W zasadzie. Przywieź mi rzeczy, żebym mogła się w coś

przebrać. Moje ciuchy cuchną wampirami. Bierzemy się za Serephinę.

Kolejna chwila ciszy.

Kiedy?

Teraz. Dzisiaj.

Zaraz będę.

Lar r y?

Przywiozę pistolety, noże i zapasowy krzyżyk.

Dzięki.

Nigdy jeszcze tak się nie cieszyłem, słysząc w słuchawce czyjś głos — powiedział.

No jasne — mruknęłam. — Przyjedź jak najszybciej. Zaczekaj, Larry.

Chcesz coś jeszcze? — spytał.

Czy z Jean-Claudem i Jasonem wszystko w porządku?

Tak. Jason jest w szpitalu, ale wyjdzie z tego. Jean-Claude śpi w sypialni. Kiedy Serephina cię ugryzła,

potraktowała Jean-Claude'a jakiegoś rodzaju mocą, wiązką energii. Poczułem to, to było niesamowite.

Pozbawiła go przytomności i poszła sobie. Pozostali odeszli razem z nią.

Wszyscy żyli, a w każdym razie mieli się w miarę dobrze. To było więcej, niż się spodziewałam.

— Doskonale, to na razie. — Odłożyłam słuchawkę i poczułam niesamowitą chęć, by wybuchnąć płaczem,

ale zwalczyłam ją w sobie. Bałam się, że jeśli się rozryczę, już nie zdołam przestać. Nie mogłam sobie

pozwolić na popadniecie w histerię. Jeszcze nie teraz.

Dowodzenie operacją przejął agent Bradford. Agent specjalny Bradley Bradford, tak, Bradley Bradford,

najwyraźniej wiedział, co robię. Nic tak nie czyni cię wiarygodnym w oczach innych jak zamach na twoje

życie. Po raz pierwszy, mimo iż nie miałam blachy, nikt ze mną nie dyskutował. Cóż za miła odmiana.

Nie uściskałam Larry'ego, kiedy przywiózł mi ciuchy, to on uściskał mnie. Szybko się od niego odsunęłam, bo

znów zaczęło zbierać mi się na płacz. Chciałam, by zamknął mnie w ramionach i pozwolił, żebym się

spokojnie wypłakała. Później będzie na to czas.

Nie mogłam się teraz rozkleić. Jeszcze nie.

Jego twarz, od żuchwy aż po skroń, zdobił pokaźny siniec. Wyglądał, jakby ktoś przywalił mu kijem

baseballowym. Miał szczęście, że Janos nie złamał mu szczęki.

Larry przywiózł mi dżinsy, czerwoną koszulkę polo, skarpety frotte, moje białe najki, zapasowy krzyżyk z

mojej walizki, srebrne noże, firestara wraz z kaburą wewnętrzną i browninga z kaburą podramienną.

Zapomniał o biustonoszu, ale cóż, to jedno uchybienie mogłam mu wybaczyć. W sumie chłopak spisał się na

medal. Pochewki na noże ocierały boleśnie moje podrapane ręce, ale dobrze było znów poczuć się uzbrojoną

po zęby. Nie próbowałam ukrywać pistoletów. Gliny wiedziały, kim jestem, a z bandziorami nie zamierzałam

się już patyczkować.

Zaledwie dwie godziny po tym, jak wypełzłam z trumny Serephiny, zajechaliśmy pod Trupią Główkę. Stały

tam karetki i roiło się od gliniarzy. Byli tu miejscowi policjanci, gliny ze stanowej i federalni. Zatrzęsienie

stróżów prawa. Do kompletu wóz strażacki z ekipą do zadań specjalnych. No i Larry i ja.

Po śmierci Magnusa, Serephiny i jej trzódki nikt już nie pilnował. Ale te wampiry na pewno nie były

niegroźne ani bezradne. Nic z tego. Za żadne skarby nie weszłabym z własnej woli do tego budynku. Istniały

wszelako inne rozwiązania.

Z tyłu budynku podjechała cysterna z benzyną. Rozległ się brzęk tłuczonej szyby. Patrzyłam, jak obsługa

wozu wsuwa szlauch przez wybitą szybę w tylnych drzwiach i odkręca zawór paliwa.

Stałam w ciepłych promieniach słońca, chłodny wiatr muskał moją skórę.

— Bodaj byś sczezła w piekle — wyszeptałam pod nosem.

Mówiłaś coś? — spytał Larry. Pokręciłam głową.

Nic ważnego.

Szlauch zadrżał i ożył, w powietrzu rozeszła się ostra, słodkawa woń benzyny.

Poczułam, jak się budzi. Poczułam, jak otwiera oczy w ciemnościach. Poczułam w nozdrzach słodki zapach

benzyny i moje dłonie dotknęły ścian trumny.

Zakryłam dłońmi oczy.

— O Boże.

Larry dotknął mojego ramienia.

— Co się stało?

Nie odrywałam rąk od twarzy.

Zabierz mi broń, ale już.

Co...

— Zrób to! — Opuściłam ręce i spojrzałam na niego. Ujrzałam jego twarz i Serephina także ją zobaczyła.

Wyszeptała:

— Zabij go.

Wyciągnęłam noże z pochewek i upuściłam na ziemię. Zaczęłam wycofywać się w stronę policjantów.

Musiałam chwilowo otoczyć się ludźmi z bronią.

Głos w mojej głowie znów się odezwał:

Anito, co robisz swojej matce? Przecież nie chcesz mnie skrzywdzić. Nina, pomóż mamusi.

O Boże. — Pobiegłam i omal nie zderzyłam się z Bradfordem.

— Pomóż mi, Nina. Pomóż mi.

Zacisnęłam dłoń na kolbie browninga. Przycisnęłam pięści do boków.

— Bradford, odbierz mi broń. Natychmiast. Proszę.

Spojrzał na mnie zaskoczony, ale wyjął oba pistolety z kabur.

Co się stało, Blake?

Kajdanki, masz kajdanki?

Tak.

Wyciągnęłam ku memu ręce.

— Skuj mnie. — Głos miałam napięty, gardło ściśnięte tak, że prawie nie mogłam oddychać. Poczułam

zapach perfum Hypnotique, a na ustach smak szminki mojej mamy. Szczęknęły zamykane kajdanki.

Odsunęłam się od niego, spojrzałam na kajdanki. Otworzyłam usta, aby powiedzieć: „Zdejmij je", ale

zdołałam się powstrzymać.

Poczułam łaskoczące mnie w twarz włosy matki.

— Czuję zapach perfum — odezwał się Larry. Spojrzałam na niego ze zdumieniem. Nie mogłam

wydobyć z siebie głosu. Nie mogłam się poruszyć. Nie ufałam samej sobie. Wolałam nie robić nic.

— O Boże — powiedział Larry. — Będziesz czuła, jak ona płonie.

Tylko na niego patrzyłam.

Co mogę zrobić?

Pomóż mi. — Mój głos brzmiał jak szept.

Co się z nią dzieje? — spytał Bradford.

— Serephina próbuje nakłonić Anitę, aby pomogła ją ocalić.

— Tam w środku jest przytomna wampirzyca? — zapytał.

— Tak — odpowiedziałam.

Serephina wydostała się z trumny. Jej szeroka suknia balowa otarła się o framugę drzwi wiodących do

kuchni. Nie mogła podejść bliżej, gdyż przez okno wpadały do środka promienie słońca. Benzyna rozlewała

się po podłodze, tworząc coraz większą, przesuwającą się w jej kierunku kałużę.

Anito, pomóż mamusi.

To kłamstwo — warknęłam.

O czym ty mówisz? — spytał Bradford. Pokręciłam głową.

— Anito, pomóż mi, nie chcesz przecież, żebym umarła. Nie chcesz, abym umarła, skoro możesz mnie

uratować.

Osunęłam się na kolana, skutymi dłońmi orałam żwir na parkingu.

Wyłączcie dopływ paliwa. Larry ukląkł obok mnie.

Dlaczego?

Dobre pytanie. A Serephina miała na nie dobrą odpowiedź.

— Jeff Quinlan jest tam, w środku.

Cholera — warknął Larry. Spojrzał na Bradforda. — Nie możemy spalić domu. W środku jest dzieciak.

Zamknąć dopływ paliwa — rozkazał Bradford. Odszedł od nas w stronę ciężarówki, gestami dając znaki, aby

zakręcono kurek.

I wtedy poczułam triumfalną radość Serephiny. To było kłamstwo. Xavier przeistoczył Jeffa ubiegłej nocy. W

tym budynku nie było już żywych ludzi.

Ścisnęłam Larry'ego za ramię.

— Larry, to kłamstwo. Ona próbowała mnie okłamać. Kłamie przeze mnie. Zabierz mnie do radiowozu,

ale już. I niech podpalą tę budę.

Spojrzał na mnie.

Ale przecież Jeff...

Nie kłóć się ze mną, tylko rób, co mówię! — wrzasnęłam, ukrywając twarz w dłoniach i usiłując zagłuszyć

głos rozbrzmiewający pod czaszką.

Poczułam w ustach smak Hypnotique. Tego już było za wiele. Serephina była przerażona.

Larry przywołał Bradforda, po czym wspólnie z nim niemal zaniósł mnie do radiowozu. Zaczęłam stawiać

opór, gdy wpychali mnie na tylne siedzenie, ale próbowałam nie szarpać się zbyt mocno i zdołali zamknąć

drzwiczki. Znalazłam się w klatce ze szkła i metalu. Przełożyłam palce przez oka siatki na wprost mnie i

zacisnęłam je aż do bólu. Ale nawet ból nie pomógł. Benzyna była wszędzie, wsączała się we wszystko.

Serephina dławiła się nią.

— Nie rób tego, Nina. Nie krzywdź mamusi. Nie chcesz chyba znów mnie utracić.

Zaczęłam kołysać się w przód i w tył, wpijając palce w siatkę. W przód i w tył, w przód i w tył. Niedługo

będzie po wszystkim. Już niedługo.

Poczułam na twarzy delikatne dotknięcie, wspomnienie tak realne, że sprawiło, iż odwróciłam się i zaczęłam

kogoś szukać.

Moja śmierć będzie równie realna, Anito.

Ktoś zapalił rozlane paliwo. Buchnęły płomienie,

a ja krzyknęłam, zanim jeszcze ogień dosięgnął jej ciała. Walnęłam skutymi dłońmi w szybę i wrzasnęłam:

— Nieee!

Ogarnął ją żar, suknia zaczęła się marszczyć jak więdnący kwiat, a potem ogień zaczął pożerać jej ciało.

Tłukłam dłońmi w szybę, aż straciłam w nich czucie. Musiałam jej pomóc. Musiałam pójść do niej. Położyłam

się na plecach i kopnęłam w szybę. Raz, drugi, trzeci. Kolejne uderzenia przenikały całe moje ciało

gwałtownymi wstrząsami. Krzyknęłam i kopnęłam po raz kolejny, aż szyba się rozprysła. Szkło posypało się

na zewnątrz.

Zaczęła wołać moje imię:

— Anito! Anito!

Wyślizgnęłam się do połowy z radiowozu, zanim ktoś spróbował mnie zatrzymać. Pozwoliłam, by ktoś chwycił

mnie za ramię i wysunęłam obie nogi przez okno. Musiałam do niej dotrzeć, nic się więcej nie liczyło. Nic.

Upadłam na ziemię. Ktoś wciąż trzymał mnie za rękę. Przetoczyłam się, aby pozbyć się tego, kto mnie

trzymał. Podniosłam się i ruszyłam biegiem w stronę płonącego domu. Czułam żar omiatający moją skórę. I

czułam żar wewnątrz, pożerający nas obie żywcem.

Ktoś podciął mnie, a ja rąbnęłam go złączonymi, skutymi dłońmi. Niewidoczny przeciwnik puścił mnie, a ja

podniosłam się z ziemi. Rozległy się krzyki i poczułam na sobie czyjeś ręce. Ktoś uporczywie próbował mnie

unieruchomić. Dźwignął mnie w górę, obejmując ramionami w pasie i przyszpilając mi ręce do boków.

Wierzgnęłam obunóż do tyłu. Trafiłam w kolana. Ramiona rozluźniły uścisk, ale zaraz pojawiły się następne.

Było ich coraz więcej. Ktoś położył się na mnie. Dłoń wielkości mojej głowy przycisnęła moją twarz do

kamienistego podłoża. Poczułam pod unieruchomionymi dłońmi żwir. Ktoś całym ciężarem opierał się na

moich nadgarstkach. Ktoś siedział na moich nogach.

— Nina! Nina!

Krzyknęłam wraz z nią. Krzyczałam, aż zaczęłam dławić się wonią płonących włosów i pudru po kąpieli

Hypnotique. Zobaczyłam zbliżającą się z boku igłę i zaczęłam wołać:

— Nie, nie! Mamo! Mamusiu!

Igła zagłębiła się w moim ciele i cały świat zasnuła ciemność. Ciemność przesycona odorem palącego się

mięsa, pozostawiająca po sobie smak szminki i krwi.

Rozdział 41

Spędziłam parę dni w szpitalu. Sińce, zadrapania, parę szwów, ale głównie oparzenia drugiego stopnia na

ramionach i plecach. Oparzenia nie były takie złe, nie pozostaną po nich blizny. Lekarze nie potrafili dociec,

w jaki sposób nabawiłam się poparzeń. Nie miałam ochoty im tego wyjaśniać, a w gruncie rzeczy chyba nie

bardzo mogłam.

Jason miał połamane żebra, przebite płuco i inne obrażenia wewnętrzne. Wrócił do zdrowia w rekordowym

czasie. Bycie lykantropem ma swoje plusy.

Jean-Claude także doszedł do siebie. Jego twarz znów jest piękna i doskonała jak przed laty, gdy za sprawą

swej urody tak bardzo zafrapował Serephinę.

Firma Stirlinga odkupiła ziemię od Dorcas Bouvier, która stała się dzięki temu zamożna. Jako że

Trupiogłowy nie żyje, Dorcas będzie już mogła opuścić tę ziemię. Jest wolna.

Quinlanowie wciąż chcą mnie pozwać. Bert ma prawników, którzy obiecują że sprawa nie trafi do sądu, choć

nie wiem, jakim cudem mogłabym tego uniknąć. Może gdybym osobiście spenetrowała cały dom, zajrzała w

każdy zakamarek, może wtedy... Do diabła, nawet ja mogłabym przeoczyć drzwiczki dla psa.

Może zasługiwałam na proces sądowy. Powiedziałam Quinlanom, że Ellie nie żyje. Musieli mi uwierzyć na

słowo. Gdy wampiry spłoną, to niewiele z nich zostaje. Żadnych kartotek dentystycznych ani niczego takiego.

Jeff też był martwy. Stracili oboje dzieci. To musiała być czyjaś wina, czemu więc ja nie miałabym ponieść

konsekwencji? Przywołałam wampira jako zombi, co było z założenia niemożliwe. Nekromanci rzekomo byli

w sianie kontrolować wszelkiego rodzaju nieumarłych. Ale to przecież były legendy, nie fakty. Prawda?

Serephina nie żyje, ale mnie wciąż dręczą koszmary. Koszmary przeplatające się z prawdziwymi

wspomnieniami o śmierci mojej matki. Są naprawdę okropne. Po raz pierwszy w życiu cierpię na bezsenność.

Pozostaje pytanie, co mam zrobić z dwoma mężczyznami w moim życiu? A skąd niby miałabym to wiedzieć?

W objęciach Richarda, chłonąc ciepło jego ciała, czuję się prawie jak w ramionach matki. To nie to samo, bo

wiem, że choć Richard oddałby za mnie życie, nawet to mogłoby nie wystarczyć. Gdy byłam dzieckiem,

wierzyłam w coś całkiem innego. Ale nikt nie jest naprawdę bezpieczny. Nie sposób odzyskać raz utraconej

niewinności. Tyle że czasami przy Richardzie pragnę w to ponownie uwierzyć.

W objęciach Jean-Claude'a nie ma nic pocieszającego. Nie czuję się przy nim ani trochę bezpieczna. Jest jak

zakazana przyjemność, której prędzej czy później przyjdzie ci pożałować. Postanowiłam nie czekać, żałuję

tego już teraz, ale wciąż się z nim spotykam. W jakiś sposób Jean-Claude przekroczył granicę, którą przed

nim przekroczyła zaledwie garstka innych wampirów. Nie myślę już o nim jak o potworze.

Niechaj Bóg zlituje się nad moją duszą.

Continue Reading
Wattpad App - Unlock exclusive features